Pora napisać parę słów po wczoraj. Ostatnio miałem kilka koncertów, na które szedłem z marszu, na zasadzie "no skoro jest okazja/i tak mam już bilet, no to trzeba iść", bez jakiegoś ogromnego entuzjazmu. Natomiast na sobotni gig Candlemass byłem tak od paru dni przed koncertem całkiem podjarany. Może dlatego, że akurat ich nigdy nie widziałem wcześniej na żywo, a i okazje na to rzadko się trafiają, albo może odświeżenie sobie pierwszych trzech albumów dało dodatkowego kopa, albo po prostu wszystko na raz. Czy oczekiwania zostały spełnione? W większości tak, ale o tym za chwilę.
Jako że pierwotnie nie spodziewałem się aż takiego hype'u na ten koncert, bilet zakupiłem jakoś kilkanaście dni temu, jak się okazało, że zaraz może być sold out, który rzeczywiście chwilę później się potwierdził. W związku z przewidywaniami tłumami w Progresji i wykorzystując sobotni wolny dzień, wbiłem już około 18.30 na miejsce, co było bardzo dobrą decyzją. Szybkie wejście bez kolejki, sama kolejka była co prawda do merchu, ale po kilkunastu minutach zgarnąłem eventową koszulkę. Do sali wszedłem przy pierwszych dźwiękach Dopelorda, którego wcześniej nie znałem, choć nazwa gdzieś mi się tam obiła o uszy. Jako support sprawdzili się bardzo dobrze, godzinka zleciała bardzo szybko, takie stonerowo-doomowe granie całkiem gładko mi wchodzi, jak będzie okazja, to drugi raz na żywo chętnie zaliczę.
Na Dopelordzie nie było jeszcze takiego ścisku, dzięki czemu mogłem się ustawić całkiem blisko sceny przed gwiazdą wieczoru. Po jakimś czasie zrobiło się dosyć ciasno i ten sold out zaczęło być czuć fizycznie. Punktualnie o 20.30 poleciało "Marche Funebre", a dalej przewidywane "Bewitched". Pierwsze wrażenia: bardzo fajny klimat, imho dobra decyzja z tym, że światła były wykorzystywane oszczędnie, bardziej po to, aby wytworzyć odpowiedni vibe, a nie notorycznie walić po oczach, jak to bywa na niektórych koncertach. Więcej nie zawsze znaczy lepiej. Drugie wrażenie raczej na minus, czyli wokal Johana. Nie wiem, czy to już jego stała forma, ale facet niestety nie wyciąga w ogóle wyższych partii. O ile jeszcze w "swoich" kawałkach (tj. z debiutu) jeszcze brzmiał jakoś pasująco do utworów, to w tych Messiaha niestety nie dawał rady, niektóre fragmenty wręcz masakrując. Jako że w pewnym sensie znakiem rozpoznawczym Candlemass zawsze były te "epickie" partie wokalne, to tutaj ich bardzo brakowało. Owszem, na debiucie Johan brzmiał świetnie, ale no właśnie, na debiucie zespołu, czyli prawie 40 lat temu. Nie wiem w jakiej formie jest teraz Messiah, musiałbym odpalić jakieś nagranie z Aten z ciekawości, ale podejrzewam, że jednak w lepszej i musiałbym przyznać rację fanom, twierdzącym, że to Messiah jest jedynym słusznym wokalem Candlemass. Z podlinkowanego wcześniej w temacie wywiadu z Leifem wynika, że na razie nie planują kolejnego powrotu Grubego Mesjasza do składu. Trochę szkoda, pewnie byłoby to wtedy jeszcze lepsze doświadczenie. Johan na pewno nadrabia charyzmą i kontaktem z publiką. Po koncercie, jak reszta zespołu zeszła już ze sceny, to widziałem, że jeszcze przybijał piątki z barierką. Widać, że jara go granie z zespołem, ale mam wrażenie, że ten powrót nastąpił jakieś 20 lat za późno.
Na plus za to forma reszty zespołu. Gitary jechały równym walcem aż miło, a i widać było, że zespołowi się podobało przyjęcie. Co prawda dopiero po koncercie zorientowałem się, że zamiast Lindha był kto inny na perkusji. Pod jakimś komentarzem na fb mignęło mi, że to techniczny, bo Lindh miał jakiś zabieg czy coś tam. Różnica pewnie mało znacząca, jedynie, o ile ktokolwiek też to zauważył, miałem wrażenie, że w pewnym momencie coś się rozjechało w "Dark Reflections". W trakcie koncertu Leif wspomniał ze sceny pierwszy koncert w Polsce w 1991 roku w Katowicach (który, z tego co sprawdzałem, ostatecznie nie odbył się w Katowicach). Może następnym razem będzie wspominał wczorajszy gig z Progresji, bo chyba to też będzie wieczór warty zapamiętania. W wyżej wspomnianym wywiadzie była wzmianka, że w 2007 roku w Krakowie na widowni było jakieś 200 osób. Wczoraj prawie 10 razy więcej, więc różnica całkiem ładna.
Jako że zwykle sprawdzam sety zespołów, na których koncerty idę, a dodatkowo w przypadku Candlemass sety nie różnią się jakoś specjalnie, to pytanie było jedynie "co wyrzucą ze standardowej listy kotletów?", która leciała zgodnie z oczekiwaniami i ostatecznie nawet je przebiła, bo zagrali rzadko wykonywany, a bardzo lubiany przeze mnie "Darkness in Paradise". Jeśli Portal Wyrocznia się nie myli, to niedawno w Sztokholmie zagrali nawet ciut dłuższy koncert z "The Bells of Acheron" włącznie, no ale wiadomo, że w domu to gra się specjalne koncerty. Tutaj 12 kawałków i tak dało prawie 1,5h grania. Wiadomo, chciałoby się jeszcze więcej, ale i tak nie ma na co narzekać. Highlighty koncertu: A Sorcerer's Pledge i Demon's Gate. Ogólnie kawałki z Debiutu wypadają wspaniale, nie tylko dlatego, że Johan w nich lepiej śpiewa, ale ogólnie muzycznie to są wspaniałe kompozycje, zyskujące dodatkowej mocy na żywo. Chętnie bym powtórzył ten zestaw na kolejnym koncercie, najlepiej przy pełnej reprezentacji Epickiego Doom Metalu.
Dopiero przy wychodzeniu z sali dało się odczuć, że sold out musiał być dopychany kolanem. Na Katatonii we wtorek, gdzie do sold outu wiele nie brakowało, po koncercie wychodziło się duuużo szybciej i miało się wrażenie znacznie mniejszej liczby ludzi. O schodach nie będę pisał, bo ten temat został przeruchany przez wszystkie strony bardziej niż Marianna Schreiber. Napiszę za to o ludziach, bo ten temat to moje największe zaskoczenie wczorajszego wieczoru. Mianowicie, widziałem wśród publiki bardzo dużo młodzieży i to młodzieży według powszechnych standardów, a nie tych forumowych

. Sam koncert, albo zespół, albo i to i to, musiały w jakiś sposób zostać dosyć mocno rozreklamowane wśród gotyckiej i metalowej młodzieży. Jak do tego doszło? Nie wiem. Natomiast na pewno było dużo więcej młodych osób niż na innych zespołach, które teoretycznie powinny być popularniejsze i lepiej znane, jak np. W.A.S.P. Powodowało to dziwne widoki, jak np. młyn w paru kawałkach, gdzie kompletnie to nie pasowało do muzyki, oraz inne ciekawe obserwacje, jak np. podczas Demon's Gate zauważyłem dwie osobniczki (przynajmniej tak mi się wydawało, że były płci żeńskiej, aczkolwiek różnie z tym w niektórych kręgach w Warszawie bywa), na oko rocznik z 2 z przodu, dające sobie buziaczki. Takiego combo w moim bingo na ten wieczór nie było. Parę innych ciekawych okazów (białe sukienki, kindergotyckie makijaże) też gdzieś tam mignęło po drodze.
Niestety, nic nie złapałem. Kostek trochę poleciało ze sceny, ale stałem tak z 3 rzędy za daleko, aby coś zgarnąć. Ogólnie nie pamiętam, kiedy coś złapałem w Progresji, ten klub nie przynosi mi szczęścia w tym temacie

. Raczej to się nie poprawi w najbliższym czasie, bo to chyba moja ostatnia wizyta tam w tym roku. Myślałem jeszcze nad Possessed w poniedziałek, ale inne wyjście mi wypadło w ten dzień. Chyba że mnie najdzie jakieś dziwna ochota zobaczenia czegoś w rodzaju Battle Beast na żywo, ale na razie szanse na to są niewielkie

.