Strona 1 z 1

Mitochondrion

: pt gru 20, 2024 4:33 pm
autor: Deleted User 6661
Zupełnie przypadkowo trafiłem na nową płytę wcześniej nieznanego mi zespołu. Panowie działają już 20 lat, ale w tym roku wydali dopiero trzeci album. Za to jaki!

https://www.metal-archives.com/albums/M ... me/1278033

"Vitriseptome" to 85-minutowy pomnik ambitnego death metalu (gdzieś tam z elementami BM, nie będę roztrząsał). Nie potrafię podać z głowy innego przykładu tak obszernej czasowo płyty z tego gatunku (nie licząc rzecz jasna wydań z różnymi bonusami, wersjami alternatywnymi lub demo utworów, nagraniami z koncertów, itp.). Mamy tutaj 85 minut premierowego materiału. 17 utworów o rozpiętości czasowej od 23 sekund do ponad 11 minut. Uczta.

Najpierw trzeba się nauczyć słuchać tego albumu, a to wcale nie takie proste nawet dla fanów gatunku. Cóż, jako fanboj Cannibal Corpse (od ponad 30 lat) lubię zwartą strukturę death metalowych wyziewów, konkretne riffy, siarczyste, ostre, selektywne, "czyste" brzmienie gitar, potężny growl. I właśnie Kanibale to dla mnie pod tymi względami niedościgniony wzór. Nowa płyta Mitochondrion jest zupełnie na bakier z tymi pryncypiami i gdyby nie szacunek dla osoby, która mimochodem poleciła mi ten album, z pewnością po 2-3 utworach odpuściłbym. Nie ma siarczystych gitar - są mocno schowane, stonowane. Z wokalem jest pozornie jeszcze gorzej. Początkowe wrażenie: facet growluje jakby stojąc gdzieś w oddali i drąc japę bez przekonania przez jakąś... rurę albo inną przeszkodę ograniczającą głos. Brzmienie perkusji również nie jest niczym szczególnym. To trochę nielogiczne, żeby wszystko brzmiało, jakby było schowane, gdyż przecież za czymś trzeba się schować... Ale tak właśnie jest. Dlatego pierwszy kwadrans pierwszego odsłuchu to taka trochę instrukcja obsługi death metalowego dzieła muzycznego. Ale zapewniam, że warto się z nią zapoznać i po prostu zaakceptować brzmienie... z dobrodziejstwem inwentarza, które jest - nie ma co ukrywać - znaczne.
Przesłuchałem płytę ok. 10 razy i zawsze w całości, chociaż zakładałem sobie, że jeżeli się zmęczę, to podzielę 85 minut na 2-3 odsłuchy. Jednak za każdym razem tak się wciągałem, że z entuzjazmem docierałem do końca.
Przytłumione brzmienie ma swoje uzasadnienie. Siarczyste gitary z pewnością mogłyby zmęczyć, trudniej byłoby przebrnąć przez całą płytę naraz.

Dobrze, ale co z samą muzyką? Jak to zwykle bywa, najważniejsze to pomysły i ich realizacja. Utwory są ze sobą połączone, w zasadzie nie ma przerw - i to też zachęca, by przesłuchiwać całość. Chociaż trudno powiedzieć, aby płyta powalała riffami jako takimi, to powala po prostu kompozycjami traktowanymi jako konkretne całości zbudowane z różnych elementów. Mamy do czynienia z niezliczonymi kruczkami, niuansami, które budują klimat, podnoszą poziom atrakcyjności albumu, wzmacniają wymowę artystyczną. A także zwyczajnie dają mnóstwo zabawy, satysfakcji wyłapującym je słuchaczom. Utwory zostały świetnie poukładane w całość: krótkie instrumentalne interludia często spajają dzieła dłuższe i pozwalają nabrać oddechu, nieco odsapnąć przed kolejnymi doznaniami. I nie drażnią jak, dajmy na to, niektóre przydługawe wstawki Tool. Trudno wskazać najlepsze utwory. Efektowny, nawet nieco przebojowy jest "Flail, Faexregem!", głównie dzięki transowej drugiej części. Świetne są dwa ostatnie jedenastominutowe potwory, równie mocny jest środek płyty. Czasami mam problem z początkiem albumu. Może nie są to utwory słabsze, ale stanowią pewnego rodzaju kwarantannę - przejście do zupełnie innego systemu dźwięków, który panuje na wspaniałej płycie "Vitriseptome".
Ponieważ, jak powiedział bodajże Zappa, pisanie o muzyce jest jak tańczenie o rzeźbie, proponuję po prostu posłuchać albumu.
Bez dwóch zdań moja metalowa płyta roku 9,5/10.

Ciągle nie słyszałem jeszcze dwóch starszych albumów Mitochondrion. Trochę się boję, że mogą bardzo odstawać od tegorocznego arcydzieła.