To też coś skrobnę, bardziej prowizorycznie, bo przewiduję z tego standardową relację w najbliższej przyszłości.
Gong - epileptykiem nie jestem, ale jeszcze chwila, a bym nim został. Ich animacje są bardzo złe. Jakby pójść na to na kwasie, to chyba zaliczyłoby się bad tripa. Muzycznie mają momenty, ale no właśnie: momenty. One znikają po chwili i następnie dzieją się rzeczy nieciekawe, a wokalista nie potrafi śpiewać. Słuchałem z 25 minut, a ostatnie z nich spędziłem poza salą.
o.r.k. - Jezus Maria, ależ to był męczący występ. Ja totalnie nie rozumiem koncepcji tego zespołu, sprawia wrażenie bardzo chaotycznego, a z tej stylistycznej mieszanki, którą prezentuje, nie wychodzi nic, co całościowo byłoby ciekawe. No i znowu wokal do dupy, tutaj dostaliśmy Chrisa Cornella po przejściach. Jeden z gorszych gigów tego roku.
IQ - sytuacja odmienna o 180 stopni, bo był to koncert świetny! Znam tylko jeden album tego projektu (nic z niego nie grali), ale bawiłem się doskonale. To właśnie lubię w festiwalach - czasami coś niespodziewanie okaże się wartą uwagi rzeczą. Miałem wrażenie, że to trwało z 45 minut, a trwało 1h20. Chętnie zagłębię się w ich dokonania studyjne, bo serio ładnie mi siadło to, co słyszałem w Spodku. Wizualizacje niestety często również tragiczne (te słoneczniki xDDD), ale na Road of Bones były spoko.
SBB - koncert ten oceniam dwojako. Nie jestem szczególnym fanem konwencji improwizacji i jam session, więc muzycznie ten gig nie był szczytem moich marzeń. JEDNAKŻE! To się nie mieści w głowie, jak wielki talent kryje się w tych 3 starszych już przecież panach. Od strony technicznej nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem lepszy zespół (no pewnie King Crimson, ale oni są chyba w ogóle poza konkurencją). Skrzek dał radę wokalnie, ale to co wyprawiał na basie, to klękajcie narody. Apostolis piękny feeling. Piotrowski absolutny mistrz, co za energia, co za luz! Jak mówię - nie do końca moja bajka, na klubówkę nie pójdę, ale tylko ignorant nie doceniłby tej sztuki.
Steve Hackett - główny powód mojej obecności w Kato. I absolutnie się nie zawiodłem. Foxtrot to wspaniały album, a na żywo wypada równie znakomicie. Stefan dobrał sobie naprawdę znakomitych muzyków i świetnie się oglądało ten koncert, wszystko pięknie się ze sobą zgrywało. Secik solowy też klasa, najlepiej mi siadło Every Day i ABSOLUTNIE POTĘŻNE zakończenie Shadow of the Hierophant, palce lizać. A Nad to absolutnie zjawiskowy śpiewak

Bardzo żałuję, że przegapiłem Seconds Out rok temu (moje ulubione Genesis), ale katowicki koncert to było udane pierwsze spotkanie z Hackettem.
Dzień drugi:
Podczas Collage piłem alkohol z Forumowiczami i chyba była to właściwa decyzja.
Steve Hillage and the Village People - zaczęło się niemrawo, potem się coś rozkręciło, ale okazało się, że to z uwagi na to, iż pan Steve grał Beatlesów

Wyszedłem w momencie, gdy absolutnie gówniane animacje zaczęły atakować mnie widokiem jakiejś ryby (wtf?).
Riverside - jestem zachwycony tym występem. Riverków widziałem dotychczas tylko raz, rok temu w Rzeszowie. To był dobry koncert, ale znacznie słabszy od katowickiego. Kawałki z nowego albumu na żywo robią absolutnie kapitalną robotę, oczywiście te starsze też, ale to świeżości byłem ciekaw najbardziej i jestem bardzo zadowolony. Klubówka jesienią obligatoryjna. Jedyny zgrzyt to Conceiving You na sam finał, według mnie rozmydla atmosferę. No i Łapaj za nisko w miksie - a szkoda, bo to totalny szef. Jak to powiedziała o Riverside ikona polskiego rocka, Ireneusz Jeż, "są to ludzie z najwyższej półki".
Nick Mason - widziałem w 2019 i wtedy podobało mi się nieco bardziej. Ogólnie wczesne Floydy to trochę ciężki temat, osobiście nie kupuję tych płyt w pełni, ale są tam absolutne perełki: i one na szczęście w większości zostały zagrane. Atom Heart Mother to potęga! Obscured By Clouds mega mnie ucieszyło, to wyjątkowy numer, A Saucerful of Secrets też wspaniałe. Z tych krótszych najlepiej siadło mi Lucifer Sam i Childhood's End. Co do Echoes - dla mnie to jeden z najlepszych numerów w historii muzyki, uwielbiam, ale... No wczoraj jakoś tego nie odczułem. To był bardzo sprawny wykon, bez dwóch zdań, ale czegoś mi zabrakło. To jest jednak utwór Gilmoura i Wrighta i według mnie dało się to zauważyć. Ogólnie to był też jedyny moment, gdy myślałem o tych utworach w kontekście bycia coverami, bo Mason skołował sobie znakomitych kolegów i wszystko to brzmi bardzo organicznie, naturalnie. Dla mnie to duży plus, niejednokrotnie złapałem się na tym, że paradoksalnie dość często Nick znikał mi gdzieś tam w tle sceny, a ja słuchałem
zespołu - a nie legendy otoczonej grajkami. Jestem z tego gigu zadowolony, choć zabrakło Interstellar Overdrive czy The Nile Song, które w 2019 robiły mega robotę.
A TERAZ KWESTIA ORGANIZACJI TEGO EVENTU
To nie był źle zorganizowany festiwal, to był
chujowo zorganizowany festiwal. Już na sam start zgrzyt z opaskami. Serio papierek na dwa dni? Beznadzieja. Dalej: dziwne sytuacje z miejscami. Ja sam poniekąd stałem się "ofiarą" tego burdelu, ale w zasadzie raczej beneficjentem, bo wylądowałem w bardzo fajnym miejscu na dolnej trybunie, gdzie dźwięk był serio spoko (jak szedłem pod scenę, to był dużo gorszy, zgodnie z relacjami kolegów) i widok również ok. To nie zmienia faktu, że takie patologie nie powinny mieć w ogóle miejsca, bo byli też ludzie, którzy na nich ucierpieli... A to na przykład dlatego, że scena była zmontowana w idiotyczny sposób, pomysł zasłonięcia jej boków to był szczyt debilizmu, ludzie siedzący pod kątem względem niej, nie mogli zobaczyć np. Skrzeka. Katastrofa. Kolejna sprawa: fakt, że idąc na miejsce w 3 rzędzie trybun nie mogłem wejść normalnie na płytę i z niej przejść na swoje miejsce (które było metr nad poziomem GA) też wspaniały. No i to wychodzenie do strefy chill, Jezu. Sporo zamieszania, przepustowość mała. A, no i jeszcze wątek signing sessions. Źle to rozplanowali, a w sumie ze słów Dudy (jeżeli mu wierzyć, jest mimo wszystko bardziej wiarygodny, niż inny Duda) wynika, że tam niezłe gówno było szykowane za kulisami.
Ogólnie? Uważam, że to był festiwal połowicznie dobry. Koncerty były zarówno znakomite, jak i bardzo słabe, organizacyjnie to leżało i kwiczało. Na kolejną edycję bilet kupię dopiero przy znajomości całego składu, a ten musi być naprawdę mocny, bo po ostatnich wtopach zwyczajnie nie ufam tej marce.
Pozdro dla Sanatorian, którzy jak zwykle umilają tego typu eventy
