Myślę, że po tygodniu praktycznie codziennego katowania najnowszego krążka, jestem w stanie w miarę obiektywnie ocenić najnowsze wydawnictwo Maidenów, chociaż wiadomo, że za 2-3 lata mogę dane utwory odbierać zupełnie inaczej, myślę, że to całkiem normalne

Na wstępie od razu muszę oddać chłopakom, że tym razem naprawdę dali radę. To dobra, a nawet bardzo dobra płyta, zdecydowanie najlepsza od Brave New World. Przyznam, że gdy zobaczyłem pierwsze zajawki i screena tracklisty, nastawiłem się dość sceptycznie... mając w pamięci zawód po odsłuchaniu nieudanego jak dla mnie TFF, informacja o 92-minutowym materiale + liczba 18 przy ostatnim utworze o dość patetycznym tytule wywołały u mnie lekkie przerażenie - bałem się, że otrzymamy udziwnione połączenie AMOLAD-u z TFF, gdzie znajdzie się wszystko oprócz klimatu i jakże potrzebnej słuchaczowi przestrzeni.
Uspokoił mnie nieco singiel. Ze zdziwieniem czytam wypowiedzi, w których SOL określa się jako najgorszy utwór na płycie. Przede wszystkim jest to mocny ukłon w kierunku lat 80-tych. Numer ma typową dla Maidenów konstrukcję - dobry riff na początku, prosty rytm i przyjemne melodie w zwrotkach, chwytliwy refren, szybkie solówki, spokojnie mógłby znaleźć się na takim Piece of Mind

dodatkowo spodobał mi się bardzo oryginalny jak na XXI wiek teledysk - Eddie naparzający się z Bestią na ringu a'la Mortal Kombat rozwalił mnie doszczętnie

W końcu nadszedł ten dzień. Przyznam się bez bicia, że płytę ściągnąłem dobę przed oficjalną premierą (ale już na drugi dzień oryginał zawitał na mojej półce) i po ciężkim dniu w pracy mogłem w spokoju odsłuchać co tam ciekawego tym razem panowie nakombinowali. Po wciśnięciu play zaczęło się...
1. TBOS moim zdaniem nie mógł zacząć się lepiej. Intro do "If Eternity..." od razu pomogło wczuć się w klimat płyty, oczywiście na myśl przyszedł mi solowy Dickinson, ale ja tu słyszę (kto wie, jak było naprawdę) również inspirację samym Led Zeppelin - posłuchajcie sobie ich "In The Evening", załapiecie co mam na myśli

generalnie cały utwór jest bardzo mocnym punktem płyty - cenię dobre openery, bo to one w końcu mają zachęcić odbiorcę do wysłuchania krążka w całości - pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Z tego właśnie powodu nigdy nie mogłem odżałować fatalnego początku w genialnej przecież "The Number Of The Beast"... w IESF mamy jednak udany eksperyment + typowe w drugiej części utworu Iron Maiden oraz niezły szok na sam koniec

Cieszę się, że Harris nie jest już typowym Stev'em, któremu ego każe komponować wszystko od A do Z i dał Bruce'owi wolną rękę. To wyszło płycie tylko i wyłącznie na dobre. Reasumując, myślę, że IESF będzie znakomitym otwieraczem koncertów na trasie promującej Księgę Dusz
2. O Speed Of Light już się wcześniej wypowiedziałem. Powtórzę tylko, że nie rozumiem tak dużej liczby negatywnych komentarzy pod adresem tego numeru.
3. The Great Unknown - kolejny bardzo dobry, klimatyczny utwór (bardzo spodobał się mojej żonie

) - moim zdaniem idealnie pasowałby również na AMOLAD

świetnie brzmią tu gitary, znakomicie bębni Nicko (ten pan też mnie baaardzo zaskoczył, ale o tym jeszcze się wypowiem). Bruce w jednym momencie troszkę się dusi - wiadomo, że to już nie ten wiek i tak jak w latach 80-tych pewnych dźwięków nie wyciagnie, ale i tak jak zwykle dał z siebie wszystko. Generalnie utwór zdecydowanie na plus, chociaż solówki mogłyby być trochę lepsze (zwłaszcza ta grana przez Dave'a).
4. The Red and The Black - co do tego kawałka mam chyba najbardziej mieszane uczucia. Zastanawiam się cały czas, czy Harris chciał tu połączyć typową maidenowską galopadę z jakże lubianymi przez niego ostatnimi czasy epicami, jednak momentami mam wrażenie, że mocno się pogubił. Zgodzę się z kilkoma wypowiedziami, gdzie stwierdzono iż utwór miał niesamowity potencjał, ale niestety panowie za bardzo przekombinowali. Po pierwsze - niesamowicie irytuje mnie gitara grająca unisono z wokalem w zwrotce. O ile w refrenie razem z "oooo" brzmi to fajnie, to w zwrotce wręcz prostacko - tak grają początkujący gitarzyści, którzy chcą, żeby w każdym momencie piosenki było ich słychać. Właśnie, jeszcze jedno słówko o "oooo", bo też zdążyłem już tu przeczytać, że utwór jest przez to wieśniacki i nadaje się do śpiewania w karczmie. Jestem przekonany, że ta przyśpiewka została stworzona z myślą o koncertach, gdzie Bruce będzie w domyśle szalał na scenie i integrował się z publicznością. Poza tym... ile już takich oooo Maideni mieli w karierze? Hallowed Be Thy Name, Siódmy Syn, The Wicker Man... toż to klasyki, tak uwielbiane przez fanów, a jednak krytyki za "oooo" nigdy pod swoim adresem nie otrzymały

wracając jeszcze do samego utworu - świetne rzeczy dzieją się od 5 minuty - kojarzy mi się to z klimatem Brave New World. I gdyby granie skończyło się w 12:27, przeżyłbym te wkur*iające zwrotki i mój odbiór utworu mógłby być wyłącznie pozytywny. Niestety, Harris popełnił typową dla siebie gafę - po raz kolejny sztucznie wlepił na sam koniec refren. Po co? Klimat kawałka przez to został totalnie zj*bany, mielibyśmy świetne outro, a tak otrzymaliśmy chamsko wręcz wlepiony fragment, o którym po tych kilku minutach zdążyliśmy już zapomnieć. Niestety, za ten moment płyta ma u mnie sporego minusa, a samo TRATB już zawsze będzie dla mnie definicją muzycznego przedobrzenia a'la Steve Harris.
5. When The River Runs Deep - drugi zgrzyt na płycie. Utwór zaczyna się obiecująco, po intrze mamy ciekawy riff trochę a'la Deep Purple czy nawet Whitesnake, niestety zarówno zwrotki, jak i refren jakoś nie wpadają mi w ucho. Z wielkim smutkiem muszę wręcz przyznać, że WTRRD to pierwszy na TBOS wypełniacz.
6. The Book of Souls - na szczęście utwór tytułowy w całości wynagradza chwilowy niesmak spowodowany końcówką TRATB i WTRRD. Wszystko jest tutaj znakomite - akustyczne intro a'la The Legacy i The Talisman przechodzące w kapitalny riff (jak dla mnie jeden z najlepszych w całej karierze Maidenów!), a potem mistrzowskie zwrotki, refren i znakomite pierd**nięcie w drugiej części utworu. Fantastycznie brzmi tu perkusja Nicko - chłopak zagrał chyba najlepiej w karierze, czym mnie bardzo zaskoczył, bo już zdążyłem go zaszufladkować i nieraz śmiałem się z jego stylu, gdzie bez ride'a nie ma grania

Nicko jest dla mnie osobiście największym odkryciem tego albumu, a tytułowy track to zdecydowanie najlepszy utwór na CD1 i być może najlepszy z całego TBOS. Być może, bo na sam koniec napiszę o jeszcze jednym wyjątkowym songu

CD2
1. Death or Glory - mocarny początek drugiego krążka. Zauważyłem, że opinie na temat tego utworu również są dość podzielone, ale osobiście odbieram go raczej pozytywnie. Mamy tu galopadę, wokalne harmonie, zapamiętywalny refren i dobrą wstawkę w stylu Powerslave'a w drugiej części numeru.
2. Shadows of The Valley - drugi dość mocny zgrzyt na płycie. Nie wiem czy intro celowo miało być inspirowane Wasted Years, ale nawet osoba bez obycia muzycznego usłyszy prawie że kopię słynnego wstępu. Potem jest jeszcze gorzej, bo mamy zrzynkę z The Fallen Angel i niestety jako wieloletni fan Maidenów i znawca ich dyskografii, nie jestem w stanie zaakceptować tego utworu. Wielka szkoda, bo obniża on ogólny odbiór albumu.
3. Tears of a Clown - dobry utwór, bardzo często go nucę, refren szybko wpada w ucho. Hołd dla Robina Williamsa, mamy tu trochę paradoks, bo numer, który z założenia miał być raczej smutny, brzmi dość... wesoło. Dla mnie kandydat na drugiego singla, dobrze przyjmie się w radiu.
4. The Man of Sorrows - ciężko mi się przekonać do tego kawałka. Tak, jakby czegoś mi tu brakowało, ale nie jestem w stanie wyrazić czego. Zalatuje wypełniaczem, najzwyczajniej w świecie nie wpada w ucho, chociaż ma dość ciekawy, posępny klimat. Drugi najgorszy utwór na płycie.
5. Empire of The Clouds - ten kawałek to jest temat na zupełnie odrębną dyskusję. To, czego się najbardziej bałem, czyli na maksa przekombinowane 18 minut, na szczęście nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Dzięki Bogu, który skruszył serce Harrisa i Bruce mógł tutaj sobie poszaleć - dzięki temu wyszedł pierwszy tak świeży i tak oryginalny utwór spod znaku Iron Maiden, bo nie oszukujmy się, czegoś takiego jeszcze wcześniej panowie nie nagrali. Piękny wstęp na pianinie, niesamowicie wpadający w ucho motyw główny, wspaniały wokal Dickinsona, no i przede wszystkim konstrukcja utworu... przez te 18 minut dzieje się tu tyle, że trzeba co najmniej 18-stu przesłuchań, żeby wyłapać wszystkie smaczki, jakie Maideni umieścili w tym dziele. Bardzo, ale to bardzo udany eksperyment - założę się, że chłopaki na pewno mieli wątpliwości, czy umieszczać coś takiego na płycie, ale w końcu zaryzykowali i chwała im za to. Imperium Chmur nie tylko znacznie podnosi ocenę drugiego CD, ale bardzo wyraźnie wpływa na ogólne podejście do całej płyty. Bez tego epica mielibyśmy zapewne kolejny solidny album od Harrisa i spółki, któremu jednak znowu czegoś by brakowało. Na szczęście na TBOS to "coś" w końcu jest, a nazywa się "Empire of The Clouds". Z każdym przesłuchaniem ten utwór podoba mi się coraz bardziej, a 18 minut mija jak 5
Podsumowując moją dość długą recenzję - The Book of Souls umieszczam dokładnie w środku stawki wszystkich płyt Maidenów. Nie jest to materiał na miarę wspaniałych dokonań z lat 80-tych, ale też stoi znacznie wyżej niż wszystko, co zostało wydane po Brave New World. Nie nazwałbym też tej płyty genialną - 10/10 czy 9/10 to oceny zarezerwowane dla płyt z okresu 1982-1987, jednak z pewnością jest tutaj znacznie więcej momentów dobrych aniżeli średnich czy słabych. Wszystkie mankamenty dość skrupulatnie opisałem, jednak w moim odczuciu suma plusów zdecydowanie przewyższa minusy

Płycie daję ocenę 7,5/10, w ankiecie zaokrągliłem do 8/10.