Jako, że miesiąc słuchania płyty za mną postanowiłem napisać moją krótką ocenę utworów. Nie ukrywam, że na płytę czekałem jak wygłodniały wilk, wszak panowie z IM zrobili sobie najdłuższą przerwę w karierze jeśli chodzi o wydawanie płyt studyjnych (5 lat!!!). Pierwszy odsłuch oczarował, za 10 razem też było super, teraz nadal jest świetnie, z jednym tylko ALE (no może dwoma). Po kolei:
IESF - Utwór zaczyna się klimatycznie (jak na Maiden). Taki solowy Bruce. Potem wchodzi riff i jedziemy. Bardzo fajne wokale i cała konstrukcja utworu. Podoba mi się to jak Bruce śpiewa, jak chłopaki grają i co w utworze robią. Fajnie, że zrezygnowali w tym utworze z solówek (chyba Bruce to przeforsował), bo zwykle przynajmniej jedną w każdym upychają. Harmonie fajne, outro znakomite. Może to tylko takie moje dziwne spaczenie, ale wydaje mi się, że całość (bez intro i outro) przyspieszona o 5bpm brzmiałaby zadziorniej. Jestem ciekawy nowej płyty Brucea, gdzie ten utwór raczej też się pojawi, tylko w trochę innej aranżacji (patrz Bring your daughter to the slaughter). Mocne
9/10.
Speed of Light - Singiel. Przez to trochę niedoceniany. Spragnieni nowej muzyki Maiden fani mieli strasznie zawyżone oczekiwania i wydaje mi się, że przez to nie do końca sprawiedliwie i szczerze traktują ten utwór. Całe to oczekiwanie na nowy album mógłbym trochę porównać do medialnego pompowania balona przed np ME w piłce nożnej 2012 w Polsce. Albo po jednym sukcesie reprezentacji itp. Ludzie się naczytają, pospekulują i mają zbyt duże, napompowane oczekiwania. Tak też było w przypadku Speed of Light.
Utwór od pierwszego odsłuchu skojarzył mi się z Purplami. Nie wiem czemu, ale czuję w tych zaśpiewach Dickinsona inspirację Deep Purple. Dla mnie na plus. Singiel od początku porwał, melodie i refren szybko wchodzą w głowę. Poprawna solówka Davea, świetna robota Ejdriana. 4:40 - mistrzowskie zakończenie utworu, rock on!
8/10. Solidny Rocker.
The Great Unknown - rzadziej słuchany przeze mnie utwór, niemniej jednak dobry. Podoba mi się intro i outro, a także zwrotki. Mam wrażenie, że świetnie wpasowałby się na poprzednią płytę, czuję tu ten klimat Isle of Avalon jak i całego TFF.
7/10 bo te zaśpiewy od 2:25 do 2:45 trochę irytują.
The Red and The Black - kompozycja Harrisa. Miał być kolejny epik. No właśnie - miał być. Według mnie (teraz zaskoczę wszystkich) to najsłabszy punkt nowej płyty. Sam doszedłem do tego, że słuchając krążka najczęściej przeskakuję właśnie ten utwór. Zaraz odpowiem dlaczego.
Taka mała anegdota - może coś wniesie, może uznacie, że to nie jest miarodajne, ale dla mnie to moment w którym zrozumiałem jak ten utwór jest źle przemyślany. Otóż jakiś czas temu byłem w trasie ze znajomymi, którzy nie słuchają Maiden na co dzień. Puściliśmy jednak nowe wydawnictwo i do momentu TRATB wszystkim się podobało, ja sam miałem banana na ryju widząc, jak publika która rzadko słucha takiej muzyki teraz ochoczo macha głową. Dochodzimy do TRATB. I już sam byłem lekko zażenowany. Jak dla mnie utwór jest za prosty. Zwrotki lecą na patentach z innych utworów, głównie z Rime. To jeszcze da się znieść, ale tam jest tak płasko, brakuje czegoś. Pomijam fakt, że zwrotki z 3:50 w ogóle nie powinno być (4 lub 5 zwrotek pod rząd!). Dla mnie jest to katastrofalnie rozwleczone. Tak samo jak zaśpiewy "The reeed and the blaaack". ZA DŁUGO! 15 lat temu Maideni nagrali "The Thin Line...", gdzie w wyciszeniu mamy świetną melodię i wokal. Wtedy potrafili dawkować słuchaczowi tę melodię tak, by po wysłuchaniu utworu pozostał niedosyt i by słuchacz ponownie wcisnął replay, aby tylko dotrzeć do tego momentu. W TRATB moje uszy się męczą.
Przyznam szczerze, że ten utwór zaczyna się dla mnie w 6:30 i zazwyczaj od tego momentu go odpalałem. Cześć instrumentalna jest świetna. Chociażby melodia gitarowa grająca pod pierwsze solo. Miód. Fragment instrumentalny pokazuje potencjał trzech gitar w zespole. Jak mało gdzie!
Naprawdę, zastanawiałem się, czy nie wyciąc sobie tego fragmentu z całości utworu i słuchać "instrumentala". Co do anegdoty i słuchania z nieMaidenowcami. Czekałem tylko na moment instrumentalny i świetną harmonię z 10 minuty, która na pewno wynagrodziła im (i mnie) pierwsze 6 minut utworu.

Podsumowując - ten utwór można było skrócić, wzbogacić i dopracować. Ten utwór męczy człowieka przez pierwsze 6 minut, ale potem mu to wszystko wynagradza w postaci kapitalnych solówek (w tym 2 Ejdriana) i genialnych harmonii.
Za część z Brucem daję 3/10, za instrumentalne, ciekawe rozwiązania od 6:30 daję 9/10.
When The River Runs Deep - Bardzo fajny, dłuższy rocker. Mogli przekombinować, ale tego nie zrobili. Fajnie się słucha tak grającego zespołu i śpiewającego Bronka. Wydaje mi się, że odpowiednik The Alchemist z poprzedniej płyty, tylko, że tysiąc razy lepszy. Czuję tutaj naleciałości z XFactor i VirtualXI. Szczególnie z "Man on the edge" i "The Educated fool". Dobre solówki.
8/10.
The Book Of Souls - Jak dla mnie najjaśniejszy punkt programu. Bije nawet Empire. Takie zdanie miałem od pierwszego odsłuchu i zdania nie zmienię. Riff jest przepotężny, walcowaty. Jeśli miałbym do czegoś porównać, to do "Welcome to the Pit" z solowej plyty Brucea. Podoba mi się to, co Harris robi pod koniec riffu, tj wchodzi na wyższe rejestry, podczas gdy gitary grają co innego. Pre chorus i chorus genialne. Znam na pamięć i często śpiewam. Przejście w szybszą część bardzo zgrabne. Ponownie genialne wokale. Solówki świetne! Podoba mi się to, w jakim kierunku panowie poprowadzili ten utwór i to co dzieje się na końcu. Nie ma żadnego pitu pitu, 10 refrenów i 3 minut wyciszenia. Mamy ostrą jazdę. Czujemy, że z każdą sekundą zbliżamy się do punktu kulminacyjnego programu. Szybkie gitary, świetna solówka Ejdriana i genialnie bębniący Nicko, akcentujący wszystko na talerzach. Oczywiście mamy wstęp i zakończenie na akustyku, ale to tylko taki dodatek

. Jak dla mnie
10/10, najczęściej słuchany utwór i prawdziwy epik bijący na głowę Paschendale czy Dance of Death.
Ponieważ trochę się rozpisałem to drugi krążek rozpiszę za parę dni. Wtedy też napisze moje podsumowanie płyty.
Up The Irons!
