TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
South of Heaven i Seasons najlepsze. Reszta nie nadaje się do słuchania 
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
1. South of Heaven
2. Show No Mercy
3. Hell Awaits
4. Reign in Blood
5. Seasons in the Abyss
6. Divine Intervention
7. Diabolus in Musica
Reszty nie słucham.
2. Show No Mercy
3. Hell Awaits
4. Reign in Blood
5. Seasons in the Abyss
6. Divine Intervention
7. Diabolus in Musica
Reszty nie słucham.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
23. Danzig - Lucifuge

Drugi album Danziga po zmianie szyldu z Samhain to ekstraklasa mrocznego grania. Evil Elvis prezentuje tu swój absolutny peak. Lucifuge naładowane jest przebojowymi (w rozumieniu Glenna) utworami, walcami i wszelkiego rodzaju innymi ocierającymi się o bluesa numerami. Wyciągnięto wnioski z niewątpliwie udanego, choć niedoskonałego debiutu, a następnie stworzono krążek idealny: zarówno wykonawczo, jak i kompozytorsko. Nie ma tu momentu, który by mnie nudził. Danzig uraczy nas ostrą jazdą w postaci Long Way Back From Hell, kapitalnie bujającym Killer Wolf, czy też łagodnym, w miarę staroświeckim I'm The One. Ale na tym oczywiście nie koniec, bo na zawartość Lucifuge składa się wiele innych świenych kawałków. Słuchając tego wydawnictwa, a także pozostałych wczesnych płyt wokalisty Misfits, człowiek zadaje sobie pytanie, co się stało, że muzyk odpowiedzialny za tak świetne albumy obecnie zajmuje się produkowaniem tragicznych horrorów z Kayden Kross oraz wypuszczaniem dźwiękowych koszmarków pokroju tegorocznego tribute albumu dla Presleya.
Ulubione numery: Devil's Plaything, Snakes Of Christ, Killer Wolf
22. Mgła - Exercises In Futility

O najsłynniejszej płycie Mgły napisano już chyba wszystko, zarówno po polsku, jak i w wielu innych językach. W końcu to tak naprawdę ten album na dobre zwrócił oczy świata na polską scenę black metalu. Nieszczególnie mnie to dziwi, bo to rewelacyjne wydawnictwo. Technicznie jest to black idealny, a wszechobecny nihilizm towarzyszący twórczości M. i Darkside'a idealnie dopełnia to, czym jest Exercises In Futility. W gruncie rzeczy muzyka krakowskiego duetu nie stanowi żadnego novum na scenie black metalu. Słychać tu echa Les Legions Noires, gdzieś tam w tle przebijają się patenty norweskiej szkoły ekstremalnego grania...Kluczowy jest tu jednak sposób podania tej potrawy. Mgła obdziera black metal z jego brzydoty i wrzuca go w rzeczywistość XXI wieku, przez co może zaskarbić sobie sympatię osób, które ze staroświeckim black metalem nie mają nic wspólnego. Jestem tego żywym przykładem. To właśnie Exercises In Futility (wraz z figurującym już na liście debiutem Empire Of The Moon) było dla mnie początką mojej podróży w te czarne zakątki metalu. Było to praktycznie zaraz po premierze płyty, więc wtedy jeszcze nikt nie próbował mi wciskać tego, że jest to szczyt black metalu, objawienie, czy tego typu podobne rzeczy - po prostu odpaliłem trzeci krążek bliżej mi nieznanej Mgły, a reszta potoczyła się swoim torem. Nie miałem wtedy pojęcia, z czym się to je, ale chwyciło mnie na tyle, że zostałem przy tych brzmieniach na dłużej.
Ulubione numery: I, V, VI
21. Ihsahn - Arktis

(ODKRYŁ JEDEN PROSTY SPOSÓB NA ZBULWERSOWANIE BLEKOWCÓW, ZOBACZ JAK)
Ihsahn to dla mnie geniusz i człowiek niesamowicie świadomy pod względem muzycznym. Słucha tego, co chce, robi to, co chce, nagrywa to, co chce - z jednej strony jest to podejście zbieżne z buntowniczym etosem metalowców ganiających po lesie w bluzach Bathory, z drugiej powód, dlaczego dla wielu odbiorców od lat jest artystą spisanym na straty. Na pewnym etapie swego życia, Vegard Tveitan postanowił zmyć corpse paint i ubrać golf, a także (o zgrozo!) okulary, przez co wizerunkowo zbliżył się raczej do Stevena Wilsona, niż Euronymousa. Stanowczą metamorfozę przeszła również jego twórczość. Słuchając debiutu Emperora, a następnie Arktis, łatwo zauważyć, jak bardzo różnią się między sobą te albumy. Arktis to podróż przez upodobania muzyczne jego autora, materiał zdecydowanie eklektyczny i nieoczywisty. Znajdziemy tu odwołania do czasów, kiedy Ihsahn zafascynowany był norweskimi lasami, bobrami i wszystkim innym typowym dla black metalu (stanowcze akcenty w Mass Darkness), ale w znacznej mierze to reprezentacja jego bardziej aktualnych fascynacji. Bo czy w 1997 mógłby się podpisać pod kompozycją pokroju Crooked Red Line, gdzie niebagatelną rolę odgrywa saksofon? Czy piękne, miejscami bardzo delikatne Celestial Violence, znalazłoby się na którymś z krążków Emperora? Nic z tych rzeczy. Ihsahn przeszedł bardzo długą drogę artystyczną, a Arktis najlepiej obrazuje tę ewolucję. Bardzo interesującą ewolucję, bo jeśli ktoś będąc de facto żółtodziobem nagrywa Anthems To The Welkin At Dusk, by potem mając te 40 lat na karku wypuścić kawałek pokroju Until I Too Dissolve (pierwszy riff w tym utworze kasuje NWOTHM bez popity, tako rzekę ja, Schizoid), to z całą pewnością nie jest po prostu kolejnym grajkiem krzyczącym do mikrofonu i brzdękającym na gitarze.
Ulubione numery: Until I Too Dissolve, Celestial Violence, My Heart Is Of The North
Drugi album Danziga po zmianie szyldu z Samhain to ekstraklasa mrocznego grania. Evil Elvis prezentuje tu swój absolutny peak. Lucifuge naładowane jest przebojowymi (w rozumieniu Glenna) utworami, walcami i wszelkiego rodzaju innymi ocierającymi się o bluesa numerami. Wyciągnięto wnioski z niewątpliwie udanego, choć niedoskonałego debiutu, a następnie stworzono krążek idealny: zarówno wykonawczo, jak i kompozytorsko. Nie ma tu momentu, który by mnie nudził. Danzig uraczy nas ostrą jazdą w postaci Long Way Back From Hell, kapitalnie bujającym Killer Wolf, czy też łagodnym, w miarę staroświeckim I'm The One. Ale na tym oczywiście nie koniec, bo na zawartość Lucifuge składa się wiele innych świenych kawałków. Słuchając tego wydawnictwa, a także pozostałych wczesnych płyt wokalisty Misfits, człowiek zadaje sobie pytanie, co się stało, że muzyk odpowiedzialny za tak świetne albumy obecnie zajmuje się produkowaniem tragicznych horrorów z Kayden Kross oraz wypuszczaniem dźwiękowych koszmarków pokroju tegorocznego tribute albumu dla Presleya.
Ulubione numery: Devil's Plaything, Snakes Of Christ, Killer Wolf
22. Mgła - Exercises In Futility
O najsłynniejszej płycie Mgły napisano już chyba wszystko, zarówno po polsku, jak i w wielu innych językach. W końcu to tak naprawdę ten album na dobre zwrócił oczy świata na polską scenę black metalu. Nieszczególnie mnie to dziwi, bo to rewelacyjne wydawnictwo. Technicznie jest to black idealny, a wszechobecny nihilizm towarzyszący twórczości M. i Darkside'a idealnie dopełnia to, czym jest Exercises In Futility. W gruncie rzeczy muzyka krakowskiego duetu nie stanowi żadnego novum na scenie black metalu. Słychać tu echa Les Legions Noires, gdzieś tam w tle przebijają się patenty norweskiej szkoły ekstremalnego grania...Kluczowy jest tu jednak sposób podania tej potrawy. Mgła obdziera black metal z jego brzydoty i wrzuca go w rzeczywistość XXI wieku, przez co może zaskarbić sobie sympatię osób, które ze staroświeckim black metalem nie mają nic wspólnego. Jestem tego żywym przykładem. To właśnie Exercises In Futility (wraz z figurującym już na liście debiutem Empire Of The Moon) było dla mnie początką mojej podróży w te czarne zakątki metalu. Było to praktycznie zaraz po premierze płyty, więc wtedy jeszcze nikt nie próbował mi wciskać tego, że jest to szczyt black metalu, objawienie, czy tego typu podobne rzeczy - po prostu odpaliłem trzeci krążek bliżej mi nieznanej Mgły, a reszta potoczyła się swoim torem. Nie miałem wtedy pojęcia, z czym się to je, ale chwyciło mnie na tyle, że zostałem przy tych brzmieniach na dłużej.
Ulubione numery: I, V, VI
21. Ihsahn - Arktis

(ODKRYŁ JEDEN PROSTY SPOSÓB NA ZBULWERSOWANIE BLEKOWCÓW, ZOBACZ JAK)
Ihsahn to dla mnie geniusz i człowiek niesamowicie świadomy pod względem muzycznym. Słucha tego, co chce, robi to, co chce, nagrywa to, co chce - z jednej strony jest to podejście zbieżne z buntowniczym etosem metalowców ganiających po lesie w bluzach Bathory, z drugiej powód, dlaczego dla wielu odbiorców od lat jest artystą spisanym na straty. Na pewnym etapie swego życia, Vegard Tveitan postanowił zmyć corpse paint i ubrać golf, a także (o zgrozo!) okulary, przez co wizerunkowo zbliżył się raczej do Stevena Wilsona, niż Euronymousa. Stanowczą metamorfozę przeszła również jego twórczość. Słuchając debiutu Emperora, a następnie Arktis, łatwo zauważyć, jak bardzo różnią się między sobą te albumy. Arktis to podróż przez upodobania muzyczne jego autora, materiał zdecydowanie eklektyczny i nieoczywisty. Znajdziemy tu odwołania do czasów, kiedy Ihsahn zafascynowany był norweskimi lasami, bobrami i wszystkim innym typowym dla black metalu (stanowcze akcenty w Mass Darkness), ale w znacznej mierze to reprezentacja jego bardziej aktualnych fascynacji. Bo czy w 1997 mógłby się podpisać pod kompozycją pokroju Crooked Red Line, gdzie niebagatelną rolę odgrywa saksofon? Czy piękne, miejscami bardzo delikatne Celestial Violence, znalazłoby się na którymś z krążków Emperora? Nic z tych rzeczy. Ihsahn przeszedł bardzo długą drogę artystyczną, a Arktis najlepiej obrazuje tę ewolucję. Bardzo interesującą ewolucję, bo jeśli ktoś będąc de facto żółtodziobem nagrywa Anthems To The Welkin At Dusk, by potem mając te 40 lat na karku wypuścić kawałek pokroju Until I Too Dissolve (pierwszy riff w tym utworze kasuje NWOTHM bez popity, tako rzekę ja, Schizoid), to z całą pewnością nie jest po prostu kolejnym grajkiem krzyczącym do mikrofonu i brzdękającym na gitarze.
Ulubione numery: Until I Too Dissolve, Celestial Violence, My Heart Is Of The North
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Ten Danzig to jest absolutny sztos-majster. Co prawda tutaj wskazałbym pewnie jedynkę osobiście ale pierwsze cztery to poziom absolutny.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Jedynka trzyma poziom i w znacznej mierze jest to już to, co zaprezentowali na dwójce, ale według mnie debiut jest gorszy na poziomie songwriterskim. Ujmę to tak: dowolny numer z Lucifuge>Possession 
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
To tu mam z deczka inna zdanie bo Twist of Cain >> sporo numerów z Lucifuge 
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Jest to prawda, bo numery pokroju Twist Of Cain pisze się kilka razy na całą dyskografię.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Lucifuge spoko album, ale najbardziej lubię How the Gods Kill.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Pierwszy cztery Danzigi wszystkie to sztosy.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Prawda, wybór najlepszego, zresztą jak w przypadku omawianego wcześniej Slayera, to kwestia skrajnie indywidualnych preferencji.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
20. Ghost - Prequelle

Ostatni długograj Ghost to zdecydowanie najambitniejsze i najbardziej eklektyczne dzieło tego zespołu. Różnie można oceniać strategię obraną przez Tobiasa Forge'a na potrzeby czwartej płyty kapeli. Po tych dwóch i pół roku, moje odczucia co do Prequelle nieco się ostudziły, bo uważam ten materiał za trochę niezdecydowany: z jednej strony mamy tu klasyczne bangiery pokroju Rats, inspirowanego Ozzym gdzieś z czasów Bark At The Moon i The Ultimate Sin, numery ściśle nawiązujące do lat 80-tych, z drugiej jednak pojawia się takie instrumentalne Helvetesfonster, któremu niedaleko do King Crimson z Islands. Płyta cierpi także na źle przemyślanej dynamice, jednakże w ostatecznym rozrachunku uznaję ją za niezwykle porządną i ważną dla mojej osoby. Znajdują się tu kompozycje, które uważam za bezwzględnie świetne, czyli wspomniane Rats i Helvetesfonster, a także ciężkie Faith, zaskakująca Miasma (miejscami nie powstydziłby się jej Jan Hammer), czy ejtisowo-poprockowy Dance Macabre, który obok Cirice i Square Hammer stał się już klasykiem w rozumieniu odbiorców Ghosta i jego wizytówką. Płytę psuje tak naprawdę tylko jeden utwór, See The Light, ale i tak nie ma tragedii. Z niecierpliwością czekam na kolejny krążek Forge'a, choć pojawi się dopiero jesienią 2021.
Ulubione numery: Dance Macabre, Rats, Miasma
19. Black Sabbath - Black Sabbath

Kolejny album, którego przedstawiać nikomu nie trzeba. Dla mnie to właśnie debiut Sabbsów jest najlepszym wydawnictwem tej grupy. Uwielbiam jego bluesowy charakter, który ujawnia się dosłownie co chwilę. Wbrew mitom, pierwsza płyta Black Sabbath nie była odkryciem Ameryki w muzyce gitarowej, ale zupełnie mnie to nie interesuje, bo jest zwyczajnie świetna na poziomie muzycznym. Utwór tytułowy autentycznie mnie przerażał, kiedy słuchałem go w pierwszych tygodniach znajomości z tym zespołem. Jeśli muzyka działa na słuchacza w ten sposób, mimo że nagrano ją kilkadziesiąt lat wcześniej, to znaczy, że w ogóle się nie zestarzała. Są tu same kapitalne kompozycje, na próżno szukać tu słabych elementów. Zespół serwuje nam same smakołyki, spośród których najbardziej lubię The Wizard - ta harmonijka, riffy, tekst! Absolutnie magiczny album. Podobny poziom reprezentuje jeszcze Master Of Reality, ale to w sumie jedyny konkurent dla debiutu Sabbsów. Takie płyty nagrywa się raz w życiu, a los chciał, że Black Sabbath zrobili to zaraz na początku kariery.
Ulubione numery: The Wizard, N.I.B., Black Sabbath
18. Crockett - The Revenant

Rok temu The Revenant trafiło się miejsce w honorable mentions, gdyż uznałem, że moja znajomość z tym wydawnictwem jest zbyt krótka na umieszczanie go we właściwym zestawieniu. Teraz mogę go tu wrzucić z czystym sercem. Jest to dla mnie idealna płyta synthwave'owa, świetnie oddająca klimat soundtracków z filmów oraz seriali z lat 80-tych. Synthwave często udaje, stara się brzmieć jak muzyka z tamtego czasu, ale bardzo rzadko słyszę w tym autentyzm, to często raczej nieudolne próby nagrania czegoś, co mogłoby ukazać się te 35 lat temu. Tymczasem The Revenant jest perfekcyjnym 80's worshipem, tu nie słychać próby, tylko zdecydowanie. Dodatkowo tytuły wskazują na pewien scenariuszowy koncept, dzięki czemu słuchając tego materiału, ma się wrażenie poznawania jakieś historii, której bohaterem mogłaby być postać grana przez Davida Hasselhoffa, Dona Johnsona, czy inną gwiazdę neonowej dekady. Tę już należy sobie wyobrazić, ale z taką ścieżką dźwiękową, każdy wytwór wyobraźni słuchacza musi być co najmniej ciekawy.
Ulubione numery: Masks On, Break For The Border, Assembling A Crew
Ostatni długograj Ghost to zdecydowanie najambitniejsze i najbardziej eklektyczne dzieło tego zespołu. Różnie można oceniać strategię obraną przez Tobiasa Forge'a na potrzeby czwartej płyty kapeli. Po tych dwóch i pół roku, moje odczucia co do Prequelle nieco się ostudziły, bo uważam ten materiał za trochę niezdecydowany: z jednej strony mamy tu klasyczne bangiery pokroju Rats, inspirowanego Ozzym gdzieś z czasów Bark At The Moon i The Ultimate Sin, numery ściśle nawiązujące do lat 80-tych, z drugiej jednak pojawia się takie instrumentalne Helvetesfonster, któremu niedaleko do King Crimson z Islands. Płyta cierpi także na źle przemyślanej dynamice, jednakże w ostatecznym rozrachunku uznaję ją za niezwykle porządną i ważną dla mojej osoby. Znajdują się tu kompozycje, które uważam za bezwzględnie świetne, czyli wspomniane Rats i Helvetesfonster, a także ciężkie Faith, zaskakująca Miasma (miejscami nie powstydziłby się jej Jan Hammer), czy ejtisowo-poprockowy Dance Macabre, który obok Cirice i Square Hammer stał się już klasykiem w rozumieniu odbiorców Ghosta i jego wizytówką. Płytę psuje tak naprawdę tylko jeden utwór, See The Light, ale i tak nie ma tragedii. Z niecierpliwością czekam na kolejny krążek Forge'a, choć pojawi się dopiero jesienią 2021.
Ulubione numery: Dance Macabre, Rats, Miasma
19. Black Sabbath - Black Sabbath
Kolejny album, którego przedstawiać nikomu nie trzeba. Dla mnie to właśnie debiut Sabbsów jest najlepszym wydawnictwem tej grupy. Uwielbiam jego bluesowy charakter, który ujawnia się dosłownie co chwilę. Wbrew mitom, pierwsza płyta Black Sabbath nie była odkryciem Ameryki w muzyce gitarowej, ale zupełnie mnie to nie interesuje, bo jest zwyczajnie świetna na poziomie muzycznym. Utwór tytułowy autentycznie mnie przerażał, kiedy słuchałem go w pierwszych tygodniach znajomości z tym zespołem. Jeśli muzyka działa na słuchacza w ten sposób, mimo że nagrano ją kilkadziesiąt lat wcześniej, to znaczy, że w ogóle się nie zestarzała. Są tu same kapitalne kompozycje, na próżno szukać tu słabych elementów. Zespół serwuje nam same smakołyki, spośród których najbardziej lubię The Wizard - ta harmonijka, riffy, tekst! Absolutnie magiczny album. Podobny poziom reprezentuje jeszcze Master Of Reality, ale to w sumie jedyny konkurent dla debiutu Sabbsów. Takie płyty nagrywa się raz w życiu, a los chciał, że Black Sabbath zrobili to zaraz na początku kariery.
Ulubione numery: The Wizard, N.I.B., Black Sabbath
18. Crockett - The Revenant

Rok temu The Revenant trafiło się miejsce w honorable mentions, gdyż uznałem, że moja znajomość z tym wydawnictwem jest zbyt krótka na umieszczanie go we właściwym zestawieniu. Teraz mogę go tu wrzucić z czystym sercem. Jest to dla mnie idealna płyta synthwave'owa, świetnie oddająca klimat soundtracków z filmów oraz seriali z lat 80-tych. Synthwave często udaje, stara się brzmieć jak muzyka z tamtego czasu, ale bardzo rzadko słyszę w tym autentyzm, to często raczej nieudolne próby nagrania czegoś, co mogłoby ukazać się te 35 lat temu. Tymczasem The Revenant jest perfekcyjnym 80's worshipem, tu nie słychać próby, tylko zdecydowanie. Dodatkowo tytuły wskazują na pewien scenariuszowy koncept, dzięki czemu słuchając tego materiału, ma się wrażenie poznawania jakieś historii, której bohaterem mogłaby być postać grana przez Davida Hasselhoffa, Dona Johnsona, czy inną gwiazdę neonowej dekady. Tę już należy sobie wyobrazić, ale z taką ścieżką dźwiękową, każdy wytwór wyobraźni słuchacza musi być co najmniej ciekawy.
Ulubione numery: Masks On, Break For The Border, Assembling A Crew
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Wizard to też jeden z moich topowych wałków BS. Czekamy na więcej 
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Na razie nie mam czasu, kontynuacja wieczorem lub jutro
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
17. King Crimson - Red

Wiem, że to debiutancki krążek King Crimson cieszy się największą popularnością, ale dla mnie to Red jest szczytowym osiągnięciem tego zespołu. Przede wszystkim jest to potężny materiał. Riff z tytułowego utworu jest niemalże metalowy, a to przecież dopiero początek płyty! Wszystko tu (z wyjątkiem jednego numeru, o czym później) jest cholernie dopracowane i świetnie przemyślane. Począwszy od kapitalnych partii basu autorstwa Johna Wettona, po nieśmiertelne dźwięki saksofonu w Starless. No właśnie, Starless...Swego czasu numer ten urzekł mnie, jak mało co. Cóż to jest za piękne dzieło, pełne zdrowego patosu i melancholii. Nie będę nawet próbował go opisywać, zresztą w przypadku King Crimson, opisy nie są potrzebne. To muzyka przede wszystkim emocjonalna, która trafia do serca. Ucho jest tu jedynie pośrednikiem. Przyznam jednak, że jeden z tych utworów jeszcze nie dotarł w okolice między mymi żebrami. Jest to Providence, czyli nagrana na żywo improwizacja. Nie jest zła, ale w zestawieniu z pozostałymi zadownikami, wypada raczej blado. Jest to jednakże mikroskopina rysa na diamencie, którym bez wątpienia jest Red.
Ulubione numery: Fallen Angel, Starless, Red
16. Ihsahn - After

Uwielbiam ten album, to zdecydowanie najlepszy Ihsahn. After jest jak kolos, który kroczy, niszcząc swymi krokami całe miasta. Na przekór temu opisowi, nie jest to wcale brutalny album. Tu i ówdzie bywa trochę ostrzej, ale siłę After stanowi przede wszystkim...Saksofon, który wykorzystany tu został brawurowo. Chciałbym zobaczyć swoją twarz, kiedy po raz pierwszy słuchałem maksymalnie porytego A Grave Inversed. Ten pozornie śmieszny numer jest dla mnie wspaniałym przykładem na kreatywność Ihsahna. Ten saksofon będzie nam często towarzyszył przy odsłuchach płyty. Zrobi świetną robotę w bardziej zachowawczym, ale pięknym Undercurrent, czy też domykającym całość On The Shores - prawdopodobnie najlepszej kompozycji z katalogu Ihsahna. Oprócz tego mamy tu bardziej przebojowe kawałki, jak Frozen Lakes On Mars, czy The Barren Lands. Nie ma co się doszukiwać wśród nich słabych utworów, jednakże to właśnie Undercurrent i On The Shores w znacznej mierze "robią" mi ten album. Zresztą jeden z najlepszych, jeśli chodzi o ostatnie lata. Jedyną wadą płyty jest to, że Ihsahn prawdopodobnie nie nagra już niczego lepszego.
Ulubione numery: On The Shores, Undercurrent, Austere
15. Behemoth - The Satanist

Behemoth to gigant bardziej radykalnego metalu, w znacznej mierze dzięki tej płycie. Zespół Nergala z The Satanist to komplenie inna horda, niż ta znana z Gromu, czy debiutu. Znacznie bardziej wyrafinowana, na pewien sposób powściągliwa, jednocześnie wciąż agresywna i dosadna w treści. To dzieło w pełni przemyślane i dojrzałe, które zachwyca mnie kilkoma swymi cechami. Pierwszą z nich jest heavymetalowy duch unoszący się nad kompozycjami zawartymi na płycie. Nergal po prostu zaczął pisać hity, chwytliwe utwory pełne melodii, dzięki którym The Satanist jest zwyczajnie łatwy do przyswojenia. Drugą jest swego rodzaju dojrzałość. Bo o ile lubię sobie czasem zapuścić któreś z pierwszych dokonań Behemotha, tak nie ma tu żadnej wątpliwości, że te krążki dzieli absolutna przepaść. Trzecią stanowi siła rażenia utworów znajdujących się na krążku, która jest totalnie porażająca. Messe Noire, Ora Pro Nobis Lucifer, Ben Sahar - same piękne strzały. A to wszystko domyka jedno z najlepszych zakończeń płyt, jakie znam: O Father O Satan O Sun!. Niektórzy zarzucają nowej twarzy Behemotha, jakoby miała być zbytnio wykalkulowana, nieszczera. Słuchając The Satanist, zupełnie tego nie czuję. Zresztą tego typu tezy wygłaszają często osoby szkalujące Ihsahna za noszenie golfów, więc mam w to wyjebongo.
Ulubione numery: The Satanist, O Father O Satan O Sun!, Blow Your Trumpets Gabriel
14. David Bowie - Blackstar

Ostatni Bowie to dla mnie najlepsza płyta tego wieku i zarazem drugi najlepszy krążek brytyjskiego artysty. "Artysta" to dobre słowo w przypadku Davida, bo w gruncie rzeczy poprzez Blackstar uczynił ze swojej śmierci jeden z najlepszych performance'ów w swej historii. Odkładając jednak na bok biografię muzycznego kameleona, Blackstar to zwyczajnie świetny materiał. Na pewno nie jest to łatwa płyta. Bowie wziął na warsztat jazz i Kendricka Lamara, co miejscami bardzo mocno przebija się przez te kompozycje. Tytułowy numer idealnie wprowadza nas w artrockowy, mroczny klimat płyty, który następnie podsycany jest niemalże żałobnym, pożegnalnym Lazarus, czy też nieoczywistym Girl Loves Me. Blackstar to kompletne przeciwieństwo młodszego o kilka lat The Next Day, które pomimo wysokiego poziomu, było jednak bezpiecznym wydawnictwem. Natomiast ostatnie dzieło Davida Bowiego jest tym, za co został pokochany przez fanów lata temu: fascynującą podróżą w nieznane. Nie ma drugiego takiego krążka w dyskografii tego pana. Bowie czekał kilkadziesiąt lat na to, by wrócić na sam szczyt. Na pewno artystyczny sukces płyty po części wynika z tego, iż David wiedział o swojej chorobie na kilka lat przed śmiercią, co ewidentnie rzutowało na koncept wydawnictwa i ambicje twórcy. Żegnać się w takim stylu? Nie mam pytań.
Ulubione numery: Blackstar, Lazarus, I Can't Give Everything Away
13. Kat - Oddech Wymarłych Światów

No i kolejny klasyk. Dla mnie razem z Reign In Blood jest to najlepsza płyta thrashmetalowa i jednocześnie materiał, do którego mogę wracać o dowolnej porze i w dowolnym nastroju. Niesamowite, że coś takiego nagrano w PRL-u. Jest drapieżnie, jest bluźnierczo, jest znakomicie. To w gruncie rzeczy zestaw killerów, bo jakże inaczej nazwać kawałki pokroju Porwany Obłędem, Bramy Żądz, czy Diabelski Dom II? Do głowy przychodzi mi jedynie słowo "hymny". Tym właśnie są dla fanów Kata te numery. O ile 666/Metal And Hell było jeszcze po części utrzymane w stylistyce heavy metalu, tak Oddech Wymarłych Światów to już jazda bez trzymanki. Chłopakom z Kaciora zamarzył się ich własny Master Of Puppets, a okazało się, że nagrali płytę, która znacznie przewyższa ten przereklamoway krążek. Nie ma tu słabych momentów, jest to płyta kompletna od A do Z. Ten zespół zasługiwał na więcej, niż mu się trafiło - niestety wszyscy wiemy, jak potoczyły się sprawy.
Ulubione numery: Bramy Żądz, Diabelski Dom II, Mag-Sex

Wiem, że to debiutancki krążek King Crimson cieszy się największą popularnością, ale dla mnie to Red jest szczytowym osiągnięciem tego zespołu. Przede wszystkim jest to potężny materiał. Riff z tytułowego utworu jest niemalże metalowy, a to przecież dopiero początek płyty! Wszystko tu (z wyjątkiem jednego numeru, o czym później) jest cholernie dopracowane i świetnie przemyślane. Począwszy od kapitalnych partii basu autorstwa Johna Wettona, po nieśmiertelne dźwięki saksofonu w Starless. No właśnie, Starless...Swego czasu numer ten urzekł mnie, jak mało co. Cóż to jest za piękne dzieło, pełne zdrowego patosu i melancholii. Nie będę nawet próbował go opisywać, zresztą w przypadku King Crimson, opisy nie są potrzebne. To muzyka przede wszystkim emocjonalna, która trafia do serca. Ucho jest tu jedynie pośrednikiem. Przyznam jednak, że jeden z tych utworów jeszcze nie dotarł w okolice między mymi żebrami. Jest to Providence, czyli nagrana na żywo improwizacja. Nie jest zła, ale w zestawieniu z pozostałymi zadownikami, wypada raczej blado. Jest to jednakże mikroskopina rysa na diamencie, którym bez wątpienia jest Red.
Ulubione numery: Fallen Angel, Starless, Red
16. Ihsahn - After

Uwielbiam ten album, to zdecydowanie najlepszy Ihsahn. After jest jak kolos, który kroczy, niszcząc swymi krokami całe miasta. Na przekór temu opisowi, nie jest to wcale brutalny album. Tu i ówdzie bywa trochę ostrzej, ale siłę After stanowi przede wszystkim...Saksofon, który wykorzystany tu został brawurowo. Chciałbym zobaczyć swoją twarz, kiedy po raz pierwszy słuchałem maksymalnie porytego A Grave Inversed. Ten pozornie śmieszny numer jest dla mnie wspaniałym przykładem na kreatywność Ihsahna. Ten saksofon będzie nam często towarzyszył przy odsłuchach płyty. Zrobi świetną robotę w bardziej zachowawczym, ale pięknym Undercurrent, czy też domykającym całość On The Shores - prawdopodobnie najlepszej kompozycji z katalogu Ihsahna. Oprócz tego mamy tu bardziej przebojowe kawałki, jak Frozen Lakes On Mars, czy The Barren Lands. Nie ma co się doszukiwać wśród nich słabych utworów, jednakże to właśnie Undercurrent i On The Shores w znacznej mierze "robią" mi ten album. Zresztą jeden z najlepszych, jeśli chodzi o ostatnie lata. Jedyną wadą płyty jest to, że Ihsahn prawdopodobnie nie nagra już niczego lepszego.
Ulubione numery: On The Shores, Undercurrent, Austere
15. Behemoth - The Satanist

Behemoth to gigant bardziej radykalnego metalu, w znacznej mierze dzięki tej płycie. Zespół Nergala z The Satanist to komplenie inna horda, niż ta znana z Gromu, czy debiutu. Znacznie bardziej wyrafinowana, na pewien sposób powściągliwa, jednocześnie wciąż agresywna i dosadna w treści. To dzieło w pełni przemyślane i dojrzałe, które zachwyca mnie kilkoma swymi cechami. Pierwszą z nich jest heavymetalowy duch unoszący się nad kompozycjami zawartymi na płycie. Nergal po prostu zaczął pisać hity, chwytliwe utwory pełne melodii, dzięki którym The Satanist jest zwyczajnie łatwy do przyswojenia. Drugą jest swego rodzaju dojrzałość. Bo o ile lubię sobie czasem zapuścić któreś z pierwszych dokonań Behemotha, tak nie ma tu żadnej wątpliwości, że te krążki dzieli absolutna przepaść. Trzecią stanowi siła rażenia utworów znajdujących się na krążku, która jest totalnie porażająca. Messe Noire, Ora Pro Nobis Lucifer, Ben Sahar - same piękne strzały. A to wszystko domyka jedno z najlepszych zakończeń płyt, jakie znam: O Father O Satan O Sun!. Niektórzy zarzucają nowej twarzy Behemotha, jakoby miała być zbytnio wykalkulowana, nieszczera. Słuchając The Satanist, zupełnie tego nie czuję. Zresztą tego typu tezy wygłaszają często osoby szkalujące Ihsahna za noszenie golfów, więc mam w to wyjebongo.
Ulubione numery: The Satanist, O Father O Satan O Sun!, Blow Your Trumpets Gabriel
14. David Bowie - Blackstar

Ostatni Bowie to dla mnie najlepsza płyta tego wieku i zarazem drugi najlepszy krążek brytyjskiego artysty. "Artysta" to dobre słowo w przypadku Davida, bo w gruncie rzeczy poprzez Blackstar uczynił ze swojej śmierci jeden z najlepszych performance'ów w swej historii. Odkładając jednak na bok biografię muzycznego kameleona, Blackstar to zwyczajnie świetny materiał. Na pewno nie jest to łatwa płyta. Bowie wziął na warsztat jazz i Kendricka Lamara, co miejscami bardzo mocno przebija się przez te kompozycje. Tytułowy numer idealnie wprowadza nas w artrockowy, mroczny klimat płyty, który następnie podsycany jest niemalże żałobnym, pożegnalnym Lazarus, czy też nieoczywistym Girl Loves Me. Blackstar to kompletne przeciwieństwo młodszego o kilka lat The Next Day, które pomimo wysokiego poziomu, było jednak bezpiecznym wydawnictwem. Natomiast ostatnie dzieło Davida Bowiego jest tym, za co został pokochany przez fanów lata temu: fascynującą podróżą w nieznane. Nie ma drugiego takiego krążka w dyskografii tego pana. Bowie czekał kilkadziesiąt lat na to, by wrócić na sam szczyt. Na pewno artystyczny sukces płyty po części wynika z tego, iż David wiedział o swojej chorobie na kilka lat przed śmiercią, co ewidentnie rzutowało na koncept wydawnictwa i ambicje twórcy. Żegnać się w takim stylu? Nie mam pytań.
Ulubione numery: Blackstar, Lazarus, I Can't Give Everything Away
13. Kat - Oddech Wymarłych Światów

No i kolejny klasyk. Dla mnie razem z Reign In Blood jest to najlepsza płyta thrashmetalowa i jednocześnie materiał, do którego mogę wracać o dowolnej porze i w dowolnym nastroju. Niesamowite, że coś takiego nagrano w PRL-u. Jest drapieżnie, jest bluźnierczo, jest znakomicie. To w gruncie rzeczy zestaw killerów, bo jakże inaczej nazwać kawałki pokroju Porwany Obłędem, Bramy Żądz, czy Diabelski Dom II? Do głowy przychodzi mi jedynie słowo "hymny". Tym właśnie są dla fanów Kata te numery. O ile 666/Metal And Hell było jeszcze po części utrzymane w stylistyce heavy metalu, tak Oddech Wymarłych Światów to już jazda bez trzymanki. Chłopakom z Kaciora zamarzył się ich własny Master Of Puppets, a okazało się, że nagrali płytę, która znacznie przewyższa ten przereklamoway krążek. Nie ma tu słabych momentów, jest to płyta kompletna od A do Z. Ten zespół zasługiwał na więcej, niż mu się trafiło - niestety wszyscy wiemy, jak potoczyły się sprawy.
Ulubione numery: Bramy Żądz, Diabelski Dom II, Mag-Sex
Ostatnio zmieniony śr lis 11, 2020 9:29 pm przez Schizoid, łącznie zmieniany 1 raz.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Schizoid, cos z numeracja jest nie tak, bo brakuje pozycji 16 i 17.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Ooo faktycznie, dwie bdb płyty pominąłem
dzięki za czujność
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Jak ja uwielbiam Blackstar. Aż czuć w nim te emocje, które chciał przekazać Bowie. Pamiętam, że katowałem tę płytę po premierze dość namiętnie.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Ciekawe, że w tym samym roku wyszło You Want It Darker Cohena, czyli płyta spełniająca podobną rolę, co Blackstar. I do tego również bardzo udana oraz emocjonalna, choć ze względów prywatnych nie mogę jej słuchać.
Tymczasem lista uzupełniona o brakujące pozycje.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller


