Dobra, miałem iść śladami Shedao i napisać relację z dwóch różnych koncertów/wydarzeń w jednym poście, ale jednak napiszę teraz tę z wczorajszego wypadu do Wrocławia - miejcie co czytać dla zabicia czasu jak nudzi się Wam w robocie albo czekacie w przychodni xD
Przechodząc do meritum, czyli niedzieli dziewiątego listopada roku pańskiego dwa tysiące dwudziestego piątego zacząłem wszystko od przebudzenia się. Kot mnie obudził w środku nocy, ale potem znowu zasnąłem i o dziwo trochę pospałem, co nie jest zawsze takie oczywiste przed moimi wyjazdami, nieraz z różnych powodów nie potrafię spać dłużej niż przez 3 czy 4 godziny, a jak pluszuś mnie obudzi to już w ogóle miewam problemy z zaśnięciem potem. W każdym razie, wstałem ok. 7:30, zjadłem śniadanie, wziąłem prysznic, spakowałem rzeczy potrzebne na dwa dni poza domem i poszedłem na pociąg. Nie miałem problemu z wyjściem z domu, nie zapowiadało się źle mimo 50-minutowego opóźnienia pociągu, o którym dowiedziałem się jak już byłem na dworcu, a potem przemienionego w godzinne opóźnienie z haczkiem, ale założyłem słuchawki i czekałem, grały mi w uszach "Lunar Womb" od The Obsessed i kawałek "Death Magnetic" wiadomego zespołu, reszta przeleciała jak już byłem w pociągu i naprawdę lubię ten album, a słucham sobie ostatnio Metalliki z racji obecnego plebiscytu prowadzonego przez johnny'ego, więc jakby co, moja lista też powinna być do jutra wysłana. Wiadomo, słuchałem muzyki, między innymi wspomnianego wczoraj w innym temacie Castle Rat, The Young Gods i też ogołocony z czterech najpopularniejszych utworów Black Album (bo nie pamiętałem prawie w ogóle tej płyty poza wiadomymi utworami i Wherever I May Roam), ale jakaś chujowa była ta podróż, im dalej to tym bardziej jakoś się męczyłem i mnie ludzie wkurwiali i serio pragnąłem już być w tym Wrocławiu. A jak już byłem to udało mi się spełnić ambitny plan niezamawiania ubera i dojechałem tramwajem do lokum, w którym nocowałem, a potem autobusem udało mi się dojechać w pobliże miejsca koncertu. Ale dzisiaj rano ten ambitny plan mi niestety nie wyszedł i już uberem pojechałem na dworzec, tak jak i nieraz to zresztą bywa jak z jakiegoś powodu nie podniosę się z łóżka i ociągam się z wejściem pod prysznic; właśnie jak miałem się myć to nie pomyślałem wcześniej, aby jakiś żel pod prysznic kupić dzień wcześniej, ale umyłem się mydłem i jebać to. Mógłbym powiedzieć, że jebać księdza jak to moi byli znajomi kiedyś mawiali, ale nie chcę niczyich uczuć religijno-kościelnych tutaj obrażać.
Że musieli zrobić ten koncert na jakimś jebanym zadupiu, pomyślałem jak już byłem w tym autobusie w drodze do hali. A potem jak szedłem piechotą to zastanawiałem się czy we Wrocławiu jest tylko jedno lotnisko i czy niedaleko od tego miejsca będę wylatywał do Porto w lutym, bo z tego co się orientuję ileś tam metrów czy może nawet i kilometrów dalej od rakietowej jest lotnisko, więc łatwo ta myśl mi przemknęła w drodze. I cóż, jak będę musiał jechać przez to zadupie przed odlotem to wyjścia nie będę miał, Diamandę Galás muszę zobaczyć i usłyszeć przynajmniej raz w swoim marnym życiu na żywo. Muszę dodać w tym miejscu, że dzięki Wam znowu mam pierdolca koncertowego i nie wiem czy mam za to dziękować czy nie, LOL. Tylko żeby to jeszcze szło w parze z jakąś minimalną socjalizacją i spotkaniem innych kuracjurzy jak już są na miejscu przynajmniej, a wczoraj znowu nie udało się z nikim spiknąć, no przede wszystkim z pz'em, bo on jeden na pewno wczoraj był, komunikacja między nami jaka była sami wczoraj widzieliście, nie było żadnych priwów

Nic, muszę się pogodzić z tym, że się z Wami nie spotkam już najpewniej, z Johnnym się jeszcze zobaczę, on jeden wie jak wyglądam - swoją drogą wczoraj przede mną stał jeden gość podobny do Ciebie z jakąś dziewczyną, tylko miał wyraźnie ciemniejsze włosy

Ale kontynuując, jak nikt nie chce się ze mną widzieć to jakoś to przeżyję, wiem że macie swoje towarzystwa, a ja już tyle przebyłem samotnych wypadów, że nie powinno mnie to boleć, zresztą i tak na forum już mam wrażenie, że przynajmniej niektórzy, lekko mówiąc, raczej za mną nie przepadają.
Whatever.
Hala Orion jest naprawdę pojemna i wydaje mi się, że z 5k ludu spokojnie mogłoby się w niej zmieścić. Ciężko mi na oko zmierzyć takie coś, nie ma tam żadnych trybun, ale sama płyta jest spora. Nie powiem czy mi się ten obiekt podoba czy nie, miejsce jak wiele innych, ale przejadę się do niego znowu jak będzie coś co naprawdę mocno mnie interesuje. Supporty można przemilczeć, Heavy Pettin' to imo taka sama chujnia co Gloryhammer, tylko chujnia z innej kategorii muzycznej. April Wine było niewiele lepsze, bardzo niewiele. Jak to PeZet dobrze napisał, granie takie o w sam raz na jakiś piknik i jak potem się dowiedziałem, że Bernie Shaw jest Kanadyjczykiem, a wcześniej tego jakoś nie wiedziałem, to od razu pomyślałem, że po jakiejś znajomości i układach układzikach wpięli się pod tę trasę. Albo nie przepadam za melodyjnym hard rockiem w tym stylu albo ten zespół naprawdę jest najzwyczajniej w świecie cienki w uszach, nawet przez 40 minut ciężko mi się słucha czegoś takiego. Do gwiazdy wieczoru mam lekko mieszane uczucia, bez wątpienia był to dobry koncert, ale czegoś mi w nim zdecydowanie brakowało. Może lepszego nagłośnienia? Chociaź i tak było lepsze niż na Avenged Sevenfold w czerwcu. Forma Bernie Shawa bardzo dobra, widać po nim, że on naprawdę lubi być na scenie i inni muzycy też byli dobrzy, szczególnie ten perkusista, ale ogólnie imo odegrali to wszystko w większości, po prostu przyzwoicie. Z utworów najbardziej podobało mi się to wykonanie July Morning z tym syntezatorowym aranżem, piękny utwór i pięknie go wykonali, i tak, Shadows of Grief było dobre, ale jakoś brakowało mi pierdolnięcia w tych niektórych wykonach po prostu, a to solo w The Magician's Birthday chyba ze 100 lat było męczone przez Boxa. Dobry koncert, ale no, nie ma u mnie zachwytów, ale po ich straconym występie przed Judas Priest w Tauronie przez jebaną kolejkę, która godzinę się ciągnęła (live nation pierdolone) odhaczyłem sobie Uriah Heep z jakąś minimalną nawiązką (gdyby jeszcze Rainbow Demon i Free 'n' Easy były to już w ogóle by było!) i na kolejną ich sztukę nie mam ochoty, wystarczy mi. Wcześniej widziałem ich na Wyspie Słodowej we Wrocławiu i ten koncert chyba bardziej mi się wtedy podobał.