No to już jestem w domku
Działo się trochę przez te ostatnie kilka dni...zwłaszcza w piątek.
Chyba najlepszy koncert Maidenów jaki widziałem, tak jak napisał Wicker - chłopaki dali z siebie 200%.
No ale po kolei:
Pod Hammersmith Apollo dotarliśmy ok. 13 i już było widać sporo kręcących się w pobliżu i pijących piwko fanów IM. Klimat zaczął się robić swojski;) Od razu każdy wiedział skąd jesteśmy, bo dumnie nosiłem czerwona koszulkę z wielkim białym orłem i napisem Polska…Żeby nie było wątpliwości. Okazało się, że nie byliśmy tam jedynymi Polakami – spotkaliśmy jeszcze fana z Łodzi i kilku dzieciaków polskiego pochodzenia.
Jeśli chodzi o sam obiekt,w którym był koncert to muszę przyznać, że robi wrażenie, ale od wewnątrz. Wchodzi się tam jak do jakiegoś teatru. Na ścianach „kryształowe” żyrandole, odpowiednie oświetlenie, ogólnie klimat nie jak przed koncertem metalowym, ale przed przedstawieniem Hamleta. Po wejściu do sali mocno byłem zdziwiony jej wielkościa: legendarny Hammy Odeon jest obiektem bardzo kameralnym. Ale w tym przypadku powiedzenie:”size matters” absolutnie się nie sprawdza. Widownia jest dwupoziomowa – na dole nie ma już krzeseł (kilka lat temu je zdemontowali), tylko jest tzw. płyta – a jak to w teatrach – jest ona pochyła, więc z im dalej tym wyżej, co zapewnia świetną widoczność. Drugiego poziomu nie zwiedzaliśmy, bo trzeba było zająć miejsce pod sceną – pozycję wyjściową do ataku na 1sze rzędy. Na spokojnie stanęliśmy sobie w 4 -5 rzędzie, no i zaczęło się czekanie. Przed Maiden miały grać 2 zespoły: Voodoo Six i Pig Iron. Kiedy wg planu na scenę miało wkroczyć VS, pojawił się…Nicko!! Przyjęty burzą oklasków zaczął od: Scream 4 me Hammersmith!!! Potem opowiedział trochę o VS i zaprosił zespól na scenę. I to było kolejne zaskoczenie, bo VS był jednym z najlepszych zespołów grających przed IM, jakie widziałem. Nie był to metal, ale bardziej rockowe granie w stylu Guns n Roses. Po VS ponownie wyszedł Nicko i znów zaczął bawić publiczność, opowiadając dowcipy;) Obie gadki Nicko mam w całości nagrane na video, więc wkrótce będziecie mogli zobaczyć i posłuchać tego wyjątkowego wystąpienia.
Następny suport – Pig Iron był niestety cholernie nudny, a obrazu nędzy i rozpaczy dopełniał bezpłciowy wokalista, który ciągle męczył nasze uszy nie tylko swoim tragicznym śpiewem, ale i grą na harmonijce ustnej.
Wreszcie - chwila przerwy i Doctor Doctor.
Potem wszystko potoczyło się cholernie szybko…Set standardowy, nie było pirotechniki, ale forma zespołu rewelacyjna. Dawali z siebie wszystko, a nawet więcej. Już po Murders byli cali zlani potem....Dla mnie muzykiem wieczoru był Harris: gonił, biegał, skakał, patrzył prosto w oczy, śpiewał teksty – niby zawsze tak robi, ale w piątek w Hammersmith był jeszcze lepszy!! (trudno w to uwierzyć). Iron Maiden = Steve Harris. Inni też nie pozostawali w tyle, zwłaszcza Bruce, który wreszcie miał jakieś ciekawe gadki pomiędzy kawałkami. Na The Trooper dał fanom dotknąć brytyjskiej flagi, a oni zaczęli ją ściągać z tego kija . Przez moment Bruce siłował się z fanami, a ci ostatni w końcu odpuścili i flaga została na swoim miejscu…. Miałem ze sobą polską flagę na widok której uśmiechali się Harris i Dave. Janick niestety jej chyba nie zauważył
Dla mnie kawałkami wieczoru były: Plantom, Die With Your Boots On (świetna gra Adriana) i Running Free. Wcześniej po Iron Maiden na scenie pojawił się ten dla którego to wszystko zorganizowano - Clive. Powitami gromkimi brawami Clive bardzo się wzruszył, …Niestety widać było, że nie jest z nim najlepiej - przykuty do wózka, otoczony obecnymi członkami zespołu, łamiącym lekko głosem podziękował fanom za świetne przyjęcie. Bruce zapytał go czy chciałby zostać na scenie na bisy, ale Clive odmówił. Byłoby to chyba dosyć ciężkie przeżycie dla niego... Cała hala pożegnała go brawami i głośnym: „Clive! Clive!” , po czym Maideni przeszli od razu do grania bisów, nie schodząc nawet ze sceny. Pierwszy bis – odśpiewany wraz z cała salą Running Free - był najlepszym momentem koncertu. Udało mi się ten kawałek w całości uwiecznić na video (jak również fragment Driftera), więc wkrótce postaram się wam to udostępnić.
Zdecydowanie była to najlepsza publiczność, wśród jakiej miałem okazję być na koncercie IM. Wszyscy śpiewali, klaskali itp. Niby tylko 4,5 tys ludzi, ale za to jakich…
Wydawało się, że pod sceną będzie „lajtowo” jak na Słowacji…Niestety tylko nam się tak wydawało. Od Murders zaczęła się ostra walka o każdy centymetr, który zbliżałby nas do barierek. Byłem w 3cim rzędzie, no ale jak się jechało tyle na ten koncert to chce się wiecej. Chyba przez 5 czy 6 kawałków siłowałem się z jakimiś dwoma kolesiami, jeden z nich miał może 15-16 lat, ale musiałem się sporo namęczyć żeby wbić się do 2giego rzędu. Respekt dla niego (choć nie zdziwię się jak znajdę na siebie bluzgi na oficjalnym forum). Połowę Hallowed i Iron Maiden pamiętam tak średnio, bo wtedy lekko mnie zamroczyło i walczyłem bardziej z własna słabością niż oglądałem koncert…Nie mogłem się doprosić ochroniarzy o wodę, więc po IM wycofałem się trochę do tyłu. I dobrze, bo inaczej to by mnie chyba stamtąd wyciągali. Dzięki temu mogłem nagrać RF.
Ledwo żywi po koncercie poczekaliśmy trochę pod halą, co się opłaciło, bo udało nam się „dorwać” Steve’a, który wyjeżdżał swoim Land Roverem (z rodzinka w środku)

Bardzo miły, wręcz nieśmiały, cierpliwie podpisywał zdjęcia, koszulki, programy itp. Człowiek z klasą...
Bardzo miłe zakończenie bardzo miłego wieczoru. :rocx
"Scream for me Hammersmith " - jeszcze to słyszę
Specjalne podziękowania dla Wickera :beer