To będzie chyba najdłuższy tekst jaki popełniłem o czymkolwiek w tematach muzycznych. Zabierałem się do niego na trzy rundy – po Warszawie, w trakcie powrotu z Berlina i już na spokojnie w niedzielę, w celu przeredagowania wszystkiego. Żeby napisać o dwóch koncertach Swans, które ujrzałem w tym tygodniu, nie obędzie się bez swoistego preludium tematycznego o poznaniu ich przeze mnie. Dodatkowo, aby nie odganiać osób mało znających lub całkowicie zielonych z Łabądkami, postarałem się trochę opisać pewne zjawiska panujące w zespole, w sposób bardziej wprowadzający i niehermetyczny. Zaparzenie herbaty lub jakiegoś grzańca do niniejszej lektury jest jak najbardziej przeze mnie zalecane

. A było to tak…
I. Where Does Your Body Begin?
W zasadzie mijają już dwa lub trzy lata od kiedy mogę powiedzieć, że mój upodobania muzyczne się zasadniczo zakonserwowały na dobre. To w sumie taki wiek, jakoś od 22 do 25 roku życia człowiek się przeważnie zamurowuje na odmienne doświadczenia w sztuce, trwa najbardziej przy tym co poznał za młodu per se. Od ostatniego roku w zasadzie jedynie wracam raz po raz do swoich ulubionych wykonawców, przeplatając to z nadrabianiem zespołów, które albo były mi polecone osobiście, albo w różnych zakamarkach internetu były i są zachwalane przez rzesze ludzi lub bardziej hermetyczne fandomy. Tak poniekąd przyszło mi poznać i polubić wykonawców, spośród których w szczególności przytoczyć mogę The Cure, Slowdive, Watain, Dissection, NIN, Coil, Riverside, Porcupine Tree i wielu innych. Do tego też teoretycznie zaliczam wykonawców, których słuchałem czasem przed 2021, ale dopiero ostatnimi laty podopinałem sobie ich dyskografie w stopniu satysfakcjonującym – tak było niewątpliwie z Depeche Mode, Dead Can Dance, Cocteau Twins, Opeth czy… Maiden.
O Swans posłyszałem gdzieś w 2017 roku. O ile dobrze pamiętam, to że sprawdziłem kilka ich utworów z lat 80/90 tych, ale wyraźnie wtedy nie poczułem, by wysłuchane wówczas pozycje miały należeć do moich rejonów muzycznych, toteż temat Swans zanurkował na ładne 6 lat. To dopiero przy premierze The Beggar zabrałem się za wspomniane wydawnictwo wydane w 2023, jak i za White Light From the Mouth of Infinity, oraz poszczególne utwory reunionowe. W miarę mi te kompozycje podeszły w tamtym czasie, także pamiętam, że nawet zainteresowała mnie możliwość pójścia na ich koncert. Było to moment po koncertach na wiosnę 2023, także się nieco spóźniłem z tematem. Do Progresji na jesieni się nie wybrałem, bo skończyłoby się to samotnym wyjazdem, a dodatkowo w tym samym tygodniu miałem lecieć z Warszawy do Uppsali wraz z @Schizoidem i @BroWarem na urodzinki Watain w Uppsali, a wizja jeżdżenia w te i we wte do Warszawy w tym samym tygodniu mi średnio leżała, jak wtedy tak i teraz. No ale cóż, do trzech razy sztuka, prawda? Druga próba również nie zaowocowała w ujrzenie Łabędzi na żywo. Miałem na nich jechać zaraz po drugim Depeche Mode w Łodzi w tamtym roku. Problemy zdrowotne, odległy powrót po koncercie, to wszystko ponownie zaważyło o odroczeniu doświadczenia ściany dźwięku na żywo.
Nadal – co trzeba podkreślić – znałem może 2-3 płyty z ich dyskografii. Rozległej dyskografii. Pamiętam puszczanie Soundtracks for the Blind pod koniec 2024 którejś nocy kompletnie przez mgłę, i mam wrażenie, że znowu mnie to lekko odbiło od przyciśnięcia tematu. Zupełnie nie rozumiałem wtedy co się dzieje na tej płycie (plot twist: nadal nie rozumiem, ale jest wspaniała). Finalnie, po latach, nadszedł dzień ostateczny wymigiwania się od Łabędzi. Kiedy na początku tego roku do sieci trafił singiel I Am a Tower promujący wydane w maju Birthing, poczułem, że tym razem nie ma kremówek-wymówek i wyrosła we mnie dojrzałość do wytarmoszenia się i przebrnięcia przez dyskografię Swans. Pobrałem sporo ich płyt, zacząłem odpalać jedną po drugiej i… i oj, OJ, OJOJ.
Po wszelkich, kilkuletnich oporach, wszystko czego słuchałem wchodziło mi nagle wprost fenomenalnie. Album za albumem, utwór za utworem, byłem z dnia na dzień pod coraz większym wrażeniem. Budowało mnie to, jak można na dwugodzinnych płytach zawrzeć tyle dobroci, zassać czas i pozwolić człowiekowi odpłynąć w myślach na długie kwadranse. Również doświadczenie ich materiału z lat 90tych rzuciło mi totalnie inny punkt widzenia na kreacje folkowo/gotyckie. Nie mogłem się odpędzić tygodniami od praktycznie każdego ich wydawnictwa. W zasadzie tylko pierwsze płyty były dla mnie lekko nie do przebrnięcia, jako że jest tam absolutnie zdehumanizowany industrial i takich dźwięków, no omówmy się, za łatwo się nie trawi słuchem.
Po niecałym miesiącu ekstremy, kiedy tylko mrugnęło mi na FB, że Kristoff Hahn i Michael Gira grają solowy koncert w Palladium tydzień później, nie zastanawiałem się już długo. Kupiłem bilety na pociąg, odkupiłem od jakiegoś gostka bilet za pół ceny i poprułem do Warszawy jak zaklęty. Koncert w wersji Swans-bis był całkiem ładny. Oczywiście nie było to tym, co słyszałem kilka dni wcześniej na arcydziełach live w postaci Deliquescence i Live Rope, ale nadal czułem, że biorę udział w czymś znaczącym. Niedługo po koncercie padła zapowiedź właściwej trasy zespołu, z jedną, jedyną datą w Polsce, w Warszawskiej Stodole. Zakup biletu był kwestią chwili, tym razem nie istniała już wymówka, która by mnie powstrzymała od wyjazdu na koncert Swans. W niedługi czas po tym, wraz z końcem maja, wyszło nareszcie Birthing. Nie miałem wobec tej płyty dużych oczekiwań patrząc po dwóch poprzednich, ale przyznam, że niemało mnie zamurowała. Nie wierzyłem, że wydadzą studyjnie jeszcze coś tak wielkiego po The Glowing Man z 2016. Od pierwszych chwil, aż po dość pogodne brzmienia Rope (Away), płyta ta jest kolejnym w dyskografii prawie dwugodzinnym kolosem, który sprzedaje nam niebywały wręcz klimat. I jest to u mnie na luźno płyta roku.
I tak powoli, dosłuchując jeszcze ich dyskografii raz po raz, po kilku miesiącach dotarłem do punktu kulminacyjnego.
II. Where Does Your Body End?
Wyjazd do Warszawy w śnieżno-szarym listopadzie nie był moim marzeniem, ale tutaj nie było miejsca na kręcenie nosem. Szczególnie, że jakiś czas temu debiutujące na polskich torach RegioJet rzuciło na pewien czas do sprzedaży bilety na trasie relacji Krk-Waw po śmiesznych cenach. Bilet w obie strony za 18zł? Czemuż kurde nie. Ogólnie cenowo wyjazd spiął się bardzo fajnie, co w sumie trochę umożliwiło punkt III tego tekstu. Czas po przyjeździe na 12 do stolycy spędziłem czekając na znajomego pracującego w sądzie, w czym towarzyszył mi drugi współpodróżujący w barze Paragraf pod warszawskim Sądem Okręgowym. Piwo lane za 13 zł, rozkopana ulica, stary sędzia podrywający młodą laskę grającą w LoL’a na laptopie (wysępił od niej aż dwie fajki skubany). To były ciekawe dwie godziny w przybytku udekorowanym w stylu minionej epoki ustrojowej. W końcu nasza szycha sądowa opuściła dom wymiaru sprawiedliwości i zabraliśmy się razem na Ochotę. Tam nastąpiło małe nastrojenie, podładowanie telefonów i na godzinę przed otwarciem bram zeszliśmy na autobus. Kolega gospodarz jeszcze nie zadomowił się dobrze w stolicy, bo coś dziwnie odczytał, jak mamy jechać autobusami pod Stodołę, Skończyło się na Bolcie

. Nie wiem co jest nie tak z tym miastem, ale 30 minut z Szczęśliwic do Stodoły po godzinie 18 to porąbanie długi czas, czyt. 10 czerwonych świateł pod rząd. Babka z taksy wysadziła nas na luksusie tuż pod klubem, mało przepisowo, ale jadący z nami asystent sędziowski dał jej rozgrzeszenie od ręki.
Była 18:40 i zastaliśmy nie mały sznur ludzi pod klubem. Ustawiliśmy się mniej więcej na wysokości loga Stodoły. Co minutę dochodziło do naszej wesołej kolejki spokojnie ponad 20 osób, także z minuty na minutę ciąg ludzi rósł w oczach w bardzo nagłym tempie. Nie otwarli jeszcze bram, kiedy nie dało się już zobaczyć, dokąd to się w zasadzie ciągnęło. Punkt 19 lekko ruszyło z tematem z przodu. Po kilku minutach zacząłem jednak czuć, że coś nam to wszystkim wolno idzie. Nie zakładałem, że będąc w pierwszej ¼ całej kolejki, wejście do środka z tego zimna zajmie ponad 20 minut. 40 minut z czekaniem przed. Jakby,

Wyjaśniło się potem o co chodziło, jak sam na żywca ujrzałem procedurę wpuszczania, ale na to już nie będę się tutaj powtórnie produkował. W środku luda było na oko mało, w miarę szybko złożyłem nasze kurtki do szatni na jeden numerek i zapłaciłem kartą zamiast drobnymi (da się!). Po wszystkich bataliach, nareszcie udało się stanąć w spoko miejscu bliżej sceny. Sama scena była zadziwiająco wysoko jak na taki klub. Tam się nie opłacało w ogóle barierkować, bo nawet dwumetrowemu chłopu by się gównianie oglądało (pomijam głośność).
ChujaryBookings urządziło tak wiele osób, że prawdopodobnie byliśmy w gronie nielicznych, którzy jej koncert zobaczyli w całości (niektórym stojącym od 19 się to kompletnie nie udało). Dała ładny występ, to zresztą zdolna muzykantka z niezłą kartoteką (Silver Mt. Zion dajmy na to). W trakcie jej show było też pierwsze potknięcie tego wieczoru związane z publiką. Jakiś najebus, który gadał trzy po trzy jeszcze przed klubem, uznał, że będzie komentował co widzi na scenie i co o tym myśli. Dobre 10 minut zajęło ludziom wygonienie go z sali lub gdzieś na tyły
Po tym nadeszła godzina zero. Zespół przyszedł na kilka minut ponastrajać instrumenty i sprawdzić czy wszystko jest podpięte jak trzeba, po czym zniknęli na ponad 20 minut. Po blisko 20 minutowym opóźnieniu, nadeszła chwila na którą czekałem naprawdę, naprawdę długo.
Uczta zaczęła się z największego możliwego kalibru z jakiego się na tej trasie dało - od ponad 30 minutowego kolosalnego arcydzieła w postaci świeżutkiego The End of Forgetting. Po zaznajomieniu się z tym utworem przed Warszawskim koncertem wiedziałem, że będę miał na żywo do czynienia z jedną z najpotężniejszych kreacji muzycznych nie tylko w dorobku Swans, co w muzyce w ogóle, licząc od paru ładnych lat. Ale to, co zostało zagrane w Stodole na żywo tego wieczoru… przepaść. Przekroczenie granic możliwości. Czarna magia. Nie dowierzałem, że słyszę coś tak monumentalnego i stoję tam, na serio, nie na niby. Zagrali to przy okazji bodajże najgłośniej na całej dotychczasowej trasie. Końcowa część przypominała mi kompozycyjnie trochę patent z ostatnich zwrotek Dogs Floydów. Mając jeszcze porównanie do innych, długaśnych pozycji Swans z okresu po 2010 roku, miałem po koncercie wrażenie, że ten utwór wciska się z miejsca na podium obok The Glowing Man i Beggar w wersji live. To było… niesamowite

. Czy to wykonanie i wykonanie berlińskie były najlepszymi rzeczami, jakie usłyszałem live? Możliwe, poprzeczkę wyjebało nadzwyczajnie wysoko, a na mojej liście rzeczy przeze mnie zobaczonych live jest choćby Sorrow z koncertu Gilmoura, Satan’s Fall Mercyfuli czy In Your Eyes i Biko Petera Gabriela.
To chyba bardzo dobry moment aby przypomnieć, że Swans grają GŁOŚNO. Jak bardzo głośno? GŁOŚNO. Zatyczki do uszu były w trakcie tego koncertu bezwzględną koniecznością. Raz po raz je sobie doregulowywałem. Pomimo tego decybelowe szaleństwo przebijało się całkiem wyraźnie do bębenków. Kto nie zabrał swoich zatyczek, ten nieźle przecierpiał. Podobno AC/DC jest głośne, ale stanie w GC w Bratysławie wymagało symbolicznego udziału zatyczek. Tutaj to była kwestia przetrwania.
Po tym zespół poleciał z The Merge, które – jak to już bywa u Swansów – zostało względem wersji na Birthing przebudowane z góry do dołu, wzdłuż i wszerz. Dwa basiki podpięte do Pomarańczowego Goblina kosiły wprost fenomenalnie. Brakowało tylko, by Glenn Hughes tam ze swoim sprzętem nie wszedł jako trzeci muszkieter

. Dwadzieścia minut wybitnie rytmicznego bujania całej sali. Czasem się nazywa Nicka Cave’a szamanem koncertowym. Przy tym, co stary wariat Gira robił na tym i w trakcie innych utworów przed publiką, to Cave robi całkiem spokojne, rzekłbym nawet „świeckie” interakcje z publiką. A tutaj stary wodzirej rzuca klątwy na kogo popadnie, wchodzi w trans, po czym siada jak gdyby nigdy nic z powrotem do gitary

. Po The Merge wróciliśmy na moment do The Beggar z 2023 za sprawą niegranego dotąd Paradise is Mine. Tutaj były mniejsze fajerwerki. Gira zawodził na cały regulator, Pravdica z Puleo napędzali solidny groove i tak przebyliśmy kolejne 15 minut symfonii. Po tym przyszedł czas na nietypowy wybór dla tej trasy, czyli A Little God in My Hands z To Be Kind. Nietypowy, bowiem wieloletnią zasadą koncertową u Swans jest, że materiał live jest w zasadzie zawsze z poprzedniej i nadchodzącej – tym razem najnowszej – płyty. Pierwsze nuty aktywowały publikę do praktycznie marszowe ruszania się w te i we wte. Wszystko szło całkiem dobrze, do klasycznie polskiego momentu. Czyli pogo. Nagle z tyłu wpierdzielił się jakiś kudłacz, do niego dołączyło kilku kolejnych okołolicealnych głupków, którzy zaczęli obijać się o ludzi tak totalnie nie adekwatnie do całego rytmu, że szkoda strzępić słów. Gira spoglądał na to z wyraźną pogardą, ale wyjątkowo jak na niego nie przerwał grania, doczekał do końca utworu i nade prześmiewczo skwitował, co myśli o robieniu pogo na jakimkolwiek koncercie. Trochę mi te pety popsuły ten moment koncertu, ale nie jakoś znacznie.
Raz po raz główny dyrygent, zwany na reddicie Mr. Swans, gestykulował innym muzykom, jak mają grać, czy coś spieprzyli w jego odczuciu i tak dalej. To już u nich tradycja. Ojciec dyrektor Michael kontroluje cały zespół z centralnego siedzenia i wydaje komendy. Tego wieczoru najbardziej uwziął się na Chrisa, chociaż normalnie najbardziej lubi besztać starego Kristoffa. Rzeczą, która zaczęła mi się dawać we znaki w Stodole, była straszna duchota. Mam wrażenie, że jeden raz mi się całkiem nieciekawie zakręciło w głowie. Z dwie osoby w moim zasięgu wzroku wynoszono chyba z powodu omdlenia bliżej końca koncertu.
Zbliżając się ku niemu, koło 1 godz i 50 min w głąb koncertu, zaczęło się grande finale. Czyli ponad 40 minutowe A Newly Sentient Being. Utwór korzystający z początkowej sekwencji I Am a Tower oraz 30 minut nowego materiału, zaserwował trochę łupańska, po czym przeszedł do fantastycznego bluesowego grooviastego bujania – które swoją drogą bardzo się kojarzy z patentem z drugiej połowy The Glowing Mana. Wszystko od tego momentu budową przypominało mi do samego końca właśnie TGM oraz trochę Shine On You Crazy Diamond w częściach 6-9. To było drugie, dzieło absolutne tego wieczoru. Tak solidnie zrobione, że po dwóch godzinach katowania wszystkich decybelowym biczem, nagle każdemu wracały siły do ostatnich pląsów. W końcu, po 2,5 godzinnej jeździe koniec. Finito. Na sali rozlała się euforia wydobywająca się od setek ogłuszonych, wbitych w ziemię i zszokowanych ludzi. I ja długo i intensywnie klaskałem wraz z innymi, nie dowierzając ciągle w to, czego przed momentem doświadczyłem.
Ruszyłem szybko po kurtki, co nie było łatwym zadaniem. Wchodzenie do szatni na górze w Stodole jest utrudnione przez rzesze ludzi z dołu. Pomijam już jak idiotycznie stali wszyscy do merchu. Szkoda, że całej sali nie przecięli po całej średnicy. Przez to nawet nie próbowałem się tam potem ustawiać, temat merchu odroczyłem na Berlin. W końcu po przechodzeniu od lady to lady zdobyłem kurtki, złapałem się z drugim kolegą, odnaleźliśmy się z kolejnym, który lubi się gubić po koncertach z piwem, aż w końcu koło 24 udało nam się wyjść.
Koncert warszawski będę wspominał bardzo, bardzo dobrze, jako, że zapewnił mi pierwsze zderzenie ze Swans za żywo i to wysoce ponad moje oczekiwania. Wieczór jak ten zapada w pamięć na zawsze.
I to mógł być koniec mojej przygody z Łabędziami na tej trasie. Mógł, ale na szczęście nie był
III. Die Tür ist zu
W lipcu byłem już radykalnie nakręcony Swansami. Widząc, że trasa europejska pokrywa wiele miast, zacząłem powoli kombinować, co by tu można wymajstrować. Nie nauczyła mnie wizyta w Oberhausen po Judasach, więc kupiłem bilet na drugą, ostatnią datę w Berlinie na sam koniec trasy. Tutaj jeszcze na początku listopada dręczyły mnie wysokie opory wewnętrzne, obawy i lekka doza lenistwa. Już miałem to odsprzedawać, już sobie tłumaczyłem, że będzie przesadą jak się na to porwę. Wystarczyło jednak z dwa dni słuchania ponownie ich współczesnych dokonań, by skłonić mnie do zakupu biletów na pociąg i dopięcia lipcowej decyzji o wyjeździe.
(Dalszą relkę z Berlina piszę już w pociągu powrotnym dla zabicia nudów).
Po w miarę równych 5 godzinach snu, zebrałem się na tramwaj, którym przedostałem się następnie na Kraków Główny. Stamtąd rozpoczęła się pierwsza część podróży. Obawiałem się, że czeka mnie jazda wagonem przedziałowym przez 7 godzin, na szczęście wylosował się otwarty wagon z wygodnymi siedzeniami. Podróż przebiegała dobrze. Do czasu, kiedy zamiast ciepła z grzejników, poczęło stamtąd buchać zimno. Ale nie takie z zewnątrz, nie nie. Szajs zaczął chłodzić cały wagon jak lodówka. Sytuacja opanowała się po ponad 2 godzinach, ale swoje przesiedziałem w kurtce i z szalikiem. Nieźle mnie to wpieniło. W trakcie jazdy odpaliłem sobie po raz kolejny Ants From Up There BC,NR. Przy premierze różnie mi ta płyta podeszła. Powtórne odsłuchy w tym roku były już lepsze. Ale jakoś tak dopiero jadąc tym pociągiem uznałem, że jest to wydawnictwo absolutnie wyjątkowe jak na te czasy. Brytole jednak przodują w muzyce, co by nie mówić, nawet w moim pokoleniu.
W końcu, po godzinach gniecenia zada i siedzenia w szaliku, zajechałem na berliński Ostbahnhof. Przywitał mnie znajomy syf dworcowy, toteż, aby tradycji stało się zadość (
vide Judas Priest w Oberhausen), poszedłem zjeść coś w dworcowym maku. Nie był dobry. Nie był też tani. Ale nie było co marudzić, grafik miałem napięty i trzeba było wszystko załatwiać w miarę sprawie, aby się wyrobić na otwarcie bramek. Przejechałem S-bahnką dwie stacje, przeszedłem wzdłuż typowego niemieckiego parku poświęconego Armii Czerwonej, aż dotarłem do mojego lokum. Przywitał mnie tam właściciel, jego koty i pies. Pokazał mi co i jak, polecił bary do taniego balowania. Zapytał się nawet na czyj koncert idę, gdzie hasło Swans okazało się nie być mu obce i coś kojarzył na ich temat sprzed 30 laty

.
Po lekkim, średnio regenerującym odpoczynku, wyruszyłem już na właściwą część tego dnia, prosto do Festsaal Kreuzberg. Skończyło się na pieszym marszu, bo czasówka odjazdów linii autobusowej jadącej pod klub była jaka była, a miałem tam może 15-17 minut z buta. Pod klubem tym razem nie ujrzałem sznura ludzi. Była może garstka ludków, dało się wśród nich usłyszeć języki z całego świata. Po lekkiej obsuwie z bramami zaczęli nas wpuszczać do środka. Jak sądzicie, ilu trzeba Niemców by zeskanować jeden bilet z telefonu? Otóż czterech. I to tak po minucie debaty. Po tym ciekawym akcencie dostałem się dalej. Będąc jednym z pierwszych, nareszcie mogłem na spokojnie stanąć przy stoisku z merchem. Ubogo tam już niestety było w dobrocie. Zostały resztki ubrań z trasy, a dostawa CD i winyli miała dojechać dopiero za godzinę. Kupiłem więc jedną z M-ek, całkiem porządną w materiale swoją drogą, i przeszedłem do głównej sali.
Festsaal Kreuzberg ewidentnie bardziej niż klub muzyczny przypomina duży bar z lożami, balkonami i sporym barem do robienia drinków. To, co można nazwać tam „płytą”, mieści może 400 osób. Reszta musi iść na boki, jakieś rampy lub na kanapy. Po zamówieniu piwa na barze, które mi się - że tak podsycę - kurwa należało po tym wszystkim, ustawiłem się w którymś rzędzie na środku. Scena była niżej od tej w Warszawie, dodatkowo węższa i wychodziła trochę zza kotary na salę. Taki układ sceny wskazywał na nieco bardziej bezpośredni kontakt z zespołem.
Występ Jessici zleciał mi nawet szybciej niż ostatnio, tym razem przynajmniej obyło się bez gaduły w tłumie. Zaraz po niej przybył łabędzi orszak na ostatnie strojenie. Szybsze, jako że sprzęt zostawili noc wcześniej. Po sumarycznie 10 minutowej obsuwie, cały zespół wkroczył na scenę przy głośnym wiwacie. Dotarliśmy do wielkiego finału.
Nie wiem jak opisać to show. W zasadzie wszystko wypadło tu jeszcze lepiej niż w Warszawie, przy bardzo, bardzo wysokiej poprzeczce. Rozbijając to na części i częściowo urozmaicając opisy z warszawskiego koncertu:
The End of Forgetting - nosiło mnie w jego trakcie jeszcze mocniej, jeszcze dosadniej, na pełnych obrotach. Na sam finał Phil wykonał absolutnie brutalną egzekucję na całym zestawie perkusyjnym. Praktycznie niewykonalny muzycznie ładunek, jaki niesie to ponad 30 minutowe cholerstwo, wchodził we mnie i resztę publiki bez żadnej litości. Ostatnie minuty tego utworu to muzyczne
creme de la creme.
The Merge - ciekawostką jest fakt, że tylko i wyłącznie na tym koncercie zagrali go ponad 5 minut dłużej. Basy Chrisa i Dany brzmiały w Festsaal obłędnie dobrze. Kolejna 25 minutowa kobyła poniosła całą salę w bezwładny ruch w wszelkie możliwe strony. Michael aż dwukrotnie podchodził pokazując nam, byśmy podnosili ręce do góry.
Paradise is Mine - kolejny świetny strzał. Mam wrażenie, że względem koncertu w Stodole to wykonanie było bardziej rozbujane w tonacji i wdarło się na nim więcej improwizacji gitarowych Normana. Tutaj też możliwe lekko wydłużyli ten utwór
A Little God in My Hands - wchodziło jak bicz po plecach. Punktem kulminacyjnym było podejście MG do publiki, gdzie już nie zachęcał tym razem do podnoszenia rąk czy jakiegokolwiek ruchu. Po prostu kazał się wszystkim drzeć ile wlezie

. Grubo ponad minuta wrzasku przy ostrej szarpaninie na gitarach. Było to całkiem bekowe przyznam. Mario Duda mógłby się uczyć, jak zagrzewać ludzi do krzyku

. Na sam finał Phil ponownie zafundował nam armatę perkusyjną. Chłop nie oszczędzał się na berlińskim finale, nic a nic.
A Newly Sentient Being - wielki finał poniósł już wszystkich resztkami sił do maksymalnego vibe’u. 40 parę minut zleciało w mgnieniu oka. Bezwzględne, równomierne, wypchane klimatem bydle, które zapada w pamięć na zawsze. Ten kawałek jest trochę jak Soon na koniec Lovless my bloody valentine*. Zamiast domykać płytę powoli lub kulminować emocje, leci jak zapętlony, taneczny mostek. Im bliżej finału, tym bardziej podsyca i zostawia dziwne wrażenie, jakoby koniec miał jeszcze długo lub w ogóle nie nastąpić.
Ale wszystko co piękne, oczywiście musi dobiec końca. Phil zagrał ostatnie ciche werble na perce. Fin, adios, auf wiedersehen! Cała sala wiwatowała tak głośno, jak tylko się dało. Noc wcześniej Swans zeszli ze sceny po niecałych 30 sekundach, wedle relacji z internetu. Wczoraj stali tam prawie trzy minuty, machając i żegnając się z publiką po 3 latach popandemicznego koncertowania po świecie, a po 15 latach reunionowego tzw. big soundu. Po tym jak zeszli ze sceny, dobrą chwilę jeszcze stałem trochę na bok od niej i przetwarzałem wszystko to, czego przed momentem doświadczyłem. Nie dowierzałem, zwyczajnie nie szło mi tego objąć myślami. Kupiłem sobie Estrellę, natchniony niedawną storką na instagramie Alvaro z Watain. Podszedłem do sceny, pogratulowałem Philowi umiejętności na garach i dowiezienia show na maksimum, stuknąłem się z staruszkiem Normanem butelką piwa pod barem, po czym ruszyłem do szatni. Miałem już kupioną uprzednio koszulkę, ale jak zobaczyłem, że Gira jest akurat na stoisku z merchem, to nie zastanawiając się długo dałem się ponieść chwili wieczoru. Kupiłem za ostanie banknoty Live Rope na CD i dałem mu do podpisu. Na pogawędkę nie było niestety chwili, bo podpisywał wszystkim maszynowo ich rzeczy, nawet zestaw płyt winylowych. Ktoś mu dał nawet banknot $10 do podpisu, ale odmówił.
Jeszcze przed wyjściem z sali zauważyłem na jednym z wyższych balkonów dużą kamerę. Jak ktoś potwierdził online, finałowe show zostało nagrane i będzie wydane jako DVD, o czym już wspomniałem w temacie Swans w Stodole. No piękna będzie to pamiątka

. Może dlatego też Michałek był trochę milszy w trakcie i praktycznie nikogo nie skarcił.
Po wyjściu z klubu przywitał mnie niespodziewanie deszcz. Sprawdziłem sobie jak jeżdżą autobusy o tej porze, ale na najbliższy nie szło już zdążyć, a kolejny miał być dopiero za 20-parę minut. Ruszyłem więc z buta wśród strug deszczu w swoją stronę. Okazało się jednak na wysokości najbliższego przystanku, że wspomniany przeze mnie autobus, na który miało nie dać się zdążyć, akurat zajechał z kilkuminutowym spóźnieniem. Wskoczyłem więc do niego i podjechałem dwa przystanki tuż pod moje lokum. Po powrocie do mieszkania posiedziałem z telefonem może jeszcze 20 minut, po czym odcięło mnie po tym wielkim ładunku doświadczeń wprost do snu.
Rano ogarnąłem się całkiem sprawnie, czego niewątpliwą zasługą było ok. 8 godzin snu, podziękowałem gospodarzowi za gościnę i ruszyłem na ulice Berlina. Nie polubię się z tym miastem pod względem wizualnym. Wszędzie na tamtejszych budynkach można zaleźć grafy na ścianach, drzwiach a nawet szybach. Śmieci, squaty bezdomnych. W tych ponurych warunkach pochodziłem z 3h, zahaczając o Lidl i kawiarnię, aż w końcu dotarłem na dworzec Ostbahnhof, skąd wybrałem się w ostatnią podróż. Która trwa nadal, w momencie jak piszę ten akapit.
A dopisując już po powrocie klamerkę.
Tak, tak kurna znowu napierdalało zimnem z grzejnika w pociągu.
Przez bite 4 godziny

. Nie mam słów na tych fiutów z PKP. RegioJet przybywaj, nie chce im już dawać zarabiać, nie za takie akcje.
IV. Swans ist Kaput!
I tak to zleciało. Tymi dwoma koncertami domknąłem bardzo spontaniczną, ale w szczególności rozległą w doświadczenia i przeżycia podróż z zespołem założonym w norach nowojorskich squatów i piwnicznych klubów początku lat 80. W sumie, to nawet nie planowałem jakoś konkludować samego doświadczenia z zespołem jako takim, ale skoro tyle nabazgrałem o tych koncertach i opisałem jego poznanie we wstępie, nie oszczędzając przy tym wszystkim emocjonalnego języka, to czemu nie podsumować tego szerzej.
Swans pokazało mi sporo nowego w moim postrzeganiu muzyki, jak i utrwaliło parę innych przemyśleń, mniej lub bardziej rzeczowych, chociaż nie nazwałbym ich specjalnie odkrywczymi. Po pierwsze, muzyka, w której nie oszczędza się w ilości instrumentów, wypada lepiej. Powinna móc uderzyć w sakrum, rozbijać je, i sklejać je na nowo, po swojemu. Winna wchodzić w synapsy mózgowe bez żadnego kurwa dzień dobry, przepraszam ani dziękuję. Może przerażać słuchacza, wylewać na niego okropne teksty, być opatrzona darciem gęby wniebogłosy, a przy tym zawierać w tle najpiękniejsze instrumentalia jakie można sobie wymarzyć. Zabierać w najciemniejsze zakamarki umysłu i podsuwać całkiem praktyczne odpowiedzi. Swans, pomimo wielu zlepków gatunkowych, porażek i niesmaków w swojej historii, zapewniało w swoim wydaniu ROCKa czystą, solidną wojnę. Może dlatego min. Docent z VADERa ich tak bardzo pokochał. To także zespół, który bardziej dobitnie niż ktokolwiek inny w świecie muzyki pokazał mi, że swój muzyczny prime można mieć 30-40 lat po rozpoczęciu kariery, nie zostawiając za dużo miejsca dla potencjalnej konkurencji. Bo poza Swans, nikt nie mógłby powtórzyć tego czego dokonali od 2010 do 2025 roku. Składają się na to potężne albumy studyjne i jeszcze potężniejsze koncertówki. A przy tym, nawet gdyby nigdy nie wrócili po 1997 roku, i tak mieli by status kultu, na który zapracowali zawczasu. Cieszę się, że koniec końców wziąłem udział w tej tułaczce, mając na to w 2025 roku zasadniczo ostatni dzwonek. Wyprawa ta doprowadziła mnie na trzy wspomniane w tym tekście koncerty. Nie zapomnę ich, może nawet za kilka dekad nadal kilka razy mi jeszcze zadzwoni w uszach zagubiony decybel z jednego z tych wieczorów. Nie mam już nawet niedawnego jeszcze żalu, że nie byłem na żadnym z ich koncertów w 2023 i 2024. To się po tym wszystkim idealnie wyrównało w moim odczuciu
Swans podobno nie kończą kariery, aczkolwiek sposób, w jaki zakończyła się ta trasa, można zaliczyć jako idealny finał pod zakończenie przez nich kariery. Michael G zapowiedział, że musi mieć po tym rok przerwy. Pewnym spoilerem tego był w zasadzie utwór "Michael is Done" z poprzedniej płyty

. Nie wiem czy polubię ostatnią inkarnację Łabędzi, czas pokaże co nam Gira ugotuje. Pewnie będzie temu blisko do takiego Leaving Meaning z 2019 roku.
I to wszystko z mojej strony, mam nadzieję, że w miarę czytelnie przeniosłem z siebie te wspomnienia i szło się z tego doczytać. Koncert w Berlinie na chwilę obecną zaliczam jako drugi lub trzeci najlepszy koncert na którym byłem w życiu. Lista pod topkę koncertową robi się już u mnie gęsta po latach, ale pewne doświadczenia na żywo wysuwają natychmiastowe wnioski – tak było w tym właśnie przypadku. Warszawski koncert w sumie również stoi po tym wszystkim wysoko. Koncertówka, która wyjdzie z tej trasy za jakiś czas, najpewniej mi to jeszcze bardziej doprawi w ocenie. Coś mam od roku szczęście do załapywania się na nagrywane koncerty
Koniec i bomba, a kto nie był ten trąba!
*ciekawostka: grali w tym samym tygodniu pierwszy raz od wielu lat, i na jednym z utworów zagrali tak głośno, że nawet maksymalnie wciśnięte zatyczki do uszu nie pomagały. Widać inspirację mistrzami