Nie no, jeszcze z jeden czy półtora posłuchaliśmy

Ale nasz plan był, żeby posiedzieć do północy dzisiaj.
Piątek, dzień 3.
Najlepszy jak do tej pory (mimo, że wyszedłem przed końcem). Bardzo rockandrollowy.
Zaczęliśmy w miarę wcześnie od koncertów In Twilight's Embrace, Moonstone i Imminence. Żaden mnie nie porwał. Każdy w innym stylu, a wszystkie monotonne. No, ale każdego obejrzałem większość. W międzyczasie jeszcze trafiliśmy na soundcheck Soen.
Soen był pierwszy oczekiwanym dziś koncertem. Wypadł dobrze, chociaż ja przyczepiłbym się do ustawienia dźwięku. Perkusja była za głośno i trochę się zlewało momentami. Ale publiczność była zadowolona. Oni chyba też. Zaprosili na jesienną trasę i koncert w Warszawie.
Planet of Zeus - co tu się od kwelertaczyło. Rock and roll na pełnej. Chłopaki pozamiatali. Desert Stage pełny. Ta scena to jakiś fenomen. Co koncert, to tłum bawiących się ludzi. Na "zeusach" było też konkretne, lecz kulturalne pogo. To był chyba koncert dnia, z dużą szansą na koncert całej imprezy.
Hellacopters - zawinęliśmy się z Zeusa w trakcie ostatniego numeru, żeby na nich zdążyć. Grali na Main Stage, a to kawałek drogi. Tłumów nie było (w porównaniu do Testamentu czy Behemota). Spokojnie zajęliśmy miejsce w 5-6 rzędzie. Wokół nas raczej luz, nikt nie wpadał mimo, że ludzie jednak bujali się w rytm muzyki. Ale za palenie w tłumie obowiązkowa eutanazja, a gościa, który pod barierki przyszedł ze smażoną rybą dodatkowo powiesić za jaja. Sam koncert rozpędzał się dość powoli. Było fajnie, ale ogień pojawił się dopiero w drugiej połowie. Robotę robili wokalista (głównie na gitarze, bo wokale mogłyby być trochę głośniejsze) i perkusista. W moim odczuciu scena była dla nich zbyt duża. Chętnie zobaczyłbym na mniejszej, najlepiej w jakimś klubie.
Electric Wizzard - kolejny koncert to zmiana klimatu. Jakbym miał po prostu stać i patrzeć przez godzinę, to by było męczące. Ale z piwkiem, znajomymi można było się przyjemniej pobujać do tych mocarnych zagrań. Tutaj był prawdziwy tłum i moim zdaniem pierwsza rzeczywista niedoróba organizatorów. Electric powinien zagrać na Main, a Hellacopters na Park Stage i byłoby idealnie. Zdecydowanie tłum żywo zainteresowany koncertem (nie liczę tych czekających na kolejny koncert) był większy na Electric Wizzard. Ludzie oglądający koncert zajmowali dodatkowo połowę strefy gastro.
Lucifer - z Electric wyszliśmy przed końcem, żeby zdążyć na początek Lucifer. Początkowo nie było tłumów, ale w trakcie koncertu Desert Stage jak zwykle się wypełnił. Koncert dobry, ale niestety były pewne wtopy. Po pierwsze wokalistka strojąca fochy z powodu niedziałającego odsłuchu. Ja rozumiem, że była wkurzona (zresztą jeden numer był praktycznie instrumentalny, bo zeszła, żeby techniczni rozwiązali jej problem), ale to ciągle machanie i miny, które puszczała do technicznego były irytujące. Z drugiej strony instrumentaliści świetnie, tutaj bez zastrzeżeń. Druga sprawa to długość seta. Wg rozpiski mieli grać godzinę, a skończyli po niecałych 50 minutach. Szkoda. Ale chętnie zobaczyłbym ich na jakiejś klubówce.
Danzig - trochę się spóźniliśmy, bo początek pokrywał się z Luciferem. Idąc słyszeliśmy straszne wycie ze sceny. Potem wokal się poprawił, żeby w połowie koncertu znowu zmienić się w wycie. Apogeum było na Mother. Ależ on to zmasakrował. Ale ludziom się podobało. Widać było, że mnóstwo ludzi czekało tylko na to. I to żenujące morze telefonów (staliśmy dość daleko). Jak napisał Blackcocer sporo ludzi wyszło od razu po tym numerze. My posłuchaliśmy jeszcze kolejnych i trochę po północy się zawinęliśmy.
W planach było jeszcze Birds in Row i kawałek Watain, ale zmęczenie dało znać o sobie. Rano kolejne koncerty
