Jestem po pierwszym odsłuchu Into Oblivion.
Generalnie nie jest to zły krążek. Powiedziałbym nawet, że jest lepszy od Storm the Gates, ale to dlatego, że poprzednie dokonanie Venom uważam po prostu za asłuchalne. Into Oblivion nie jest asłuchalne. Problem w tym, że... Po prostu jest.
Mam wrażenie, że odchodząc z zespołu, Mantas postanowił zabrać ze sobą riffy. Bo Into Oblivion niestety bardzo wyraźnie wpisuje się w schemat, według którego album Venom pozbawiony jest pamiętnych partii gitarowych. I kurde, jest to dla mnie totalnie niezrozumiałe. Przecież pierwotnie Jad stał takimi chwytliwymi numerami jak np. Don't Burn the Witch, Leave Me in Hell, Rip Ride czy Seven Gates of Hell. Na Into Oblivion nie odnotowałem niczego, co faktycznie wpada w ucho. To jest jakieś łubudu, pozbawione punktów zaczepienia. Rock 'n' rolla mamy tu tyle, co kot napłakał. Kompozycje zbyt często sprawiają wrażenie ociężałych, gdzie wszystko nakłada się na siebie i jednocześnie niczym nie zwraca na siebie uwagi. Jak czytam te anglojęzyczne recenzje, które obfitują w porównania do klasycznej ery Venom, to... O matko

Into Oblivion nie ma nic wspólnego z tamtymi czasami.
I tutaj od razu zaznaczę: w zasadzie nie musi mieć. Bo to były zupełnie inne okoliczności, inny wiek i (co kluczowe) inni muzycy. Sęk w tym, że Venom A.D. 2026 nie tylko w znacznej mierze rezygnuje z patentów, które uczyniły go wielkim, ale nie wprowadza do swej twórczości atrakcyjnej alternatywy. Bo owszem, znajdziemy tu kilka ciekawszych momentów, ale giną w całości. Dobrze się składa, że płyta trwa 43 minuty, bo dzięki temu nie jest szczególnie nużąca - takie Fallen Angels to był niezły materiał, ale wtedy przedobrzyli z czasem trwania i ostatecznie płyta jest nieco ciężkostrawna. Tutaj tego problemu nie ma.
Produkcja ssie pałę i to mocno. Into Oblivion brzmi mułowato, jest pozbawione w zasadzie jakiegokolwiek pazura, ognia, czy jak to tam nazwać... Venom brzmi po prostu emerycko, a nie niebezpiecznie. Nigdy, przenigdy nie powinno dojść do takiej sytuacji, no a niestety doszło. Ciekawi mnie, czy gdyby ten długograj otrzymał odpowiednie brzmienie, to moja ocena uległaby zmianie. Całkiem możliwe, że tak by się stało.
Na plus (czasami, bo to nie jest reguła) zaliczyć można refreny, czy nawet szerzej: partie Cronosa. Choć teraz mam zagwozdkę, czy te wokale faktycznie są dobre, czy po prostu wybijają się ponad warstwę instrumentalną przez fakt, iż jest ona w tak dużym stopniu sprowadzona do jakiegoś tła.
I tu wrócę do swojej poprzedniej myśli na temat Mantasa zabierającego ze sobą riffy

Nie jestem szczególnie dobrze obeznany z drugim krążkiem Venom Inc. (wiem, że przypadł mi do gustu, ale jakoś po prostu nie ruszałem tematu), natomiast ich debiut, Ave, był płytą, której wyczekiwałem. I na której się nie zawiodłem. Ave to też nie jest klasyczny Venom. W tym albumie na pewno duch starego Venom się odzywa, ale nie jedzie na nostalgii i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Natomiast La Rage (kurwa, nie dość, że ta ksywka brzmi idiotycznie, to jeszcze w ogóle nie pasuje do typa) jest zupełną miernotą, to jest muzyk pozbawiony talentu kompozytorskiego. Kazać fanom czekać 8 lat na nowy, 43-minutowy album i proponować im taką kreatywną mieliznę? Totalna żenada.
W zasadzie nie wiem, po co Cronos wydaje te płyty. Jak pisałem, wbrew moim narzekaniom na Into Oblivion, nie oceniam tej płyty negatywnie, ale ja po prostu nie widzę sensu w wydawaniu albumów tego typu. Jeśli nowe Venom Inc. - już bez Mantasa xD - okaże się lepszym wydawnictwem, to chyba parsknę śmiechem.