No więc niektórzy wczoraj bawili się w stolicy woj. wielkopolskiego, ja wybrałem ogłoszony dużo wcześniej norweski "ultimate experience" w stolicy kraju położonego nad Wisłą

Uczciwe 2.5h samego grania. Niestety nie poleciała cała nowa płyta, ale jej większość. Ale może zacznę od początku i paru kwestii technicznych. Progresja bardzo ładnie wypełniona. Wg informacji od KO sprzedało się ponad 75% biletów, co było widać, gdy przed bisami przedzierałem się z trzeciego rzędu na tyły. Klasycznie, Progresja nie dowiozła dźwiękowo. Stałem większość koncertu po środku w trzecim rzędzie. No i gitar mało słyszałem w mocniejszych momentach, Einar też momentami gdzieś zanikał.
A co do samego mięska, czyli koncertu - było świetnie. Naprawdę, nie myślałem, że Leprous może mi jeszcze sprawić tyle frajdy, a jednak. Produkcyjnie super, fajne światła, pojawiło się pyro, które było odpalane w naprawdę pasujących do tego momentach no i umówmy się, zawsze miło poczuć uderzenie gorąca bijące ze sceny

Panowie zaczęli od otwieracza z najnowszej płyty, którego bardzo lubię i dobrze wprowadził w koncert. Przeszedł w hiciarski The Price, który zawsze mnie zmiata z planszy. To co Baard wyczynia na tym hi-hacie... kocham ten kawałek i fajnie było pośpiewać OOOOOO z klubem wypełnionym fanami, a nie przypadkowymi osobami jak na Mystiku. Następnie Illuminate z Maliny, z czego bardzo się ucieszyłem, bo cholernie lubię ten kawałek, a dotychczas go nie złapałem live. Niezwykle klimatyczne I Hear the Sirens z nowej płyty świetnie zadziałało z kolejną nowością w postaci Like a Skunken Ship, który był jednym z hajlajtów koncertu, co za wykon! Ale czy mogło być inaczej, jeśli specjalnie tylko na Skunken Baard miał wmontowany w zestaw cowbell?

Następnie Einar podpytał kto jest ich oldschool fanem, podpytał o pierwszy koncert w Polsce, czy ktoś go pamięta itp. Poszło pytanie czy ktoś ostatnio poznał Leprous, parę osób się zgłosiło no i Einar przeprosił za to co zaraz się wydarzy, bo miało nas rozjechać Forced Entry z mojego ulubionego Bilateral. Słyszałem ten numer na żywo, więc nie oddziałał na mnie aż tak, ale i tak to jest kawał fantastycznego mini kolosa

Emocje po tym rozpierdolu złagodził Out of Here z przedostatniego wydawnictwa Norwegów - Apheliona, którego wielkim fanem nie jestem, ale Out of Here po Forced Entry zadziałało naprawdę dobrze. Niestety, przeszliśmy do najbardziej mieliźnianego punktu seta, bo po Out poleciało jeszcze Alleviate i Distant Bells z Pitfalls, którego również fanem nie jestem. No uśpił mnie ten moment koncertu, przebudziłem się wreszcie na starociu w postaci Foe, a na koniec pierwszego seta wleciało poprawnie wykonane Nighttime Disguise, choć nie porwało mnie, dużo bardziej wolałbym Running Low z tej samej płyty.
15 minut przerwy i zespół wrócił ze świetnym wykonem Unfree My Soul z najnowszego krążka. Rozochocony zostałem jednak ściągnięty do parteru, bo zaraz znów poleciał kawałek z Apheliona - On Hold, który na szczęście wczoraj mi naprawdę mocno siadł

Niestety, dalej poleciał Below, który wydaje się być już stałym punktem programu na ich koncertach. Widać, że publika bardzo żywiołowo reagowała na te numery z Pitfalls - chciałbym być na ich miejscu, a dalej nie dostałem mojego ukochanego I Lose Hope z tego długograja
Po zawodzącym Below miała się stać rzecz wspaniała i okazało się, że rzeczywiście taka była. Passing - otwieracz debiutu z 2009 sprawił wrażenie, że Progresja rozpada się na pół. Potężny, walcowaty riff niszczył wszystko co stanęło mu na drodze, przepiękne było to przeżycie. Zaraz potem dostaliśmy kolejny cios w postaci Faceless z promowanego Melodies of Atonement. Genialny jest to kawałek, studyjnie wchodzi jak zły, a na żywo to jeszcze lepsze doznanie. Zakończony epickim odśpiewaniem refrenu wraz z chórem złożonym z kilkunastu fanów, którzy weszli na scenę, aby odśpiewać go z zespołem. Super inicjatywa i wypadło to WYŚMIENICIE

Po Faceless zacząłem wycofywać się w tył, do szatni, ponieważ miałem bardzo na styk pociąg powrotny do Krakowa, więc chciałem być już na wylocie gotowy do wskoczenia w Ubera. Castaway Angels wyszło poprawnie, tak jak i From the Flame, które bardzo lubię, za to jak zwykle zgniótł Slave, który bardzo dobrze zamknął seta. Na bisy już nie zostałem, ale było tam Atonement, które słyszałem na Mystiku i tam powaliło mnie na łopatki no i standardowo już The Sky Is Red, ale w skróconej wersji, bo tylko druga część tego blisko 12-minutowego epika.
Podsumowując - warto było dymać do Warszawy na ten koncert. Z nowej płyty wyjęli najlepsze z najlepszych, choć szkoda, że nie strzelili jeszcze takiego Limbo zamiast któregoś zamulacza z Pitfalls. Uwielbiam takie formuły "An Evening with..." - bez supportu, z potężnymi, przekrojowymi setami, to jest TO i może nazywanie takiego eventu "specjalnym" i "ultimate experience" jest trochę nadużyciem, ale jednak 2.5h samego grania w czasach, gdy zespoły klubowe potrafią kasować tyle samo $$$ grając połowę tego czasu + jakiś biedny support, jest czymś niecodziennym i wspaniale było uczestniczyć w takim gigu.
a, no i nie złapałem nic
