2/2
O ile chwaliłem organizację pierwszego dnia (nawet byliśmy pod wrażeniem, że kulawe Maiden takie coś ogarnęło), to drugi dzień uwypuklił brak doświadczenia w tego typu inicjatywach.
Po prostu za dużo ludzi - nie ogarnęli tłumu w aspekcie dojazdu (niektórzy nie dojechali na gig), nie mówiąc o powrocie trwającym 2/3 godziny do cywilizacji.
Cieszyłem się również, że wykorzystałem na maxa pierwszy dzień w aspekcie atrakcji - w drugi za dnia (przed koncertem) były tłumy do wszystkiego.
Wpuszczali od 13, pobiegliśmy na barierkę i było spoko. Jakoś te godziny zleciały, mimo tragicznych supportów. Airbourne wykonał zadanie, że te 40/50 min minęło trochę szybciej. Reszta ssała równo. Wystarczyło zaprosić zespoły, które akurat kończyły trasy po Europie typu Megadeth czy Anthrax i od razu byłoby inaczej, ale wiadomo - po co się dzielić łupem z piwa za 8£.
Nie psuło to jednak attitude tłumu. Wokół nas ludzie autentycznie się bawili, skakali, było dość dużo crowdsurfingu na supportach. Gdy na scenę wszedł Paul Anthony z Planet Radio, który pełnił funkcję jakby zapowiadającego w oba dni festu - to był jedyny moment gdy poczułem, że może to być coś wyjątkowego jak na Maiden. Zapowiada, że koncert będzie wyjątkowy, nagrywany itp i prosi o schowanie telefonów do kieszeni… potem procesja członków rodzin zespołu wzdłuż barierki na soundboard z Rodem na czele.
Doctor - jeden z lepszych w życiu; w otoczeniu przyjaciół, z kamerami 8k czy coś pro wchodzącymi pod twarz, po kilku godzinach wyczekiwania - mega siadło.
Koncert sam w sobie mega, ale do Rime’a. Potem wiadomo - Bruce siadł ale i tak się świetnie bawiliśmy, dużo nas kręcili no i złapaliśmy wszyscy trzej po kostce, a Bartek dorwał też frote Simona. Po gigu - mieszane uczucia - bawiłem się świetnie (niedomogi wokalne dopiero ogarnąłem z filmików na YT) ale też doszło do mnie to rozczarowanie brakiem „czegoś”.
Niby cały Eddfest spoko inicjatywa - coś nowego, świeżego ale brakowało ze strony zespoły podkreślenia, że de facto obchodzimy tu coś wyjątkowego. Zmarnowana szansa. O ilości pomysłów jakie tu mogły by się zdarzyć (niskim pokładem sił) dyskutowaliśmy godzinami. Ale to trzeba chcieć, trzeba rozszerzyć horyzonty w kierownictwie zespołu, trzeba kogoś zatrudnić spoza „kręgu”, trzeba po prostu chcieć coś zrobić.
Z perspektywy 2 dni, które minęły to tylko łyżka dziegciu w beczce edmiodku. Najważniejsza jest muzyka i zespół.
Zespół jest bestią live w tym roku (podoba mi się bardziej niż w 2025!), zresztą zawsze był i to jest niesamowite. Nadal gdy wyskakują na scenę to automatyczny banan na twarzy i człowiek w innym świecie.
Paradoksalnie Paryż i Kneb to były moje najlepsze gigi w tym roku

muzycznie ? Zdecydowanie Bratysława - chyba im pykło wszystko idealnie na tym koncercie. Fajny był też Bukareszt (fttb i kostka), Amsterdam - jeżeli się okaże, że faktycznie były dogrywki w tej hali - też fajnie, aczkolwiek publika zbyt drętwa. Odbiór Kneb na pewno też modyfikował Trooper VIP - siedzę teraz oglądam ten merch i miło wspominam, fajna przygoda. Dopisała też pogoda i oczywiście polska ekipa.
Fajne są filmiki na YT, gdzie ktoś nagrał szwendanie się po Eddfescie. Gdybym nie pojechał - żałowałbym nieobecności je oglądając.
Koleja edycja? Raczej nie na wypizdowiu. Wystarczy dobry gig w Londynie z jakimś dodatkiem w postaci exhibition jak robi Ghost - chętnie popatrzyłbym na te artefakty, których nie zabrali do Knebworth. Up the Irons i odliczam dni do następnego gigu.