(Przed)wczorajszy dzień był średnio udany, więc dzisiaj były plan, żeby nadrobic. Zwłaszcza, że dzisiaj chciałem zobaczyć sporo koncertów. Od rana na prochach i bez alkoholu.
Na początek dwa zdania o frekwencji. Dzisiaj było naprawdę tłoczno. Kilka koncertów nietrafionych ze sceną. Hellripper w Sabbath - nie dało się wejść, tak samo podobnie na Archgoat, Kredki na Parku - tłok niesamowity. Na Opeth i Kingu było więcej ludzi niż rok temu na Bring Me the Horizon.
Dzień zaczęliśmy od początku koncetów.
Heave, Blood and Die - Najbardziej nerdowski zespół jaki widziałem. Basistka wyglądała na 13-14 lat. Gitarzyści... no jakby ktoś trzymał kartkę "virginity for a pick", to chłopaki chyba podeszliby po koncercie zapytać o kostkę. Do tego flaga Palestyny wywieszona na wzmacniaczu i jakiś Żyd na publiczności pokazujący zespołowi telefon z wyświetloną flagą Izreala i fucka. Poza tym mieli śmieszny outfit. Sam koncert spoko. W domu bym sobie tego nie puścił, ale jako koncert na rozpoczęcie dnia było dobrze.
Stray from the Path - Posłuchaliśmy chwilę oglądając merch artystów. No zebrało się niestety ze 20 minut. Straszne gówno, ale nie brzmiało aż tak źle jak na spotify.
Green Lung - Świetny koncert. Jeden z tych, na który najbardziej się nastawiałem po przesłuchaniu zespołów z festiwalu. I zdecydowanie dowieźli. Chciałbym ich zobaczyć na indywidualnym koncercie. Przyjęcie mieli bardzo dobre. Przede mną, a obok Schizoida stała dziewczyna, która wyśpiewała chyba wszyskie teksty. I nie była jedyną taką osobą na tym koncercie.
Hellripper - Kolejny koncert, na który się mocno nastawiałem. Niestety nie udało się dotrzeć. Tzn. wszedłem do klubu... na wysokość baru w przedsionku. Przepchnięcie się tam zajęło mi 1 numer. Posłuchałem kolejnego i stwierdziłem, że spociłem się tam jak świnia, z daleka słychać średnio, więc wychodzę.
Zamiast Hellrippera poszedłem na Mystic Talks i posłuchałem tour managerów mówiących o swojej trasy. Całkiem spoko inicjatywa z takimi wywiadami.
W międzyczasie zaczęło padać, więc schowaliśmy się w foodhallu. Gdy mieliśmy iść na Cobra the Impaler burza napierdalała jak zła. Takiej ulewy dawno nie widziałem. Masakra na całego.
Cobra the Impaler - Wyszliśmy spóźnieni 15 minut i okazało się, że chłopaki dopiero wychodzą na scenę. Atak burzy spowodował opóźnienie, bo chyba zalało również scenę (podobnie jak Schizoida barierkującego Jinjer

). Po szybkim wytarciu talerzy zaczęli. Uuuu, świetny koncercik. Panowie napierdzielali aż miło. Gdy zaprośili ludzi do mosha, odpowiedź była jedna i zaraz jakiś metal 60+ tarzał się w błocie.
Cradle of Filth - Strasznie przeładowany kocert. Masa ludzi na nich przyszła. Muzycznie spoko, ale jak Dani zaczął szczekać jak pies ściśnięty za jaja, to nie zdzierżyłem. Posłuchaliśmy z 20-30 minut i poszliśmy na main stage.
Opeth - 3 lata temu strasznie mnie wynudzili na Mysticu. Tym razem Wysoki Szwed dał radę. Ten koncert bardzo mi się podobał. Nie znam ich twórczości za dobrze, więc nie miałem wymagań. Fajny dzwięk. Bardzo mi się podobało też jak Szwed mówi. Kulturka. Chyba się wybiorę jak znowu nas odwiedzą.
W.A.S.P. - Z Opeth wyszliśmy przed końcem (15 minut), żeby zdobyć dobre miejsce na W.A.S.P. Co to był za koncert. Dostarczył mi najwięcej radochy na tym festiwalu, ale dużą rolę odgrywała tu znajomość tekstów. Może Blackie wygląda jak Maryla w czarnej peruce, może czasem nie dowoził wokalnie, może były jakieś rozjazdy, ale emocje pierwsza klasa. Było trochę bydła. Mosh wychlapał całą wodę z wielkiej kałuży. No i po tym koncercie hymnem festwialu zostaje dla mnie.
"I'm a Wild Child
Come and love me
...
I got erection"
Może bisy były średniej jakości. Real Me słabo brzmiało. No i zamiast Blind in Texas wolałbym usłyszeć co innego, ale z drugiej strony zakończenie takim rockandrollem robiło robotę.
King Diamond - Kolejne podejście i znowu porażka. Fajny wystrój sceny (najlepszy jak na razie), dobra jakość, ale... może jakby zmienił wokalistę. 30-40 minut wystarczyło i poszlismy coś zjeść.
Blindead23 - Świetny koncert. To nie jest moja muzyka. W domu bym nie słuchał. Zaliczyłem fajny transik. Do tego bardzo fajne światła, fantastycznie zgrane z muzyką. Mimo, że grał King, to było tyle ludzi, że na stary Desert by się nie zmieścili.
Artur Brown - Dziwne to było, ale na koniec dnia fajne. Trochę zbyt spokojne się zrobiło i chyba byłem już zbyt zmęczony. Jednak uznaję go za pozytywne zakończenie dnia.
Potem miałem iść spać, ale jakoś nie wyszło i wraz z Benym, Blackcockerem, Czystym Złem i Sardim zaliczyłem najlepszą część dnia, czyli metalową dyskotekę... oraz kilka szotów nalewek. Ale dyskostyka... co tam się działo. Publiczność na Enter Sandman czy Number of the Beast głośniejsza niż na koncertach. Szyby w foodhallu pękały. Najebana laska padła jak długa przy sąsiednim stoliku, po czym poprawiła tą akcję wyjebując na glebę kolegę. Potem jej kolega padł na ryj na betonie, a jak ratownicy próbowali mu pomóc, to skończyło się na pacyfikacji kolesia przez 4 ochroniarzy. Fantastyczna impreza. Potem ruszyliśmy odprowadzić Benego na pociąg, a były jeszcze prawie 3 godziny. Zimny kabab, angole szukający baru.
4 nad ranem. Beny sika w bramie. Może sen przyjdzie, albo SPECJAL.
A potem wschód słońca nad diabelskim młynem. No i zamiast spać piszę tę relację, a zaraz otwieraję żabkę (Beny jak nie dam rady odebrać Twojego depozytu, to sorki

)
PS. Kolego Szpara (jeżeli mogę tak się do Ciebie zwrócić), co się stało, że podobno nie dotrałeś dziś na W.A.S.P.