27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12410
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Idzie ktoś jutro?
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Ktoś dzisiaj wbija, czy wszyscy koczują pod Torwarem? 
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12410
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Ja ruszam za 20 minut
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12410
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Zdarzyło mi się już być na dwóch koncertach jednego dnia, ale to raczej były zestawy typu Maiden i tribute band po gigu, albo jakieś dwie mniejsze imprezy, natomiast dwa poważne zespoły jednego dnia to już pewna nowość.
Bardzo fajna decyzja zespołu i organizatora aby przesunąć czasówkę, około 1740 melduję się w Hydro i przebijam się do przodu. Ścisk już był potężny, hydro to oczywiście totalna chujówka, brak wentylacji, kiepski widok na muzyków, do niczego się ta speluna nie nadaje, ale co zrobić. Gigantycznym minusem była ponad dwudziestominutowa obsuwa, przez to często zerkałem na zegarek i nieco mi to przeszkodziło w takim czystym odbiorze koncertu.
A było co odbierać, bo Voivod zagrał świetną sztukę. Po pierwsze dźwięk, genialnie selektywny, jak na taką mordownię to wręcz doświadczenie audiofilskie. Nie wiem na ile pomogły mi w tym dobre stopery, ale faktem jest że miks był idealny, wszystko było dobrze słychać, a wiemy jak ważne jest to w muzyce Kanadyjczyków. Po drugie set, bardzo dobra dynamika, dużo wpierdolu i dużo progów, fajnie to siedziało. Po trzecie publika, widać było że przyszli świadomi ludzie, wiedzieli o co chodzi i nie byli tam przypadkiem. Na środku zrobił się niewielki młyn/mosh/pit ale taki bez chamówy, raczej jak się stanęło obok to bardzo rzadko leciały stamtąd rykoszety. Po czwarte sami muzycy, oldschoolowy gig, Chewy'ego srednio widziałem ale Rocky co chwila zbijał piatki i żółwiki, super kontakt z publiką, E-Force to frontman w starym stylu, świetnie wypełniał czas między numerami, krótko, treściwie i nakręcająco dla publiki. Żartował parę razy na temat Priest, ale oczywiście potem oddał im szacunek. Z racji na brak zasięgu w Hydro urwałem się do wyjścia żeby zamówić ubera, bałem sie ze bedzie o to trudno po koncercie, do tego potencjalne zatory na wejściu na Torwar, ale na szczęście poszło sprawnie, a w oczekiwaniu na furę wróciłem żeby złapać większość Astronomy Domine. Finalnie straciłem więc tylko ostatni numer. Okazało się, że dojechałem mega sprawnie a kolejek do hali nie było w ogóle, także można było zostać do końca.
Fajnie wszedł ten koncert, ludzi w koszulkach Priest kilku widziałem, ciekawe ile osób zrobiło dwupak. Ja zrobiłem i bardzo się cieszę.
Bardzo fajna decyzja zespołu i organizatora aby przesunąć czasówkę, około 1740 melduję się w Hydro i przebijam się do przodu. Ścisk już był potężny, hydro to oczywiście totalna chujówka, brak wentylacji, kiepski widok na muzyków, do niczego się ta speluna nie nadaje, ale co zrobić. Gigantycznym minusem była ponad dwudziestominutowa obsuwa, przez to często zerkałem na zegarek i nieco mi to przeszkodziło w takim czystym odbiorze koncertu.
A było co odbierać, bo Voivod zagrał świetną sztukę. Po pierwsze dźwięk, genialnie selektywny, jak na taką mordownię to wręcz doświadczenie audiofilskie. Nie wiem na ile pomogły mi w tym dobre stopery, ale faktem jest że miks był idealny, wszystko było dobrze słychać, a wiemy jak ważne jest to w muzyce Kanadyjczyków. Po drugie set, bardzo dobra dynamika, dużo wpierdolu i dużo progów, fajnie to siedziało. Po trzecie publika, widać było że przyszli świadomi ludzie, wiedzieli o co chodzi i nie byli tam przypadkiem. Na środku zrobił się niewielki młyn/mosh/pit ale taki bez chamówy, raczej jak się stanęło obok to bardzo rzadko leciały stamtąd rykoszety. Po czwarte sami muzycy, oldschoolowy gig, Chewy'ego srednio widziałem ale Rocky co chwila zbijał piatki i żółwiki, super kontakt z publiką, E-Force to frontman w starym stylu, świetnie wypełniał czas między numerami, krótko, treściwie i nakręcająco dla publiki. Żartował parę razy na temat Priest, ale oczywiście potem oddał im szacunek. Z racji na brak zasięgu w Hydro urwałem się do wyjścia żeby zamówić ubera, bałem sie ze bedzie o to trudno po koncercie, do tego potencjalne zatory na wejściu na Torwar, ale na szczęście poszło sprawnie, a w oczekiwaniu na furę wróciłem żeby złapać większość Astronomy Domine. Finalnie straciłem więc tylko ostatni numer. Okazało się, że dojechałem mega sprawnie a kolejek do hali nie było w ogóle, także można było zostać do końca.
Fajnie wszedł ten koncert, ludzi w koszulkach Priest kilku widziałem, ciekawe ile osób zrobiło dwupak. Ja zrobiłem i bardzo się cieszę.
- Caracalized
- -#Moonchild

- Posty: 1951
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Niemalże tydzień byłem w trasie i trochę wyssała ze mnie duszę ta podróż, ale zanim przejdę do głównego powodu, przez który się w nią wybrałem, najpierw skupię się na dwóch innych koncertach, które przy tej nadarzającej się okazji udało mi się zaliczyć. Nie opiszę wszystkich tych wypadów po kolei. Początkowo chciałem napisać jeden długi epicki tekst, ale stwierdziłem, że lepiej może będzie to rozdzielić, aby za bardzo sobie nie komplikować i nie robić bałaganu. To jest jedna z trzech relacji, więc spodziewajcie się jeszcze dwóch innych, jak nie dziś to myślę że jutro być powinny 
Voivod udało mi się zaliczyć w Gdańsku, w przerwie między koncertami Judas Priest w Halle i Warszawie. Z początku jak zobaczyłem ogłoszenie obu koncertów Kanadyjczyków to byłem trochę rozczarowany, bo w stolicy grali w ten sam dzień co maszyna z Birmingham, a dzień wcześniej był ten Gdańsk, no ale stwierdziłem, że się poświęcę i jakoś dojadę na to Pomorze. Patrzę na połączenia z Halle i widzę, że jest to jak najbardziej możliwe, więc nawet się nie zastanawiam i bilet kupuję, gig jest zaplanowany, ale pierwszym warunkiem, by się na nim pojawić było to, abym w Niemczech w ogóle przeżył i jakoś z nich wyjechał. Dokonać mi się tego udało. O swoich przygodach u zachodnich sąsiadów opowiem oczywiście w innym wpisie, natomiast w opisywany tutaj poniedziałek elegancko udało mi się od nich wyjechać. Podróż nie była bezpośrednia, gdyż miałem półtorej godzinną przesiadkę na berlińskim lotnisku, ale przez ten czas się załatwiłem, wypiłem red bulla, pogrzebałem trochę w telefonie, posiliłem się jedną z dwóch kupionych kanapek (drugą zjadłem w drodze - obie zajebiste, ale drogie oczywiście) i ogólnie jakoś wszystko zleciało i sama trasa też najgorsza nie była. Co prawda 12 godzin w podróży to nie przelewki, 2 godziny z Halle do terminala lotniczego w Berlinie + 1,5h przesiadki + 8,5h godziny drogi z lotniska do Gdańska (bo oczywiście musiało być opóźnienie!), ale o dziwo nie zdychałem przez ten czas. Na miejscu byłem ok.18:20 i w pierwszej kolejności poszedłem zostawić swoje rzeczy w mieszkaniu.
W klubie pojawiłem się jakieś 20 minut po otwarciu drzwi, ale udało mi się zająć piękne miejsce przy barierce od strony Chewy'ego. Spodziewałem się pustek, a jednak jeszcze przed supportem paru ludzi już się pojawiło i przed gwiazdą wieczoru doszło ich jeszcze więcej, byłem naprawdę mile zaskoczony frekwencją. Czasy, w których ten zespół grał przed 50 osobami już chyba minęły u nas; jeszcze pamiętam jak w 2012 roku w starej Progresji było nie więcej niż jakieś 70 czy 80 osób - nawet nie liczyłem, ale wspomnienia mi mówią, że na moje gołe oko tych ludzi było naprawdę mało, być może nawet i sporo mniej niż napisałem. A teraz, być może dzięki Mysticowi sprzed 3 lat, być może dzięki zeszłorocznym Innym Brzmieniom, być może dzięki jeszcze innym czynnikom (przysłowiowa moda na koncerty (iks de)? kult bardziej niszowego metalu?) Wojewoda ściąga na swoje koncerty nienajgorsze tłumy, a mnie jako fana ich muzyki to cieszy, no bo czemu tak świetną sztukę gatekeepować i zostawiać dla najprawdziwszych prawdziwków?
Publikę rozgrzewał polski zespół Salo*. Jak zobaczyłem tę nazwę to myślałem, że się zesrają na scenie i będą te odchody wpierdalać. Po tym jak wokalista co jakiś czas wychodził do publiki (w sumie to nie wiem czy i większej części występu wśród publiki nie spędził) to nawet myślałem, że i gdzieś pod sceną to może być zrobione, ale na całe szczęście do niczego takiego nie doszło i cały ten performance przebiegł w stosunkowo higienicznych warunkach. Johnny też widział tę kapelę dzień później i dla niego było to straszne gówno, ale głównie przez transowego/drag queenowego (sorry, nie odróżniam czasem tego) frontmana, którego uznał za odrażającego i wokal za obmierzłe rzygi; instrumentalnie stwierdził, że było jako tako, więc chwała mu, że chociaż od tej strony było nie najgorzej, heh. Mi natomiast ten koncert niesamowicie przypadł do gustu, bo lubię takie noise rockowe/sludge'owe łojenie i w ogóle jak muzyka ma taki, powiedzmy, niebezpieczny i podmiejski klimat (rapu nie lubię, nie myślcie tak xD), trochę mogło to przypominać Swans, trochę KEN Mode, ale były w tym też nierzadko jakieś niestandardowe wartości rytmiczne, co dodatkowo dodawało warstw tym kawałkom. Było i hipnotycznie, i technicznie, i, po prostu, ciężko. Jeden utwór miał nawet nieco black metalową łojącą perkusję. Było ekstra i nawet myślałem o kupieniu czegoś na ich merchu, ale ostatecznie się na to nie zdecydowałem. Lecz i tak, obczaję studyjnie ich twórczość i może znowu się gdzieś przejadę na ich sztukę, bo krajowe zespoły, jeżeli są dobre, warto wspierać. Sam przyznam, że ten temat zaniedbuję i nie szukam chęci i motywacji do sprawdzania polskich artystów, ale Salo doszło do innego zespołu, którego twórczość muszę kiedyś wreszcie ogarnąć - BaarRa, które niesamowicie mi się podobało przed Hexvessel i Aluk Todolo parę miesięcy temu.
Główni zainteresowani mnie nie rozczarowali, ale to co mnie mocno zaskoczyło to brak Snake'a na pozycji frontmana. Zastępował go Eric Forrest, który nagrał z nimi Negatron i Phobos w latach 90', więc zastępstwo było to z perspektywy fana naprawdę świetne i do kolekcji ma się zobaczonego kolejnego członka tej kapeli. Ale widziałem Voivod już trzy razy i za każdym razem w innym składzie, z dwoma różnymi basistami (miałem jeszcze szczęście widzieć Blacky'ego) i dwoma różnymi wokalistami, więc na kolejny gig szykuję się z innym gitarzystą, aby tej wspaniałej tradycji stało się zadość. Rozjebało mnie to, że E-Force, tak wręcz nachalnie i widocznie, sporą część tekstów czytał z ekranu, co nie przeszkodziło mi w odbiorze tej sztuki, lecz ciekawie się to oglądało. Cóż, w ostatniej chwili wskoczył na zastępstwo, z tego co mówili to zaledwie tydzień zastępował Snake'a, więc można mu to wybaczyć, i zresztą, co w sumie kogo obchodzi czym wokalista się wspomaga póki swoje zadanie wykonuje naprawdę dobrze? Podobał mi się występ Forresta, a i sami instrumentaliści jak zawsze nie zawiedli. Co tu dużo będę pisał właściwie? Wszyscy mieli wspaniałą interakcję z publiką, Chewy cały czas był uśmiechnięty, Away nawalał w te gary z absolutną pasją i aż miło się na to patrzyło. Świetnie, że zagrali The Prow, Fix My Heart czy Rise, usłyszałem inną setlistę niż rok temu i to mnie zadowala. Parę powtórek co prawda poszło, ale nie ma to znaczenia kiedy całość podana została w tak dobitny sposób, zaczęli inaczej, ale skończyli tymi samymi dwoma utworami - Astronomy Domine i tytułowym Voivod. Jak tak porównuję to połowa setu tej trasy jest inna od tego sprzed roku. I chwała im za to! W jednym wielkim skrócie, kolejny zajebisty i udany koncert tego zespołu!
Wyszedłem z kostką Chewy'ego i koszulką z Synchro Anarchy - chciałem tę standardową z samym logiem i ich maskotką, ale rozmiaru L już nie było.
* jeszcze ku wyjaśnieniu, gdyby ktoś nie zrozumiał tego mojego nawiązania do srania - jest taki film "Salo, czyli 120 dni Sodomy", w którym ludzie jedzą gówno, i być może je też robią, ale nie pamiętam tego. Obrzydlistwo, którego nikomu absolutnie nie polecam
Chyba, że macie ochotę na doświadczenie silnych emocji xD
Voivod udało mi się zaliczyć w Gdańsku, w przerwie między koncertami Judas Priest w Halle i Warszawie. Z początku jak zobaczyłem ogłoszenie obu koncertów Kanadyjczyków to byłem trochę rozczarowany, bo w stolicy grali w ten sam dzień co maszyna z Birmingham, a dzień wcześniej był ten Gdańsk, no ale stwierdziłem, że się poświęcę i jakoś dojadę na to Pomorze. Patrzę na połączenia z Halle i widzę, że jest to jak najbardziej możliwe, więc nawet się nie zastanawiam i bilet kupuję, gig jest zaplanowany, ale pierwszym warunkiem, by się na nim pojawić było to, abym w Niemczech w ogóle przeżył i jakoś z nich wyjechał. Dokonać mi się tego udało. O swoich przygodach u zachodnich sąsiadów opowiem oczywiście w innym wpisie, natomiast w opisywany tutaj poniedziałek elegancko udało mi się od nich wyjechać. Podróż nie była bezpośrednia, gdyż miałem półtorej godzinną przesiadkę na berlińskim lotnisku, ale przez ten czas się załatwiłem, wypiłem red bulla, pogrzebałem trochę w telefonie, posiliłem się jedną z dwóch kupionych kanapek (drugą zjadłem w drodze - obie zajebiste, ale drogie oczywiście) i ogólnie jakoś wszystko zleciało i sama trasa też najgorsza nie była. Co prawda 12 godzin w podróży to nie przelewki, 2 godziny z Halle do terminala lotniczego w Berlinie + 1,5h przesiadki + 8,5h godziny drogi z lotniska do Gdańska (bo oczywiście musiało być opóźnienie!), ale o dziwo nie zdychałem przez ten czas. Na miejscu byłem ok.18:20 i w pierwszej kolejności poszedłem zostawić swoje rzeczy w mieszkaniu.
W klubie pojawiłem się jakieś 20 minut po otwarciu drzwi, ale udało mi się zająć piękne miejsce przy barierce od strony Chewy'ego. Spodziewałem się pustek, a jednak jeszcze przed supportem paru ludzi już się pojawiło i przed gwiazdą wieczoru doszło ich jeszcze więcej, byłem naprawdę mile zaskoczony frekwencją. Czasy, w których ten zespół grał przed 50 osobami już chyba minęły u nas; jeszcze pamiętam jak w 2012 roku w starej Progresji było nie więcej niż jakieś 70 czy 80 osób - nawet nie liczyłem, ale wspomnienia mi mówią, że na moje gołe oko tych ludzi było naprawdę mało, być może nawet i sporo mniej niż napisałem. A teraz, być może dzięki Mysticowi sprzed 3 lat, być może dzięki zeszłorocznym Innym Brzmieniom, być może dzięki jeszcze innym czynnikom (przysłowiowa moda na koncerty (iks de)? kult bardziej niszowego metalu?) Wojewoda ściąga na swoje koncerty nienajgorsze tłumy, a mnie jako fana ich muzyki to cieszy, no bo czemu tak świetną sztukę gatekeepować i zostawiać dla najprawdziwszych prawdziwków?
Publikę rozgrzewał polski zespół Salo*. Jak zobaczyłem tę nazwę to myślałem, że się zesrają na scenie i będą te odchody wpierdalać. Po tym jak wokalista co jakiś czas wychodził do publiki (w sumie to nie wiem czy i większej części występu wśród publiki nie spędził) to nawet myślałem, że i gdzieś pod sceną to może być zrobione, ale na całe szczęście do niczego takiego nie doszło i cały ten performance przebiegł w stosunkowo higienicznych warunkach. Johnny też widział tę kapelę dzień później i dla niego było to straszne gówno, ale głównie przez transowego/drag queenowego (sorry, nie odróżniam czasem tego) frontmana, którego uznał za odrażającego i wokal za obmierzłe rzygi; instrumentalnie stwierdził, że było jako tako, więc chwała mu, że chociaż od tej strony było nie najgorzej, heh. Mi natomiast ten koncert niesamowicie przypadł do gustu, bo lubię takie noise rockowe/sludge'owe łojenie i w ogóle jak muzyka ma taki, powiedzmy, niebezpieczny i podmiejski klimat (rapu nie lubię, nie myślcie tak xD), trochę mogło to przypominać Swans, trochę KEN Mode, ale były w tym też nierzadko jakieś niestandardowe wartości rytmiczne, co dodatkowo dodawało warstw tym kawałkom. Było i hipnotycznie, i technicznie, i, po prostu, ciężko. Jeden utwór miał nawet nieco black metalową łojącą perkusję. Było ekstra i nawet myślałem o kupieniu czegoś na ich merchu, ale ostatecznie się na to nie zdecydowałem. Lecz i tak, obczaję studyjnie ich twórczość i może znowu się gdzieś przejadę na ich sztukę, bo krajowe zespoły, jeżeli są dobre, warto wspierać. Sam przyznam, że ten temat zaniedbuję i nie szukam chęci i motywacji do sprawdzania polskich artystów, ale Salo doszło do innego zespołu, którego twórczość muszę kiedyś wreszcie ogarnąć - BaarRa, które niesamowicie mi się podobało przed Hexvessel i Aluk Todolo parę miesięcy temu.
Główni zainteresowani mnie nie rozczarowali, ale to co mnie mocno zaskoczyło to brak Snake'a na pozycji frontmana. Zastępował go Eric Forrest, który nagrał z nimi Negatron i Phobos w latach 90', więc zastępstwo było to z perspektywy fana naprawdę świetne i do kolekcji ma się zobaczonego kolejnego członka tej kapeli. Ale widziałem Voivod już trzy razy i za każdym razem w innym składzie, z dwoma różnymi basistami (miałem jeszcze szczęście widzieć Blacky'ego) i dwoma różnymi wokalistami, więc na kolejny gig szykuję się z innym gitarzystą, aby tej wspaniałej tradycji stało się zadość. Rozjebało mnie to, że E-Force, tak wręcz nachalnie i widocznie, sporą część tekstów czytał z ekranu, co nie przeszkodziło mi w odbiorze tej sztuki, lecz ciekawie się to oglądało. Cóż, w ostatniej chwili wskoczył na zastępstwo, z tego co mówili to zaledwie tydzień zastępował Snake'a, więc można mu to wybaczyć, i zresztą, co w sumie kogo obchodzi czym wokalista się wspomaga póki swoje zadanie wykonuje naprawdę dobrze? Podobał mi się występ Forresta, a i sami instrumentaliści jak zawsze nie zawiedli. Co tu dużo będę pisał właściwie? Wszyscy mieli wspaniałą interakcję z publiką, Chewy cały czas był uśmiechnięty, Away nawalał w te gary z absolutną pasją i aż miło się na to patrzyło. Świetnie, że zagrali The Prow, Fix My Heart czy Rise, usłyszałem inną setlistę niż rok temu i to mnie zadowala. Parę powtórek co prawda poszło, ale nie ma to znaczenia kiedy całość podana została w tak dobitny sposób, zaczęli inaczej, ale skończyli tymi samymi dwoma utworami - Astronomy Domine i tytułowym Voivod. Jak tak porównuję to połowa setu tej trasy jest inna od tego sprzed roku. I chwała im za to! W jednym wielkim skrócie, kolejny zajebisty i udany koncert tego zespołu!
Wyszedłem z kostką Chewy'ego i koszulką z Synchro Anarchy - chciałem tę standardową z samym logiem i ich maskotką, ale rozmiaru L już nie było.
* jeszcze ku wyjaśnieniu, gdyby ktoś nie zrozumiał tego mojego nawiązania do srania - jest taki film "Salo, czyli 120 dni Sodomy", w którym ludzie jedzą gówno, i być może je też robią, ale nie pamiętam tego. Obrzydlistwo, którego nikomu absolutnie nie polecam
Ostatnio zmieniony czw lip 30, 2026 8:54 pm przez Caracalized, łącznie zmieniany 1 raz.
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Dobre relka, wszystko się zgadza - swoją skrobnę jutro 
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Muszę przyznać, że miałeś naprawdę mocno intensywny wyjazd. Nie kusiło, żeby w Warszawie jeszcze Voivod powtórzyć przed daniem głównym? 
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12410
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
O kurwa to ten tranzystor obrzydliwiec co się kręcił po hydrozagadce był na supporcie? Dobrze to ominalem
- Caracalized
- -#Moonchild

- Posty: 1951
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Barierka na Priest o wiele ważniejsza 
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Czas najwyższy i na moją relację z Warszawy – sporo dłuższą niż zazwyczaj, ale też uznałem że wydarzenie na to zasługuje. Na wstępie tylko wspomnę że strasznie ubawiła mnie wizja Dzosefa wchodzącego na ostatnie 12 minut Salo, widzącego trzech półnagich typów na scenie i uznającego że ekstrawagancko ubrany pedałek drący się wśród publiczności i obijający się o nią to po prostu jakiś fan któremu bardzo się podoba 
Pod klub wbiłem o 16.40, a więc 10 minut po planowanym Morrisonie, ale jeszcze nie wpuszczali, więc dołączyłem do skromnej kolejki. 5 minut do rozpoczęcia wpuszczania umiliło mi przysłuchiwanie się dwóm chłopakom przede mną, którzy żwawo dyskutowali o Marii Konopnickiej. Po wejściu rzuciłem tylko okiem na merch i zająłem miejsce w pierwszym rzędzie po lewej. Tu podziękowania dla Caracala, który wskazał mi stronę Chewy’ego (to pewnie głównie ja Ci go zasłaniałem Dzosef, sorry
) i dał znać że set będzie króciutki. Prawie pół godziny bez telefonu strasznie mi się dłużyło, ale nie napiszę że całe szczęście że Salo zaczęli 3 minuty przed czasem, bo... straszne to było. Caracal ładnie streścił moje odczucia, dodam tylko że ubrany w fishnet i slipy frontman cały koncert spędził poza sceną, „śpiewając” i obijając się o publikę, ewentualnie wijąc się na podłodze. Mnie raz złapał za koszulkę i byłem tym tak zaskoczony że tylko się głupio uśmiechnąłem, ale połowa typów wyglądała jakby chciała mu spuścić srogi wpierdol XD No kurwa niesmaczne to było w chuj i tylko wyczekiwałem końca. Równe 40 minut to trwało, aż ich wygoniono ze sceny bo zdaje się że przekroczyli czas – 17.52 to stanowczo za późno na koniec pzy planowanym starcie o 18.00 gwiazdy wieczoru, nawet w norze jaką jest Hydrozagadka.
W przedłużającej się przerwie (ostatecznie Voivod wyszli dopiero o 18.22) miały miejsce dwa, a w zasadzie trzy incydenty które mocno mnie podkurwiły. Najpierw jeden z technicznych, polski (wiem bo witał się przed wejściem z ww. chłopakami) dziad zrzucił mi ze sceny pod nogi niedopitą butelkę piwa, mocząc mnie od łydki w dół. Nosz kurwa, mógłby mi nawet bez słowa podać albo rzucić za siebie, ja pierdolę. Następnie laska za mną wcisnęła się przede mną ze słowami „ja tylko coś szybko ukradnę”, sięgnęła i zajebała ze statywu kostkę! No ja pierdolę, koleżanka Thorgala się znalazła, niech się tą kostką udławi kurwiszon jeden. Pierwszy raz coś takiego widziałem i zdębiałem... A na domiar złego chwilę potem techniczny (inny, zespołowy) rzucił okiem i uznając że coś nie gra uzupełnił brak, patrząc na mnie z dezaprobatą i kręcąc głową. Ja odpowiedziałem tym samym, bo cóż miałem zrobić? Całe szczęście to już koniec nieprzyjemności, bo za chwilę zaczął się rozpierdol...
Rudzielec Chewy wjechał na scenę i ze mną pierwszy przybił żółwika, Away w klasycznej koszulce The Beatles i burzą siwych włosów od razu wściekle walący w bębny wyglądał jak szalony kuzyn JMJ, E-Force skojarzył mi się z długowłosym i wychudzonym (o tym na koniec) Henry’m Rollinsem, a Rocky-Jezus fajnie uzupełniał tę wesołą zbieraninę. Na samym początku po mojej prawej kurwiszona zastąpiła laska z flagą, która cały koncert przeżywała tak że aż ciarki mnie przechodziły i miałem flashbacki z Saxon w Dreźnie w ’18. Piękny widok. Gdzieś w połowie dołączyła do niej koleżanka, po tym jak Away podszedł do mnie i wskazał ją z tyłu, prosząc żeby ją wpuścić co oczywiście uczyniłem i za co Szef mi potem podziękował po koncercie, po tym jak kilkukrotnie przytulił i wycałował obie dziewczyny. Drugą połowę gigu spędziłem więc stojąc półbokiem pod dziwnym kątem, z łydką wbitą w głośnik. Niby nie miałem prawa utrzymać pionu w takiej pozycji ale o dziwo się udało, i tak jak kilka razy wcześniej lądowałem łapkami na scenie, tak po zmianie pozycji na mniej wygodną nie zdarzyło mi się to ani razu. Chewy mnie ostatniemu podał prosto do łapki kostkę i satysfakcja wielka, bo wcześniej obdarował wszystkie dziewczyny obok i kilku kolesi po drugiej stronie, gdy zdarzyło mu się zamienić miejscami z Rocky’m. Na sam koniec, na eponimicznym kawałku podstawiał mikrofon publiczności do wydarcia się w refrenie.
Po wszystkim wyszedł techniczny od statywu i rozrzucił kilka setlist, z czego jedna trafiła do mnie. Tę najbliżej na scenie jeszcze przed bisami zwinął facet stojący między mną a dziewczynami, a który wcześniej najmocniej ucierpiał od pedałka więc mu się należała
Jeszcze na scenie piątki zbite z całym składem, który potem pojawił się na merchu. Całkiem spora kolejka się ustawiła więc ruszyłem do wyjścia, mimo że nie spieszyło mi się na Judas Priest. No właśnie... Ten gig miał być swego rodzaju nagrodą pocieszenia po tym jak Ksiądz przeszedł mi koło nosa, i mimo że dowiózł po całości to nie mogę przeboleć że przegapiłem zapewne niepowtarzalną szansę o której wspominał Dzosef, czyli zaliczenia dwóch oddzielnych, dużych koncertów jednego dnia. Bardzo się cieszę że chociaż tu zdążyłem przed finalnie sold outem. Przed, po i w trakcie słyszałem jak całkiem sporo osób rozkminia dojazd na JP, dwupak więc został zapewne zrobiony w całkiem licznym składzie. No ale wieczór i tak niezwykle udany, mam nadzieję że jeszcze będę miał okazję zobaczyć Voivod. Ten był mój pierwszy, mimo że króciutki i bez Snake’a to intensywny jak cholera i w dodatku w śmiesznej cenie. Setlista bardzo spoko, ale nie miałem wobec niej żadnych oczekiwań. Na koniec niestety smutne wieści... Jak się okazuje E-Force walczy z rakiem prostaty, więc tym bardziej szacun za zastępstwo i chuj z ekranem. Snake z kolei siedzi w domu z partnerką chorą na raka w czwartym stadium, a jakby tego było mało to kilka dni temu gruchnęła wieść że siostra Awaya ma raka trzustki. Same potężne nieszczęścia, mam nadzieję że zespół je przetrwa bo zasługuje na to jak mało który.
Pod klub wbiłem o 16.40, a więc 10 minut po planowanym Morrisonie, ale jeszcze nie wpuszczali, więc dołączyłem do skromnej kolejki. 5 minut do rozpoczęcia wpuszczania umiliło mi przysłuchiwanie się dwóm chłopakom przede mną, którzy żwawo dyskutowali o Marii Konopnickiej. Po wejściu rzuciłem tylko okiem na merch i zająłem miejsce w pierwszym rzędzie po lewej. Tu podziękowania dla Caracala, który wskazał mi stronę Chewy’ego (to pewnie głównie ja Ci go zasłaniałem Dzosef, sorry
W przedłużającej się przerwie (ostatecznie Voivod wyszli dopiero o 18.22) miały miejsce dwa, a w zasadzie trzy incydenty które mocno mnie podkurwiły. Najpierw jeden z technicznych, polski (wiem bo witał się przed wejściem z ww. chłopakami) dziad zrzucił mi ze sceny pod nogi niedopitą butelkę piwa, mocząc mnie od łydki w dół. Nosz kurwa, mógłby mi nawet bez słowa podać albo rzucić za siebie, ja pierdolę. Następnie laska za mną wcisnęła się przede mną ze słowami „ja tylko coś szybko ukradnę”, sięgnęła i zajebała ze statywu kostkę! No ja pierdolę, koleżanka Thorgala się znalazła, niech się tą kostką udławi kurwiszon jeden. Pierwszy raz coś takiego widziałem i zdębiałem... A na domiar złego chwilę potem techniczny (inny, zespołowy) rzucił okiem i uznając że coś nie gra uzupełnił brak, patrząc na mnie z dezaprobatą i kręcąc głową. Ja odpowiedziałem tym samym, bo cóż miałem zrobić? Całe szczęście to już koniec nieprzyjemności, bo za chwilę zaczął się rozpierdol...
Rudzielec Chewy wjechał na scenę i ze mną pierwszy przybił żółwika, Away w klasycznej koszulce The Beatles i burzą siwych włosów od razu wściekle walący w bębny wyglądał jak szalony kuzyn JMJ, E-Force skojarzył mi się z długowłosym i wychudzonym (o tym na koniec) Henry’m Rollinsem, a Rocky-Jezus fajnie uzupełniał tę wesołą zbieraninę. Na samym początku po mojej prawej kurwiszona zastąpiła laska z flagą, która cały koncert przeżywała tak że aż ciarki mnie przechodziły i miałem flashbacki z Saxon w Dreźnie w ’18. Piękny widok. Gdzieś w połowie dołączyła do niej koleżanka, po tym jak Away podszedł do mnie i wskazał ją z tyłu, prosząc żeby ją wpuścić co oczywiście uczyniłem i za co Szef mi potem podziękował po koncercie, po tym jak kilkukrotnie przytulił i wycałował obie dziewczyny. Drugą połowę gigu spędziłem więc stojąc półbokiem pod dziwnym kątem, z łydką wbitą w głośnik. Niby nie miałem prawa utrzymać pionu w takiej pozycji ale o dziwo się udało, i tak jak kilka razy wcześniej lądowałem łapkami na scenie, tak po zmianie pozycji na mniej wygodną nie zdarzyło mi się to ani razu. Chewy mnie ostatniemu podał prosto do łapki kostkę i satysfakcja wielka, bo wcześniej obdarował wszystkie dziewczyny obok i kilku kolesi po drugiej stronie, gdy zdarzyło mu się zamienić miejscami z Rocky’m. Na sam koniec, na eponimicznym kawałku podstawiał mikrofon publiczności do wydarcia się w refrenie.
Po wszystkim wyszedł techniczny od statywu i rozrzucił kilka setlist, z czego jedna trafiła do mnie. Tę najbliżej na scenie jeszcze przed bisami zwinął facet stojący między mną a dziewczynami, a który wcześniej najmocniej ucierpiał od pedałka więc mu się należała
- Caracalized
- -#Moonchild

- Posty: 1951
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Bardzo fajna relacja. Więcej takich powinieneś pisać 
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12410
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Czyli nie dość że pedaly, to jeszxze przez nich się opoznilo? Jakim to trzeba być smieciem, żeby jako support na gigu, który specjalnie odbywa się wczesniej opozniac wystep głównej gwiazdy. Kto ich kurwa zaprosil?
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6335
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
XDjohnny_o pisze: ↑wt sie 04, 2026 11:59 pm Następnie laska za mną wcisnęła się przede mną ze słowami „ja tylko coś szybko ukradnę”, sięgnęła i zajebała ze statywu kostkę! No ja pierdolę, koleżanka Thorgala się znalazła, niech się tą kostką udławi kurwiszon jeden. Pierwszy raz coś takiego widziałem i zdębiałem... A na domiar złego chwilę potem techniczny (inny, zespołowy) rzucił okiem i uznając że coś nie gra uzupełnił brak, patrząc na mnie z dezaprobatą i kręcąc głową.
X D
X
D
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Ale Cię wyruchała, johnie wimp 
- Caracalized
- -#Moonchild

- Posty: 1951
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
I to takiego wytrawnego Fantowicza 
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9573
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Dzięki za uznanie, też tak uważam ale jednak wolę przede wszystkim relacje czytać - głównie Twoje i SS, gdzie mi tam do nich 
Opóźnienie częściowo z winy Salo, ale jednak nie w całości, inaczej oznaczałoby że mieli przeznaczony tylko kwadrans - co byłoby spoko, ale jednak nierealne. Nie wiem kto ich zaprosił, stylistycznie nie pasowali, ale może jednak komuś poza Caracalem się spodobali?
Jedno wielkie XD i tak, zostałem wyruchany... Kurwiszon około czterdziestki, metr pięćdziesiąt i czterdzieści kilo - dokonam autocenzury na temat tego co mógłbym mu zrobić
Wytrawny Fantowicz dostał w końcu co chciał i miał z tego tym większą satysfakcję, ale nie jest przyzwyczajony do takiego poziomu bezczelności
Opóźnienie częściowo z winy Salo, ale jednak nie w całości, inaczej oznaczałoby że mieli przeznaczony tylko kwadrans - co byłoby spoko, ale jednak nierealne. Nie wiem kto ich zaprosił, stylistycznie nie pasowali, ale może jednak komuś poza Caracalem się spodobali?
Jedno wielkie XD i tak, zostałem wyruchany... Kurwiszon około czterdziestki, metr pięćdziesiąt i czterdzieści kilo - dokonam autocenzury na temat tego co mógłbym mu zrobić
Wytrawny Fantowicz dostał w końcu co chciał i miał z tego tym większą satysfakcję, ale nie jest przyzwyczajony do takiego poziomu bezczelności
- Caracalized
- -#Moonchild

- Posty: 1951
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
Re: 27-28/07/2026 - Voivod - Gdańsk/Warszawa
Ja tam osobiście uważam, że Salo całkiem się wpasowało przed Voivod. Może inny poziom ciężaru to był, ale "podprogowień", jak pisałem w swojej relacji, nie brakowało. Instrumentalnie jakoś bardzo od Voivod to nie odbiegało. Już bardziej bym mógł stwierdzić na innych przeszłych przykładach, że Five Finger Death Punch do Judas Priest nie pasowało i z tegorocznych Bujaturla też była inną bajką od Suede. Inne przykłady tak z pamięci mi na razie nie chcą przyjść do głowy, a festiwali nawet nie liczę, bo one swoimi prawami się rządzą. W każdym razie, instrumentalnie to nie jest jakaś drastycznie odległa muzyka, nawet z tym wokalem. I sądząc po reakcjach w Gdańsku myślę, że komuś poza mną na pewno się podobali 
