Prowler. Obrazek
: ndz gru 17, 2006 11:14 am
Jest wieczór, choć północ dawno minęła. Dla większości mieszkańców tego miasta, zmęczonych codziennością, to środek nocy. Dla mnie to jednak wieczór. Dla mnie i mojej zwierzyny. Bo jestem łowcą, polującym drapieżnikiem. Ten dzień skończy się dopiero, gdy dopnę swego. Kiedy o tym pomyślę, moje zmysły wyostrzają się jeszcze bardziej.
Idę ulicą tej brudnej dzielnicy, unikając kręgów światła rzucanych przez latarnie. Mam ręce w kieszeniach i opuszczoną głowę z narzuconym kapturem bluzy. Z pozoru, jestem tylko pasującym do tej scenerii, podchmielonym śmieciem wracającym z libacji. Tak naprawdę widzę każdy ruch zasłon w oknach, słyszę szczury buszujące w śmietnikach, i przede wszystkim - czuję zapach zwierzyny. Ten jedyny w swoim rodzaju zapach młodości, tanich perfum, przetrawionego piwa, potu i jeszcze dziesiątek innych, zmieszanych składników. Idę za dobiegającymi z sąsiedniej ulicy, przytłumionymi dźwiękami muzyki, jak drapieżnik węszący trop rannego jelenia. Tuż za rogiem jest dyskoteka. Słyszę też przekleństwa stojących na zewnątrz dyskotekowych macho i chichoty panienek. Nie mają pojęcia, jak jestem blisko. Są już prawie na wyciągnięcie ręki. Uśmiecham się do swoich fantazji.
Stoję w bramie. Stąd można obserwować wszystkich wchodzących do dyskoteki. A przede wszystkim wychodzących – to oni interesują mnie przecież najbardziej. Cholernie podnieca mnie widok wyzywająco ubranych nastolatek, uwieszonych na ramionach swoich chłopaków. Czują się przy nich takie bezpieczne. A przecież te gnojki nie mogą ich obronić. Nie przede mną. Ta ich pewność siebie mnie drażni.
Jestem już pokręcony na maksa. Nie kalkuluję, nie wybieram. Działam na żywioł, jak zawsze. Tak lubię najbardziej.
Widzę laseczkę w niebieskiej miniówce z tatuażem, który razi mnie z mojego miejsca, choć dzieli nas jeszcze spora odległość. Panienka prawie wybiegła z klubu i przebiega na moją stronę ulicy, nawet nie rozejrzawszy się, czy nie nadjeżdża jakiś samochód. Spieszy jej się. Za kilka sekund będzie na mojej wysokości. Nie ma czasu na kalkulacje. To ona. Moja zwierzyna.
Szczęście sprzyja najlepszym. Panienka wpadła w bramę, w której czekałem tak szybko, że ledwie zdołałem usunąć jej się z drogi. Chowam się we wnęce prowadzącej do klatki schodowej. Wnętrze bramy jest dość ciemne, ale stoję tu dość długo, by mój wzrok zdążył się przyzwyczaić. Widzę, jak laska opiera się o ścianę i wymiotuje. Pozwalam jej skończyć. Dopiero wtedy staję przed nią, wynurzając się z wnęki. Celowo staję tak, by patrzyła na mnie w stronę wyjścia na ulicę. Dzięki temu mogę widzieć jej oczy. A w nich najpierw zaskoczenie, po chwili dopiero przeradzające się w strach. Czas na reakcję, zanim zdąży krzyknąć.
Wychodzę z bramy sam. Naciągam kaptur bluzy jeszcze głębiej na oczy i stawiam kołnierz kurtki. Zapalam papierosa i ruszam w swoją stronę. Pewnie kiedyś tu jeszcze wrócę. Na samą myśl o tym znowu się uśmiecham, a moje rozluźnione chwilowo zmysły znów się budzą. W końcu jestem łowcą.
Idę ulicą tej brudnej dzielnicy, unikając kręgów światła rzucanych przez latarnie. Mam ręce w kieszeniach i opuszczoną głowę z narzuconym kapturem bluzy. Z pozoru, jestem tylko pasującym do tej scenerii, podchmielonym śmieciem wracającym z libacji. Tak naprawdę widzę każdy ruch zasłon w oknach, słyszę szczury buszujące w śmietnikach, i przede wszystkim - czuję zapach zwierzyny. Ten jedyny w swoim rodzaju zapach młodości, tanich perfum, przetrawionego piwa, potu i jeszcze dziesiątek innych, zmieszanych składników. Idę za dobiegającymi z sąsiedniej ulicy, przytłumionymi dźwiękami muzyki, jak drapieżnik węszący trop rannego jelenia. Tuż za rogiem jest dyskoteka. Słyszę też przekleństwa stojących na zewnątrz dyskotekowych macho i chichoty panienek. Nie mają pojęcia, jak jestem blisko. Są już prawie na wyciągnięcie ręki. Uśmiecham się do swoich fantazji.
Stoję w bramie. Stąd można obserwować wszystkich wchodzących do dyskoteki. A przede wszystkim wychodzących – to oni interesują mnie przecież najbardziej. Cholernie podnieca mnie widok wyzywająco ubranych nastolatek, uwieszonych na ramionach swoich chłopaków. Czują się przy nich takie bezpieczne. A przecież te gnojki nie mogą ich obronić. Nie przede mną. Ta ich pewność siebie mnie drażni.
Jestem już pokręcony na maksa. Nie kalkuluję, nie wybieram. Działam na żywioł, jak zawsze. Tak lubię najbardziej.
Widzę laseczkę w niebieskiej miniówce z tatuażem, który razi mnie z mojego miejsca, choć dzieli nas jeszcze spora odległość. Panienka prawie wybiegła z klubu i przebiega na moją stronę ulicy, nawet nie rozejrzawszy się, czy nie nadjeżdża jakiś samochód. Spieszy jej się. Za kilka sekund będzie na mojej wysokości. Nie ma czasu na kalkulacje. To ona. Moja zwierzyna.
Szczęście sprzyja najlepszym. Panienka wpadła w bramę, w której czekałem tak szybko, że ledwie zdołałem usunąć jej się z drogi. Chowam się we wnęce prowadzącej do klatki schodowej. Wnętrze bramy jest dość ciemne, ale stoję tu dość długo, by mój wzrok zdążył się przyzwyczaić. Widzę, jak laska opiera się o ścianę i wymiotuje. Pozwalam jej skończyć. Dopiero wtedy staję przed nią, wynurzając się z wnęki. Celowo staję tak, by patrzyła na mnie w stronę wyjścia na ulicę. Dzięki temu mogę widzieć jej oczy. A w nich najpierw zaskoczenie, po chwili dopiero przeradzające się w strach. Czas na reakcję, zanim zdąży krzyknąć.
Wychodzę z bramy sam. Naciągam kaptur bluzy jeszcze głębiej na oczy i stawiam kołnierz kurtki. Zapalam papierosa i ruszam w swoją stronę. Pewnie kiedyś tu jeszcze wrócę. Na samą myśl o tym znowu się uśmiecham, a moje rozluźnione chwilowo zmysły znów się budzą. W końcu jestem łowcą.