Zgodnie z obietnicami, zamieszczam dłuższą recenzję:
IRON MAIDEN - WACKEN OPEN AIR 2010
05 sierpnia (czwartek), punktualnie o 11:05, znalazłem się na terenie „Wacken - The Holy Land - Village”. Ten, kto tam nie był, nigdy nie odczuje magii tego wyjątkowego miejsca. Nie dziwi więc fakt, iż ”Wacken” z lokalnego przeglądu metalowego undergroundu, urósł do mega – imprezy światowej rangi. Tegoroczna, dwudziesta – pierwsza odsłona festiwalu, obfitowała w takie atrakcje jak „Pokazy walk Wikingów” na „Wackinger Village”, prezentacje „Teatru Ognia”, największą na Ziemi giełdę „heavy rocka” czy seanse filmowe na otwartym powietrzu.
W oczekiwaniu na koncerty gwiazd wieczoru, na „Wacken Black Stage/The True Metal Stage”, udałem się na wspomnianą „Giełdę Muzyczną”. Z braku wystarczającej ilości gotówki, mogłem pozwolić sobie jedynie na zakup okolicznościowych pamiątek (naszywka, koszulka i dvd z 2009), tudzież kilku płytek CD, od dawna poszukiwanych – Diamond Head, The Atomic Rooster czy Grand Funk Railroad. To oczywiście rarytasy wydawnicze, których próżno szukać na półkach rodzimych marketów.
Czas mijał bardzo szybko, widzów ustawicznie przybywało, około godziny 16:20 znalazłem się w okolicach głównej sceny imprezy, nie byłem sam – towarzyszyło mi kilkadziesiąt tysięcy słuchaczy, ze wszystkich możliwych stron świata. Pomny swoich kuriozalnych doświadczeń sprzed lat dwóch, tym razem odpuściłem sobie „parcie ku barierce”, stojąc w odległości jakiś 50 metrów od słynnego „rogatego logo Wacken”.
Widok miałem przedni, w tej lokalizacji miałem panoramiczny wgląd w to, – co działo się na obu estradach, gigantycznej konstrukcji scenicznej. Póki co, na „Black Stage” produkował się projekt muzyczny Skyline, wspierany okolicznościowym udziałem dwóch legend teutońskiego metalu: Udo Dirkschneidera i Doro.
Właśnie ze względu na obecność tych zacnych gości, warto było poświęcić czas na ów performance, w programie którego znalazło się miejsce na odśpiewanie hymnu Wacken, oraz wielkie powitanie publiczności. Jednak prawdziwą gratką, okazało się rozdanie nagród w konkursie „Metal Hammer Award”. Wspaniały pomysł a przy tym niezwykle frapujący dla zgromadzonej rzeszy. Bez bicia przyznam się, iż w tym czasie uciąłem sobie konwersację z pewnym Belgiem i jego znajomym, oscylującą wokół „The Final Frontier” (2010), zbliżającego się albumu Maiden.
„Billion Dolar Babies” im Wacken….
Tymczasem na sąsiedniej„The True Metal Stage”, trwały w najlepsze przygotowania do występów z cyklu „A Night To Remember”. Na pierwszy ogień poszedł spektakl prawdziwej legendy rocka i teatru scenicznego, człowieka którego nigdy wcześniej nie miałem okazji ujrzeć „w pełnej krasie”, w realiach ogromnego festiwalu.
Niesławny Alice Cooper, grzech nie zobaczyć najsłynniejszego, rockowego „Teatru Grozy”. Facet jest obecny w tym biznesie od 1965 (45 lat) i dziś jego wizerunek, dorobek artystyczny i atmosfera, jaką kreuje - to prawdziwa „wyższa szkoła rocka”, na najwyższym poziomie. Nie zabrakło ogromnego back – dropu z podobieństwem make – up mistrza, znanym z płyty „The Eyes Of Alice Cooper”.
Vincent Furner (bo tak nazywa się „Alicja” – po cywilnemu) przywitał zgromadzonych widzów dźwiękami swego największego klasyka – „School’s Out”, które to miały powrócić w outro spektaklu. I tym razem nie zabrakło rekwizytów mistrza: niemieckiej flagi, kapeluszy, szpady, ogromnego wysięgnika, zmiany garderoby,- ale nade wszystko podobać mógł się wyśmienity repertuar koncertu. W ciągu 90 minut usłyszeliśmy wybór jego największych „evergreenów”, z „Poison”, „Feed My Frankenstein”, „Killer”, „Cold Ethyl” czy „Elected” – na czele. Wrażenie robiła niesłychana wprawa, z jaką ponad sześćdziesięciu- letni weteran rocka dyrygował ogromnym tłumem. Pozazdrościć formy. Trzeba obiektywnie przyznać, iż Cooper cieszył się wspaniałym odzewem ze strony widzów (również autora tej relacji). Słowa uznania należą się w tym miejscu akompaniującym mu instrumentalistom, już dawno nie słyszałem równie sprawnie zagranego rocka, z takim biglem i kopem. Brawo!
Kickstart My Heart…
Zbliżała się 20:00, wraz z nią koncert kapeli, która od lat wzbudzała we mnie mieszane uczucia. Amerykańscy glam – metalowcy z Motley Crue, od zawsze jawili mi się jako „ubodzy krewni KISS”. Zdania tegoż nie byłbym skłonny zweryfikować, aż do momentu „naocznego” doświadczenia ich scenicznej wartości. Cóż, 75 minut show Vince Neil’a i kolegów rozpoczął riff do „Kickstart My Heart”. Jakby nie patrzeć, „Motleysi” to przednia kapela koncertowa, nieco „wariacka” – jednak nie sposób nie zauważyć, iż scena jest ich żywiołem. Publiczność najwyraźniej „poczuła miętę” do ekipy z LA, albowiem kolejnym kawałkom towarzyszył chór blisko 70,000 gardeł. Piorunujące wrażenie zrobiła rewelacyjna petarda, w postaci „Stout At The Devil”, czy wieńczące set – listę „Dr Feelgood” i obowiązkowa „night-klubówka”, w postaci „Girls!Girls!Girls!”
Ze względu na niedawne wybryki wokalisty Crue (jazda pod wpływem alkoholu i dragi), trasa Amerykanów na Starym Kontynencie, stała pod wielkim znakiem zapytania. Niemniej, dobrze że dojechali i dali czadu. Warto było zobaczyć ten gig, choćby po to by znów polubić amerykański rock, który kiedyś królował w MTV. Klasyczne pozycje dyskografii grupy wpisałem na listę „most wanted” moich zakupów fonograficznych.
„Scream For Me … Wacken!!!”
Kiedy Amerykanie opuszczali „The Black Stage”, mamucich rozmiarów audytorium wydawało się gęstnieć, z minuty na minutę. Organizator doskonale wiedział, kto jest prawdziwym magnesem elektryzującym przybyłe rzesze. Rzut oka na rozpiskę pierwszego dnia imprezy a wszystko okazuje się jasne.
Wszystkie, co atrakcyjniejsze spektakle kończyły się w okolicach 21:00, trzydzieści minut później na „True Metal Stage” zaprezentować się miała mega – gwiazda heavy metalu: Iron Maiden! Już od pół godziny z trzewi prawie 80,000 ludzi, wypełniających plac „Holy Wacken Land”, dobiegał nieustannie ten sam okrzyk: „Maiden! Maiden!”. Z każdą chwilą ów huragan ludzkich głosów zdawał się przybierać na sile.
Przez skromność nawet nie wspomnę, iż podówczas niemal całkowicie straciłem głos a nawet poczucie rzeczywistości. Kiedy z ogromnych kolumn dobiegły nas dźwięki klasyka „Doctor! Doctor!”, – wiadomo było, iż oto nadchodzi TEN SPEKTAKL! Owszem, oglądałem niezliczone rejestracje amatorskie z koncertów Maiden na „YT”, jednak okazały się one, cokolwiek marnymi przystawkami przed degustacją dania głównego. Niech tylko wspomnę, iż na potrzeby koncertu Brytyjczyków, właśnie na scenie „True Metal”, zamontowano ich całą aparaturę i scenografię.
Imponowało oświetlenie, – nie dość że potężnych rozmiarów, to jeszcze niesłychanie pomysłowo zaprojektowane. Mnogość emiterów światła przyprawiała o zawrót głowy. To zdecydowanie jeden z najlepszych „light–shows”, jakie Maideni kiedykolwiek zaprezentowali. Pierwsze skojarzenia wędrowały w tym wypadku, do ogromnego krążownika Imperium z cyklu „Gwiezdnych Wojen”. W pewnym momencie, na trzech ogromnych tele-beamach ukazały się kadry filmu o podróży w przestrzeni kosmicznej. Z głośników docierało do nas intro tegorocznej trasy Maiden, - „Mars, the bringer of war”, w wersji kinowej.
Z kosmicznej podróży wyrwał zgromadzonych czarno – biały symbol Eddie’go, znanego z posterów reklamujących tegoroczne koncerty. Mieniąca się setkami purpurowych flashy scena, rozbłysła snopami jupiterów. Usłyszeliśmy pierwsze dźwięki „The Wicker Man”. Chyba nie było osoby, która by nie wtórowała dzielnemu Dickinsonowi.
Tak na marginesie, Bruce’owi należy się w tym miejscu wiele słów uznania. Ten facet dwa dni później skończył 52 lata. Przecież to aż niewiarygodne, aby niemłody już gość dosłownie zapanował na całej długości estrady! Fenomenalna kondycja frontmana chyba udzieliła się kolegom z zespołu, bowiem od Maidenów emanowała najszczersza w świecie radość grania. Wspaniale wypadł „Ghost Of Navigator” oraz „Wrathchild”, z wtórem kilkudziesięciu – tysięcy gardeł. Ogromne wrażenia robiły zmieniające się tła panoramiczne, ściśle związane z prezentowanymi tematami muzycznymi.
Podczas „Dance Of Death”, Dickinson udowodnił iż nie przypadkiem uznawany jest za jednego z największych frontmanów rocka. To progresywny, dość trudny temat – jednak Bruce „sprzedał go nam”, niczym chrupiące bułeczki. Wspaniale przyjęto, wyjątkowo przekonujące „na żywo” „Reincarnation Of Benjamin Breeg” czy „These Colours Don’t Run”. Oczywiście, po raz kolejny zmieniały się landszafty za estradą. Na mnie największe wrażenie zrobił ten do „No More Lies” – kolejnej kompozycji, która na estradzie zdecydowanie zyskiwała, w zestawieniu ze swym studyjnym pierwowzorem (…)
Miałem pewne wątpliwości, co do reakcji na te „nowsze” fragmenty twórczości Maiden. Podczas tegorocznej trasy po Stanach, fani narzekali na brak wielu klasyków w koncertowej set-liście i wyrażali swą obojętność względem repertuaru z ostatnich trzech albumów zespołu. Na szczęście to są Niemcy i takie „BloodBrothers”, - z kosmicznymi światłami i dedykacją dla RIP R.J. Dio – wszyscy przyjęli z nabożną czcią.
Tłum oszalał na dobre przy „Brave New World”, zaś poprzedzone okolicznościową kryptoreklamą Dickinsona – „El Dorado”, zostało odśpiewane przez wszystkich.
Muszę przyznać, iż właśnie ten fragment koncertu przyciągnął moją szczególną uwagę. Wysłuchawszy „El Dorado” z promującego nowy album singla MP3, miałem dość skromne oczekiwania. Dobry kawałek, niemniej raczej z tych „średniawych”. W wersji „live” – zabijał!!! Ironi grają go nieco szybciej, Bruce śpiewa, zamiast melo-deklamować a riff wiodący – powala, istny walec koncertowy.
Oczywiście, Dickinson co i rusz wzywał nas „do boju”, swymi „Scream for me, Wacken”, zaś panowie gitarzyści pokazali prawdziwą klasę. O ile Gersa można potraktować jako „gitarową maskotkę”, o tyle Smith/Murray to tandem najbardziej klasycznych wymiataczy, na całej scenie metalowej. 30 lat praktyki zrobiło swoje. Nie wyobrażam sobie, by któregokolwiek z tych panów zabrakło w Maiden! To już nigdy nie byłby ten sam zespół!
O Harrisie pisać nie będę, bo to tak jakby udowadniać, dlaczego ”Mickiewicz wielkim poetą był” – chodząca ikona, człowiek – instytucja, mistrz kompozycji metalowej… (dopiszcie sobie, co tam jeszcze chcecie) etc, etc.
Dla wielu zgromadzonych na błoniach, prawdziwe sacrum Wacken 2010 rozpoczęło się wraz z pierwszymi dźwiękami „Fear Of The Dark”. Jak wiemy Biff Byford (Saxon) ma zamiar zrobić wszystko, by „Heavy Metal” został oficjalnie uznany za jedną z religii. Jeśli jakikolwiek utwór reprezentujący ów gatunek, miałby stać się jej odpowiednikiem „Ojcze Nasz”, z pewnością w tej roli sprawdziłby się „Fear…” – właśnie!
Tak, sporo osób narzeka na nieustanną eksploatację tegoż klasyka. Cóż, kompozycja z 1992 – ego, to swego rodzaju mantra Iron Maiden, działająca niczym katharsis w metalowym dramacie scenicznym. Oj, nie ma w tym gatunku wiele aż tak charakterystycznych dzieł…
„Scream For Me …Wacken, Scream for me! – the Iron Maiden” – każde dziecko wie, że oto przyszła pora na “przebój firmowy” Maidenów. Scena mieni się setkami jupiterów, kolejne setki oświetlają rusztowania z ekranami, wieże akustyczne i logo festiwalu. Bruce wrzeszczy: „IRON MAIDEN”. W tle sceny „Eddie – Alien” z okładki nowego albumu, scenografia przywodząca na myśl „Star Truck” w pełnej okazałości, prawdę mówiąc – kicz wierutny, ale … taki „fajny”, komiksowo – filmowy.
Byłem niezmiernie ciekaw, jak też zaprezentuje się nowy EDDIE a’la „Predator”!? W połowie utworu wylazł na scenę. Na pobliskim telebeamie mogłem mu się przyjrzeć. Fuuj (!) – paskuda, jest naprawdę straszny, do tego poczyna sobie na scenie całkiem żwawo, wielu moim pobliskim towarzyszom zabawy, chyba przypadł do gustu, bo na czas obecności szkarady skutecznie zagłuszali mi odbiór i tak diabelnie głośnej muzyki!
Uff, po „Iron Maiden” nastąpiła krótka przerwa przed bisami. Oczywiście, nikt z zebranych (pomimo zmęczenia) nie dawał za wygraną. Diaboliczny głos, recytujący najbardziej znaną introdukcję biblijną w historii gatunku, oznaczał tylko jedno, – czas na „The Number Of The Beast”. Wśród czerwono – zielonych snopów światła ukazała się ogromna facjata maskotki Maiden, w najbardziej demonicznym wydaniu. We wstępie stroboskopy rozświetliły cały plac festiwalowy, z estrady buchał sprężony dym a w jednym z rogów, tuż obok „wieży międzyplanetarnej”, na podnośniku - ukazał się kilkumetrowy posąg „Bafometa – Lucyfera”. Diabli ich wzięli, jak nic!
Wielu twierdzi, iż ten utwór to już dzisiaj sztampa. Być może, – jednak chyba innego zdania była publiczność na Wacken 2010. Nie na żarty zacząłem mieć wrażenie, iż … tracę słuch. Zaraz po „NOTB” usłyszeliśmy TEN utwór. „Hallowed Be Thy Name” wstrząsnął 80,000 ludzi! Boże, jak to zabrzmiało!
Może miałem szczęście przebywać we właściwym miejscu oraz czasie, niemniej było to najlepsze brzmienie, jakie kiedykolwiek dane mi było usłyszeć na koncercie typowo “metalowym”. Zawsze ceniłem Iron Maiden za epicki rozmach kompozycji, właśnie takich – jak ta.
To już nie jest koncert – to rytuał, pełen patosu, artyzmu i dramatycznych chwil. Dickinson na dobre zawładnął ludźmi, gitarzyści „zmietli” Wacken z posad, zaś Harris – „zastrzelił” nas swym basem, tradycyjnie stojąc na jednym z monitorów odsłuchowych.
Nieubłaganie zbliżaliśmy się do końca spektaklu. Kilkuminutowa, poszerzona wersja „Running Free” mogła się podobać. Dickinson pokazał co to znaczy „interakcja audytoryjna”, nie zabrakło swoistego dla Anglika poczucia humoru. Oczywiście, nie mogło zabraknąć zapowiedzi powrotu do „zajebistych Niemiec” i deklaracji o graniu na „najlepszym festiwalu na świecie”. Wazeliniarstwo, kurtuazja – może i tak, mają prawo.
Mniej – więcej w połowie utworu, część osób zaczęła rozchodzić się w kierunku pola biwakowego, najwyraźniej przegrywali walkę z własnym organizmem. Po dwóch godzinach wzmożonej koncentracji, sam zamarzyłem o wygodnym łóżku i … zimnym piwie. Jednak, nie było to aż takie proste. Kusił program „Movie – Field” z projekcją filmów dedykowanych mojemu bohaterowi, R. J. Dio. Cóż, wytrzymałem około 40 – minut, zmorzył mnie sen.
