z relacją postanowiłem poczekać aż trochę ochłonę...
Przed teren lotniska zjawiłem się ok.16:15. Po wejściu myślałem, że to co rozbrzmiewa ze sceny to Devin, postanowiłem zatem zwilżyć sobie czymś usta

wypiłem 2 (mega ohydne) Carlsbergi, kompletnie nie pojmuję tej głupoty sprzedawania na żetony bądź spożywania "piwa" jedynie na terenie ogródka. No, ale do rzeczy. W końcu ruszyłem w kierunku sceny, szybko przepadły moje marzenia stania przy barierce jak rok temu, ale w końcu udało mi się zaklepać bardzo dobrą miejscówę na wysokości prawej trybuny, okazało się też że to co rozbrzmiewa ze sceny to VOLBEAT a nie jak przypuszczałem DEVIN. Trochę żałowałem, bo chciałem oblukać ich koncert w całości. Mimo, że obejrzałem jedynie ok. ostatnich 10-15min. mogę powiedzieć że zrobili na mnie dość pozytywne wrażenie, ludziom też było widać, że się spodobali. Fajny pomysł z wpleceniem fragmentu Raining Blood. Potem przyszedł czas na MASTODON. I niestety moje narzekania tutaj na ich temat, absolutnie nie były bezpodstawne. Lipa straszliwa! Po 5 minutach wszystkie kawałki zaczęły zlewać się w 1. Zgadzam się z pewnym nagłówkiem z onetu, iż jest to "jedyny zespół, który mógłby godnie zastąpić metallicę". Jak najbardziej prawda ! Na żywo to taka sama kakofonia jak dzisiejsza meta. Gitarzyści z twarzami męczenników chyba bardzo niedawno temu odkryli możliwość jednoczesnego grania solówek w ładzie i składzie. Do tego sekcja rytmiczna brzmiąca jak automat. Cudem udało mi się wytrwać do końca.Z każdą minutą bliżej upragnionej 19:15 adrenalina wzrastała,a z każdym wystawianym Marshallem serce biło coraz mocniej. I w końcu taaaakk!!! Są!!!! Na początek oczywiście "we are Motorhead and we play rock n roll" Mr.Kilmistra i ruszająą !! Godzina czystego Motorhead'a, choć słuchać że tempo już nie takie jak np. na Everything Louder Than Everyone Else. Tym niemniej chłopaki w rewelacyjnej formie, zaskakująco rozmowny Wizzo, przepowalająca solówka Mikkiego ( chyba usłyszał mój krzyk "Mikkie n********** !!!

) no i sam maestro również widać było że świetnie się bawił, mógłby być wprawdzie nieco głośniej potraktowany. Wyglądał o wiele, wiele lepiej niż na tych występach telewizyjnych z lutego ( ale nie tak dobrze jak nowy, duży Edzio

). W secie generalnie nie było żadnych niespodzianek, poza ku mojej euforii nieobecnym przez kilkanaście koncertów TCIBTTC. Godzina jak z bicza strzeliła. Fakt faktem, za krótko, ale w przeciwieństwie do zeszłorocznego Slayera, po występie Lemmiego i społki absolutnie nie mam niedosytu, zagrali dokładnie tak jak powinni (w tym wieku), ale i tak uważam że dawanie tyle samo czasu co "podobno wybitnemu" Mastodonowi było czystym skandalem by nie powiedzieć obrazą dla legendy Lemmiego i Motorhead. Ale po co się denerwowac, przecież przede mną jeszcze gwiazda wieczoru. Pozostało zatem czekanie. Aż wreszcie punktualnie ( przynajmniej u mnie w telefonie ) o 21 rozbrzmiewa DD. Jako, że stałem na wysokości prawej trybuny, miałem dość dobry widok na to co się dzieje z boku sceny ( przegiebający Nicko, przygotowujący się Janick ).Iiii Nareszcie przyszedł tak wyczekiwany od 3 lat moment! Powiem, że początek przyniósł mieszane odczucia. Niezbyt mi przypadly koncertowe wersje Satellite ( stanowczo za długie jednak intro, trochę też szkoda że Bruce na początku z taśmy ) i El Dorado. Wkurzały mnie też siedzące na barana dzieciaki ( paniami z ładnymi tylnymi częściami ja niestety nie zostałem obdarzony ), na szczęście tak było tylko na samym początku. Publikę na nowych kawałkach pozostwię bez komentarza... Talisman wypadł dobrze, choć oczekiwałem czegoś lepszego, za to kompletnie nie spodobało mi się w wersji live Coming Home, pozostawienie śpiewania refrenu publice chyba też nie było najlepszym pomysłem. Najlepszy punkt koncertu to dla mnie również Wicker Man, Blood Brothers - klimat naprawdę jak w Rio

, WTWWB jedyny z nowych który wypadł lepiej niż oryginał, bardzo wiele zyskał u mnie i powoli wyrasta na mojego faworyta z FF. Wyjątkowo super wypadł też jak dla mnie... Fear

przy którym publika o wiele chętniej się angażowała do śpiewania niż 3 lata temu. Mnie samemu udało się "wynucić" całość od początku do końca. Zaskoczyło mnie tylko jedno "scream for me Poland" przed IM. Edek z bliska po prostu kapitalny ! Ostatni taki widowiskowy to był chyba na FOTD Tour. Do minusów mojego 3 koncertu IM zaliczam:
- CH, El Dorado i Satellite
- słabo nagłośniony Adrian
- dość krótki dialog w Running Free
- jakiś pacan koło mnie domagający się Run To The Hills
Plusy:
- w końcu udało mi się usłyszeć TETMD
- kawałki z BNW i WTWWB
- Bruce jeszcze bardziej wyluzowany niz na gwardii
Podsumowując, najlepszym dowodem jak bardzo zmalała frekwencja w stosunku do zeszlego roku byl fakt, że rok temu godzinę po zakończeniu koncertu udało mi się wyjść z lotniska, teraz godzinę po zakończeniu siedziałem już w domu! Ilu ludzi by nie było, dwudziesty polski koncert Iron Maiden zdecydowanie można zaliczyć do bardzo udanych, choć też odczuwam że nie bylo tak genialnie, jak na Gwardii. Obyśmy na nastepny gig czekali krócej niż 3 lata !
P.S1
Też odnieśliście wrażenie, że Dave w końcu schudł ? Sorki, ale nie chce mi się wszystkiego czytać
P.S2
Wczorajszy koncert Ten Years After w Błoniach też był mega superancki ! Legenda wciąż żyje i ma się świetnie. Piszę o nim tu, ponieważ nie znalazłem wątku na ten temat, a poza tym miałem koło siebie 2 osoby w koszulkach wiadomego zespołu
