Update: druga data też wyprzedana, poszła w 2h.Shedao Shai pisze: ↑czw lut 19, 2026 12:45 pm Ciekawostka: Anyma, DJ z USA, w 4h wyprzedał występ w Stoczni Gdańskiej. Właśnie ogłoszono drugą datę. Bilety od 270 do 390 zł.
Ogólnie o koncertach
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
- Shedao Shai
- -#Nomad

- Posty: 5875
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
Re: Ogólnie o koncertach
A mogli od razu walnąć Narodowy 
- Caracalized
- -#Clairvoyant

- Posty: 1447
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
Re: Ogólnie o koncertach
Postanowiłem jakiś czas temu zawrzeć trzy różne wydarzenia koncertowe w jednym tekście i sam potem się zastanawiałem czy ma to sens właściwie, ale jak już postanowiłem to niech tak to już będzie. Nikt inny, a Shedao z kamem zainspirowali mnie do takiej potężnej relacji, najwyżej będę którymś z nich w domu, no ale, well, we'll see 
Ciśnienie + LARMO, Klimanek / Jędrysik - Rzeszów, Rzeszowskie Piwnice, 06.02.2026
Koncertowy luty rozpocząłem od swojej rodzinnej mieściny, w której, tak jak w tytule ujęte zostało, wystąpiło Ciśnienie. I tak, można powiedzieć, że nastąpiła tu mała zmiana ciśnienia, bo od kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy przed Imperial Triumphant to trochę się podmodyfikowało w tym składzie, doszła saksofonistka barytonowa i trębacz się usunął, bo kojarzę, że chyba innego dęcistę wtedy mieli i właściwie nie kojarzę, by te 3,5 roku temu były klawisze, lecz w każdym razie, niezależnie od personelu, ten zespół na żywo jest ultra-wybitny i intensywny. Obecnie kapela ogrywa materiał ze swojego ostatniego krążka [angry noises] i jak słuchałem tego albumu dzień wcześniej na Bandcampie to jakiegoś świetnego wrażenia na mnie nie zrobił, ale na żywo to wszystko brzmi doprawdy sporo lepiej. Nie przewidywałbym jeszcze parę lat temu, że usłyszę w ich muzyce naleciałości jakiegoś thrashu, nawet jeżeli to są krótkie momenty, no ale proszę, jednak coś takiego tam jest i jak oni sami mi kiedyś mówili, szczególnie perkusista kojarzę, że był najbardziej rozgadany przed Imperial Triumphant, ich muzykę ludzie porównują do Swans i Godspeed You! Black Emperor i trzeba powiedzieć, że coś w tym jest, są momenty, które brzmią czarno-cesarsko i ta ciężkość może być porównywalna z łabądkami, ale decybelowo jednak bardzo im jest daleko do ekipy z Nowego Yorku. Ale jednak muszę powiedzieć, że Ciśnienie sporo bardziej mi siadło od ostatnich łabędzi, oczywiście Swans w Warszawie było bardzo świetne, ale Ciśnienie dzięki temu, że grało zaledwie tę godzinę nie straciło nic na swojej dynamice
I to też pewnie wynika z tego, że jak widziałem Swans po raz czwarty to już nie było tego elementu zaskoczenia, wiem czego się po nich spodziewać, po Ciśnieniu też wiedziałem czego się spodziewać, ale mimo wszystko, moje drugie spotkanie z nimi wciąż było wspaniałe i aż pomyślałem po tym koncercie czy nie pojechać dwa dni później do Wrocławia, ale jednak stwierdziłem, że będę się trzymał swoich pierwotnych planów i nie wyjdę poza ustalony schemat, więc śląską ekipę "ciężkiego jazzu" ujrzałem tylko u siebie w Rzeszowie, no i super, przynajmniej trafił mi się jeden koncert, na który nie musiałem na dojazd tracić 
O supportach też mogę wspomnieć, bo czemużby to nie? W pierwszej kolejności zaprezentował się duet Jędrysik/Klimanek ze swoim ambientem i nie napiszę nic więcej poza tym, że mi się podobało, fajna hipnotyczna muzyka z jakimiś bardziej niepokojącymi momentami, ale w większości jednak pamiętam, że to był po prostu ambient. Natomiast LARMO mi się nie podobał i muszę powiedzieć, że póki co był to najsłabszy występ jaki w tym roku widziałem i słyszałem. Ten bardziej świergoczący hałas, który był na początku i końcu jego koncertu bardzo mi się podobał, bo lubię świergot i fale sinusoidalne generalnie, ale poza tym, był to imo trzecioligowy electro-industrial czy, jak gdzieś indziej to klasyfikują, power noise. Nie przepadam za taką muzyką, więc poza tym, że mi się nie podobało to co mogę napisać? Pozytywnie mógłbym się wypowiedzieć przede wszystkim o wizualiach, ale się nie wypowiem o nich więcej poza tym, że właśnie, były dosyć fajne i super, że artysta chciał dzięki nim i swojej muzyce coś ważnego zakomunikować, aby ludzie się w porę wybudzili, alarm z tego co pamiętam był głównym motywem tej sztuki i wydawało się to wszystko dosyć przemyślane, no ale mimo wszystko, sorry, do mnie estetycznie te dźwięki nie trafiły. I jeszcze zapomniałbym wspomnieć o krótkim fragmencie Raining Blood, nie wiem czy warto o nim wspominać, no ale jednak wspomnę, że był.
Wishbone Ash - Warszawa, Terminal Kultury Gocław, 12.02.2026
Część odnośnie tego wypadu napisałem już w temacie poświęconym koncertom Wishbone Ash, więc ciężko mi się będzie tutaj powtórzyć, ale jednak siłą rzeczy będę musiał, bo jak już się decydujesz na relację mimo, że wcześniej o czymś wspomniałeś i jeszcze przy okazji obiecałeś, że więcej napiszesz, to cóż... nieuniknione to jest
I niech będzie, że się powtórzę, ale świetnie, że poza Jankiem udało mi się spotkać dwóch innych kuracjuszy (pz'a i krusejdera) przy tej świetnej okazji, a z samym fanem boxowania przeżyłem pierwszy koncert przy barierce. Tak, nie dość, że pierwszy wspólny, to jeszcze przy barierce 
Trzeci koncert w przeciągu ostatnich paru miesięcy, na który zdecydowałem się pojechać po nocnej zmianie i okazało się po raz kolejny, że jestem w stanie takie podróże wytrzymać bez większego zmęczenia. Inna sprawa, że nie śpię zbyt długo przed takimi wypadami, w domu dłużej niż trzy godziny nie pośpię, ale w autobusie jeszcze dodatkowo mogę przykomarzyć w miarę możliwości i u mnie jednak sprawdza się brak słuchawek, po prostu niesłuchanie muzyki w drodze jakoś sprawia, że nie jestem zmęczony lub przynajmniej tak zmęczony jakbym mógł być po użyciu tego wspomnianego wcześniej elektronicznego urządzenia. Wynalazłem sobie recepturę, której mam zamiar w przyszłości się trzymać. A samą wizytę w stolicy jak oceniam? Cóż... miałem tamtego dnia jakiegoś wyjątkowego pecha. W domu kultury było zajebiście, ale poza domem kultury, poza jakimiś pojedynczymi przebłyskami, trafiło mi się trochę niepożądanych rzeczy, abym chociaż wspomniał o tym, że ktoś wrzucił tabletki (opakowanie tabletek) do muszli klozetowej w jednej toalecie, a że inne kabiny były zajęte to się wkurwiłem i sam się jakoś musiałem z tym chujstwem uporać. Każdego, kto wrzuca tabletki do kibla, powinny spotkać wieczne męki piekielne i niech diabeł nad takimi osobnikami się nawet nie lituje, bo to jest szczyt jebanej bezczelności. Wiele rzeczy mogę jeszcze wytrzymać czy olać czy zrozumieć, ale to przekroczyło dla mnie granice. I miałem nadzieję, że nic gorszego tego dnia mnie już nie spotka i w sumie muszę przyznać, że gorszego nie spotkało, ale chujowego? Oj tak, niestety tak, ale było to już po koncercie.
Przejdźmy do przyjemniejszej części, czyli Terminala Kultury i okolic, dokąd dojechałem z dworca centralnego autobusem o numerze 525, o ile dobrze pamiętam. W dotarciu do celu pomogło mi niezawodne jakdojadę, złoto aplikacja, dzięki której nie muszę płacić uberowcom i bolciarzom. I z przystanka, z którego miałem zaledwie parę minut piechotą dotarłem do tego miejsca i dla zabicia czasu obejrzałem sobie wystawę fotografii w nim, a potem poszedłem przepłacić do jednej pizzeri za pizzę (no kto by pomyślał?) i espresso. Miło spędziłem ten czas, a potem bliżej koncertu wreszcie się spotkałem z pożądanym towarzystwem. Otwarcie drzwi na salę trochę się opóźniło i w rezultacie zespół na scenę też trochę później wszedł, ale dzięki temu, że miałem z kim pogadać zupełnie mi się to nie dłużyło i nie odczułem tej obsuwy. Wishbone Ash z początku dla mnie byli, no, w porządku, ale im dłużej ich występ trwał to tym bardziej mi się podobał, świetnie było usłyszeć The King Will Come, Warrior i Throw Down the Sword zaraz po sobie, dosłownie w takiej kolejności jaka jest na Live Dates, ale dla mnie największymi highlightami były dwie perełki z debiutu, Errors of My Way i Phoenix, a ten drugi to być może nadal jest mój top tego roku w ogóle póki co, Powell wokalnie właśnie tutaj najlepiej sobie poradził, powyżej moich wszelakich oczekiwań - poza tym, że instrumentalnie ta sztuka była na naprawdę wysokim poziomie, to i głosowo mnie nie zawiedziono, harmonie zarówno gitarowe, jak i wokalne brzmiały ultra dobrze. I tak, muszę powiedzieć, że nie bez powodu Wishbone Ash mogą być królami harmonizowanych gitar, brzmiały one epicko - (In All of My Dreams) You Rescue Me doszło do panteonu moich ulubionych utworów Brytyjczyków dzięki nim. Muszę powiedzieć, że na żywo to wszystko brzmi tak samo świetnie jak w studiu, o ile nawet nie lepiej! Trochę highlightów w tym roku już by się znalazło i Ciśnienie być może całościowo bardziej mi się podobało, ale ciężko porównywać właściwie ze sobą dwie zupełnie różne sztuki z zupełnie inną muzyką, Wishbone Ash mi dowiozło w inny sposób od polskiej ekipy, ale jednak nadal mocno dowiozło. Przed tym gigiem miałem mieszane nastawienie, bo nie wiedziałem zupełnie czego się spodziewać, z jednej strony byłem podekscytowany, z drugiej sceptyczny, lecz jednak ostatecznie jestem niesamowicie z tego koncertu zadowolony, a muzycy też było widać, że bardzo lubią robić to co robią.
To co mi się wydarzyło po koncercie pisałem już prywatnie johnny'emu, ale czy chcę ponownie tutaj o tym wspominać? Może lepiej, abym pamiętał ten wypad tak dobrze jak mogę, więc celowo pominę więcej przykrości, jakie mnie spotkały.
Diamanda Galás - Porto (Portugalia), Casa da Música, 18.02.2026
I zostało jeszcze do opisania najważniejsze wydarzenie pierwszego półrocza dla mnie. Wspomnę, że jednocześnie odhaczyłem sobie dwa nowe doświadczenia z jego okazji - pierwszy raz w swoim życiu leciałem samolotem i wreszcie byłem w innym zagranicznym kraju niż Czechy; dwa czy trzy razy byłem z ojcem na obrzeżach Słowacji, ale tego nie chcę nawet liczyć, bo zupełnie nie czułem się tak jakbym był na innej ziemi. Być może i byłoby więcej tych nowych doświadczeń, bo zależy od tego jak by się to wszystko liczyło, ale jednak to co wymieniłem jest prawdopodobnie najbardziej wyraziste w całej swojej istocie. Wiem już jak te wszystkie odprawowe i lotniskowe sprawy wyglądają, więc w przyszłości nie powinienem się już tego bać, nie jest to już dla mnie nieznane i na własnej skórze się przekonałem jak wyglądają te wszystkie procesy. Nowy rok, a wraz z nim nowe doświadczenia, jak to mawiają
Druga połowa października jest, dokładniej dwudziesty piąty dzień tego miesiąca, doskonale pamiętam, że byłem wtedy na dniówce w pracy, patrzę sobie na lasta, potem na oficjalną stronę Diamandy i widzę, że ogłosiła trzy koncerty w Portugalii. Nakręciłem się, patrzę czy jakieś loty do Lizbony są z Polski bezpośrednio, w końcu stolica tego kraju, to muszą być. I są! A potem chcę kupić bilet na lizboński koncert i patrzę, wyprzedany
Trochę za późno włączyłem się do tej zabawy, bo potem patrzę, że te sztuki jakieś dwa tygodnie wcześniej były ogłoszone! Zostały jeszcze Braga i Porto i patrzę czy są bilety na koncerty w tych miastach - są! Ale w pierwszej kolejności muszę posprawdzać czy do jednego lub drugiego są jakieś bezpośrednie loty z Polski - i są! Albo z Wrocławia albo z Warszawy i wybrałem Wrocław, bo z niego było taniej i chyba nawet troszeczkę krócej, ale już szczerze nie pamiętam czy rzeczywiście krócej, ale na pewno taniej, a to było dla mnie jednak kluczowe. Tak więc tak, jak jeszcze byłem w pracy to kupiłem sobie od razu bilet na koncert w Porto razem z ubezpieczeniem na wypadek, gdybym jednak z jakiegoś powodu nie był w stanie na nim być. Ojciec przyjeżdża po mnie po pracy, jedziemy do sklepu i mówię mu od razu, że jadę do Portugalii zobaczyć Diamandę Galas, on się pyta kto to jest, ja mu mówię to i tamto, że ma 70 lat już i bardzo mam ochotę ją zobaczyć, bo rzadko gra koncerty i jest w takim wieku jakim jest, to ciężko przewidzieć czy to nie byłaby ostatnia okazja, a on na to "dla takiej starej baby do innego kraju będziesz specjalnie leciał? To jakieś kolejne Judas Priest jest dla Ciebie?". A ja mu odpowiedziałem, że tak! Oczywiście, że Diamanda jest dla mnie niesamowicie ważna i jak wielki wpływ na mnie wywarła pewnie już o tym pisałem na forum. Czuję się uprzywilejowany, że ją w końcu zobaczyłem i pewnie można powiedzieć, że to musi być prawdziwa miłość skoro tyle kilometrów przebyłem specjalnie dla niej! Miłość, która u mnie nie umrze, tak długo jak będę żywy i świadomy czegokolwiek.
Do winnej stolicy Portugalii, a także i jednego z najważniejszych miast w Europie w ogóle dla miłośników wina (ja takowym nie jestem) wybrałem się już dzień wcześniej, bo oczywiście, lepiej być zawczasu na miejscu jak się leci gdzieś tysiące kilometrów dalej zamiast na ostatnią chwilę się pojawiać i denerwować. Ja zrobiłem tak jak mądry i pozorny człowiek, o 1:30 w nocy wyjechałem od siebie Neobusem, a potem z kilkanaście metrów od dworca we Wrocławiu przesiadłem się w autobus miejski, który kierował się prosto na lotnisko i byłem tam tak jak mi radzono z różnych stron, czyli dwie godziny przed odlotem. Być może trochę się bałem i stresowałem w duchu, ale ostatecznie udało mi się w obie strony dolecieć bez szwanku, zarówno jak leciałem do Porto, a potem jak wracałem do Wrocławia dwa dni później. To jest niesamowite, że jesteś w Polsce i od razu możesz się teleportować do innej części świata, tyle że w moim przypadku to trochę było tak jak z teleportem działającym z 3,5 godzinnym opóźnieniem
Ale kto wie czy cuda techniki i nauki nie wymyślą w przyszłości właściwych teleportów takich jak w filmach science fiction, dzięki którym w sekundy będzie można się przenieść?
I jak wysiadłem w Porto, to przy lotnisku skorzystałem z metra, które bezpośrednio przenosi ludzi do centrum miasta, więc bez większego stresu i nerwów udało mi się dotrzeć tam gdzie chciałem w jakieś 30 minut, czyli wysiadłem przy Casa da Música z którego miałem może 3 minuty do swojego lokum, lecz w pierwszej kolejności troszeczkę się przeszedłem, zobaczyłem ten cud architektury, w którym moja ulubiona wokalistka dzień później miała wystąpić (być może nawet mój ulubiony wokal w ogóle, bez podziału na płeć), odwiedziłem pobliski cmentarz, a potem tak mnie głowa rozbolała, że nie miałem siły na nic i poszedłem spać. Chyba z 14 albo 15 godzin byłem w stanie hibernacji. No i tak, jak wylatujesz z kraju, w którym są jakieś dwa stopnie na minusie, a lądujesz w kraju z trzynastoma czy czternastoma na plusie to to też trochę może rozkurwić, inna temperatura, inne ciśnienie i inne powietrze. I oczywiście inna część Europy.
Obudziłem się z dosyć potężną depresją. Albo, nie mam pojęcia czy można to nazwać depresją czy czymkolwiek innym, bardziej by to może można było nazwać jakąś obojętnością, nie miałem ochoty na nic zupełnie, w tym i wychodzenie na miasto i jakiekolwiek zwiedzanie, ale że do koncertu było mnóstwo czasu to wreszcie zdecydowałem, że muszę go jakoś wykorzystać, że nie będę tak gnił w środku przez cały czas. Wygooglowałem ile jest km do muzeum fotografii, czy są jakieś wegańskie odpowiedniki kuchni portugalskiej i jak zobaczyłem, że jeden niedaleki lokal z takową jest czynny zaledwie do 15 lokalnego czasu to w końcu poszedłem pod prysznic i przed 14 wyszedłem z tego mieszkania tak abym zdążył zjeść cokolwiek. I zjadłem naprawdę porządną zupę (sopa caldo verde) z drugim daniem (spiritual tofu, wegańska wersja spiritual cod) dopitą sokiem mandarynkowym i to było bardzo zajebiste, tak że nawet pierwszy raz w swoim życiu wystawiłem opinię na googlach, a to bardziej raczej z racji małego nieporozumienia, jakie było w tym lokalu - mianowicie, mówiłem do pracowniczki czy nawet i właścicielki tego miłego miejsca, że "I come back tomorrow" i nie dodałem jakoś, że chodziło mi o to, że wracam do siebie do Polski i babka myślała, że chcę wrócić do lokalu, bo ona na to mówiła, abym nie wracał, bo urodziny ma i zamknięte jest, to ja życzyłem jej wszystkiego najlepszego i cóż, wyszedłem i szukałem jakichś miejsc do zwiedzania, czegokolwiek dla zabicia czasu. Ale nastrój mi się drastycznie poprawił, byłem w sporo lepszym humorze i naprawdę fajnie spędziłem czas w tej knajpce, niesamowicie miła obsługa! Po drodze wstąpiłem do sklepu z pamiątkami, kupiłem dwa magnesiki na lodówkę i wygooglowałem gdzie znajduje się niebieski kościół wyłożony kafelkami czy płytkami ceramicznymi z jednego z nich. Sprzedawca nie mógł mi powiedzieć, to sam się posłużyłem internetem i okazało się, że to jest bardzo niedaleko. Kościół św. Ildefonsa znajdował się może 15 minut od tego miejsca, ale po drodze jednak dostrzegłem inną katedrę, w barokowym stylu, która w praktyce nazywa się Igreja e Torre dos Clérigos, a inaczej określana mianem Clérigos Tower. W każdym razie, zapłaciłem 10 euro w celu wspięcia się na wieżę tego budynku, ale po drodze było w środku jeszcze parę pomieszczeń muzealnych i galerie sztuki i czytanie i oglądanie tego wszystkiego zajęło mi jakieś 2,5 godziny, bardzo pozytywnie byłem zaskoczony tym miejscem i zupełnie się nie spodziewałem, że zobaczę tam malutki korytarzyk z dziełami Picassa i dwóch innych abstrakcjonistów, w innych miejscach były też obrazy związane z drogą krzyżową, rzeźby przedstawiające różne odcienie ukrzyżowanego Jezusa, było ich chyba z kilkadziesiąt i co by nie mówić, czego dodawać raczej nie trzeba, sama historia tego miejsca i kluczowego dla niego architekta Nicolau Nasoniego. Ale jednak największą atrakcją była dla mnie wystawa Agostinho Santosa poruszająca temat raka i innych chorób, które wyżerają ludzkość od środka, przerażające dzieła, czy malowane czy bardziej wydawało mi się, że nieraz haftowane, które ukazują z artystycznego punktu widzenia te komplikacje czy spustoszenia, które wywołują, czy bardziej fizyczne czy psychiczne. Na wielu na czarnym tle tylko biel i czerwień zostały użyte, na innych dodatkowo jakaś dziwna zieleń czy brąz. Zdecydowanie jak będzie mi się chciało i będę miał czas to doczytam więcej o tym artyście i jego dziełach, chciałem nawet kupić jego książkę, która tam była; chciałem, ale jakoś mi to wypadło z głowy po wejściu na wieżę i zejściu z niej! Tak, widok na Porto fajny, ale te wystawy jednak bardziej mnie ujęły.
Po wyjściu z Clérigos Tower nie zostało mi dużo czasu na wszelakie zwiedzanie, więc przeszedłem się tylko do tego niebieskiego kościoła z magnesiku i odpuściłem już całkiem muzeum fotografii i kocią kawiarnię o wstąpieniu do której też myślałem. Już byłem myślami na tym koncercie, więc oczywiście wróciłem na chwilę do mieszkania i po krótkim odetchnięciu z niego wyszedłem do Casa da Música. Jak pojawiłem się w środku to byłem trochę zgubiony i zmieszany i zastanawiałem się gdzie do cholery jest ta sala i jak się tam wchodzi? Skorzystałem z windy, która przetransportowała mnie na pierwsze piętro i widzę na korytarzu merch Diamandy, więc myślę, że muszę być w dobrym miejscu! Kupiłem plakat, koszulkę i cd i bardzo się ucieszyłem, że te piękne plakaty były jeszcze w sprzedaży! I to za przyzwoitą cenę dziesięciu euro. Wejście na wyższe piętra były zablokowane z obu stron, ale potem personel tego miejsca podchodził do ludzi i informował ich, z której strony mają wejść na salę na podstawie miejsc, które mają, więc wszystko przebiegło bardzo dobrze i na swoim miejscu pojawiłem się niemalże od razu jak otworzyli drzwi z jakimś dwuminutowym opóźnieniem (iks de, dwie minuty to naprawdę takie opóźnienie, że łohoho). Bardzo mi się podobało to, że występ miał się rozpocząć pół godziny po otwarciu bramek i z miejsca, które sobie wybrałem (bo w momencie zakupu lepszego nie dostrzegłem) miałem naprawdę świetny widok. Nic, tylko czekać na Królową i wszystko zaczęło się w miarę punktualnie. Światła zgasły, w głośnikach pojawiła się informacja o zakazie nagrywania (ale co z tego, skoro laska obok mnie pokryjomu sobie nagrywała xD) i na scenę wyszła bardzo ciepło powitana Diamanda Galas, jedna z tych osób, którymi się zafascynowałem w okolicach pandemii i do dzisiaj niemniej mnie fascynują, właściwie im dłużej jestem z nimi zaznajomiony i bardziej je poznaję to tym bardziej je doceniam, to jest właściwie typ artystki, z którym tak mam; od razu się zakochałem w The Litanies of Satan, ale potrzebowałem jakoś trochę większej ilości czasu, aby dobrze się wgryźć w jej pozostałą dyskografię, bo kolejne płyty nie wydawały mi się już tak szalone eksperymentalnie i awangardowe, ale jednak muszę powiedzieć, że Schrei X czy Vena Cava czy Plague Mass nie są mniej eksperymentalne, po prostu nieco inne od jej debiutu i do niedawna jeszcze nie znosiłem tytułowego utworu z You Must Be Certain of the Devil, a teraz go uwielbiam! I im bardziej stopniowo zagłębiałem się w tę jej twórczość to z czasem nieuniknienie odkryłem, że ona bardzo się lubuje w bluesie i bardziej pianistycznej ekspresji, ma trochę na swoim koncie interpretacji bluesowych czy jazzowych standardów albo jakichś bardziej folkowych utworów i jedne bardzo kocham, a inne są po prostu w porządku albo bardziej obojętne dla mnie, lecz ogólnie dzisiaj sporo bardziej doceniam te rzeczy niż kiedyś. I tak, od kiedy miałem w planach ten koncert to zastanawiałem się z jakim repertuarem ona wyskoczy, czy będzie to coś bardziej eksperymentalnego czy vocals + piano i jakiś miesiąc przed koncertem dowiedziałem się skądś, że to będzie to drugie to stwierdziłem, że okej, uwielbiam La Serpenta Canta, The Singer to świetny album, ta ostatnia koncertówka Live in Concert też jest naprawdę bardzo dobra, więc może będzie większy hit niż miss. No, zobaczymy. I potem Diamanda zaktualizowała newsa z portugalskimi koncertami i poinformowała jaki repertuar ma zamiar wykonywać, pisząc "Diamanda Galás will perform selections from the following songs and other repertoire:" i jak myślałem, że ona ucięła setlistę, bo nie zagrała wszystkiego z tego co zostało napisane to potem jednak doczytując zrozumiałem to tak, że zrobiła sobie selekcję utworów, z których parę zagra, a inne odrzuci z jakiegoś powodu
Ale przynajmniej dzięki tej liście odkryłem takie złoto jak Ta Mavra Matia Sou i ciekawe, że wzięła się za interpretację utworów Hanka Williamsa, który urodził się tego samego dnia co ja, tylko 73 lata wcześniej. I widzę, że umarł w moim wieku, nawet nie mając trzydziestki na karku. Ale abstrahując od tych ciekawostek, oczywiście osobiście bym wolał jej bardziej awangardową i eksperymentalną stronę, ale nie narzekam i nie narzekałem na to, że ma zamiar zagrać fortepianowo-wokalny koncert, bo ona tak rzadko gra te koncerty, że ważne, że w ogóle jeszcze je gra i to, że mam okazję ją zobaczyć jest więcej niż błogosławieństwem. Dlatego cieszyłem się na samą myśl usłyszenia jej głosu i chociaż bałem się lekko o jej formę wokalną, to jednak się nie zawiodłem, bo o ile jej normalny głos się trochę zestarzał, tak jej krzyki i piski ani odrobinę się nie zestarzały! Ona jest w bardzo wybitnej formie cały czas i w jednym momencie aż uniosłem plakat jak pierwszy raz zawyła! To jest koncert, który wyjątkowo postanowiłem przeżyć bez zatyczek i okazało się, że rzeczywiście ich nie potrzebowałem, a jej wokal ze wszystkiego był najgłośniejszy. Momentami nawet na lekkich przesterach, ale jednak bardzo lekkich, czysta akustyka tu przeważała. I bez bicia przyznaję, że nie rozpoznałem wszystkich tych utworów, części z nich nigdzie wcześniej nie wydano, a niektóre nie były nawet coverami jako takimi, a interpretacjami poematów; jeden autorstwa Borgesa rozpoznałem i zrobiła z tego coś fajnego, innych rzeczy nie byłem w stanie poznać nawet po tekście niestety, ale jak wydałaby nagrania z tego koncertu lub koncertów oficjalnie gdzieś to może przynajmniej parę razy bym jeszcze usłyszał ten motyw co był w pierwszym utworze i ten dosyć złożony utwór, który był drugi w kolejności i przy którym po raz pierwszy podczas tego wieczoru było to co u Diamandy ubóstwiam najbardziej, czyli właśnie te piskliwe wokale! Jak ona potrafi to robić, że łączy te soprany z tymi bardziej wdychanymi rejestrami? Kurwa, trudna to jest sztuka, a ja chciałbym to kiedyś ogarnąć! Może niekoniecznie soprany same w sobie, ale wdychane partie połączone z bardziej wyrazistym i tonalnym (jak lepiej by tego nie ująć?) śpiewem, to jest po prostu bardziej niż imponujące i fascynujące. Cóż, to w swoim czasie będę praktykował, a teraz myślę, że mogę dalej wrócić do koncertu. Więc było parę utworów z tej selekcji, które rozpoznałem, czyli "Pictures from Life's Other Side", "I'm a Coward" i ten powyższy poemat, a pod koniec wyszła jeszcze na trzy bisy i zagrała swoje największe klasyki, "Let My People Go" i "Gloomy Sunday" poprzedzone "Artemis". Może nie do końca jej klasyki ("Artemis" jest interpretacją jednego poematu, nie coverem muzycznego utworu właściwie), ale w jej własnych autorskich interpretacjach, kiedyś sprawdzałem inne wykonania "Gloomy Sunday" i żadne nie przypominało jej wersji. I tak, to jest utwór, który perfekcyjnie nadaje się na zwieńczenie koncertu, ale jednak, ta sztuka była krótka i do tej pory odczuwam niedosyt, lecz ważne jest to jak tę krótką godzinę wykorzystała, a wykorzystała naprawdę zacnie! Wybitna forma wokalna, świetna gra na fortepianie, a to wszystko w bardzo minimalistycznym otoczeniu bez żadnych dodatkowych wizualii i po prostu z klimatycznym oświetleniem, raz były jakieś zielone, innym razem jakieś niebieskie światełka, ale ogólnie to mi się bardzo podoba u wykonawców, kiedy nie mają wypasionej strony wizualnej czy artefaktów na scenie i pozwalają się skupić uczestnikowi przede wszystkim na muzyce zamiast na takich dekoncentrujących rzeczach. I powiem od razu i krótko, że Diamanda Galás to z listy moich ulubionych artystów kolejna osobistość, która nie tylko dzięki swoim dokonaniom studyjnym, ale i po występie na żywo zasłużyła sobie u mnie na utrzymanie się na niej i jak gdzieś się jeszcze ogłosi to z chęcią się ponownie wybiorę na spotkanie z nią! Pod warunkiem, że nie będzie mi kolidować z innymi planami. Ale tak czy siak, moje kolejne marzenie koncertowe zostało zrealizowane i to wcześniej niż się tego jakieś pół roku temu spodziewałem!
Podsumowując, bardzo udanie mi się zaczął ten rok pod względem koncertów i wygląda na to, że wszystko, na co do tej pory się wybrałem doczeka się wytłuszczenia w rocznym podsumowaniu, o ile nie zostanę do tego czasu zbanowany przez naczelnych moderatorów za przekraczanie granic wszelakich
Tak więc, można powiedzieć, że jest naprawdę mocno. Tak, to nie wszystko w lutym, bo ostatniego dnia tego miesiąca czeka mnie Faetooth i początkowo miałem po spotkaniu z wróżkami napisać tę relację, ale jednak postanowiłem inaczej, a z wypadu do Wrocławia albo coś napiszę albo i nie jak się obrażę na Sanktuarium 
Ciśnienie + LARMO, Klimanek / Jędrysik - Rzeszów, Rzeszowskie Piwnice, 06.02.2026
Koncertowy luty rozpocząłem od swojej rodzinnej mieściny, w której, tak jak w tytule ujęte zostało, wystąpiło Ciśnienie. I tak, można powiedzieć, że nastąpiła tu mała zmiana ciśnienia, bo od kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy przed Imperial Triumphant to trochę się podmodyfikowało w tym składzie, doszła saksofonistka barytonowa i trębacz się usunął, bo kojarzę, że chyba innego dęcistę wtedy mieli i właściwie nie kojarzę, by te 3,5 roku temu były klawisze, lecz w każdym razie, niezależnie od personelu, ten zespół na żywo jest ultra-wybitny i intensywny. Obecnie kapela ogrywa materiał ze swojego ostatniego krążka [angry noises] i jak słuchałem tego albumu dzień wcześniej na Bandcampie to jakiegoś świetnego wrażenia na mnie nie zrobił, ale na żywo to wszystko brzmi doprawdy sporo lepiej. Nie przewidywałbym jeszcze parę lat temu, że usłyszę w ich muzyce naleciałości jakiegoś thrashu, nawet jeżeli to są krótkie momenty, no ale proszę, jednak coś takiego tam jest i jak oni sami mi kiedyś mówili, szczególnie perkusista kojarzę, że był najbardziej rozgadany przed Imperial Triumphant, ich muzykę ludzie porównują do Swans i Godspeed You! Black Emperor i trzeba powiedzieć, że coś w tym jest, są momenty, które brzmią czarno-cesarsko i ta ciężkość może być porównywalna z łabądkami, ale decybelowo jednak bardzo im jest daleko do ekipy z Nowego Yorku. Ale jednak muszę powiedzieć, że Ciśnienie sporo bardziej mi siadło od ostatnich łabędzi, oczywiście Swans w Warszawie było bardzo świetne, ale Ciśnienie dzięki temu, że grało zaledwie tę godzinę nie straciło nic na swojej dynamice
O supportach też mogę wspomnieć, bo czemużby to nie? W pierwszej kolejności zaprezentował się duet Jędrysik/Klimanek ze swoim ambientem i nie napiszę nic więcej poza tym, że mi się podobało, fajna hipnotyczna muzyka z jakimiś bardziej niepokojącymi momentami, ale w większości jednak pamiętam, że to był po prostu ambient. Natomiast LARMO mi się nie podobał i muszę powiedzieć, że póki co był to najsłabszy występ jaki w tym roku widziałem i słyszałem. Ten bardziej świergoczący hałas, który był na początku i końcu jego koncertu bardzo mi się podobał, bo lubię świergot i fale sinusoidalne generalnie, ale poza tym, był to imo trzecioligowy electro-industrial czy, jak gdzieś indziej to klasyfikują, power noise. Nie przepadam za taką muzyką, więc poza tym, że mi się nie podobało to co mogę napisać? Pozytywnie mógłbym się wypowiedzieć przede wszystkim o wizualiach, ale się nie wypowiem o nich więcej poza tym, że właśnie, były dosyć fajne i super, że artysta chciał dzięki nim i swojej muzyce coś ważnego zakomunikować, aby ludzie się w porę wybudzili, alarm z tego co pamiętam był głównym motywem tej sztuki i wydawało się to wszystko dosyć przemyślane, no ale mimo wszystko, sorry, do mnie estetycznie te dźwięki nie trafiły. I jeszcze zapomniałbym wspomnieć o krótkim fragmencie Raining Blood, nie wiem czy warto o nim wspominać, no ale jednak wspomnę, że był.
Wishbone Ash - Warszawa, Terminal Kultury Gocław, 12.02.2026
Część odnośnie tego wypadu napisałem już w temacie poświęconym koncertom Wishbone Ash, więc ciężko mi się będzie tutaj powtórzyć, ale jednak siłą rzeczy będę musiał, bo jak już się decydujesz na relację mimo, że wcześniej o czymś wspomniałeś i jeszcze przy okazji obiecałeś, że więcej napiszesz, to cóż... nieuniknione to jest
Trzeci koncert w przeciągu ostatnich paru miesięcy, na który zdecydowałem się pojechać po nocnej zmianie i okazało się po raz kolejny, że jestem w stanie takie podróże wytrzymać bez większego zmęczenia. Inna sprawa, że nie śpię zbyt długo przed takimi wypadami, w domu dłużej niż trzy godziny nie pośpię, ale w autobusie jeszcze dodatkowo mogę przykomarzyć w miarę możliwości i u mnie jednak sprawdza się brak słuchawek, po prostu niesłuchanie muzyki w drodze jakoś sprawia, że nie jestem zmęczony lub przynajmniej tak zmęczony jakbym mógł być po użyciu tego wspomnianego wcześniej elektronicznego urządzenia. Wynalazłem sobie recepturę, której mam zamiar w przyszłości się trzymać. A samą wizytę w stolicy jak oceniam? Cóż... miałem tamtego dnia jakiegoś wyjątkowego pecha. W domu kultury było zajebiście, ale poza domem kultury, poza jakimiś pojedynczymi przebłyskami, trafiło mi się trochę niepożądanych rzeczy, abym chociaż wspomniał o tym, że ktoś wrzucił tabletki (opakowanie tabletek) do muszli klozetowej w jednej toalecie, a że inne kabiny były zajęte to się wkurwiłem i sam się jakoś musiałem z tym chujstwem uporać. Każdego, kto wrzuca tabletki do kibla, powinny spotkać wieczne męki piekielne i niech diabeł nad takimi osobnikami się nawet nie lituje, bo to jest szczyt jebanej bezczelności. Wiele rzeczy mogę jeszcze wytrzymać czy olać czy zrozumieć, ale to przekroczyło dla mnie granice. I miałem nadzieję, że nic gorszego tego dnia mnie już nie spotka i w sumie muszę przyznać, że gorszego nie spotkało, ale chujowego? Oj tak, niestety tak, ale było to już po koncercie.
Przejdźmy do przyjemniejszej części, czyli Terminala Kultury i okolic, dokąd dojechałem z dworca centralnego autobusem o numerze 525, o ile dobrze pamiętam. W dotarciu do celu pomogło mi niezawodne jakdojadę, złoto aplikacja, dzięki której nie muszę płacić uberowcom i bolciarzom. I z przystanka, z którego miałem zaledwie parę minut piechotą dotarłem do tego miejsca i dla zabicia czasu obejrzałem sobie wystawę fotografii w nim, a potem poszedłem przepłacić do jednej pizzeri za pizzę (no kto by pomyślał?) i espresso. Miło spędziłem ten czas, a potem bliżej koncertu wreszcie się spotkałem z pożądanym towarzystwem. Otwarcie drzwi na salę trochę się opóźniło i w rezultacie zespół na scenę też trochę później wszedł, ale dzięki temu, że miałem z kim pogadać zupełnie mi się to nie dłużyło i nie odczułem tej obsuwy. Wishbone Ash z początku dla mnie byli, no, w porządku, ale im dłużej ich występ trwał to tym bardziej mi się podobał, świetnie było usłyszeć The King Will Come, Warrior i Throw Down the Sword zaraz po sobie, dosłownie w takiej kolejności jaka jest na Live Dates, ale dla mnie największymi highlightami były dwie perełki z debiutu, Errors of My Way i Phoenix, a ten drugi to być może nadal jest mój top tego roku w ogóle póki co, Powell wokalnie właśnie tutaj najlepiej sobie poradził, powyżej moich wszelakich oczekiwań - poza tym, że instrumentalnie ta sztuka była na naprawdę wysokim poziomie, to i głosowo mnie nie zawiedziono, harmonie zarówno gitarowe, jak i wokalne brzmiały ultra dobrze. I tak, muszę powiedzieć, że nie bez powodu Wishbone Ash mogą być królami harmonizowanych gitar, brzmiały one epicko - (In All of My Dreams) You Rescue Me doszło do panteonu moich ulubionych utworów Brytyjczyków dzięki nim. Muszę powiedzieć, że na żywo to wszystko brzmi tak samo świetnie jak w studiu, o ile nawet nie lepiej! Trochę highlightów w tym roku już by się znalazło i Ciśnienie być może całościowo bardziej mi się podobało, ale ciężko porównywać właściwie ze sobą dwie zupełnie różne sztuki z zupełnie inną muzyką, Wishbone Ash mi dowiozło w inny sposób od polskiej ekipy, ale jednak nadal mocno dowiozło. Przed tym gigiem miałem mieszane nastawienie, bo nie wiedziałem zupełnie czego się spodziewać, z jednej strony byłem podekscytowany, z drugiej sceptyczny, lecz jednak ostatecznie jestem niesamowicie z tego koncertu zadowolony, a muzycy też było widać, że bardzo lubią robić to co robią.
To co mi się wydarzyło po koncercie pisałem już prywatnie johnny'emu, ale czy chcę ponownie tutaj o tym wspominać? Może lepiej, abym pamiętał ten wypad tak dobrze jak mogę, więc celowo pominę więcej przykrości, jakie mnie spotkały.
Diamanda Galás - Porto (Portugalia), Casa da Música, 18.02.2026
I zostało jeszcze do opisania najważniejsze wydarzenie pierwszego półrocza dla mnie. Wspomnę, że jednocześnie odhaczyłem sobie dwa nowe doświadczenia z jego okazji - pierwszy raz w swoim życiu leciałem samolotem i wreszcie byłem w innym zagranicznym kraju niż Czechy; dwa czy trzy razy byłem z ojcem na obrzeżach Słowacji, ale tego nie chcę nawet liczyć, bo zupełnie nie czułem się tak jakbym był na innej ziemi. Być może i byłoby więcej tych nowych doświadczeń, bo zależy od tego jak by się to wszystko liczyło, ale jednak to co wymieniłem jest prawdopodobnie najbardziej wyraziste w całej swojej istocie. Wiem już jak te wszystkie odprawowe i lotniskowe sprawy wyglądają, więc w przyszłości nie powinienem się już tego bać, nie jest to już dla mnie nieznane i na własnej skórze się przekonałem jak wyglądają te wszystkie procesy. Nowy rok, a wraz z nim nowe doświadczenia, jak to mawiają
Druga połowa października jest, dokładniej dwudziesty piąty dzień tego miesiąca, doskonale pamiętam, że byłem wtedy na dniówce w pracy, patrzę sobie na lasta, potem na oficjalną stronę Diamandy i widzę, że ogłosiła trzy koncerty w Portugalii. Nakręciłem się, patrzę czy jakieś loty do Lizbony są z Polski bezpośrednio, w końcu stolica tego kraju, to muszą być. I są! A potem chcę kupić bilet na lizboński koncert i patrzę, wyprzedany
Do winnej stolicy Portugalii, a także i jednego z najważniejszych miast w Europie w ogóle dla miłośników wina (ja takowym nie jestem) wybrałem się już dzień wcześniej, bo oczywiście, lepiej być zawczasu na miejscu jak się leci gdzieś tysiące kilometrów dalej zamiast na ostatnią chwilę się pojawiać i denerwować. Ja zrobiłem tak jak mądry i pozorny człowiek, o 1:30 w nocy wyjechałem od siebie Neobusem, a potem z kilkanaście metrów od dworca we Wrocławiu przesiadłem się w autobus miejski, który kierował się prosto na lotnisko i byłem tam tak jak mi radzono z różnych stron, czyli dwie godziny przed odlotem. Być może trochę się bałem i stresowałem w duchu, ale ostatecznie udało mi się w obie strony dolecieć bez szwanku, zarówno jak leciałem do Porto, a potem jak wracałem do Wrocławia dwa dni później. To jest niesamowite, że jesteś w Polsce i od razu możesz się teleportować do innej części świata, tyle że w moim przypadku to trochę było tak jak z teleportem działającym z 3,5 godzinnym opóźnieniem
Obudziłem się z dosyć potężną depresją. Albo, nie mam pojęcia czy można to nazwać depresją czy czymkolwiek innym, bardziej by to może można było nazwać jakąś obojętnością, nie miałem ochoty na nic zupełnie, w tym i wychodzenie na miasto i jakiekolwiek zwiedzanie, ale że do koncertu było mnóstwo czasu to wreszcie zdecydowałem, że muszę go jakoś wykorzystać, że nie będę tak gnił w środku przez cały czas. Wygooglowałem ile jest km do muzeum fotografii, czy są jakieś wegańskie odpowiedniki kuchni portugalskiej i jak zobaczyłem, że jeden niedaleki lokal z takową jest czynny zaledwie do 15 lokalnego czasu to w końcu poszedłem pod prysznic i przed 14 wyszedłem z tego mieszkania tak abym zdążył zjeść cokolwiek. I zjadłem naprawdę porządną zupę (sopa caldo verde) z drugim daniem (spiritual tofu, wegańska wersja spiritual cod) dopitą sokiem mandarynkowym i to było bardzo zajebiste, tak że nawet pierwszy raz w swoim życiu wystawiłem opinię na googlach, a to bardziej raczej z racji małego nieporozumienia, jakie było w tym lokalu - mianowicie, mówiłem do pracowniczki czy nawet i właścicielki tego miłego miejsca, że "I come back tomorrow" i nie dodałem jakoś, że chodziło mi o to, że wracam do siebie do Polski i babka myślała, że chcę wrócić do lokalu, bo ona na to mówiła, abym nie wracał, bo urodziny ma i zamknięte jest, to ja życzyłem jej wszystkiego najlepszego i cóż, wyszedłem i szukałem jakichś miejsc do zwiedzania, czegokolwiek dla zabicia czasu. Ale nastrój mi się drastycznie poprawił, byłem w sporo lepszym humorze i naprawdę fajnie spędziłem czas w tej knajpce, niesamowicie miła obsługa! Po drodze wstąpiłem do sklepu z pamiątkami, kupiłem dwa magnesiki na lodówkę i wygooglowałem gdzie znajduje się niebieski kościół wyłożony kafelkami czy płytkami ceramicznymi z jednego z nich. Sprzedawca nie mógł mi powiedzieć, to sam się posłużyłem internetem i okazało się, że to jest bardzo niedaleko. Kościół św. Ildefonsa znajdował się może 15 minut od tego miejsca, ale po drodze jednak dostrzegłem inną katedrę, w barokowym stylu, która w praktyce nazywa się Igreja e Torre dos Clérigos, a inaczej określana mianem Clérigos Tower. W każdym razie, zapłaciłem 10 euro w celu wspięcia się na wieżę tego budynku, ale po drodze było w środku jeszcze parę pomieszczeń muzealnych i galerie sztuki i czytanie i oglądanie tego wszystkiego zajęło mi jakieś 2,5 godziny, bardzo pozytywnie byłem zaskoczony tym miejscem i zupełnie się nie spodziewałem, że zobaczę tam malutki korytarzyk z dziełami Picassa i dwóch innych abstrakcjonistów, w innych miejscach były też obrazy związane z drogą krzyżową, rzeźby przedstawiające różne odcienie ukrzyżowanego Jezusa, było ich chyba z kilkadziesiąt i co by nie mówić, czego dodawać raczej nie trzeba, sama historia tego miejsca i kluczowego dla niego architekta Nicolau Nasoniego. Ale jednak największą atrakcją była dla mnie wystawa Agostinho Santosa poruszająca temat raka i innych chorób, które wyżerają ludzkość od środka, przerażające dzieła, czy malowane czy bardziej wydawało mi się, że nieraz haftowane, które ukazują z artystycznego punktu widzenia te komplikacje czy spustoszenia, które wywołują, czy bardziej fizyczne czy psychiczne. Na wielu na czarnym tle tylko biel i czerwień zostały użyte, na innych dodatkowo jakaś dziwna zieleń czy brąz. Zdecydowanie jak będzie mi się chciało i będę miał czas to doczytam więcej o tym artyście i jego dziełach, chciałem nawet kupić jego książkę, która tam była; chciałem, ale jakoś mi to wypadło z głowy po wejściu na wieżę i zejściu z niej! Tak, widok na Porto fajny, ale te wystawy jednak bardziej mnie ujęły.
Po wyjściu z Clérigos Tower nie zostało mi dużo czasu na wszelakie zwiedzanie, więc przeszedłem się tylko do tego niebieskiego kościoła z magnesiku i odpuściłem już całkiem muzeum fotografii i kocią kawiarnię o wstąpieniu do której też myślałem. Już byłem myślami na tym koncercie, więc oczywiście wróciłem na chwilę do mieszkania i po krótkim odetchnięciu z niego wyszedłem do Casa da Música. Jak pojawiłem się w środku to byłem trochę zgubiony i zmieszany i zastanawiałem się gdzie do cholery jest ta sala i jak się tam wchodzi? Skorzystałem z windy, która przetransportowała mnie na pierwsze piętro i widzę na korytarzu merch Diamandy, więc myślę, że muszę być w dobrym miejscu! Kupiłem plakat, koszulkę i cd i bardzo się ucieszyłem, że te piękne plakaty były jeszcze w sprzedaży! I to za przyzwoitą cenę dziesięciu euro. Wejście na wyższe piętra były zablokowane z obu stron, ale potem personel tego miejsca podchodził do ludzi i informował ich, z której strony mają wejść na salę na podstawie miejsc, które mają, więc wszystko przebiegło bardzo dobrze i na swoim miejscu pojawiłem się niemalże od razu jak otworzyli drzwi z jakimś dwuminutowym opóźnieniem (iks de, dwie minuty to naprawdę takie opóźnienie, że łohoho). Bardzo mi się podobało to, że występ miał się rozpocząć pół godziny po otwarciu bramek i z miejsca, które sobie wybrałem (bo w momencie zakupu lepszego nie dostrzegłem) miałem naprawdę świetny widok. Nic, tylko czekać na Królową i wszystko zaczęło się w miarę punktualnie. Światła zgasły, w głośnikach pojawiła się informacja o zakazie nagrywania (ale co z tego, skoro laska obok mnie pokryjomu sobie nagrywała xD) i na scenę wyszła bardzo ciepło powitana Diamanda Galas, jedna z tych osób, którymi się zafascynowałem w okolicach pandemii i do dzisiaj niemniej mnie fascynują, właściwie im dłużej jestem z nimi zaznajomiony i bardziej je poznaję to tym bardziej je doceniam, to jest właściwie typ artystki, z którym tak mam; od razu się zakochałem w The Litanies of Satan, ale potrzebowałem jakoś trochę większej ilości czasu, aby dobrze się wgryźć w jej pozostałą dyskografię, bo kolejne płyty nie wydawały mi się już tak szalone eksperymentalnie i awangardowe, ale jednak muszę powiedzieć, że Schrei X czy Vena Cava czy Plague Mass nie są mniej eksperymentalne, po prostu nieco inne od jej debiutu i do niedawna jeszcze nie znosiłem tytułowego utworu z You Must Be Certain of the Devil, a teraz go uwielbiam! I im bardziej stopniowo zagłębiałem się w tę jej twórczość to z czasem nieuniknienie odkryłem, że ona bardzo się lubuje w bluesie i bardziej pianistycznej ekspresji, ma trochę na swoim koncie interpretacji bluesowych czy jazzowych standardów albo jakichś bardziej folkowych utworów i jedne bardzo kocham, a inne są po prostu w porządku albo bardziej obojętne dla mnie, lecz ogólnie dzisiaj sporo bardziej doceniam te rzeczy niż kiedyś. I tak, od kiedy miałem w planach ten koncert to zastanawiałem się z jakim repertuarem ona wyskoczy, czy będzie to coś bardziej eksperymentalnego czy vocals + piano i jakiś miesiąc przed koncertem dowiedziałem się skądś, że to będzie to drugie to stwierdziłem, że okej, uwielbiam La Serpenta Canta, The Singer to świetny album, ta ostatnia koncertówka Live in Concert też jest naprawdę bardzo dobra, więc może będzie większy hit niż miss. No, zobaczymy. I potem Diamanda zaktualizowała newsa z portugalskimi koncertami i poinformowała jaki repertuar ma zamiar wykonywać, pisząc "Diamanda Galás will perform selections from the following songs and other repertoire:" i jak myślałem, że ona ucięła setlistę, bo nie zagrała wszystkiego z tego co zostało napisane to potem jednak doczytując zrozumiałem to tak, że zrobiła sobie selekcję utworów, z których parę zagra, a inne odrzuci z jakiegoś powodu
Podsumowując, bardzo udanie mi się zaczął ten rok pod względem koncertów i wygląda na to, że wszystko, na co do tej pory się wybrałem doczeka się wytłuszczenia w rocznym podsumowaniu, o ile nie zostanę do tego czasu zbanowany przez naczelnych moderatorów za przekraczanie granic wszelakich
Ostatnio zmieniony sob lut 21, 2026 3:24 pm przez Caracalized, łącznie zmieniany 2 razy.
- Shedao Shai
- -#Nomad

- Posty: 5875
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
Elegancko. Dobra relacja. Fajnie, że spełniłeś marzenie 
Re: Ogólnie o koncertach
Jesus Saves, a Litza jest bogiem.
Re: Ogólnie o koncertach
Soen. Jeden z licznych zespołów, które skończył się na Kill'em all i z każdym kolejnym albumem kończy się coraz bardziej. Jednocześnie jeden z ulubionych zespołów córki. Ostatniej jesieni grali wspólną trasę z Dark Tranquility, więc odpuściliśmy, żeby nie tłoczyć się we Wrocławiu z jakimiś metaluchami. Tym razem postanowili zagrać trasę tylko po "Skandynawii". Po zbadaniu opcji, głównie transportowych, nasz wybór padł na Kopenhagę. Niedaleko. Loty o świcie, można prosto z lotniska pojechać do roboty i zaoszczędzić na urlopie. Do stolicy Danii dolecieliśmy w niedzielę i przez dwa dni włóczyiismy się po mieście. W niedzielny wieczór była opcją na nieplanowany wcześniej koncert White Lies, którzy grali ok. pół godziny spaceru od naszego noclegu, ale dzieciaki nie znają za bardzo, a że były zmęczone, to zrezygnowaliśmy. Cenowo wychodziło sporo drożej niż w Warszawie. Ponad 200 za bilet.
W poniedziałkowy wieczór ok. 19 stawiliśmy się pod klubem, bo wymagane było zajęcie miejsca na barierce.
Wejście prawie sprawne. Prawie, bo jak odpaliliśmy apkę ticketmastera, to nie chciała się zalogować. Na telefonie żony wypisała jakieś info po duńsku i nawet nie dało się zmienić języka. Na szczęście u mnie ten sam problem był komunikowany w bardziej zrozumiałym języku. Okazało się, że ticketmaster postanowił, że dla bezpieczenstwa powinienem zmienić hasło do aplikacji. Świetny moment. Na szczescie potem poszło z górki. Szybka szatnia i wejście na salę (byliśmy 5 w kolejce) i stop. Główna sala była jeszcze zamknięta. To był czas na obejrzenie sklepiku i poniesienie nieplanowanych wydatków. Prawdziwy pech, że mieli ostatnią bluzę w rozmiarze S oraz nową płytę. A także kilka starszych, których nie mamy. Tzn. których nie mieliśmy. Główna sala okazała się niezbyt duża. Coś jak Proxima do podwyższenia. Ludzi początkowo niezbyt dużo, zajęliśmy 4 miejsca na środku barierki. Po scenie kręcił się gitarzysta Lion Shepherd, który pełni rolę technicznego Soen. Trzeba przyznać, że to jedyny muzyk, który się uczciwie napracował tego wieczoru. Zasuwał niesamowicie. Sam wszystko ustawiał. Żadnego wsparcia.
Pierwszą kapelą wieczoru był Vulkan. Nie wiem jak ich określić, ale to 30 minut minęło całkiem spoko. Może klawisze trochę psuły dźwięk, ale ogólnie instrumenty dobrze słyszalne. Numery spoko. Można było się pobujać.
Potem swoim występem "zaszczyciła" nas Xandria. Niestety to kapela, która nie ma zbyt wiele do zaoferowania. W zasadzie nic, chyba że ktoś oczekuje doznań wizualnych, bo wokalistka całkiem ładna. Dobra, głos też ma niezły, ale to niewiele ratowało występ. Zasadniczo słychać było klawisze z taśmy, chórki z taśmy i perkusję. Chociaż to określenie trochę na wyrost. Proste granie, bez żadnych ciekawych przejść, w którym chodziło o to żeby jak najmocniej uderzyć w bębny. Gitarzysta szalał na scenie, ale przez dwa pierwsze numery zastanawiałem się czy ma w ogóle podłączony instrument. Dopiero jak taśma trochę przycichła okazało się, że gra jakieś solo. Był też basista. Nawet miał moment "dla siebie". Potężna partia na jednej strunie. Szalony Bogdan mógłby go zapytać czemu tak naparza w rozstrojony instrument. Na szczęście męczyli nas tylko 40 minut, bo patrząc na czasówkę bałem się, że będą na scenie godzinę. Wśród publiczności było trochę fanek i fanów, którzy śpiewali wraz z wokalistką.
W tym miejscu kilka słów o publice. Żywiołowo, śpiewanie, okrzyki, brawa, ale jednocześnie bardzo spokojnie. Do tego stopnia, że jak mnie ktoś lekko dotknął, to się zdziwiłem. Nikt się nie przepychał, jak ktoś chciał to go przepuszczali. Był jeden gość po kilku piwach bardziej aktywny. Jak przeszedł w poprzek sceny w drugim rzędzie i potrącił że dwie osoby, to zaraz w tlumie pojawił się ochroniarz i wziął gościa na stronę. Potem wrócił, ale już się tak nie kręcił.
Wreszcie o 22 na scenie pojawił się Soen (czasówka zgodnie z planem). Wykonawczo jak zawsze dobrze. Dźwięk bardzo dobry. Dobry balans między perkusją a resztą. Wyjąłem stopery, bo nie były potrzebne. Set niezbyt zaskakujący. 4 nowe i kotlety, w tym 4 z Memoriala. Z ciekawostek Fraccions, poprzednio w secie w 2021. Joel na Memorialu w pięknej marynarce od munduru, jakby przyszedł prosto z "Błękitnej Ostrygi". Z nowych spoko Indifferent. Fajnie tez wypadlo Halllowed zaśpiewane w duecie z wokalistką Xandrii. Do dalszego opisu oddam głos córce: "najsłabszy z tych czterech, bo sie zorientowałam, że czyta z kartki", "mało nowych i nie te co trzeba".
A dzisiaj pobudka po 5 i na lotnisko. Jak się okazało niepotrzebnie tak wcześnie, bo Wizz już ma godzinę opóźnienia. A i sama kontrola na lotnisku w Kopenhadze dużo sprawniejsza niż na Okęciu.
Edit: już 1.5 godziny opóźnienia. Pewnie z Warszawy dopiero wylatuje.
W poniedziałkowy wieczór ok. 19 stawiliśmy się pod klubem, bo wymagane było zajęcie miejsca na barierce.
Pierwszą kapelą wieczoru był Vulkan. Nie wiem jak ich określić, ale to 30 minut minęło całkiem spoko. Może klawisze trochę psuły dźwięk, ale ogólnie instrumenty dobrze słyszalne. Numery spoko. Można było się pobujać.
Potem swoim występem "zaszczyciła" nas Xandria. Niestety to kapela, która nie ma zbyt wiele do zaoferowania. W zasadzie nic, chyba że ktoś oczekuje doznań wizualnych, bo wokalistka całkiem ładna. Dobra, głos też ma niezły, ale to niewiele ratowało występ. Zasadniczo słychać było klawisze z taśmy, chórki z taśmy i perkusję. Chociaż to określenie trochę na wyrost. Proste granie, bez żadnych ciekawych przejść, w którym chodziło o to żeby jak najmocniej uderzyć w bębny. Gitarzysta szalał na scenie, ale przez dwa pierwsze numery zastanawiałem się czy ma w ogóle podłączony instrument. Dopiero jak taśma trochę przycichła okazało się, że gra jakieś solo. Był też basista. Nawet miał moment "dla siebie". Potężna partia na jednej strunie. Szalony Bogdan mógłby go zapytać czemu tak naparza w rozstrojony instrument. Na szczęście męczyli nas tylko 40 minut, bo patrząc na czasówkę bałem się, że będą na scenie godzinę. Wśród publiczności było trochę fanek i fanów, którzy śpiewali wraz z wokalistką.
W tym miejscu kilka słów o publice. Żywiołowo, śpiewanie, okrzyki, brawa, ale jednocześnie bardzo spokojnie. Do tego stopnia, że jak mnie ktoś lekko dotknął, to się zdziwiłem. Nikt się nie przepychał, jak ktoś chciał to go przepuszczali. Był jeden gość po kilku piwach bardziej aktywny. Jak przeszedł w poprzek sceny w drugim rzędzie i potrącił że dwie osoby, to zaraz w tlumie pojawił się ochroniarz i wziął gościa na stronę. Potem wrócił, ale już się tak nie kręcił.
Wreszcie o 22 na scenie pojawił się Soen (czasówka zgodnie z planem). Wykonawczo jak zawsze dobrze. Dźwięk bardzo dobry. Dobry balans między perkusją a resztą. Wyjąłem stopery, bo nie były potrzebne. Set niezbyt zaskakujący. 4 nowe i kotlety, w tym 4 z Memoriala. Z ciekawostek Fraccions, poprzednio w secie w 2021. Joel na Memorialu w pięknej marynarce od munduru, jakby przyszedł prosto z "Błękitnej Ostrygi". Z nowych spoko Indifferent. Fajnie tez wypadlo Halllowed zaśpiewane w duecie z wokalistką Xandrii. Do dalszego opisu oddam głos córce: "najsłabszy z tych czterech, bo sie zorientowałam, że czyta z kartki", "mało nowych i nie te co trzeba".
A dzisiaj pobudka po 5 i na lotnisko. Jak się okazało niepotrzebnie tak wcześnie, bo Wizz już ma godzinę opóźnienia. A i sama kontrola na lotnisku w Kopenhadze dużo sprawniejsza niż na Okęciu.
Edit: już 1.5 godziny opóźnienia. Pewnie z Warszawy dopiero wylatuje.
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Defenders of Steel
06: Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), Linkin Park
07: Judas Priest
Re: Ogólnie o koncertach
Dobra relacja Prezes, fajnie że wypad udany. Coś nie masz ostatnio szczęścia do White Lies 
Re: Ogólnie o koncertach
Ale też jakoś specjalnie mi nie zależało. Żona była i to najważniejsze
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Defenders of Steel
06: Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), Linkin Park
07: Judas Priest
- Recit The Thornographer
- -#Moonchild

- Posty: 1922
- Rejestracja: ndz paź 15, 2006 6:54 pm
- Skąd: Midian
Re: Ogólnie o koncertach
Dżosef, tu masz konkretnie PiS. Czyżby w Olsztynie też ujebali koncert? (to ten wywalony z Dobrego Miasta)
(Grafika z metalnews.pl)
(Grafika z metalnews.pl)
We embrace like two lovers at death. A monument to the trapping of breath
Re: Ogólnie o koncertach
Co panowie z LN myślą sobie o konsumentach? Ano to:
https://metalinjection.net/its-just-bus ... WtjFgctjiwHe did not, in fact, feel bad. Baker went on to brag about charging "$50 to park in the grass" and "$60 for closer grass." "Robbing them blind, baby," he wrote. "That's how we do it."
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: Ogólnie o koncertach
12.03.2026 Villagers of Ioannina City / Proxima. Długo się zastanawiałem nad tym koncertem. Widziałem na Mysticu, ale niepełny set, bo były jakieś nakładki. Czwartek, średnia czasówka (start o 20:50). Z drugiej strony blisko, dobra setlista dla mnie. Długo zwlekałem. Na alebilet nic nie było. Bilety oficjalne już po 130, a potem po 150 (od knockoutu z serwisówką). W czwartek pojechałem do roboty na 10, żeby wyjść prosto na koncert, ale jak w końcu stwierdziłem, że idę, to na knockoucie było, że "brak biletów". Trudno. Poszedłem w ciemno i bez problemu dwa bilety na bramce po 140 zgarneliśmy
Byliśmy tuż przed supportem, więc poszliśmy zobaczyć merch. Nic ciekawego, za to spotkaliśmy Puszkę
Sunnata zaczęła zgodnie tablicą czasu. Miałem wrażenie (czytając nazwę), że już ich widziałem i że to było nudne. Wczorajszy wieczór potwierdził te przypuszczenia. Koncert przed Paradise Lost na Letniej Scenie u Prezesa był o tyle lepszy, że spędziłem go na leżaczku
W pewnym momencie wbiła koło mnie jakaś śmiedząca i nadwyraz ruchliwa idolka kama, aż musiałem zrobić krok w bok. Villagersi weszli z 10 minutowym poślizgiem. Dużo lepszy dźwięk i dużo lepsze numery niż na supporcie. Atmosfera wręcz kopenhaska, aż w końcu trafił się jakiś łysiejący grubasek (czy mamy dziś dzień fatshamingu?), który wbił przed nas jak dzik w żołędzie, machając jeszcze trzymanym na plecach plecakiem. Na szczęscie na uwagę żony, że mógłby coś z nim zrobić, grzecznie go zdjąć i założył na klatę. Ze dwa numery później zaczął wbijać na barierkę. Zapytał gościa czy nie zrobiłby mu tam trochę miejsca, po czym na chama wbił i się rozepchął. Dziewczyna stojąca obok zeszła z barierki z uroczym "no kurwa ja pierdole" na ustach
(uspokajam, nie straciła barierki, zamieniła się ze swoim towarzyszem na miesca, żeby nie stać koło naszej gwiazdy
). Koncert zgodnie z rozkładem trwał 1:30. Panowie grzecznie się pożegnali, wokalista pozbijał piąteczki i rozdał jakieś kosteczki i można było iść do domu.
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Defenders of Steel
06: Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), Linkin Park
07: Judas Priest
Re: Ogólnie o koncertach
Na Sutannę to za duży klub. Kiedyś w Hydrozagadce ich widziałem i fajnie wypadli tam
Najbliższe koncerty w 2026: Geoff Tate, Eric Clapton, Frontiers Rock Festival, Neil Zaza, Paul Quinn, Uli Jon Roth, SBB, IRON MAIDEN
Re: Ogólnie o koncertach
Widziałem przed Paradajsami w Hype Parku w 2022 i to były straszne nudy
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: Ogólnie o koncertach
Potwierdzam, to co widziałem mocne 3/ 10 a Paradajsi moze do 6/ 10 doczłapali
Najbliższe koncerty w 2026: Geoff Tate, Eric Clapton, Frontiers Rock Festival, Neil Zaza, Paul Quinn, Uli Jon Roth, SBB, IRON MAIDEN
Re: Ogólnie o koncertach
Byłem na wielu gorszych koncertach, ale te numery dla mnie prawie identyczne, niewiele się w nich dzieje, gość coś niezrozumiale wyje (cały czas tak samo). Z drugiej strony grali godzinę i to w miarę spokojnie wystałem, więc tragedii nie było. Byli też tacy, którzy się bawili.
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Defenders of Steel
06: Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), Linkin Park
07: Judas Priest
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 11840
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: Ogólnie o koncertach
A więc krzycz: O-ho-ho!
Odwagę w sercu miej!
Wielorybów cielska groźne są,
Lecz dostaniemy je!
W szkoel dostałem kiedys nagane za spiewanie tego jak szły grube kolezanki korytarzem xd
Odwagę w sercu miej!
Wielorybów cielska groźne są,
Lecz dostaniemy je!
W szkoel dostałem kiedys nagane za spiewanie tego jak szły grube kolezanki korytarzem xd
Lubie Iron Maiden i Megadeth
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
pz = shakin stevens
oddawac długie podpisy
Re: Ogólnie o koncertach
Zajebiście, ciągła beka z otyłych ludzi, przecież zawsze to wynik tylko wpierdalania
Pewnie na żywo każda z tych lasek spuściłaby wam wpierdol 
Mustaine by się uśmiał!
Mustaine by się uśmiał!
Re: Ogólnie o koncertach
Myślę, że w tej bece nie chodzi o samą tuszę, ale również specyficzne poczucie estetyki oraz zachowania przejawiane przez tego rodzaju osoby 
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller

