Jezu...
Byłem tam.
Konfrontując oczekiwania z rzeczywistością to różnica nie jest wielka. Sporo brudu, sporo osobliwości, sporo przyjaznej atmosfery. Jeśli za rok nie będzie interesujących zespołów to dla samego "Woodstocka" raczej nie pojadę.
Ale co najważniejsze- KONCERTY.
Byłem na innych niż miałem zamiar być, ale koniec końców byłem na T.Love, Hatebreed, Budka Suflera, Skid Row, Volbeat, Acid Drinkers, Ska-P, Jelonek, Enchantia, Night Mistress, Accept, Kabanos, Manu Chao la Ventura, BossHoss
T. Love- zieeew, poszedłem zaraz
Hatebreed- tylko i wyłącznie brutal pogo, na co dzień nie słucham, więc ciężko mi cokolwiek powiedzieć o koncercie

Budka Suflera- pierwszy raz mi się zdarzyło na koncercie płakać, nie mogłem tego nijak powstrzymać- myślę, że tyle wystarczy
Skid Row- była moc, bardzo dobry kawał muzyki, dużo energii, dużo mocy
Volbeat- strasznie mnie brzuch rozbolał i musiałem się udać trochę dalej od sceny, ale średnio mi się podobało, set zajebisty, ale nie widziałem radości z grania, miałem za to wrażenie, że Poulsen jest mocno przećpany już. /Największe rozczarowanie.
ACID DRINKERS- rewelacja.
Ska- P- no fajnie, trochę się pobawiłem, ale dupy nie urwało
Jelonek- to jest gość! Facet jest niesamowity, gość ma taką radość z grania zawsze, że udziela się to całej publice.
Enchantia- w sumie poszedłem tylko dlatego, że wokalistka b. ładna i zaraz po tym grali Night Mistress
Night Mistress- zaczęło z 20 minutowym objazdem, toteż zostałem tylko na 2 kawałkach i poleciałem na Accept, Krzychu- polski głos Halforda

Accept- set miazga, koncert miazga, ale albo wina nagłośnienia, albo aranżacji- choć raczej to drugie- live brzmiały te kawałki całkiem inaczej niż studio do tego stopnia, że czasem dopiero podczas refrenu wiedziałem jaki to kawałek (np. Restless and wild)
Kabanos- poleciałem zaraz jak skończył się Accept do Kriszny, ludzi tyle, że nawet dwa namioty by ich nie pomieściły, poprosiłem na końcu, żeby mnie wrzucili na górę i na rękach tłumu dobiłem pod scenę- byłem na 5 kawałkach - wyszedłem cały mokry (!) i poleciałem na Manu Chao
Manu Chao- świetna zabawa, tysiące ludzi machające koszulkami, tańczące i śpiewające lo lo (Pinocchio) robi wrażenie, po tym poszedłem do namiotu, wypruty z życia, i BossHoss słuchałem tylko z kabiny lejąc na siebie ciepłą wodę.
TOP 5
Acid D.
Jelonek
Budka
Skid Row
Manu Chao