30/07/2005 - OZZFEST 2005 - Tinley Park, IL @ Tweeter Center Chicago
Do Tweeter Center w Tinley Park (okolo godziny na poludnie od Chicago) przybylem ok. 18.30. Zdazylem zobaczyc kawalek wystepu Mudvayne (nic ciekawego, wokalista przebral sie za goryla

), a zaraz potem scene zaczeto przygotowywac do wystepu Maiden.
Iron Maiden weszli na scene okolo 19.55 i zagrali rowno 60 minut. Warto dodac, ze ich wystep poprzedza, oprocz "Ides Of March", takze "Doctor Doctor" zespolu UFO, ktorego zabraklo chyba na europejskich koncertach na tej trasie.
Chlopcy

byli w znakomitej formie! Szczegolnie Bruce - biegal i skakal jak oszalaly! Widac bylo, ze chca dowiesc mlodszej publicznosci, dla ktorej to zdecydowali sie wystapic na Ozzfescie, ze sa najlepszym zespolem na calym festiwalu... I nie mieli z tym najmniejszego problemu!
Niestety publicznosc zgromadzona w Tweeter Center (na oko okolo 20.000) zawiodla... Malo kto machal rekoma, nie mowiac juz o skakaniu czy spiewaniu. Wydawalo sie, ze z tylu ludzie bawili sie lepiej niz z przodu (bylem w 7 rzedzie na wprost 'Arry'ego i bylem chyba jedyna osoba, ktora spiewala teksty, klaskala czy skakala razem ze Steve'm). Zwlaszcza Bruce wydawal sie wsciekly reakcja fanow. Widac bylo, ze pod nosem szeptal co chwile "you motherfuckers", albo "fuckin' idiots"... Nigdy nie widzialem go tak wkurzonego. Ale dopingowalo go to znakomicie, bo naprawde dawal z siebie wszystko, zeby tylko rozgrzac publicznosc. Przed "Phantom Of The Opera" powiedzial, ze fani z tylnych rzedow i trawy (w amerykanskich amfiteatrach trawiasta plyta gdzie nie ma krzeselek jest na samym koncu, a nawet pod scena sa tylko miejsca siedzace - beznadzieja!) powinni pobiec do przodu i zajac miejsce znudzonych grubasow siedzacych pod scena (faktycznie, kilka osob siedzialo w pierwszych rzedach podczas wystepu Maiden!). Niestety fani nie posluchali.

W czasie jednego z utworow Bruce wsiadl na gosci palacych trawe pod scena. Powiedzial, ze jesli w glowie im tylko to oraz pewna inna rzecz (zaprezentowal to machajac zacisnieta reka obok swojego przyrodzenia) to nie jest to miejsce dla nich.

Naprawde, publika byla wyjatkowo sztywna i, mimo ze przed "Running Free" Bruce powiedzial, ze Chicago zawsze mialo "klimat", widac bylo, ze Maideni nie byli zachwyceni.
Wczesniej, zaraz po "Iron Maiden" ktos rzucil na scene piwo co dodatkowo wnerwilo Dickinsona. Pokazalem palcem w strone, z ktorej polecialo piwo, a Bruce tak wsiadl na goscia, ze ten chyba uciekl spod sceny.

Scenografia Maiden byla bardziej uboga niz w Europie - w czasie "Iron Maiden" na scene wyszedl tylko chodzacy Eddie pamietajacy trasy Ed Hunter i Brave New World. Zabraklo pirotechniki oraz kilku okladek z tylu sceny (pojawily sie Killers, The Trooper, Eddie Rips Up, Early Days i Iron Maiden - teraz w miejsce gdzie kiedys byl dmuchany Eddie "wklejono" jego postac z pierwszej wersji okladki albumu). W czasie "The Number Of The Beast" pojawil sie siedzacy Lucyfer

i swiecace sie 666.

Oswietlenie takze bylo mocno ograniczone - korzystano jedynie ze swiatel Ozzfestu. Ale poniewaz Maiden grali w zasadzie za dnia, nie przeszkadzalo to za bardzo. Maiden byli dobrze naglosnieni - mimo fatalnej akustyki Tweeter Center (czesc siedzaca amfiteatru przypomina hangar). Jak zawsze nie zagrali za glosno, ale dzieki temu wszystkie instrumenty bylo dobrze slychac - w szczegolnosci 3 gitary.
Z utworow najlepiej wypadly "Murders In The Rue Morgue" (jak dobrze, ze otworzyli nim, a nie "Wrathchild"!), "Revelations" i "Phantom Of The Opera".
Ogolnie koncert, mimo ze bardzo krotki, wypadl dobrze. Maiden, a zwlaszcza Bruce, dali z siebie wszystko i chyba osiagneli co chcieli, bo mimo slabej reakcji publicznosci, widac bylo, ze takze mlodsza czesc widowni byla pod sporym wrazeniem. Przed koncertem spotkalem wiele dzieciakow w koszulkach Dziewicy wiec chyba cos powoli "ruszylo" w USA aczkolwiek osobiscie watpie, zeby Maiden zdecydowali sie zagrac tam kiedykolwiek kolejna duza trase - raczej ogranicza sie jedynie do kilku miast takich jak Nowy Jork czy Los Angeles.
Na koniec - oto ciekawy wywiad z Bruce'm z amerykanskiego magazynu Metal Edge, ktory oddaje znakomicie to co Dickinson uwaza o Ameryce i Amerykanach i tlumaczy jego wscieklosc podczas koncertow z Stanach:
IRON MAIDEN Frontman Explains Why He Is No Rush To Do A Headlining Tour Of America - July 30, 2005
Setlista Maiden (60 min.):
1. Murders In The Rue Morgue
2. The Trooper
3. Revelations
4. Phantom of The Opera
5. Run To The Hills
6. The Number of The Beast
7. Hallowed Be Thy Name
8. Iron Maiden
---- BISY: ----
9. Running Free
10. Sanctuary
Po okolo 20 minutach, okolo godziny 21.15 zgasly swiatla i obejrzelismy krotki filmik o Black Sabbath. Chwile potem kurtyna z logo zespolu zostala odslonieta i na scene wkroczyli Ozzy, Tony, Geezer i Bill.
Widzialem Black Sabbath rok temu (takze na Ozzfescie) i choc nie przebili genialnego Judas Priest to zagrali porzadny show. Jednak ich wystep w Chicago byl jednym z
najgorszych koncertow jakie widzialem w zyciu, a byc moze i najgorszym. Ozzy byl chory... Mial problemy z gardlem i goraczke, i bylo to widac i slychac. Wygladal po prostu jak trup, a spiewal jeszcze gorzej - o ile to co wydobywalo mu sie z gardla mozna bylo nazwac spiewaniem.

Po prostu tragedia! Ozzman mruczal pod nosem zamiast spiewac, a w miksie specjalnie go wyciszono i troche zagluszono potezna gitara Iommi'ego. Jednak nie ukrylo to faktu, ze Ozzy powinien po prostu zachowac honor i nie wystapic w Chicago tylko leczyc sie i pozwolic Maiden zagrac dluzszy set. Niestety widocznie Sharon stwierdzila, ze jej maz nie moze opuscic tak prestizowego koncertu (Chicago to jeden z wiekszych rynkow koncertowych w USA) i sila wypchnela go na scene.

Zenada...
IMHO Sabbath powinni dac sobie spokoj i albo zakonczyc dzialalnosc, albo usmiechnac sie do Pana R. J. Dio.

Ich dalsze wystepowanie z Ozzy'm nie ma sensu, bo ani nie nagraja nic nowego (Ozzy jakos nie ma ochoty pracowac nad kolejnym albumem Sabbath), ani tez nie zadowola fanow, bo co roku graja ten sam set "best of", a Ozzy zawsze musi opuscic kilka koncertow (dzien pozniej Sabbath nie wystapili w Indianapolis). Niestety bardzo zawiodlem sie na ich wystepie i nie wiem czy na kolejnych Ozzfestach zostane do konca jesli dyspozycja Ozzy'ego nie ulegnie zmianie. Reszta zespolu takze byla raczej nieruchawa. Geezer nie wygladal na zbytnio zachwyconego graniem, a Bill nie gral z taka moca jak jeszcze kilka lat temu. Jedynie Tony Iommi pokazal klase - jego solowki i riffy rozwalaly choc widac, ze potrzebuje wsparcia - za scena gra z nim techniczny.
Dekoracje Sabbath stanowily kurtyny jak w teatrze oraz wielki telebim, na ktorym wyswietlano rozne animacje oraz ujecia zespolu. W zasadzie nie zmienilo sie to od lat. Sabbath nie sa zbyt pomyslowi jesli chodzi o wizualna strone koncertu. Naglosnienie bylo nie najlepsze, gdyz tak jak pisalem - aby ukryc niedomaganie Ozza, wyciszono go, a podglosniono reszte. Calosc troche sie zlewala choc dobrze, ze gitara Tony'ego byla dobrze slyszalna.
Sabbath znacznie skrocili swoj set. Zamiast okolo 80-90 minut zagrali jedynie 60. Gdy zaraz po "Paranoid" polecialo outro ("Changes") publicznosc zglupiala - w koncu nie uslyszelismy takich klasykow jak "Black Sabbath" czy "Children Of The Grave". Gdy po kilku minutach oczekiwania (techniczni chyba takze nie wiedzieli co robic, bo nie skladali sprzetu) zespol nie wrocil na scene, posypaly sie wszedzie "fuck you Ozzy" itp. Widac, ze cierpliwosc nawet najwiekszych fanow Ozza ma swoja granice.
Setlista Black Sabbath (60 min. - byc moze nie do konca kompletna):
1. N.I.B.
2. After Forever
3. War Pigs
4. Dirty Women
5. Fairies Wear Boots
6. Symptom Of The Universe / Sweet Leaf / Electric Funeral
7. Iron Man
8. Paranoid
Podsumowujac - widac od razu kto naprawde jest gwiazda Ozzfestu. Nawet New York Times przyznal, ze tegoroczny objazdowy festiwal Ozzy'ego nalezy do Maiden. Wiec moze Ksiaze Ciemnosci powinien na przyszlosc przekazac obowiazki organizowania festiwalu Rodowi Smallwoodowi i Maiden?
