28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Info o koncercie? Zlocie? Imprezie? Patrz tutaj

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1951
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Caracalized »

pz pisze: pt lip 31, 2026 9:10 pm Nie kojarzę, żebym kiedyś aż tak długo pisał. Chyba, że przy SPECJALu :lol:
Ja ją piszę z dosyć dużymi przerwami, na jedzenie, drzemkę, porobienie sobie pewnych manualnych przyjemności, zrobienie herbaty i tak dalej, nie zajmuję się ją cały czas. No i tak, jak ciągle będę tutaj odpisywał to nigdy jej nie skończę :lol:
nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11498
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: nugz »

Haha, ten co się zesrał do mnie :D O ironii słyszał? :) Ale OK, PISZ DLA SWOICH ZIOMECZKÓW, nie dla mnie :)
Naprawdę ktoś to w pełni kupuje, że ja olewam wszystkie relacje i czytam tylko Schizoida, na raty? :)
Jeśli myślisz, że jestem ponad kimś tutaj, to bardzo mi wszystko jedno że tak właśnie myślisz, inaczej faktycznie czułbym, że jestem winien jakieś wyjaśnienia.
Ostatnio zmieniony pt lip 31, 2026 9:44 pm przez nugz, łącznie zmieniany 1 raz.
pz
-#Administrator
-#Administrator
Posty: 21960
Rejestracja: śr maja 07, 2014 12:56 am
Skąd: z Sanatorium

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: pz »

Caracalized pisze: pt lip 31, 2026 9:16 pm
pz pisze: pt lip 31, 2026 9:10 pm Nie kojarzę, żebym kiedyś aż tak długo pisał. Chyba, że przy SPECJALu :lol:
Ja ją piszę z dosyć dużymi przerwami, na jedzenie, drzemkę, porobienie sobie pewnych manualnych przyjemności, zrobienie herbaty i tak dalej, nie zajmuję się ją cały czas. No i tak, jak ciągle będę tutaj odpisywał to nigdy jej nie skończę :lol:
A to rozumiem. Zmienia postać rzeczy. Chętnie poczytam, ale to na pewno jakoś jutro lub w niedzielę (zależy, którego dnia będzie padało :))

02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1951
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Caracalized »

Danie główne, czyli Judas Priest, zostawiłem właśnie na koniec ze wszystkich relacji, gdyż było ono głównym powodem, dla którego w tę podróż w ogóle się wybrałem - Suede i Voivod były jednak przy okazji, ale bardzo dobrze, że i te okazje zaowocowały świetnymi gigami!

Między snem (wyśmienicie mi się spało), a wieczornym wylotem do Dusseldorfu miałem sporo czasu dla siebie, więc w ramach jego zabicia wybrałem się na Odyseję i muszę powiedzieć, że ten film niesamowicie dobrze mi zrobił, moim zdaniem to jest najlepszy obraz Nolana od czasu Interstellar, niesamowicie mnie wzruszył i gra aktorska w nim mnie mocno zachwyciła. Jest to temat na inny wątek co prawda, ale mam gdzieś wierność historyczną czy kostiumową czy scenograficzną kiedy dzieło mnie naprawdę wciąga i robi sobie z moimi emocjami co po prostu chce, to nie jest jakiś dokument czy lekcja historii, a interpretacja epickiego mitu! Właśnie, mitu, z cyklopami, syrenimi śpiewami czy innymi czarownicami. Może gdyby obsadzili greckich aktorów zamiast Amerykanów i Brytyjczyków to byłoby to jeszcze bardziej w duchu tego poematu, no ale i tak, wyszło wspaniale. Po zakończonym seansie wydrukowałem bilety pod złototarasowskim Media Marktem, bo jak byłem w domu to jakoś o tym zapomniałem i zanim skierowałem się w kierunku lotniska to zahaczyłem jeszcze o wietnamską wegańską knajpkę, która znajduje się niedaleko Pardon To Tu, bodajże Loving Vege się nazywa, i wszamałem sobie piękne danie z sajgonkami, makaronem ryżowym i wegańskim odpowiednikiem wołowiny. Kurwa, jakie to było zajebiste to brakuje mi słów. Kocham sajgonki, a zacząłem je ubóstwiać jeszcze w marcu przed koncertem Alexandra Von Schlippenbacha, który właśnie we wspomnianym wcześniej klubie się odbył. Wtedy wziąłem sobie coś innego z nimi, danie bardziej "zupiaste". I cóż, we wtorek przed warszawskim Priest też tam poszedłem i zamówiłem sobie dosłownie to samo co w piątek, zdecydowałem się na bezpieczny dla siebie wybór zamiast kombinować i szukać nie wiadomo czego. I tak, nie potrafię jeść pałeczkami, jak to na cebulaka przystało wziąłem sobie łyżkę i widelec, a i nimi te makarony nie najłatwiej się nabiera; resztę pięknie można sobie nabić. Ale tak, w takiej knajpie zapłacisz 35 zł za jedzenie i spokojnie się nim najesz do końca dnia.

Przybyłem na lotnisko, podchodzę do kontroli bezpieczeństwa i słyszę, że trzeba wyjąć kosmetyki. Myślę sobie "ja pierdolę, naprawdę?". Byłem już na lotniskach we Wrocławiu i Krakowie, na których tego nie wymagali, a w warszafce oczywiście już musi być inaczej... Mój dezodorant przekraczał dopuszczalne 100ml, więc musiałem go wyjebać do kosza. Kurde, jaki ma sens w ogóle coś takiego? Potem przechodzisz przez te bramki i możesz w tych lotniskowych drogeriach kupić kosmetyki powyżej setki i je wnieść do samolotu xD Nie rozumiem czemu i po co ktoś takie coś w ogóle wymyślił. Dobrze, że chociaż perfumy z Jaguara miały setkę, nie znam pojemności swoich psikadeł, bo nawet na takie rzeczy uwagi nie zwracam, ale teraz widzę, że chyba jednak muszę. Oczywiście przez to, że musiałem siebie pozbawić dezodorantu to na jego miejsce kupiłem inny w jednej z tych lotniskowych drogerii, za o dziwo całkiem normalną cenę. Matka mi mówiła kiedyś, abym nie mieszał dezodorantu z perfumami, no ale czuję się tak niepewnie jak pach sobie nie popsikam przed wyjściem z domu. Wiem, że wiele rzeczy prawdopodobnie robię źle, no ale wszystko to jest ku mojej własnej wygodzie :mryellow:

Lot jako tako mi zleciał. Czytałem książkę, a potem ją odłożyłem, bo nie potrafiłem jakoś nie być gdzieś indziej myślami. Jakiś czas po wyjściu z samolotu przejechałem się do centrum Dusseldorfu autobusem, a potem już musiałem dać kosmiczne pieniądze za ubera, który mnie zawiózł do Monchengladbach, bo było biednie z połączeniami do tego miejsca w nocy, a już chciałem iść do łóżka i wyspać się przed kolejnym dniem. Nie powiem nic o Dusseldorfie, bo byłem w nim zaledwie te parę minut, ale moją uwagę zwróciło przejście dla pieszych, takie dziwne, bez pasów. Potem w Monchengladbach i Halle stwierdziłem, że to chyba niemiecki standard, skoro nie tylko w jednym mieście takie te przejścia są.

Połączenia z Monchengladbach do Halle w niedzielę za dnia były tak marne, że musiałem się zdecydować na nocnego Flixbusa, który zawiózł mnie tam bezpośrednio, więc w sobotę rano musiałem się wymeldować z mieszkania i zostawić plecak w skrytce znajdującej jakieś 20 minut od SparkassenPark. Dzień przed tym festiwalem, Bobfest, przychodzi mi na maila powiadomienie, abym przygotował wydrukowany bilet i czytam, że można gdzieś przy jego terenie zostawić bagaż większy niż A5 czy A4 za 2 euro, a ja ze trzy tygodnie wcześniej zarezerwowałem wspomnianą wcześniej skrytkę za jakieś 6 lub 7... Ehh, gdyby wcześniej gdzieś o tym napisali to bym się nawet na to nie decydował, chociaż z drugiej strony może i dobrze, że przechowałem sobie plecak tam gdzie przechowałem, bo przy tym stadionie czy parku mógłbym w nieskończonej kolejce czekać i się srać, że na autobus nie zdążę. Myślę, że i tak i tak bym spokojnie zdążył, ale już mniejsza o to, było minęło i wszystko przebiegło tak jak sobie to zaplanowałem.

Bałem się, że z barierki już jest nici, bo przychodzę z godzinę przed otwarciem bram ok. 11 i widzę, że kolejka nie jest taka mała, lecz obawiałem się niepotrzebnie. Z minutę po wejściu na teren imprezy ujrzałem judasowski merch i tak, koszulki trasowe były, koszulka z Sad Wings of Destiny była, ale nie było tej nowej edycji skrzydeł na 50-lecie, albo nie było albo nie zauważyłem jakoś. Stwierdziłem, że trudno, jak teraz nie ma to może będzie w Halle. No i tak się okazuje, że w Halle ta płyta już była po drugim koncercie tej trasy, no to wtedy kupiłem ją razem z trasową koszulką. Gdzieś obiło mi się o oczy, że ponoć już poszedł sold out, więc dobrze, że tam byłem i się uwinąłem z tym zakupem :mryellow: Póki co raz przesłuchałem tę wersję i dużo do powiedzenia na jej temat na razie nie mam, reverb w Victim of Changes jest bardziej uwypuklony, miks generalnie jest równiejszy i nieco czystszy, dźwięk się nie gubi jak przynajmniej na moim remasterze z 1995 przy Tyrant i wydaje mi się, że ostatnia zwrotka w Deceiver wchodzi trochę wcześniej, ale to mi się może tylko wydaje. Nie mam pojęcia czy remiksowanie tej płyty było bardzo konieczne, no ale fajnie, że ją trochę odświeżyli. I tak, niby ta edycja zaczyna się od Prelude i Tyrant, ale jak ktoś ma tę płytę na winylu to zawsze mógł ją od tego zacząć jak chciał :lol:

Po obczajeniu budki z merchem lekko podbiegłem w stronę sceny i zaskoczyło mnie, że płyta jest oddzielona jeszcze jedną barierką, wiecie, w taki sposób jakby tam był podział na GC i normalną płytę, a w rzeczy samej nic takiego nie było, cała płyta była w jednej cenie. Ale abstrahując od tego, trochę tam podbiegłem i szczerze, nawet nie musiałem się jakoś zajebiście śpieszyć, bo pod sceną malutko było ludzi. Większość pewnie na piwo i kiełbasę poszła. Obawiałem się, że nici z braku barierki, a tu jednak miejsce się przy niej jeszcze znalazło, przy prawej stronie pod wybiegiem. Widok na scenę miałem zajebisty, więc nie narzekałem. Gorzej, że z takim ustawieniem sceny pewnie jest marna szansa na jakieś artefakty, no ale jednak, jak pisałem wcześniej w tym temacie, udało mi się stamtąd wyjść z kostką Andy'ego Sneapa, bo wszyscy po koncercie wyszli na ten wybieg i rzucali kostkami, a Scott wybranym przez siebie ludziom oczywiście pałeczki rozdawał. W trakcie całego występu tylko Halford po tym wybiegu chodził, inaczej jak to miało miejsce przy koncertach innych zespołów, podczas których trochę instrumentalistów (nie tylko wokalistów) po nim się przechadzało.

Zanim przejdę do koncertów, zacznę od tego, że sam klimat Bobfestu strasznie mi nie siedział i stwierdziłem, że nigdy na niego nie wrócę. No, jakbym jeszcze miał po co tam wracać, jak tam głównie hard rockowe i heavy metalowe (power metalowe też) zespoły graja, to co ja takiego mógłbym dla siebie mieć, abym koniecznie musiał wracać? Do tego Monchengladbach komunikacyjnie jest chujowym miejscem. Konferansjerka to coś co mnie na tego typu imprezach wkurwia - w sumie nie tylko tego typu, ogólnie nie lubię i jest to imo niepotrzebne. Coś pierdolą ciągle po niemiecku ze sceny, robią quizy, jakieś inne zabawy, puszczają na telebimach jak ludzi na terenie festiwalu przepytują o coś tam, pewnie jak im się podoba i tak dalej i tym podobne. Głowa mnie od tego nakurwiała, o czym innym kuracjuszom na żywo wspominałem zresztą. No takie festyniarskie klimaty nie są dla tak niezabawowego i ponurego człowieka jak ja :mrgreen: Jak trzeba bronić wiary w heavy metal, to tutaj oczywiście się zajebiście bawię, ale jak trzeba strzelać jadem kiełbasianym to odpadam ;)

Na kapelę rozpoczynającą festiwal, The Gems, trzeba było czekać aż godzinę i czterdzieści minut. Jak się doczekałem to usłyszałem całkiem przyzwoity klasyczny heavy metal w stylu Saxon czy Dio, o ile dobrze pamiętam połowa składu była męska (sekcja rytmiczna), połowa żeńska (wokal i gitara) i jego piękniejsza część nie bała się wybiegu, często po nim stępowała. Nie jest to szczyt gitarowego łojenia, nic oryginalnego w tej muzyce oczywiście nie ma, ale fajnie się tego słuchało. Kolejne na scenę wyszły skurwysynki, czyli Phil Campbell's Bastard Sons. Kto widział ich w Warszawie to podejrzewa jak ten występ mógł wyglądać, ale w świetle dnia było inaczej i dlatego, że ja widziałem ich po raz pierwszy na żywo to mi całkiem to się podobało, nawet darłem ryja do Ace of Spades i pokazałem fucka temu basiście - a niech kurwa ma! Ale setlista była nieco inna, większość pozycji była taka jak na Torwarze, ale obyło się bez Heroes i Dark Days. Chciałem być w tak dobrym nastroju jak się tylko da, więc okazji do takiej bezczelnej zabawy sobie w sumie nie chciałem odmawiać, ale potem jak na scenę wszedł Nestor, to kurwa, zdychałem tam! Nie jestem w stanie się bawić przy tak gównianym power metalu, który chce być jakimś, nie wiem czym, metalowym odpowiednikiem ejtisowego popu? Nachalne pedalskie melodyjki i chwytliwe podniosłe refreny z wysokimi wokalami to coś czego naprawdę nienawidzę. Gdybym był z jakąś dziewczyną wtedy to głupio byłoby mi ją dotykać przy tej muzyce, a kolegę byłoby głupio jeszcze bardziej. Nieznośny syf, a musiałem aż godzinę przy nim wytrzymywać. Panowie byli przebrani za jakichś kapitanów. Nie odmawiam im, że potrafią grać na swoich instrumentach, wokaliście umiejętności również, tylko szkoda, że te swoje skille wykorzystują do czegoś tak okropnego. Gdybym coś takiego stworzył to wstyd byłoby mi z domu wychodzić, a co dopiero pokazywać się z takim czymś na koncercie, więc goście mają sporo odwagi, nie powiem. Good for them skoro są dumni ze swojej twórczości, ja natomiast przyśpieszyłbym swoje samobójstwo gdybym coś takiego wytworzył. No ale ja to ja, mnie nie trzeba ani słuchać ani czytać. I ciąg chujowizny musiał się niestety zachować, bo po tych kapitanach na scenę wyszło Beyond the Black z laseczką na wokalu i badziewnymi animacjami na ekranie, w dodatku w jednym momencie tego występu wokalistka nałożyła na siebie takie skrzydła tandetne, że jakieś dożynkowe akcesoria wyglądają przy tym jak najwyższej jakości dzieła sztuki. Absolutna tragedia, panowie, tragedia i upodlenie. Laseczka całkiem ładna, więc przynajmniej miałem na co popatrzeć przez ten czas - ktokolwiek z nią teraz jest to winszuję, że ma odwagę się do niej przyznawać :lol: Jej wokal był przeciętny, instrumentalnie muzyka bardzo taka sobie, może z jakieś parę procent lepsze od Nestora to było, ale i tu się wynudziłem i chciałem, aby ten quasi-symfoniczny power czy co to było się skończył jak najszybciej. Jak dla mnie szajs, ale komuś kto lubi klimaty jakiegoś Nightwisha czy innej Epiki albo Primal Fear może by się to spodobało. Najgorsze na szczęście za mną, a przed heavy metalową maszyną z Birmingham zostało do usłyszenia tylko Airbourne. Czy pisałem, że wcale nie byliby lepsi od skurwysynków gdyby supportowali JP na Torwarze czy w Halle? No i nie byli, przynajmniej jak dla mnie. Szczerze, ja takiego rocka chyba najzwyczajniej w świecie po prostu nie lubię, nigdy wielkim fanem AC/DC nie byłem w swoim życiu, ale są utwory, które naprawdę mi od nich siadają. Ta podróba również ma nienajgorsze Too Much, Too Young, Too Fast i trochę się zdziwiłem, że tak znany utwór zagrali jako drugi w kolejności, no ale Judas Priest też lubi ostatnio dawać swoje hity na początek seta. Ogólnie, było po prostu przyzwoicie i nic poza tym. Jak wspominano, ciągle rzucali piwem, ciągle biegali po tej scenie i wybiegu i coś tam ledwo co jamowali i stękali; no, mi się to nie podobało i nie wiem czy chce mi się dalej pisać jak bardzo ten koncert mi się nie podobał :lol: Owszem, było to o jakiś poziom czy dwa wyżej od dwóch poprzednich zespołów, ale dobrze mi nie zrobili. A to rzucanie piwskiem w publikę też w stylu jakiegoś woodstocku czy innych marnych spędów było. Ja pokrzywdzony na szczęście nie zostałem, ale współczuję ludziom, którzy zostali tym trafieni. To nie jest klasowy rock and roll, a zwykłe bydlęctwo xD

Na całe szczęście, nadszedł czas oczekiwania na gwiazdę wieczoru i jak można się łatwo domyślać, bardzo byłem ciekaw co Halford z ekipą tego wieczoru skombinuje. Tak jak i wielu fanów, nastawiałem się na dużo Sad Wings of Destiny i coś więcej z Turbo poza Turbo Lover. "Jak będzie, zobaczymy", sobie pomyślałem. Opadła niebieska kurtyna, na której zaprezentowane były grafiki wszystkich albumów, w których Rob miał swój udział, pomijając oczywiście te z Ripperem jakby zupełnie nie istniały, ale czy mogło to być spodziewane? Patrząc na to jaki zespół ma stosunek do tych albumów obecnie, jak najbardziej. Poleciało intro trasowe, a zaraz po nim You've Got Another Thing Comin'. Można podejrzewać co sobie pomyślałem, nie? "O KURWA", bo co lepszego człowiekowi mogłoby przyjść do głowy w takim momencie? xD W ostatnich latach przesuwali ten utwór coraz bardziej na początek setlisty, był na drugiej pozycji, rok temu na trzeciej, a teraz awansował aż na pierwszą. Czy taki hit w średnim tempie to dobry otwieracz, można polemizować, ale przynajmniej jest to coś rozpoznawalnego, więc jakiś sens w takim rozpoczęciu koncertu widzę. Następnie poleciało Metal Gods i można się zgodzić ze Schizoidem i kimś innym, że ta początkowa sekwencja może nie jest najbardziej energiczna i spektakularna, ale mi osobiście jakoś nie przeszkadzało, że nie zostałem uraczony jakimiś petardami na start. Jak zaczęli grać The Ripper to oczywiście nastawiałem się na to, że już zaczyna się ta najbardziej interesująca mnie część sztuki. Wtedy też zwróciłem uwagę, że pisk Halforda na początku został zastąpiony przez gitarę, coś w stylu Slayera i ich interpretacji Dissident Aggressor, ale biorąc pod uwagę wiek Metalowego Boga można zrozumieć czemu mogli na taki zabieg się zdecydować. Personalnie, ja wolę jednak albumową wersję tego utworu, bo jest bardziej klimatyczna i ten gong przed "Any back alley street" jednak robi wrażenie. Ta na Unleashed jest energiczniejsza, jak najbardziej, ale na Sad Wings jest lepsza atmosfera co mi jakoś po prostu bardziej odpowiada. Wykonanie na Bobfeście całkiem dobre, lecz nie jakieś bardzo perfekcyjne. The Sentinel mnie bardzo ucieszył, tak samo jak i Steeler czy Delivering the Goods, szczególnie Delivering the Goods! I fajnie, że znowu usłyszałem Halls of Valhalla po takim czasie. Ale jakoś w okolicy Lightning Strike doszedłem do wniosku, że chyba w chuja sobie polecieli trochę z tymi rocznicami i moje obawy były słuszne, bo do końca ze skrzydeł tylko Victim of Changes jeszcze usłyszałem, a z Turbo zagrali tylko to Turbo Lover. Tak, Halford niby mówił w wywiadzie, że MOŻE coś z tego Turbo więcej zagrają, nie NA 100%, więc teraz z czasem można stwierdzić, że niczego jednak nie obiecywał. I mówił o tym w kontekście Bloodstocku, więc kto wie czy tam czegoś nie przyszykują, w co powątpiewam mocno. Statystycznie, niby jest to możliwe, ale się nie łudzę. Lecz z tym Sad Wings of Destiny, po tym jak dali koszulkę ze wzorem z tej płyty na merch, jak przywieźli to nowe wydanie ze sobą w trasę, jednak polecieli sobie w bambuko. No ale z jednej strony też, co możemy z tym zrobić? To mogą być jedne z ostatnich okazji, aby JP na żywo w ogóle jeszcze zobaczyć, więc ja tylko się cieszę, że tegoroczne okazje wykorzystuję tak dobrze jak jestem tylko w stanie, a że zaniedbali temat tego arcydzieła w setlistach to niby powinna być drugorzędna kwestia. Nie podoba mi się to, że Ameryczka dostała Genocide i Out in the Cold, a Europa do tej pory jest pokrzywdzona i tych wspaniałości nie doznała. Niby trudno, no ale jednak bardzo szkoda, że tak jest jak jest. Odchodząc od tematu setlisty, wspominając o względach czysto wykonawczych, instrumentalnie było jak najbardziej w pytę, natomiast wokalnie bardzo różnie i bynajmniej nie jest to najlepszy performance jaki usłyszałem od Halforda, mógłbym nawet stwierdzić, że dyskusyjnie był on najsłabszy ze wszystkich. Koncert całościowo nie najsłabszy, ale wokalnie w Panic Attack było mocne niedomaganie, w ogóle nie słyszałem tego wokalu w wielu momentach i Painkiller oczywiście też był dosyć słabo zaśpiewany. Lasery i to oświetlenie mnie jakoś bardzo nie uraczyły, bo cały występ się odbył praktycznie za dnia jeszcze, jak skończyli to nocy jeszcze nawet nie było. Jestem zadowolony z tego koncertu, mój dziesiąty Judas Priest i jak to na taką piękną okrągłą liczbę powinno przystać, wreszcie udało mi się wyjść z jakimś artefaktem z ich gigu! Wcześniej mi się to nie udawało, więc po piętnastu latach wreszcie się coś trafiło! :mryellow: Ale przy mnie na tym koncercie była taka stypa, że głupio mi było nawet Painkillera i inne utwory śpiewać, a raczej krzyczeć. Nie wiem, może to Niemcy, może u nich tak jest, ale plus przynajmniej dla nich, że nie robią bydła pod sceną i się nie przepychają. Za to śmieci i petów i jedzenia na ziemi to się nie wstydzą już zostawiać, w tej fosie był taki syf, tyle jakichś kubków zużytych czy petów właśnie i nikt nawet nie miał zamiaru tego posprzątać, nie wiem czy kiedykolwiek takie coś widziałem między sceną, a barierkami. Nie wspomnę o tym co było dzień później w Halle, gdzie jakiś gość jadł bułkę z kiełbasą i potem to wyjebał na ziemię - nie wiem czy nawet pz albo barsiarz w to nie weszli.

No i po koncercie. Wracam na merch zobaczyć czy znowu nie ma tego nowego Sad Wings of Destiny i ponownie go nie dostrzegłem. No to wychodzę ze SparkassenPark, kupuję wodę i colę light (tak, w Niemczech mają colę light, taką srebrną!) na najbliższej stacji paliw i kieruję się do skrytki, w której zostawiłem plecak. Może nie będę tu pisał od A do Z całej drogi, którą przebyłem na dworzec, ale im bliżej niego byłem to czułem się jakoś bardziej nieswojo. Niby Monchengladbach to zadupie, ale jakichś przybyszów inżynierów nie brakowało. W kolosalnych ilościach ich nie było, nie było sytuacji, w której czułbym się niebezpiecznie, ale po prostu, powiem wprost, że jak słyszę jakieś arabskie disco polo z czyjegoś samochodu to już uruchamia się we mnie jakiś wewnętrzny niepokój. To co mnie jakoś lekko zaskoczyło to to, że po 23 pod tamtejszym McDonaldem były jakieś rodziny z dziećmi czy jacyś pojedynczy rodziciele czy wujkowie (mam nadzieję, że nie były uprowadzone przez pedofili) z nimi. O takiej porze. W Polsce taka sytuacja jest nie do pomyślenia, aby dziecko zabierać do maka w nocy. Samo miasto i jego okolice potrafiło na mnie zrobić pozytywne wrażenie, ale i neutralne, tragedii nie było. Najbardziej negatywna rzecz jaką będę z tej podróży pamiętał to ten nocny Flixbus, który zawiózł mnie bezpośrednio do Halle. Problemem nie było dla mnie to, że nigdy w jednym miejscu tylu murzynów i (czarnych of course) matek z dziećmi nie widziałem. Problemem było to, że kieruję się w stroję swojego miejsca, a tam jakieś dziecko śpi. Mówię kobiecie, że tam gdzie ono śpi jest moje miejsce, a ona się pyta, czy nie możemy się zamienić miejscem. Pytam się, które ma i podchodzę do tego fotela, który mi wskazała. I co? Jakiś czarny osobnik tam śpi, a obok niego inny czarny patrzy na mnie w jakiś dziwny sposób, a że nie chciałem zginąć w obcym kraju to po prostu usiadłem na najbliższym wolnym miejscu i na nim byłem już do końca tego przejazdu. Te 6,5 godziny najgorzej mi może nie minęło, no ale jednak nie ogarniam co oni w tych niemieckich flixbusach robią. Kurde, matki kupują te bilety tylko na siebie i błagają kierowców, aby je wpuścili z dziećmi, bo dziecka nie mogą zostawić? No kurwa, tak to wygląda. Wnerwiająca i frustrująca sytuacja, ale dobrze, że mam ją za sobą.

W Halle wylądowałem krótko po 7 rano, ale aż do 13 musiałem coś ze sobą zrobić, bo o pierwszej po południu właśnie dopiero mogłem się zameldować w swoim punkcie noclegowym. Posiliłem się jakimiś kanapkami, wypiłem standardowego cukrowego red bulla, pochodziłem po rynku głównym, który zrobił na mnie naprawdę świetne wrażenie, uznałem Halle za piękne miasto i jakoś ten czas przetrwałem. Nie miałem głowy na to, aby iść do muzeum Handla, nie miałem w ogóle głowy na takie rzeczy, więc samo spacerowanie i oglądanie architektury mi wystarczyło. Po jakimś czasie niesamowicie oczekiwałem tej trzynastej, bo padałem jak mucha, w autobusie może z godzinę się zdrzemnąłem, więc można sobie wyobrazić jak mogłem być wyjebany. Jak już udało mi się dostać do swojego lokum to ze dwie godziny pospałem, wstałem, wziąłem prysznic, podsuszyłem się, wyszedłem z tej kamienicy i kierowałem się pod halę. Najpierw podjechałem tramwajem na dworzec główny, a potem z dworca głównego pociągiem, przystanek jest praktycznie przy Halle Messe.

Z tego przystanku praktycznie biegłem, bo nie chciałem trafić na najgorszy ścisk pod sceną i pasowało się dostać do forumowych kolegów. Jak wysiadłem z pociągu to było po otwarciu bram już jakieś dwadzieścia minut, może piętnaście, kiedy byłem przy wejściu do hali nie było żadnej kolejki, praktycznie od razu zeskanowano mi bilet i wszedłem, więc zacząłem być dobrej myśli. Zauważyłem, że w tym miejscu nie ma żadnych trybun, tylko płyta. Po jakichś paru minutach poszukiwań w końcu natrafiłem na pz'a i barsiarza, a potem jeszcze małżonka tego pierwszego wróciła i ucieszyło mnie, że z kimś to wydarzenie przeżyję, a nie sam tym razem. Tak więc ponownie bardzo dziękuję pz'owi, że mnie przygarnął do swojej ekipy. Jakoś zleciało na pogawędkach, pogaduszkach, była nawet jakaś wspominka o ulubionej redaktorce Sanatorian, a potem nagle na scenę piętnaście minut przed czasem wszedł Dirkschneider; jego wejście poprzedziło The Number of the Beast z głośników. I przyznam, że wspaniale na tym koncercie się bawiłem! Kojarzyłem, że niby miało być grane całe Balls to the Wall, ale repertuar był jednak dosyć przekrojowy, z Breaker, Princess of the Dawn, Midnight Mover, Fast as a Shark czy Burning na sam koniec. I ten gig tak mi się spodobał, że trochę się zastanawiam nad Acceptem w Gliwicach - co prawda to Accept bez Dirkschneidera, Wolf Hoffman & Friends i w ogóle, no ale bardzo dawno ich już nie widziałem, to może nawet i w obecnej wersji bym się na nich skusił. Zobaczę jeszcze.

O występie Bogów Metalu powiem tyle, że na pewno było lepiej niż dzień wcześniej, lepsza forma wokalna Halforda, bo w Panic Attack już tym razem coś udało mu się dociągnąć i też dzięki temu, że ten koncert był w środku to klimat był nieco lepszy. Takiej stypy nie było, ale wciąż byłem chyba jednym z najaktywniejszych uczestników tego koncertu. Było wspaniale, może ten kamerzysta przede mną lekko mi psuł odbiór, ale ogólnie byłem ukontentowany. Kostka Hilla zabrana ochroniarzowi z ręki, więc i z kolejnym trofeum wyszedłem!

Nie ma już czego prawie zbierać, a jeszcze został koncert w samej stolicy Polski. To co było pomiędzy zostało napisane, a z tego co nie było muszę absolutnie podziękować Schizoidowi za to, że przyjął mnie do siebie i kolegi Mikojaski, naprawdę świetnie było trzymać z Wami barierkę i tę flagę! O skurwysynkach nie wyskrobię już nic ponadto niż to co wyskrobane zostało wyżej, i bardzo podobnie jest już z JP. Był to kolejny świetny koncert, ale jakoś mniej się na nim skupiłem niż w Halle i Monchengladbach. Tak, byłem zanurzony w muzyce, darłem ryja i w ogóle, ale mam wrażenie, że jakoś nie wyniosłem z tego gigu tyle ile bym mógł. Na pewno ten końcowy krzyk w Victim of Changes wypadł najlepiej ze wszystkich tych trzech koncertów, lecz całościowo Halle chyba najlepiej mi podeszło. Nagłośnienie wszędzie było świetnie wyselekcjonowane, bas naprawdę pięknie był wysunięty. Jak będę w Ostrawie to na pewno bardziej skupię uwagę na lasery, bo ten aspekt właściwie zaniedbałem i trochę spuszczę z tonu, abym słyszał lepiej Robiego zamiast siebie :lol: No ale pod względem zabawy i towarzystwa było jednak zajebiście. Chociaż jedno o czym jeszcze zapomniałbym wspomnieć to te przemowy Halforda. W trakcie całego występu są dwie, przed Breaking the Law na każdym koncercie praktycznie taka sama i gdzieś w drugiej połowie setu o tym jak to już ponad 50 lat ten heavy metalowy wózek ciągną i jak to bardzo obrońcy wiary w ten metal troszczą się o siebie i w ogóle. Wiadomo, takie tam bzdety, które wydaje mi się, że niekoniecznie pokrycie z rzeczywistością muszą mieć, ale Halford lubi takie podniosłe rzeczy wygłaszać. I ta warszawska przemowa była bardzo podobna do tej z Monchengladbach, natomiast w Halle była zupełnie inna, wtedy siadł sobie nawet na krzesełku i wspominał o niemieckich maniakach i Dirkschneiderze, że u Niemca jest taka dobra metalowa scena i w ogóle. Tak sobie pomyślałem wtedy, że fajnie, Halford nie uczy się tych przemówień na pamięć chociaż, a tu dochodzi do Warszawy i jest prawie tak samo, o ile nie identycznie, jak na pierwszym koncercie :lol: No ale to tylko taka ciekawostka, o której chciałem jeszcze napomknąć.

Jeszcze raz dziękuję każdemu za wyborne towarzystwo!
I pozdrowienia ślę również innym użytkownikom, których po raz pierwszy w swoim życiu spotkałem - Sardiemu, manicheanowi i Dżosefowi.

Do zobaczenia w Ostrawie!
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9562
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: johnny_o »

Zajebista relka!
pz
-#Administrator
-#Administrator
Posty: 21960
Rejestracja: śr maja 07, 2014 12:56 am
Skąd: z Sanatorium

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: pz »

Takie imprezy jak ten fest, gdzie cały dzień stoisz na barierce i słuchasz rzeczy, na które nie masz ochoty , potrafią człowieka wykończyć. Samemu potrafi być naprawdę ciężko. W Halle rzeczywiście nasza polska epika była najaktywniejsza na koncercie. No, ale to nie było specjalnie trudne :lol:

02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1951
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Caracalized »

No i zapomniałem dodać, że pod tą sceną było naprawdę luźniutko w porównaniu z tym co przeżywałem na Torwarze dwa dni później. Taka przestrzeń to jest naprawdę coś świetnego! Przede wszystkim w Halle było tak dobrze, ale w Monchengladbach miałem dosyć wygodną barierkę, co nie zawsze musi być oczywistością. Znaczy tak, przeżyliśmy spokojnie w tej Warszawie i nas nie zepchano, od początku do końca w tym samym miejscu byliśmy, no ale ciasnota jednak była. Easily najciaśniejsza barierka jaką miałem w tym roku.
Awatar użytkownika
krusejder
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 11501
Rejestracja: wt sie 10, 2010 12:46 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: krusejder »

NESTOR to nie jest power metal :) to zajebisty band AOR, czyli grający muzykę pod Europe, Foreigner czy Journey
Najbliższe koncerty w 2026: White Buffalo, Hollywood Vampires, Doogie White, Blaze Bayley, Mostly Autumn weekend, Hallas, Coroner, Deep Purple, Quidam, Europe, Maiden United, Still of the Night ...
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1951
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Caracalized »

Wciąż syf :D
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13228
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Schizoid »

Fajna ściana tekstu. Niemcy słabo się bawią, niestety mam tutaj podobne doświadczenia. Może w Czechach publika będzie okej. Widzimy się jutro :)

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Shedao Shai
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6335
Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
Skąd: Wrocław

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Shedao Shai »

Szacunek za rękę, Caracal. Nuzgowi pewnie przepaliłeś bufor koncentracji na tydzień :mrgreen:
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1951
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Caracalized »

Schizoid pisze: sob sie 01, 2026 3:22 pm Fajna ściana tekstu. Niemcy słabo się bawią, niestety mam tutaj podobne doświadczenia. Może w Czechach publika będzie okej. Widzimy się jutro :)
W 2015 w Brnie stypa była przeokropna wokół mnie i ostatnio na Cooperze czy ZZ Top też dużo lepiej nie było, ale przynajmniej teksty były śpiewane przez część publiki 😁 Więc bardzo na tych Czechów bym nie liczył, to też stypiarze są :D Ale w Ostrawie chyba jeszcze więcej Polaków poza nami też powinno być, tylko mam nadzieję, że nie będą bydła robić.
Shedao Shai pisze: sob sie 01, 2026 3:35 pm Szacunek za rękę, Caracal. Nuzgowi pewnie przepaliłeś bufor koncentracji na tydzień :mrgreen:
Dzięki za docenienie! Takie epiki nie są dla byle wimpa, to nic dziwnego, że mógł się przepalić.
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12410
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Bon Dzosef »

Czesi to najwieksi stypiarze w Europie obok Holendrow, Niemcy to psy nich latynosi.
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9562
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: johnny_o »

Bon Dzosef pisze: sob sie 01, 2026 4:53 pm Niemcy to psy
Prychłem, jakże pasuje! :lol:
Awatar użytkownika
Kevin18
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1992
Rejestracja: sob mar 27, 2010 4:17 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Kevin18 »

Bon Dzosef pisze: sob sie 01, 2026 4:53 pm Czesi to najwieksi stypiarze w Europie obok Holendrow, Niemcy to psy nich latynosi.
Co jest ciekawe pod tym względem że tylko Niemcy mają więcej festiwali metalowych niż Czesi. Nieźle jak na naród stypiarzy ;)
www.last.fm/user/darkfuneral18
nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11498
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: nugz »

Caracal, już mi odpuść, Brutalu.
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9562
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: johnny_o »

Brutal Assault :lol:
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12410
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Bon Dzosef »

Kevin18 pisze: sob sie 01, 2026 5:16 pm
Bon Dzosef pisze: sob sie 01, 2026 4:53 pm Czesi to najwieksi stypiarze w Europie obok Holendrow, Niemcy to psy nich latynosi.
Co jest ciekawe pod tym względem że tylko Niemcy mają więcej festiwali metalowych niż Czesi. Nieźle jak na naród stypiarzy ;)
Nie mozna im odmowic pasji do muzyki, widac to zarówno po organizatorach (rozsadne ceny, układy festiwali takie zeby było dobrze a nie zeby dopchac: pozdrawiam Mystic), jak i fanach - tradycje jezdzenai na swoje lokalne festy od czasów Ulricha Von Jungingena. Tylko nie bawia sie na koncertach, nie maja w sobie energii. Z drugiej strony w przypadku Niemcow to dobrze, jak ostatnio rozpierała ich energia to cala Europe rozjebali.
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 9827
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: Zajzajer »

ale ten kraj - Niemcy ma najwiecej koncertów obok angoli jesli chodzi o koncerty w europie, i sprzedaż płyt jest tam na bardzo wysokim poziomie. Dobry rynek, dla fana.
Zajzajer on the Road 2026:
nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11498
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: 28/07/2026 - Judas Priest - Warszawa

Post autor: nugz »

Pielgrzym jakże zaskakująco ocenił - trasa jest super :) Znów pogadał z Robem, na Polskiej Ziemi. Dwóch lokalnych patriotów nic z tym nie zrobiło, pasywność, Orzełek krwawił tamtego wieczora...
ODPOWIEDZ