Listopadowego szaleństwa dziś (a raczej już wczoraj od 16 minut) nastąpił ciąg dalszy. Wracam do domu i to co na pewno wiem to to, że nie potrafię jeść falafelowej tortilli rękami i pewnie bezpieczniej będzie w przyszłości jak wezmę widelec, po prostu nie potrafię xD Dobrze zrobiłem, że nie wziąłem sosu, bo byłoby jeszcze gorzej

Albo inaczej... nie wiem czy to ja nie potrafię jeść czy oni tak chujowo te tortille zawijają, no ale mniejsza o to, ucieszyłem się, że zjadłem coś normalniejszego i wypiłem kawę jeszcze przed tym, w taką zimnicę takie ciepłe rzeczy to jest złoto - poezja, ambrozja, poemat!
Ten wypad miał być krótki i szybki i taki właściwie był, chociaż w pierwszą stronę czułem się tak jakbym wieki jechał. Autobus 50 minut się spóźnił, co mi specjalnie nie przeszkadzało jako, że chciałem po prostu przyjechać do stolicy, zaliczyć drugi w swoim życiu koncert Xiu Xiu i wrócić do domu po nim, lecz po pewnym czasie potrafię czuć jakieś przytłoczenie, myślę że to częściowo przez słuchawki, a częściowo przez to, że mam jakąś fobię społeczną, klaustrofobię czy chuj wie jeszcze co, wątpię bym miał to drugie, ale po jakimś czasie mnie męczyła ta podróż. Nie wiem czemu ostatnio tak słabo wytrzymuję te podróże, czy mam już po prostu ich dosyć i muszę odpocząć czy może taki okres jest, a w tym roku jeszcze trzy wypady (wszystkie do stolicy!) mnie czekają, ale dwa z nich przynajmniej zrekompensują spotkania z pewnym współkuracjuszem (czy tak to się pisało? Od 7 rano nie śpię i mi mózg nawala xD). Ale wracając do właściwego wydarzenia, które miało miejsce w Hybrydach, było bardzo dobrze, lecz niestety sporo za krótko, po jakichś 57 minutach wszystko się skończyło, więc nie ma co się dziwić, że czuję niemały niedosyt. Pierwszy raz Xiu Xiu widziałem dwa lata temu w Krakowie jak grali normalnego seta z albumowymi utworami, a teraz natomiast wzięli się za bardziej eksperymentalny i, jakby to powiedzieć, ilustracyjny i abstrakcyjny hałas. Ilustracyjny, bo można to w jakiś sposób określić mianem muzyki ilustracyjnej i to wszystko było wydobywane do mrocznych czarnobiałych obrazów, które wyświetlały się na projektorze. Punktem wyjścia dla tego występu był debiut Davida Lyncha Eraserhead i o ile dobrze przeczytałem, wzięli do niego fragment soundtracku i na swój własny sposób to rozwinęli i podinterpretowali. Czego tam nie było... dmuchanie w jakieś piszczałki, balon (Jamie nadmuchiwał balon, a potem spuszczał z niego powietrze), tłuczone butelki, skrobanie elektryczną (?) maszynką o jakieś opakowanie i od czasu do czasu Stewart ze swoją Azjatką robił jakieś wokale. Wszyscy raczej już tu wiedzą (chyba, że nie czytają moich wypocin) jaką mam słabość do bardziej eksperymentalnych i wymyślnych klimatycznych rzeczy więc raczej nie powinno dziwić, że mi się to podobało, no ale jednak kurwa za krótko było...
Hybrydy mi się podobają, ta scena wygląda dosyć przestrzennie i przed nią też w sumie jest fajnie, nieco lepiej niż w Hydrozagadce, lecz oba te kluby mają jakiś swój urok. Jak zdecyduję się kiedyś na bycie koncertowym aktem to chciałbym być w nich obu xD Stałem blisko, trzeci rząd, ale że nie ma barierek to widziałem naprawdę wszystko dobrze, akurat udało mi się być przed klubem 20 minut przed otwarciem bram i kolejka była dosyć krótka, plecak i kurtkę odstawiłem do szatni i wiadomo gdzie poszedłem. Ale właśnie, w Hydrozagadce mnie nie przeszukiwali i zaskoczyło mnie po koncercie The Young Gods w zeszły poniedziałek, że udało mi się tam wejść z wodą, a teraz plecak mi sprawdzano i musiałem wyoutować wszystko co miałem w butelkach; cóż, położyłem wodę przy drzwiach, a po koncercie już jej nie było, ale trudno, nie ma co się przywiązywać do utraconej muszynianki i płakać za dwoma czy trzema złotymi. Za to niedokończone ciastka zbożowe mogłem już mieć
