Z drobnym opóźnieniem (droga powrotna, zmęczenie), ale jest. Przed Wami (chyba) długa relacja z ostatniego dnia. @nugz - jak zwykle świenie się bawiłem
Na ostatni dzień tegorocznego MF zapowiadane były niewielkie opady. Początkowo była mowa o godzinach 18-21, potem nawet już od 15. Na szczęście prognozy się nie sprawdziły. Gdy przed 16 wychodziliśmy na festiwal świeciło słońce i przygrzewało aż do 19. Czasami grzało nawet za mocno. Grający na Park Stage Evergrey (mający słońce przed sobą) pytał czy nie da się zgasić "tej lampy". Dopiero późnym wieczorem (Behemot, Gathering) zrobiło się trochę chłodniej, ale wciąż były to dobre warunki. Po deszczowym piątku była to bardzo miła odmiana.
Na teren festiwalu dotarliśmy dość wcześnie, więc postanowiliśmy zobaczyć
The Hebridean Sheep. Jedyny zespół ze składu MF, który nie istnieje na setlist.fm. Zagrali bardzo przyzwoity koncert. Nie było to nic nadzywczajnego, dwóch gości - bas + perkusja, ale numery całkiem spoko. Udane wprowadzenie w ostatni dzień festiwalu.
Kolejny przystankiem było B90, w którym grało
Yoth Iria. Nie wiem o co chodzi z nim w tym roku, ale było tam strasznie duszno. Może wejście od strony foodhallu było mniejsze. Do tego zamknięte drzwi do Grizzly i mamy efekt w postaci całkowitego braku przewiewu? Mocno i szybko męczył mnie ten klub, a przecież w ubiegłych latach byłem tam na wielu bardziej napchanych koncertach, często w moshu. Wychodziłem cały mokry, ale nie miałem problemów z wytrzymaniem czy złapaniem oddechu. Tym razem szybko mnie męczyło, więc żeby oszczędzać siły posłuchałem tylko 4 numerów Yoth Iria, przy czym ostatni już w drzwiach.
Z braku planowanych koncertów pokręciłem się trochę po terenie festiwalu. Pooglądałem płyty, wziąłem udział w wyzwaniu Wera Tools (do ówczesnego lidera dużo mi brakowało, ale z wyniku jestem zadowolony - zabawa polegała na zwisie na czas - każdy uczestnik dostawał paczkę plastrów - idealnie na odciski

). Poszedłem też na Main Stage, gdzie prezentował się właśnie
Caskets. Ten występ był zły, ale wcale nie dlatego, że to był metalcore. On był po prostu zły. Wokal, muzyka, wykonawczo tragedia. Nie wiem kto to zaprosił na główną scenę. Jeszcze na jakiejś małej scenie na start dnia, to mógłbym zrozumieć. Tutaj, nieporozumienie.
Pierwszym zespołem, który chciałem tego dnia zobaczyć był
Acid King na Desert/Shrine. Kolejne stonerowe rozczarowanie. Może swoje dołożyl dźwięk na Desercie (ta scena nie brzmiała dobrze na tej edycji), ale niestety byli po prostu nudni. Gdy przesłuchiwałem ich ze spotify podobało mi się i mocno nastawiałem się na ten koncert. Skończyło się tak, że po 20 minutach bez żalu poszedłem na Evergrey. Warto zaznaczyć, że Acid King zaczął 7 minut przed planowanym czasem.
Evergrey grał na Parku, a jak Park, to disco. Evergrey poznałem i słuchałem w dawnych czasach, gdy ludzie byli młodzi, a muzykę ściągało się z internetu przez modem. Dlatego byłem bardzo zdziwiony tym co usłyszałem osłuchując zespoły przed festiwalem. W secie brakło kawałków z "moich" czasów, ale na żywo liczy się dobra zabawa, a do tego ich współczesnego grania można potupać nóżką. Pod Parkiem nie było specjalnie tłoczno, ale ludzie się bawili. Przed końcem sporo osób opuszczało tłum i kierowało się w stronę Main Stage, na którym miało zagrać Turbo.
Turbo wpadło do lineup-u w zastępstwie za Static X i w efekcie trafił im się drugi slot na Main Stage. Ze względu na moją dość bogatą historię spotkań z tym zespołem, poświęcę ich wystepowi więcej miejsca. Można przewinąć do kolejnego akapitu. Z Evergrey wyszedłem w tracie przedostatniego numeru, bo zależało mi na zobaczeniu występu Turbo od początku. Nie żeby to było coś na co się nastawiałem. Po prostu byłem ciekawy jak wypadną, co wrzucą do seta, ile czasu dostanie Grzegorz i jak udźwigną tak dużą scenę. Trzeba przyznać, że rano z chłopakami sporo rozkminialiśmy jak to będzie wyglądało. Obstawialiśmy ilość Kupy oraz potencjalnego seta. Trochę nas zaskoczyli

Pod Mainem było pełno, ale bez problemu doszliśmy do jakiegoś 5 rzędu na środku. Potem było trochę ruchów na publice i ostatecznie skończyliśmy w 3 rzędzie. Na wejściu od razu rzuciła mi się w oczy stylówa "Szalonego Bogdana" - w ciemnych szkłach i skórzanej kamizelce wyglądał jakby właśnie zsiadł z Harleya. +10 do imidżu. Zaczęli zgodnie z oczekiwaniem - intro z Blizn z taśmy + Nowy Rozdział. Raczej dobrze przyjęty w naszej okolicy. Tomek od razu zachęcił publiczność do skandowania, więc rozpoczęcie było dość dynamiczne. Na scenie był też Bartek Struszczyk, wspierający chórkami Tomka, więc kolejny numer (W.W.W.W.) był oczywisty. Obawialiśmy się, że Tomek będzie go śpiewał sam (Nowy + W.W.W.W. to ich standardowe rozpoczęcie koncertu ostatnio), a numer na tym dużo traci. Potem zaskakująco wjechał Łotr. Żona go obstawiała rano, bo liczyliśmy na "mocnego" seta, pasującego do festiwalu. Z boku sceny widać było kręcącego się Grzegorza, więc oczekiwałem, że zaraz panowie przejdą do grania "klasyki" i Grzegorz pojawi się na scenie. Tymczasem po trzech numerach z Blizn zaserwowali nam 2 numery z Awatara (Awatar i Armia). Co więcej zaśpiewane przez Tomka z chórkami Bartka. Cholernie dziwny ruch. Granie numerów ze stosunkowo mało znanej płyty. W dodatku śpiewał je Tomek z bratem, a oryginalny wokalista z Awatara stał obok. To już lepiej było pocisnąć coś Tomkowego (np. Myśl i Walcz czy Garść Piasku, które dobrze sprawdzały się koncertowo, a dynamiką by pasowały). W tym momencie stojące za nami kuce zaczynały się niecierpliwić. "- Kurwa. Grajcie coś szybkiego. - Speed metal. - Kawaleria Szatana! - To oni mają numer Kawaleria Szatana?! - Stary, kurwa, cała płyta się tak nazywa". Ach ta dzisiejsza młodzież. Jeszcze na beszczela jeden chciał się wbić między mnie a cockera, ale mu nie pykło

No, ale wróćmy na scenę, gdzie zespół spełnił prośbę kucyków i zapodał Ostatniego Wojownika. Dobrze daje ten numer na żywo, ale wolałbym dla odmiany Miecz Beruda

Potem dostaliśmy najsłabszy numer z Kawalerii (ten o paleniu Zgierza) i nasza forumowa młodzież poszła ponapierdzielać w pogo, więc zostałem jak wielbłąd z całym ich dobytkiem

Potem spodziewane This War Machine. Wczoraj nawet nieźle pasowało do seta, chociaż nie jestem zwolennikiem grania jednego anglojęzycznego numeru w polskim secie. W dodatku jakość jego wykonania jest dość losowa. Skoro o jakości mowa, to może kilka słów o dźwięku. Otóż nie był on najlepszy. Na początku prawie w ogóle nie słyszałem gitar. Potem też były dość cicho i mało selektywnie. Może byłem za blisko, ale szkoda, bo chłopaki zazwyczaj są bardzo dobrze ustawieni. Po TWM doczekaliśmy się wreszcie Grzegorza na scenie. Doczekaliśmy się też niestety Dorosłych Dzieci. No strasznie mi ten numer na Mysticu nie pasował. Grasz na scenie przed Behemotem. Na innych scenach głównie blacki i deathy, masz bogaty repertuar klasyków heavy (nie mówiąc o wyciągnięciu czegoś z Dead End), a grasz balladę. Była ona zresztą przyjęta mieszanie. Część osób była oczywiście zachwycona. Część (np. nasze kucyki czy my) rozczarowana - oczekiwali dalszej "rzezi i wpierdolu". Z drugiej strony rozumiem, że zespół chciał zagrać taki ważny dla siebie numer, o takiej tematyce, akurat w Stoczni Gdańskiej. Nie rozumiem za to po co był tam Grzegorz, skoro zaśpiewał z nimi tylko ten jeden numer. Ogólnie koncert poprawny. Zabawa była, ale mogło być dużo lepiej. Ogólnie jednak oceniam ten występ pozytywnie. Ciekawą dyskusję odbyliśmy wychodząc z Maina. Rozmawialiśmy z Sardim, że zamiast tych DD mogli zagrać kilka szybkich klasyków
Ja: Druga kawaleria, Żołnierz, Sam czy Ikar. Aż się prosiło, żeby to pocisnąć. Ze 2 by się zmieściły.
Jakiś przechodzący Stary Metal nr 1: A nic z tego nie było!
Ja: No, bo kurwa zagrali te Dorosłe zamiast pocisnąć mocnego seta do końca.
SM-1: Kurwa jeszcze to przytulanie, szkoda że nie zaczęli się tam macać. Z kopa im w ryj.
SM-2: Zajebista koszulka. Piąteczka.
(zbijamy piąteczkę i się rozchodzimy)
Metale poszli w swoją stronę. A my do wyboru mieliśmy
Pain na Park Stage oraz Harakiri for the Sky w B90. Normalnie bym poszedł na kawałek każdego, ale jakaś taka niechęć do B90 mnie ogarnęła, że odpuściłem całkiem Harakiri. Pain posłuchałem z 20 minut, akurat tyle, żeby kupić i zjeść przepłaconą kanapkę z szarpaną. Przynajmniej była dobra. Pain dobrze wpasował się w repertuar Park Stage - kolejne disco z gitarami. Ale raczej w tym pozytywnym znaczeniu, a nie jak Beast in Black
Pożywieni udaliśmy się z żoną na Void i zajęliśmy barierkę przed
Monkey3. Instrumentalny koncert, raczej spokojny, ale wreszcie "gitarowe" granie, na które planowałem iść i z którego byłem w pełni zadowolony. Może intra były ciut za długie (do Harrisa daleko), ale kompozycje mieli przemyślane i bardzo przyjemnie się tego słuchało. Pod koniec koncertu zdarzyła się słaba akcja ze strony obsługi sceny Nie wiem czy ktoś poza nami zwrócił na to uwagę, ale opiekun techniczny sceny stanął z boku i pokazał panom, że mają jeszcze 7 minut, a potem o czasie wrócił i wymownie wskazywał na zegarek. Strasznie słabe. Monkey3 przeciągnęło swój czas ledwo o 3 minutki kończąc grany numer. Szkoda, że innym kapelom nie kazał grać dalej jak kończyły przed czasem. Po koncercie dałem też dupy, bo pisałem do chłopaków na telefonie gdzie są i... nie złapałem przez to pałeczki, która smignęła w zasięgu moich długich łap :/
Prosto z Void (no niezupełnie prosto, bo poszliśmy po drodze jeszcze po coś do żarcia) udaliśmy się pod Park Stage, żeby zająć dobre miejsce na Saxon. Moje główne danie tego dnia, a może i całego festiwalu. Uwielbiam ten zespół na żywo. Set "tragiczny". Kotlet na kotlecie (poza otwierającym Hell, Fire, ...), ale jak te kotlety smakują. Nóżki same składają się do tupania. Były też słabsze momenty. Podobne jak u Turbo - niepotrzebne ballady. Najpierw obowiązkowe Broken Heroes. To musi być bardzo romantyczny kawałek, bo stojące obok lesbijki poszły ostro w przytulasko-macanko-buziaczki

, a potem Crusader. Dobrze, że poprawili na koniec "księżniczką", bo nie chciałbym zakończenia krzyżowcem. Przyjęcie świetne. Publika rozśpiewana i rozbujana. Było oczywiście pogo, ale raczej kulturalne. Stałem tuż obok i nie było tam chamskiego pchania i podobnych zachowań, o których Dżosef i Bartek_ pisali w kontekście koncertów thrashowych. Może poza pływakami, bo tych było dużo. Tuż koło mnie stał stary metal z flagą z wypisaną listą koncetów. Może nie było ich dużo (co ciekawe większość była w Krakowie i Gdańsku), ale pierwszy 1986. Flagę wznosił na Strong Arm i Wheels. Na tym drugim rzucił ją Biffowi, a Biff jak to Biff. Najpierw rozwiesił ją na bębnach. Gość się w tym momencie popłakał ze wzruszenia. A potem mu ją podpisał (flaga miała już wcześniej podpisy zespołu) i gość znowu się rozkleił. Widać było, że jest ekstremalnie szczęśliwy. Po Wheels flaga wróciła do właściciela. Na koniec przechwyciłem lecącą ze sceny setlistę. Najpierw pięknie zgasiłem ją w locie, a potem zgrabnie zebrałem z gleby. Jakiś młodzieniec myślał, że uda mu się ją zgarnąć z podłoża szybciej od takiego emeryta jak ja, ale nie docenił mojej szybkości w skłonie
Na (prawie) koniec poszliśmy pożegnać stoczniowy Main Stage z Adasiem i jego
Behemotem. Od razu zaznaczę, że nie słucham tej kapeli. Słyszałem część płyt po razie, maks dwa. Widziałem też Behemot na żywo dwa razy. Jeden raz był tak dawno, że nic nie pamiętam, drugi miał miejsce na Mysticu w Boże Ciało, gdy na ulicy odbywał się różaniec, a Nergal pozdrawiał modlących się ze sceny. Tym razem Behemot grał na koniec, po zachodzie słońca, dzięki czemu oprawa zrobiła jeszcze lepsze wrażenie. Pełny profesjonalizm i świetnie naoliwiona maszyna. W skrócie "mają rozmach....". Świetne piro zgrane z numerami, dwie sceny. Ta druga na dach budki dźwiękowca. Poza tym w pierwszym rzędzie jest ich niby tylko trzech, a sprawiają wrażenie wypełniania całej sceny. Klasa światowa pod tym względem. Był to też pierwszy koncert, na którym widziałem las telefonów (na pierwszym numerze).
Z Behemota zaczęliśmy się ewakuować zanim skończyli grać, żeby dotrzeć z odpowiednim wyprzedzeniem na Park i koncert Gathering. Tym razem nie disco, a bardziej klimatyczne granie kończyło dzień. I był to świetny koncert, chociaż dźwięk momentami mógłby być lepszy. No i patrzenie na uśmiechniętą Anneke daje +10 do odbioru występu. Widać, że ona się tym naprawdę cieszy. Odbiór trochę psuł jakiś wzruszony fan, który co jakiś czas wył jak zarzynana owca (już chyba wolałbym, żeby fałszował). Nawet jak się przesunęliśmy w trakcie koncertu, to kurna podszedł za nami. Ale mimo tego, bardzo jestem zadowolony z tego koncertu.
To było udane zakończenie mojej przygody z MF w Stoczni Gdańskiej. Kilka wspaniałych lat muzycznie i towarzysko. Uczestniczyłem tu w wielu świetnych koncertach. Bawiłem się tu z licznymi forumowiczami, niektórych poznałem w Stoczni. Mam stąd wiele dobrych wspomnień i będę mieć sentyment do tego miejsca. Trochę szkoda, że to był ostatni raz. Jak będzie za rok? Czy się pojawię? Tego jeszcze nie wiem. Zobaczymy. Nie wiem też czy "powiększenie" festiwalu to rzecz, z której się cieszę. Tu było ciasno, ale wszędzie blisko. Blisko na terenie festiwalu, blisko z kwatery, blisko na Stare Miasto. Nie wiem też czy zależy mi na tych większych headlinerach. W sumie na MF najlepiej bawiłem się zawsze na tych mniejszych scenach. W sumie tylko przy okazji pierwszej edycji w Gdańsku pojechałem na headlinerów (Judas, Mercyful + Saxon). Potem to raczej 2-3 rozmiar czcionki był magnesem. Poznałem tam kilka zespołów, które zostały ze mną do dziś, a ich płyty stoją u mnie na półce i regularnie goszczą w odtwarzaczu. Mogę tylko napisać Mystic Festival, wielkie dzięki.
Na tegoroczną edycję jechałem trochę bez przekonania. Żadna z nowo przesłuchanych kapel mnie nie zauroczyła. Te kilka znanych mi nazw mogłem zobaczyć w innych miejscach za mniejsze pieniądze. Podczas tego wyjazdu była zdecydowana przewaga względów towarzyskich nad muzycznymi. Wcześniej to były imprezy, na które mógłbym się wybrać nawet sam (czyli z żoną

). Tym razem to była wycieczka towarzyska (@blackcocker, @sardi - to Wasza wina, że tam pojechaliśmy

). A jednak, bawiłem się świetnie również muzycznie. MF znowu dowiózł.
PS. Jedna niemiła sprawa. Jak tam jechałem, nie wiedziałem kto to Skolim i byłem z tego powodu szczęśliwy. Teraz znam jego 3 hity i pełen asortyment kiełbas. Dzięki @Sardi.