Top 10 EPek - wyzwanie - Caracalized
: wt wrz 01, 2026 9:46 pm
Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie zrobienie tej listy i w końcu się na to decyduję parę dni przed rozpoczęciem swojego najbardziej intensywnego miesiąca koncertowego, bo potem nie będę w stanie znaleźć na to czasu - najbardziej intensywnego nie tylko w tym roku, ale i w ogóle ever! Bezprecedensowo w jednym wpisie mam zamiar zaprezentować wszystkie dziesięć pozycji, robiąc coś czego nikt do tej pory na tym forum nie zrobił i natychmiastowo kiedy o tym rankingu w ogóle pomyślałem takie założenie przyszło mi do głowy. Żadnych okładek, żadnych numeracji od ostatniego do pierwszego miejsca, wszystko alfabetycznie według nazw zespołów/projektów (nie muszę wyszczególniać "nazwisk/pseudonimów" artystów, miejsca dla solistów wyjątkowo tutaj zabrakło). I oczywiście, ulubione nagrania mogę uwzględnić w opisie, nie ma potrzeby, bym szukał dodatkowych pól na ich wyodrębnianie.
Nie znam dużo minialbumów i taki format nie jest dla mnie jako słuchacza docelowy, ciągle dominują u mnie pełne płyty naprzemiennie z pojedynczymi utworami, ale potraktowałem to jako coś w stylu "co by było, gdyby nagle ktoś mi przystawił pistolet do skroni i moje życie zależało od wymienienia dziesięciu ulubionych epek?". Zagadnienie minialbumu jest dyskusyjne i indywidualne, ale ja nie miałem zamiaru uwzględniać płyt, które trwają 30+ minut, bo dla mnie to jest po prostu longplejowy czas trwania krążka i niezbyt mnie obchodzi, że ktoś takie wydawnictwo traktuje jak minialbum. Z jednej strony rozumiem, że artysta nazywając 35-minutowe słuchowisko minialbumem traktuje je jak jakąś próbę przed czymś większym i dla takiego Swans, pewnie, takie coś może wyglądać wręcz jak EP, ale dla mnie jako indywidualnego słuchacza 31 czy 32 minuty to już jest długość pełnoprawnego krążka. Czy z większymi czy mniejszymi ułomnościami, czy z większym czy mniejszym niedosytem po skończeniu całości, nadal, przynajmniej czasowo, spełnia założenia longpleja, więc osobiście nie mam zamiaru dopingować ułudy niektórych artystów. Rozumiem dlaczego ktoś może określać 40-minutowy album jako EP, ale jednak nie zgadzam się z tym, by w taki sposób określać takie wydawnictwo. I też nie uwzględniłem rzeczy za krótkich, które bardziej podpadają pod single.
Tak, jedna epka na jednego wykonawcę, jak przy albumach.
Na dzień dzisiejszy niech to się prezentuje tak jak poniżej.
Avenged Sevenfold - "Statica" (2026)
Pewnie wygląda to na lekkie recency bias, ale po iluś niezliczonych przeze mnie odsłuchach wiem, że jest to wydawnictwo absolutnie warte uwagi i godne polecenia. Od razu weszło mi jak nóż w masło, bo po prostu lubię takie eksperymenty, a poza tym, że Statica ma nieco awangardowy sznyt to jeszcze kryje się w niej wiele różnych emocji. Jest to nietypowe Avenged Sevenfold, mocno utopione w vocoderach i sporo większą dozą elektroniki niż wcześniej. Więcej elektroniki, słyszalne są automaty perkusyjne i syntezatory, ale nie brakuje tu również bardzo chwytliwych riffów, czyli tego, co wielbiciele rocka lubią najbardziej. Trzeba docenić, że z każdym kolejnym dziełem ten zespół próbuje czegoś innego i nie boi się zawalić oczekiwań swoich docelowych odbiorców. Ich podejście jest w pewnym sensie bliższe Bowiemu niż Judas Priest; gdyby ci drudzy nagrali coś podobnego to metalowi maniacy absolutnie by ich zjedli, no ale kalifornijczyków nie interesuje zabawa w metalowych bogów, a podążanie własnymi ścieżkami, niekoniecznie jak się można przekonać zbadanymi. W szerszym kontekście, nie jest to oczywiście żadna awangarda, bo koła tą epką nie wynaleźli, ale nie zmienia to faktu, że na tle ich innych dokonań jest to nadal bardzo oryginalna pozycja. I tytułowy utwór dzisiaj należy do jednych z moich ulubionych od nich, bardzo kocham ten refren! Nie trzeba brać LSD, by się w tych dźwiękach utopić, bo ta muzyka jest tak dobra, że sama potrafi utopić słuchacza w sobie bez żadnych takich wspomagaczy.
Cabaret Voltaire - "Extended Play" (1978)
Kolejna kwasowa elektronika na tej liście i to ta wczesna, niektórzy by mogli rzec, że wręcz nieco archaiczna. Całość utopiona jest w psychodelicznym surrealizmie, ze świetnymi pogłosami czy echami. Te przesterowane efekty nałożone na wokal w finałowym The Set Up mają dosyć robotyczny charakter, no i do tego jeszcze te gitary! W ogóle ten utwór jest najbardziej mroczny na tym wydawnictwie, jakby niemalże wyjęty z jakiegoś paraliżu sennego. Ciężko coś sensownego napisać przy tak abstrakcyjnej muzyce. Zresztą zastanawiam się jak po narkotykach czy alkoholu można by było bardziej te tekstury docenić? Czy w takim stanie to nie byłoby za dużo? W każdym razie, to jest naprawdę wywrotowe i niebanalne 16 minut, i jeszcze znajduje się tutaj świetny cover The Velvet Underground, dłuższy i bardziej hipnotyczny od pierwowzoru.
Current 93 - "Birth Canal Blues" (2008)
Można rzec, że jest to nowy etap w muzycznej i lirycznej działalności Davida Tibeta i prekursor do Aleph at Hallucinatory Mountain, przynajmniej tekstowy, kiedy muzycznie jeszcze trochę do niego brakuje, za to koncertowe wersje tych utworów są, z rockowym instrumentarium i tym bardziej psych-rockowym czy post-rockowym sznytem, bliższe duchowi tej płyty. Również i Birth Canal Blues Live z tego samego roku polecam, bo właśnie tam są te inne aranżacje i szczerze zazdroszczę każdemu, kto mógł być we Wrocławiu w 2008 roku i usłyszeć tamto wcielenie Current 93. No ale miałem 11 lat i nie wiedziałem nawet o ich istnieniu wtedy
Mawiają, że lepiej późno coś poznać niż wcale, lecz w tym wypadku niestety jest już za późno, bo powrót grupy Tibeta w takiej formie jest wątpliwy na obecnym etapie. Kocham obecną inkarnację, ale nie ukrywam, że zobaczenie na żywo Current 93 z tym bardziej rockowym settingiem, który miał miejsce w latach 2008-2016, jest moim wielkim marzeniem już nie do spełnienia. W każdym razie, wracając do EP, jest to bardzo piękna muzyka złożona z delikatnych pianistycznych pasaży, ale i momentami przerażająca, abym chociaż nadmienił She Took Us To The Places Where The Sun Set z tymi ekstremalnie przesterowanymi wokalami z otchłani piekieł; wzdrygnąłem się jak słuchałem tego pierwszy raz, ale i drugi czy trzeci, bo to jest tak dobitny moment. Na pierwszym planie są te przerażające wokale, a pianino czy fortepian bardziej gra na drugim, trochę to w sumie przypomina twórczość Linguy Ignoty z takim połączeniem noise'u z klasycyzmem (nazwijmy to w taki sposób) poprzedzając jej pierwsze wydawnictwo o dobre 8 lat. W każdym utworze mamy pianino, tylko inne elementy poza nim występują w różnych proporcjach, właściwie przede wszystkim wokal Tibeta w każdym utworze jest inaczej ukazany. W The Nylon Lion Attacks As Kingdom też jest przesterowany głos, ale nie w takim stopniu jak w poprzedniej kompozycji, w otwierającym I Looked To The South Side Of The Door wokalista jest po obu stronach tworząc dzięki temu ciekawą harmonię, z lewej strony wokal jest niższy i bardziej opanowany, z prawej natomiast wyższy i bardziej emocjonalny, a w Suddenly The Living Are Dying nie ma takich dodatkowych wokalnych smaczków, jest Tibet którego znamy, ale za to ten motyw pianinowy jest najpiękniejszy ze wszystkich na tej epce i szkoda, że nie trwa zbyt długo, ale taka musi być istota utworu, który traktuje o naszym końcu, to i motyw się kończy, przerywa jak życie i potem słyszymy kopyta nadchodzącej do nas śmierci zabierającej nas w nieznane, być może do czyśćca, być może do piekła, bo te ostatnie sekundy nieba nie sugerują. Takie jest to dzieło, że potrafi być bardziej subtelne i sugestywne, ale i mocne w swoim wydźwięku.
Dead Can Dance - "Garden of the Arcane Delights" (1984)
Ta muzyka w rzeczy samej to jest absolutna rozkosz, przyprawiona promiennymi momentami w stylu otwierającego Carnival of Light, bardziej tajemniczym w swojej atmosferze In Power We Entrust The Love Advocated, który jest jednym z moich ulubionych utworów w całym katalogu Dead Can Dance czy naprawdę ponurym The Arcane, wyraźnie inspirowanym Joy Division, a zamykające Flowers of the Sea daje nadzieję na to, że może być jeszcze lepiej. Różne jaśniejsze bądź mroczniejsze przyjemności ten ogród w sobie kryje.
Ghost - "If You Have Ghost" (2013)
Mam ciągle sentyment do tego materiału, więc nieciężko sobie wyobrazić jakim cudem mógł się znaleźć na tej liście. Chciałem uniknąć coverowych płyt, ale przy układaniu tej listy nie byłem w stanie znaleźć nic bardziej satysfakcjonującego na miejsce ducha, i w sumie co złego jest w dobrze zrobionej płycie z piosenkami innych wykonawców? Tobias z ekipą dostarczył tutaj naprawdę świetnych interpretacji, If You Have Ghosts z bardziej surowego pierwowzoru przekształciło się w coś bardziej.... nostalgicznego? Nie jestem w stanie nawet tego opisać, w każdym razie ta produkcja jest bardziej gładka i ma zupełnie inny vibe od tego co można usłyszeć w oryginale Ericksona. Z Crucified zrobiono coś okultystycznego i mrocznego, wspaniały jest ten akustyczny wstęp i w ogóle do tej pory to jest jedno z moich ulubionych nagrań Ghost i Waiting for the Night w znajdującej się tutaj wersji to bardziej optymistyczny doom metal, ta końcówka zawsze miała dla mnie taki wydźwięk i przez długi czas wolałem to wykonanie bardziej od oryginału - bardzo możliwe, że nadal wolę i na pewno mogę powiedzieć, że ten cover jeszcze przez długi czas będzie mi bliższy od niego, bo go właśnie w pierwszej kolejności usłyszałem, a na Depeche Mode nigdy mnie nie wzięło, słuchałem paru płyt, podobały mi się, ale natknąłem się na swojej drodze na osobistości, które mnie odsiały od dalszego eksplorowania tego zespołu. I w czasach kiedy inni byli nieprzychylni Ghostowi i uwłaczali jego jakości, ja byłem fanem i z niecierpliwością czekałem na to co zrobią dalej. W Poznaniu kiedy inni woleli chlać, ja z innym kolegą i jego dziewczyną poszedłem słuchać występu Ghosta, wtedy kiedy występowali przed Slayerem i Iron Maiden - to był mój jedyny raz z nimi na żywo, później jakoś nie miałem okazji. I aż dziwne, że nigdy nie kupiłem ich płyty, miałem zamiar, ale i to się nie udało, więc Dżosef może być ze mnie dumny, że nie wsparłem finansowo tego złodzieja i oszusta Forge'a
Melvins - "Eggnog" (1992)
To jest jedno EP, o którym ciężko mi coś fajniejszego napisać i przy opisywaniu którego czuję taką jakąś pustkę, bo najzwyczajniej w świecie mi się bardzo podoba ta zawartość, bez żadnego wielkiego filozofowania czy szczytowania. Melvins nie zawodzi kiedy bierze się za bardziej energiczne kawałki, nasączone chaotycznym riffowaniem i jednocześnie naprawdę świetnym groovem. Buzz w Hog Leg brzmi jak pierwszoklasowy heavy metalowy wokalista z tymi swoimi screamami czy zawodzeniem na pełnej parze, i w poprzedzającym go Antidoxidote nie brakuje takich smaczków. Mimo, że fachowo to niby nie jest heavy metal, a ponoć sludge metal, to jednak vibe tych kawałków przywodzi mi na myśl bardzo wczesne Savatage, że nie jestem w stanie nawet wpaść na lepsze skojarzenie. Natomiast ostatni zajmujący większą połowę tego minialbumu niemalże 13-minutowy Charmicarmicat to jest najwolniejszy utwór jaki w całym wszechświecie można sobie wyobrazić. Tak, słyszałem wolniejsze i cięższe kawałki, ale nawet jeśli, to nadal nie można ująć temu kolosowi tych elementów, bo to jest naprawdę oblazła, nielekka i wręcz nawet rytualistyczna czy hipnotyczna kompozycja - lubię w niej to, że nie jest dla faint-hearted people i z łatwością może odsiać od siebie wojowników prawdziwego metalu. Sunn O))) inspiruje się najlepszymi w dziedzinie powolnego i mozolnego grania, ale Melvins prawdopodobnie jednak nadal ten drone ma bardziej strawny. Kocham atmosferę tego pokracznie i dziwnie zatytułowanego utworu.
Mercyful Fate - "Mercyful Fate" (1982)
Muzycy z tego materiału nie byli za bardzo zadowoleni, o ile pamiętam nie podobało się im ostateczne brzmienie i podobnie kręcili nosem przy Melissie. Czy dobrze kojarzę czy nie, ktoś kompetentny może mnie tu poprawić, ale widać jak bardzo odczucia muzyków i fanów mogą się od siebie różnić, bo dla mnie to są niemalże perfekcyjne 22 minuty pierwszoligowego surowego heavy metalu. To jest nieco inny rodzaj gitarowego łojenia niż przy kolejnych dokonaniach Mercyful Fate i Kinga Diamonda, bo instrumentaliści praktycznie tutaj pędzą przed siebie na złamanie karku i mimo, że możemy usłyszeć jakieś zwolnienia, bardziej chwytliwe, nawet bym rzekł, że wręcz antemiczne przy dwóch środkowych utworach refreny i wpadające w ucho melodie czy harmonie gitarowe to mimo wszystko, jest to kawał bezpośredniego grania od A do Z, nasączonego wręcz jakimś rock and rollowym duchem. Kiedyś widziałem jak ktoś pisał, że ta epka brzmi jak Judas Priest na sterydach i na tym opis tego minikrążka by się mógł skończyć, gdyby pominąć przy tym bluźnierczą zawartość tekstową, szczególnie przy Nuns Have No Fun, gdzie narrator ujawnia swoje plany zgwałcenia przygwożdżonej do krzyża zakonnicy. Jak na swoje czasy, na pewno był to całkiem odważny tekst, chociaż nie wiem czy dzisiaj nie mógłby wywołać nawet większego skandalu, bo ludzie są niesamowicie przewrażliwieni na punkcie gwałtów - nawet jeżeli wiadomo, że to na potrzeby fikcji, wrzawa mogłaby być przeogromna. Nie chcę tu bronić Diamonda pod żadnym pozorem, bo mnie szczerze skręca jak widzę ten tekst, lecz i tak zawsze mam zajebistą zabawę przy słuchaniu tego krótkiego wydawnictwa.
Queensryche - "Queensryche" (1983)
I Queensryche, tak jak Mercyful Fate, zaczęli swoją karierę wydawniczą od bardzo dynamicznego, jak na standardy ich twórczości, krążka. Nie brakuje w katalogu tego zespołu szybszych i bardziej dobitnych utworów, ale tutaj jednak przez cały ten krótki czas trwania lecą z niesłabnącym uderzeniem, z przerwą na spokojniejsze i bardziej atmosferyczne The Lady Wore Black, przerywane jednak przez potężny refren z tym mocarnym riffem - to jest kawałek, do którego określenie "power ballada" pasuje perfekcyjnie, i mało jest lepszych ballad tego typu, o ile w ogóle jakakolwiek może być lepsza. Wszędzie roi się tu od mocy i Geoff Tate to jeden z najwybitniejszych wokalistów. Myślę, że nie tylko metalowych czy rockowych, bo z takim głosem mógłby się spełnić w każdej dowolnej muzyce jakby chciał. Już z miejsca, od pierwszego krzyku w "tytułowym" Queen of the Reich robi potężne wrażenie, tak wejść na swoim pierwszym wydawnictwie z takim wokalem jak bydlak w latynoskę to mało kto potrafi.
Tool - "Opiate" (1992)
Jest to nietypowe w tych zestawieniu wydawnictwo, bo dwa z sześciu nagrań to wykonania koncertowe. Normalnie mógłbym Opiate przez to zdyskwalifikować, ale można jednak temu EP to wybaczyć, gdyż te utwory nie znalazły się na żadnym późniejszym wydawnictwie i jednak są fajnym zapisem historii wczesnego Toola, który wtedy nie był jeszcze tak kontemplacyjny jak na Lateralus czy Aenima, a charakteryzował się rockowym czadem. Już tutaj można się delektować nietypowymi wartościami rytmicznymi, ale jednak jest to narzędzie, do którego bez wstydu można headbangować i się nie zanudzić na śmierć. Tytułowy zamykacz jest właściwie najmniej energiczny z tego zestawu, a jego ostatnie dwie minuty przywodzą na myśl psychodelicznego rocka z lat 60', jest to naprawdę unikatowa rzecz w twórczości tego zespołu.
Voo-Doo Church - "Voo-Doo Church" (1982)
No i poniekąd ta lista zatacza jakieś koło, bo zacząłem ją od tegorocznego EP, które siłą rzeczy musiałem w tym roku po raz pierwszy usłyszeć i kończę ją minialbumem również poznanym w tym roku, dokładniej jakoś w pierwszej połowie lutego. Nie pamiętam w jaki sposób na Voodoo Church natrafiłem, czy znalazłem je na jakiejś spotifajowej plejliście, spodobała mi się nazwa razem z okładką i to puściłem czy jakimś innym sposobem moja świadomość ten krążek dopadła. Niestety, nie przypomnę sobie genezy mojego poznania tego dzieła, ale to co mi się od razu rzuciło w uszy to to ciężkie brzmienie, które przypominało mi Celtic Frost, a oni chyba podobnymi zespołami się właściwie inspirowali w swojej twórczości. Oł, i to co mnie uderzyło przy pisaniu tego wpisu to to, że i ten zespół jest z Kalifornii tak jak Avenged Sevenfold, więc nie dość, że zarówno kończę jak i zaczynam listę płytą poznaną w tym roku to jednocześnie jeszcze od kalifornijskiego aktu, nice, ta lista nabiera sensu, o który jej wcześniej bym nie podejrzewał. Fachowo, muzyka zaprezentowana na tym albumie to ponoć deathrock, a że ja jestem ślepy na gatunki to dla mnie to po prostu brzmi jak taki cięższy i wolniejszy punk, tak jakby, powiedzmy, Ramones obniżyli strojenie razem z tempem, zaczęli skupiać się na bardziej gotyckich tematach i atmosferze, wypierdolili Joey'ego Ramone i zastąpili go jakąś kobietą na wokalu, w tym wypadku Tiną Winter, no i proszę, mamy coś takiego jak właśnie Voodoo Church, jeden kościół, którego wyznawcą mógłbym zostać i nie byłby to żaden wstyd.
Jeżeli komuś chciało się to wszystko przeczytać, gratuluję i dziękuję!
Nie znam dużo minialbumów i taki format nie jest dla mnie jako słuchacza docelowy, ciągle dominują u mnie pełne płyty naprzemiennie z pojedynczymi utworami, ale potraktowałem to jako coś w stylu "co by było, gdyby nagle ktoś mi przystawił pistolet do skroni i moje życie zależało od wymienienia dziesięciu ulubionych epek?". Zagadnienie minialbumu jest dyskusyjne i indywidualne, ale ja nie miałem zamiaru uwzględniać płyt, które trwają 30+ minut, bo dla mnie to jest po prostu longplejowy czas trwania krążka i niezbyt mnie obchodzi, że ktoś takie wydawnictwo traktuje jak minialbum. Z jednej strony rozumiem, że artysta nazywając 35-minutowe słuchowisko minialbumem traktuje je jak jakąś próbę przed czymś większym i dla takiego Swans, pewnie, takie coś może wyglądać wręcz jak EP, ale dla mnie jako indywidualnego słuchacza 31 czy 32 minuty to już jest długość pełnoprawnego krążka. Czy z większymi czy mniejszymi ułomnościami, czy z większym czy mniejszym niedosytem po skończeniu całości, nadal, przynajmniej czasowo, spełnia założenia longpleja, więc osobiście nie mam zamiaru dopingować ułudy niektórych artystów. Rozumiem dlaczego ktoś może określać 40-minutowy album jako EP, ale jednak nie zgadzam się z tym, by w taki sposób określać takie wydawnictwo. I też nie uwzględniłem rzeczy za krótkich, które bardziej podpadają pod single.
Tak, jedna epka na jednego wykonawcę, jak przy albumach.
Na dzień dzisiejszy niech to się prezentuje tak jak poniżej.
Avenged Sevenfold - "Statica" (2026)
Pewnie wygląda to na lekkie recency bias, ale po iluś niezliczonych przeze mnie odsłuchach wiem, że jest to wydawnictwo absolutnie warte uwagi i godne polecenia. Od razu weszło mi jak nóż w masło, bo po prostu lubię takie eksperymenty, a poza tym, że Statica ma nieco awangardowy sznyt to jeszcze kryje się w niej wiele różnych emocji. Jest to nietypowe Avenged Sevenfold, mocno utopione w vocoderach i sporo większą dozą elektroniki niż wcześniej. Więcej elektroniki, słyszalne są automaty perkusyjne i syntezatory, ale nie brakuje tu również bardzo chwytliwych riffów, czyli tego, co wielbiciele rocka lubią najbardziej. Trzeba docenić, że z każdym kolejnym dziełem ten zespół próbuje czegoś innego i nie boi się zawalić oczekiwań swoich docelowych odbiorców. Ich podejście jest w pewnym sensie bliższe Bowiemu niż Judas Priest; gdyby ci drudzy nagrali coś podobnego to metalowi maniacy absolutnie by ich zjedli, no ale kalifornijczyków nie interesuje zabawa w metalowych bogów, a podążanie własnymi ścieżkami, niekoniecznie jak się można przekonać zbadanymi. W szerszym kontekście, nie jest to oczywiście żadna awangarda, bo koła tą epką nie wynaleźli, ale nie zmienia to faktu, że na tle ich innych dokonań jest to nadal bardzo oryginalna pozycja. I tytułowy utwór dzisiaj należy do jednych z moich ulubionych od nich, bardzo kocham ten refren! Nie trzeba brać LSD, by się w tych dźwiękach utopić, bo ta muzyka jest tak dobra, że sama potrafi utopić słuchacza w sobie bez żadnych takich wspomagaczy.
Cabaret Voltaire - "Extended Play" (1978)
Kolejna kwasowa elektronika na tej liście i to ta wczesna, niektórzy by mogli rzec, że wręcz nieco archaiczna. Całość utopiona jest w psychodelicznym surrealizmie, ze świetnymi pogłosami czy echami. Te przesterowane efekty nałożone na wokal w finałowym The Set Up mają dosyć robotyczny charakter, no i do tego jeszcze te gitary! W ogóle ten utwór jest najbardziej mroczny na tym wydawnictwie, jakby niemalże wyjęty z jakiegoś paraliżu sennego. Ciężko coś sensownego napisać przy tak abstrakcyjnej muzyce. Zresztą zastanawiam się jak po narkotykach czy alkoholu można by było bardziej te tekstury docenić? Czy w takim stanie to nie byłoby za dużo? W każdym razie, to jest naprawdę wywrotowe i niebanalne 16 minut, i jeszcze znajduje się tutaj świetny cover The Velvet Underground, dłuższy i bardziej hipnotyczny od pierwowzoru.
Current 93 - "Birth Canal Blues" (2008)
Można rzec, że jest to nowy etap w muzycznej i lirycznej działalności Davida Tibeta i prekursor do Aleph at Hallucinatory Mountain, przynajmniej tekstowy, kiedy muzycznie jeszcze trochę do niego brakuje, za to koncertowe wersje tych utworów są, z rockowym instrumentarium i tym bardziej psych-rockowym czy post-rockowym sznytem, bliższe duchowi tej płyty. Również i Birth Canal Blues Live z tego samego roku polecam, bo właśnie tam są te inne aranżacje i szczerze zazdroszczę każdemu, kto mógł być we Wrocławiu w 2008 roku i usłyszeć tamto wcielenie Current 93. No ale miałem 11 lat i nie wiedziałem nawet o ich istnieniu wtedy
Dead Can Dance - "Garden of the Arcane Delights" (1984)
Ta muzyka w rzeczy samej to jest absolutna rozkosz, przyprawiona promiennymi momentami w stylu otwierającego Carnival of Light, bardziej tajemniczym w swojej atmosferze In Power We Entrust The Love Advocated, który jest jednym z moich ulubionych utworów w całym katalogu Dead Can Dance czy naprawdę ponurym The Arcane, wyraźnie inspirowanym Joy Division, a zamykające Flowers of the Sea daje nadzieję na to, że może być jeszcze lepiej. Różne jaśniejsze bądź mroczniejsze przyjemności ten ogród w sobie kryje.
Ghost - "If You Have Ghost" (2013)
Mam ciągle sentyment do tego materiału, więc nieciężko sobie wyobrazić jakim cudem mógł się znaleźć na tej liście. Chciałem uniknąć coverowych płyt, ale przy układaniu tej listy nie byłem w stanie znaleźć nic bardziej satysfakcjonującego na miejsce ducha, i w sumie co złego jest w dobrze zrobionej płycie z piosenkami innych wykonawców? Tobias z ekipą dostarczył tutaj naprawdę świetnych interpretacji, If You Have Ghosts z bardziej surowego pierwowzoru przekształciło się w coś bardziej.... nostalgicznego? Nie jestem w stanie nawet tego opisać, w każdym razie ta produkcja jest bardziej gładka i ma zupełnie inny vibe od tego co można usłyszeć w oryginale Ericksona. Z Crucified zrobiono coś okultystycznego i mrocznego, wspaniały jest ten akustyczny wstęp i w ogóle do tej pory to jest jedno z moich ulubionych nagrań Ghost i Waiting for the Night w znajdującej się tutaj wersji to bardziej optymistyczny doom metal, ta końcówka zawsze miała dla mnie taki wydźwięk i przez długi czas wolałem to wykonanie bardziej od oryginału - bardzo możliwe, że nadal wolę i na pewno mogę powiedzieć, że ten cover jeszcze przez długi czas będzie mi bliższy od niego, bo go właśnie w pierwszej kolejności usłyszałem, a na Depeche Mode nigdy mnie nie wzięło, słuchałem paru płyt, podobały mi się, ale natknąłem się na swojej drodze na osobistości, które mnie odsiały od dalszego eksplorowania tego zespołu. I w czasach kiedy inni byli nieprzychylni Ghostowi i uwłaczali jego jakości, ja byłem fanem i z niecierpliwością czekałem na to co zrobią dalej. W Poznaniu kiedy inni woleli chlać, ja z innym kolegą i jego dziewczyną poszedłem słuchać występu Ghosta, wtedy kiedy występowali przed Slayerem i Iron Maiden - to był mój jedyny raz z nimi na żywo, później jakoś nie miałem okazji. I aż dziwne, że nigdy nie kupiłem ich płyty, miałem zamiar, ale i to się nie udało, więc Dżosef może być ze mnie dumny, że nie wsparłem finansowo tego złodzieja i oszusta Forge'a
Melvins - "Eggnog" (1992)
To jest jedno EP, o którym ciężko mi coś fajniejszego napisać i przy opisywaniu którego czuję taką jakąś pustkę, bo najzwyczajniej w świecie mi się bardzo podoba ta zawartość, bez żadnego wielkiego filozofowania czy szczytowania. Melvins nie zawodzi kiedy bierze się za bardziej energiczne kawałki, nasączone chaotycznym riffowaniem i jednocześnie naprawdę świetnym groovem. Buzz w Hog Leg brzmi jak pierwszoklasowy heavy metalowy wokalista z tymi swoimi screamami czy zawodzeniem na pełnej parze, i w poprzedzającym go Antidoxidote nie brakuje takich smaczków. Mimo, że fachowo to niby nie jest heavy metal, a ponoć sludge metal, to jednak vibe tych kawałków przywodzi mi na myśl bardzo wczesne Savatage, że nie jestem w stanie nawet wpaść na lepsze skojarzenie. Natomiast ostatni zajmujący większą połowę tego minialbumu niemalże 13-minutowy Charmicarmicat to jest najwolniejszy utwór jaki w całym wszechświecie można sobie wyobrazić. Tak, słyszałem wolniejsze i cięższe kawałki, ale nawet jeśli, to nadal nie można ująć temu kolosowi tych elementów, bo to jest naprawdę oblazła, nielekka i wręcz nawet rytualistyczna czy hipnotyczna kompozycja - lubię w niej to, że nie jest dla faint-hearted people i z łatwością może odsiać od siebie wojowników prawdziwego metalu. Sunn O))) inspiruje się najlepszymi w dziedzinie powolnego i mozolnego grania, ale Melvins prawdopodobnie jednak nadal ten drone ma bardziej strawny. Kocham atmosferę tego pokracznie i dziwnie zatytułowanego utworu.
Mercyful Fate - "Mercyful Fate" (1982)
Muzycy z tego materiału nie byli za bardzo zadowoleni, o ile pamiętam nie podobało się im ostateczne brzmienie i podobnie kręcili nosem przy Melissie. Czy dobrze kojarzę czy nie, ktoś kompetentny może mnie tu poprawić, ale widać jak bardzo odczucia muzyków i fanów mogą się od siebie różnić, bo dla mnie to są niemalże perfekcyjne 22 minuty pierwszoligowego surowego heavy metalu. To jest nieco inny rodzaj gitarowego łojenia niż przy kolejnych dokonaniach Mercyful Fate i Kinga Diamonda, bo instrumentaliści praktycznie tutaj pędzą przed siebie na złamanie karku i mimo, że możemy usłyszeć jakieś zwolnienia, bardziej chwytliwe, nawet bym rzekł, że wręcz antemiczne przy dwóch środkowych utworach refreny i wpadające w ucho melodie czy harmonie gitarowe to mimo wszystko, jest to kawał bezpośredniego grania od A do Z, nasączonego wręcz jakimś rock and rollowym duchem. Kiedyś widziałem jak ktoś pisał, że ta epka brzmi jak Judas Priest na sterydach i na tym opis tego minikrążka by się mógł skończyć, gdyby pominąć przy tym bluźnierczą zawartość tekstową, szczególnie przy Nuns Have No Fun, gdzie narrator ujawnia swoje plany zgwałcenia przygwożdżonej do krzyża zakonnicy. Jak na swoje czasy, na pewno był to całkiem odważny tekst, chociaż nie wiem czy dzisiaj nie mógłby wywołać nawet większego skandalu, bo ludzie są niesamowicie przewrażliwieni na punkcie gwałtów - nawet jeżeli wiadomo, że to na potrzeby fikcji, wrzawa mogłaby być przeogromna. Nie chcę tu bronić Diamonda pod żadnym pozorem, bo mnie szczerze skręca jak widzę ten tekst, lecz i tak zawsze mam zajebistą zabawę przy słuchaniu tego krótkiego wydawnictwa.
Queensryche - "Queensryche" (1983)
I Queensryche, tak jak Mercyful Fate, zaczęli swoją karierę wydawniczą od bardzo dynamicznego, jak na standardy ich twórczości, krążka. Nie brakuje w katalogu tego zespołu szybszych i bardziej dobitnych utworów, ale tutaj jednak przez cały ten krótki czas trwania lecą z niesłabnącym uderzeniem, z przerwą na spokojniejsze i bardziej atmosferyczne The Lady Wore Black, przerywane jednak przez potężny refren z tym mocarnym riffem - to jest kawałek, do którego określenie "power ballada" pasuje perfekcyjnie, i mało jest lepszych ballad tego typu, o ile w ogóle jakakolwiek może być lepsza. Wszędzie roi się tu od mocy i Geoff Tate to jeden z najwybitniejszych wokalistów. Myślę, że nie tylko metalowych czy rockowych, bo z takim głosem mógłby się spełnić w każdej dowolnej muzyce jakby chciał. Już z miejsca, od pierwszego krzyku w "tytułowym" Queen of the Reich robi potężne wrażenie, tak wejść na swoim pierwszym wydawnictwie z takim wokalem jak bydlak w latynoskę to mało kto potrafi.
Tool - "Opiate" (1992)
Jest to nietypowe w tych zestawieniu wydawnictwo, bo dwa z sześciu nagrań to wykonania koncertowe. Normalnie mógłbym Opiate przez to zdyskwalifikować, ale można jednak temu EP to wybaczyć, gdyż te utwory nie znalazły się na żadnym późniejszym wydawnictwie i jednak są fajnym zapisem historii wczesnego Toola, który wtedy nie był jeszcze tak kontemplacyjny jak na Lateralus czy Aenima, a charakteryzował się rockowym czadem. Już tutaj można się delektować nietypowymi wartościami rytmicznymi, ale jednak jest to narzędzie, do którego bez wstydu można headbangować i się nie zanudzić na śmierć. Tytułowy zamykacz jest właściwie najmniej energiczny z tego zestawu, a jego ostatnie dwie minuty przywodzą na myśl psychodelicznego rocka z lat 60', jest to naprawdę unikatowa rzecz w twórczości tego zespołu.
Voo-Doo Church - "Voo-Doo Church" (1982)
No i poniekąd ta lista zatacza jakieś koło, bo zacząłem ją od tegorocznego EP, które siłą rzeczy musiałem w tym roku po raz pierwszy usłyszeć i kończę ją minialbumem również poznanym w tym roku, dokładniej jakoś w pierwszej połowie lutego. Nie pamiętam w jaki sposób na Voodoo Church natrafiłem, czy znalazłem je na jakiejś spotifajowej plejliście, spodobała mi się nazwa razem z okładką i to puściłem czy jakimś innym sposobem moja świadomość ten krążek dopadła. Niestety, nie przypomnę sobie genezy mojego poznania tego dzieła, ale to co mi się od razu rzuciło w uszy to to ciężkie brzmienie, które przypominało mi Celtic Frost, a oni chyba podobnymi zespołami się właściwie inspirowali w swojej twórczości. Oł, i to co mnie uderzyło przy pisaniu tego wpisu to to, że i ten zespół jest z Kalifornii tak jak Avenged Sevenfold, więc nie dość, że zarówno kończę jak i zaczynam listę płytą poznaną w tym roku to jednocześnie jeszcze od kalifornijskiego aktu, nice, ta lista nabiera sensu, o który jej wcześniej bym nie podejrzewał. Fachowo, muzyka zaprezentowana na tym albumie to ponoć deathrock, a że ja jestem ślepy na gatunki to dla mnie to po prostu brzmi jak taki cięższy i wolniejszy punk, tak jakby, powiedzmy, Ramones obniżyli strojenie razem z tempem, zaczęli skupiać się na bardziej gotyckich tematach i atmosferze, wypierdolili Joey'ego Ramone i zastąpili go jakąś kobietą na wokalu, w tym wypadku Tiną Winter, no i proszę, mamy coś takiego jak właśnie Voodoo Church, jeden kościół, którego wyznawcą mógłbym zostać i nie byłby to żaden wstyd.
Jeżeli komuś chciało się to wszystko przeczytać, gratuluję i dziękuję!