Ogólnie o koncertach

Info o koncercie? Zlocie? Imprezie? Patrz tutaj

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

nugz
SMERF MARUDA
Posty: 11494
Rejestracja: ndz lip 15, 2018 10:08 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: nugz »

No. okres z Paddenem był super.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13227
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Schizoid »

Kojarzy ktoś, czy na GA w Ostravar wchodzi się dużym wejściem czy od ul. Ruskiej? Nikt nic nie wie.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Shedao Shai
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6325
Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
Skąd: Wrocław

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Shedao Shai »

W piątek skorzystałem z rzadkiej okazji, jaką był interesujący mnie koncert lokalnie, we Wrocławiu. Było to Mushroomhead w klubie Łącznik (więc może przesadziłem z tym "lokalnie").

Kiedyś trochę słuchałem Mushroomhead, nie za mocno, ale na tyle, żeby nazwa utkwiła mi w pamięci. W 2022 roku zespół po raz pierwszy przyjechał do Polski - do Warszawy, rozważałem, ale posłuchałem ich sobie ponownie i w ogóle mi się nie podobało xD więc odpuściłem. No ale skoro pojawili się już prawie lokalnie...

Wspaniały organizator Winiary Bookings przygotował bardzo przyjazną czasówkę - 20:30 wchodzi Mushroomhead, zero supportów. Do tego zespół gra krótkie koncerty (ten wrocławski trwał 1h i 5 minut), więc nawet wliczając godzinę powrotu z Łącznika, dawało to nadzieję na pójście spać o ludzkiej porze (i tak rzeczywiście było).

Jeśli ktoś nie kojarzy Mushroomhead, to jest to taki Slipknot który nigdy nie wyprodukował hitu i nie przebił się do masowej publiki. Zatem zamiast w halach grają wciąż w małych klubach (i ich nie wyprzedają xD). Porównanie do Slipknota jest trafne, bo grają podobną muzę, też występują w maskach; zresztą wg wiki oba zespoły miały przez lata kosę xD
W zespole miały miejsca też na przestrzeni lat ostre przetasowania personalne; z założycielskiego składu obecnie jest tylko perkusista, a tak to mamy ludzi którzy dołączyli w 2012, 2018, 2021... itd. Skład jest też liczny, bo obecnie to 10(!) osób. Zabawnym faktem jest też, że istnieje zespół The Ex-Faces, w którym gra siedmiu(!!!! XD) byłych członków Mushroomhead.

Sam koncert zaczął się punktualnie. Ludzi było tak... OK, nie było wstydu, ale też nie było ścisku, na spokojnie stanąłem sobie pod sceną. I podobał mi się ten występ. To chyba ten typ, który bardziej podoba mi się live niż studyjnie. Fajny, energiczny występ. Mimo, że krótki, to nie miałem uczucia niedosytu. Po zakończeniu kilkoro członków zespołu wyszło do publiki, więc kupiłem sobie na merchu najnowszą płytkę i dałem do podpisu.
Z ciekawostek, oprócz perkusisty na scenie było dwóch facetów z wodnymi bębnami, pierwszy raz widziałem coś takiego. Muzycznie niespecjalnie one się dokładały, chodziło raczej o efekt wizualny, ale wyglądało to fajnie. No i czasem ochlapywało to stojących pod sceną, co było przyjemne w tym tropikalnym upale xD
Awatar użytkownika
Mr. M
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6213
Rejestracja: pt sty 08, 2010 4:21 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Mr. M »

Schizoid pisze: czw lip 30, 2026 4:20 pm Aha, okej, ja błędnie zrozumiałem, że to są foty z ostatnich dni. To przepraszam za zamieszanie.

Inna sprawa że nie wiem po co coś takiego w ogóle wstawiać
Też nie wiem jaki proces zadziałał podczas pandemii u Jeffa, ale od jakiegoś czasu profil Annihilatora na fb wygląda jak shitpost boomera, który co tylko sobie przypomni o jakiejś sytuacji sprzed 15, 20 czy 30 lat, to postanawia o tym wrzucić posta. Stąd takie kwiatki, jak kompletnie z dupy wrzucone foty i zachwyty z koncertów w Rosji w 2010 roku. Dlaczego nie ma ochoty już grać koncertów, to pewnie poza nim nikt nie wie, a szkoda, niektóre strzały z dyskografii bardzo lubię i chętnie bym się wybrał, szczególnie ze Stu na wokalu.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13227
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Schizoid »

Glenna Hughesa na żywo już raczej się nie uświadczy. Właśnie zapowiedział emeryturę koncertową z powodów zdrowotnych, ma mieć operację serca. Niby "for the forseeable future", ale młodzieniaszkiem już nie jest.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12409
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Bon Dzosef »

Brutal to dla mnie zawsze był festiwal taki jak Keep it True. Co roku fajny sklad, co roku prosty dojazd, co roku myslalem i nigdy nie byłem. Błąd z KiT naprawilem rok temu, w tym przyszła pora na odwiedziny w Jaromerze.

Na wyjazd zdecydowalem się tak naprawdę last minute, dopiero w poniedzialek kupiłem bilet z drugiej ręki, udało się też odkupic za pół ceny hotel i znalezc współlokatora, zatem cały wtorek ogarnialem sprawy, a było tego tak dużo, że pakowac zacząłem się dopiero w srode nad ranem. Szybka prycha i hop do ciuchci, ktora chwilę po 5:00 zabrała mnie na poludnie, dworzec cały wypchany był fanami murzyna weekenda.

Pociąg do Pardubic okazal się teleportem, przespalem cała trasę i niedługo potem melduje się w Hradcu. Organizacja top, szybki check in, już w hotelu dostalem opaske, mogłem zasilic gojskiego chipa, dostałem update apki żeby móc rezerwowac shuttle busa - wow.

Przez opoznienie pociągu Pardubice Hradec nie udało mi się zobaczyć Armored Saint, więc festiwal zaczalem od Metal Church. Zespol, który po smierci Howe'a i angazu fleta Lopeza skreslilem, ale nowy wokal i Ellefson na basie dali nowe zycie zalodze Kurdta i już się ciesze na powtorke w Krakowie. Następnie Elder i tu mogłem zwiedzic twierdze, bo grali na scenie Obscure. Miejscówka jest genialna, pierwszego dnia nie odkryłem wszystkich zakamarków, ale poruszanie się po Twierdzy to czysta przyjemnosc, nie korkuja się ciagi komunikacyjne, transport na wszystkie sceny jest bardzo sprawny… z wyjatkiem Octagonu. Ten jest otoczony murami, wchodzi się do niego ciasnym korytarzem i trzeba wbic wczesniej, żeby zobaczyć koncert. Ale to nie jest duży minus.

Czasowka nie wybaczała, więc koncerty Coven, Samael i Nevermore widziałem niepełne, ale każdemu z zespolow dałem pol godziny. Nevermore zasluguje tu na wyroznienie, Turek okazal się niesamowitym wokalista i frontmanem, naprawdę wysoki poziom.

Zarwana nocka dawała się oczywiście trochę we znaki, ale Municipal Waste z barierki mnie rozruszało, chociaz zaluje że dałem się na ten front namowic, plywakow więcej niż w Cuecie, konkretne pchanie, nie spodziewalem się że w Czechach to możliwe. Na koniec Triptykon i Amenra, ale o ile Tom G Warrior to jeden z moich ulubionych przedstawicieli ekstremy, tak wokal w Amenrze był niepowazny i komediowy, więc wyszedłem.

Dzień drugi - wake up dead. Mimo wszystko lepiej w łóżku niż w namiocie, ze śniadankiem i busem pod sam fest. Dzień zaczynam od absolutnego zjawiska, Krolowa Szczurzego Zamku absolutnie pozamiatała, mialem iść w Wwie ale z racji na ich obecnosc na BA i lokalizacje koncertu w jebanej saunie sprzedałem tixa. Trochę zaluje, bo ten projekt to cudowne zjawisko, czyste retro. Jaram się i chce więcej. Drugim highlightem był oczywiście Death Angel, nie ma lepszej czysto thrashowej zalogi niż ta ekipa i nie ma dyskusji, jak zawsze weszli i rozjebali.

Festiwal obfitował też w odkrycia, bardzo siadły mi dziewuchy z Kittie, chociaż nie wiem czy dobre dupy bo stały daleko. Idealny zespół na srodkowe festiwalowe sloty, tak żeby posluchac i jeść.

Jesli już przy szamie jesteśmy to wybor był naprawdę dobry, ceny co prawda bardzo wysokie, ale dalo się ojebac potezna kiełbe ponizej 30 zlociszy. Z racji na moje dietetyczne ograniczenia wiele nie probowalem, ale wyglądało to dobrze.

Wracajac do odkryc bardzo klimatyczny był Psychonaut, ale moje serce skradł Draconian. Wspaniałe, klimatyczne granie i tutaj też muszę wspomnieć o tym, jak przemyślany jest skład Brutala, bo oczywiscie przeważa w nim gruz mrok i szybkosc, tak sporo jest w ciągu dnia momentów, gdy na scenie pojawia się zespół bardziej atmosferyczny i spokojny. Bardzo dobrze sprawdza się to jako przerywniki pomiędzy bardzo ciężkim graniem i ta różnorodność w moim przypadku działa tylko na plus. W takiej roli zresztą świetnie sprawdził się Alcest, wspaniały zespół na zamknięcie dnia, cudowna atmosfera, bardzo urocza konferansjerka, gadki jakby wstydził się być na scenie, ale pasuje to do tego co grają. Wcześniej swoje sztuki zagrały Body Count (nuda), Amorphis (jak zawsze klasa i jak zawsze trochę beton w secie) i oczywiście odbyła się wielka impreza pt. Carpenter Brut. CB to obecnie najlepszy Synthwave na żywo, podobnie jak na Mysticu od pierwszej do ostatniej sekundy nie dało się nie tańczyć, a Maniac na koniec to oczywiście taki zapalnik, że nie było chyba osoby, która się nie bawiła.

Dzień trzeci. Wake up even more dead. Na festiwalu melduję się bardzo późno, piątek był line-upowo najsłabszy, więc przyjazd o 15 bez bólu. Tego dnia raczej krążyłem między scenami łapiąc połówki wielu występów, część zaskakująco udana, np. Corrosion of Conformity na Mysticu wydało mi się gówniane, a na Brutalu weszło całkiem dobrze, ot zespół do pooglądania na festiwalu. Podobnie zresztą krótki fragment Primusa, zapamiętałem ich jako gówno totalne z któregoś Graspopu, a tymczasem piętnaście minut, które zobaczyłem było w porządku. Inne połówki to między innymi Coroner, którego znam bardzo dobrze, Animals As Leaders których lubię, ale średnio sprawdzają się na żywo i Arthur Brown na którego ostrzyłem sobie zęby i był to dokładnie tak dziwny i osobliwy koncert jak oczekiwałem, takie Deep Purple gdyby wyznawali diabła. Arthur Brown nie był jedynym piątkowym dziwnym koncertem, bowiem miałem jeszcze okazję zobaczyć 8-bitowy metal w wykonaniu Master Boot Record. Brzmi dziwnie i jest dziwne, ale bawiłem się znakomicie. Polecam.

Były niestety także rozczarowania, pierwszy raz na żywo widziałem Katatonię i nic tam nie grało. Zespół całkowicie statyczny, Jonas śpiewał jakoś nosowo, jego głos nie był delikatny tylko drażniący, no i nowe numery brzmią słabo na żywo. Nie wiem też czy dobrym pomysłem było aby tuż po sobie grała Katatonia i Eivor, bo oba zespoły może nie zamulają, ale jest w tym wiecej emocji i atmosfery niż jebnięcia. A może w taki mood wprowadziła mnie AA Williams, która mimo opóźnienia zdobyła moje serducho i zagrała fenomenalną, nastrojową sztukę. Prawdziwym highlightem tego dnia była dla mnie jednak wizyta na scenie Obscure, gdzie stałem w sumie z braku laku, aż na scenie pojawił się węgierski Thy Catafalque. Zespół zupełnie mi nieznany potrzebował jakichś dwóch minut, żeby przyciągnąć mnie pod samą scenę i absolutnie oczarować, zwłaszcza utwory z wokalistkami były kurwa przepiękne, muzyka niezwykle klimatyczna i koncert uplynąl mi niezwykle szybko. Łyżeczka dziegciu to fakt, że w kwietniu grali w Warszawie, a ja ich nie znałem, ale oby była okazja żeby nadrobić bo Węgrzy są wspaniali. Na koniec miało być Vio-Lence, ale widziałem ich w tym roku na statku, a po rozczarowaniu Katatonią postanowiłem wskoczyć do wyra.

Dzień czwarty, Wake up pain. Organizm zaczyna się trochę buntować, wszak od połowy kwietnia w zasadzie nie odpoczywam i zapierdalam.Takie życie journeymana. Tego dnia znowu było sporo dań znanych, smacznych i lubianych - zawsze miło zobaczyć Sacred Reich, zawsze dobrze wykrzyczeć BEWITCHED na mistrzach z Candlemass, czy pokrzyczeć napierdalać dla polskiego Vadera. Insomnium to z kolei zespół, którego płyt chyba nigdy nie odpaliłem, ale kilka koncertów, w tym ten Brutalowy wspominam bardzo dobrze. Tego dnia poznałem masę brazylijczyków, więc czas spędzałem w portugalskojęzycznym towarzystwie, ale było też dużo biegania między scenami. Znowu wizyta na mniejszej scenie zaowocowała świetnym odkryciem i znowu był to zespół klimatyczny i nastrojowy i znowu zostałem zahipnotyzowany pełnymi emocji melodiami i cudownym wokalem - The 3rd and Mortal. Jeśli miałbym postawić gdzieś minusy to japoński Coffins strasznie mnie zgruzował, Demolition Hammer za nastolatka uwielbiałem, ale dzisiaj taki wpierdol thrash bardzo mnie męczy i nie wystałem do końca. Mocno wyczekiwałem występu Wardruny, wielu moich znajomych robi ich wszystkei polskie gigi i zachwala, ale uważam że na żywo jest to zbyt atmosferyczne, a za mało koncertowe. Wynudziłem się trochę pod sceną, więc zrobiłem spacer na górkę zwaną natural stand - podwyższenie, z którego można oglądać ekran i słuchać, bo jest niestety za daleko żeby dojrzeć za wiele na scenie. W tym oto miejscu zasiadłem na ławeczce i traktując Wardrunę jako ambient zacząłem pisać relację, bardzo dobrze się to sprawdziło w takiej roli. Również z natural standa oglądałem Satyricona, o którym wiele nie mogę powiedzieć. Solidny występ, tyle że nie są to do końca moje klimaty, do tego siedziałem zmęczony daleko od sceny, więc po prostu obejrzałem koncert i tyle.

Zostały do opisania już tylko dwa występy, najlepszy i najbardziej rozczarowujący, zarówno ostatniego dnia, jak i na całym festiwalu. Nigdy bym się nie spodziewał, że będę chcial wyjść w trakcie koncertu Perturbatora. Z muzyką Jamesa jestem od bardzo dawna, byłem na pierwszym koncercie w Hydrozagadce, już w 2015 obserwowałem i eksplorowałem eksplozję synthwave’u, którego Perturbator był wschodzącą gwiazdą. Każdy kolejny koncert Pertubatora, na coraz większych scenach był dla mnie świetnie spędzonym czasem, ale o ile zawody studyjne przykrywały ciągle dobre koncerty, tak wczoraj była kumulacja tego, co mi się nie podoba. Brzmienie bardzo basowe, niskotonowe, delikatne dźwięki syntezatorów totalnie zniknęły pod ścianą dźwięku i nawet Humas… brzmiało bardzo nisko, tak jakby James obraził się na Synthwave i chciał usilnie pokazać, że nagrywa coś innego… gorszego. Zabawa była też znacznie mniej żywa niż na Carpentrze i o ile można to częściowo uzasadnić zmęczeniem, wszak było to praktycznie zamknięcie festiwalu, tak widać było po ludziach, że ożywali na rzeczach z Dangerous i Valley. Ale na szczęście raptem kilka godzin wcześniej odbył się najlepszy w mojej nieskromnej opinii koncert, czyli Left to Die. Kurwa mać. Chuck jest bogiem i nie ma o czym dyskutować i o ile zawsze bardziej ceniłem sobie późniejsze dokonania Schuldinera, tak pierwsze płyty to oczywiście wybitne albumy, a LtD odegrało je idealnie. Nieprawdopodobna siła jest w tej muzyce, a wykonawczo wszystko było bez zarzutu, z oddaniem szacunku materiałowi źródłowemu Godzina na barierce minęła błyskawicznie, jedyny minusik to wszystkie plastiki poleciały na prawo, ale szczerze mówiąc chuj z tym.

Podsumowując, to były niesamowicie udane cztery dni w twierdzy Jaromer. Festiwal jest fantastyczny, świetnie zorganizowany, pełny miłych i uśmiechniętych ludzi, muzycznie oferuje niesamowitą różnorodność i to mam wrażenie bardziej spójną niż Mystic - core ekstremalny jest bardzo mocny, ale świetnie pomyślana czasówka wypełniona atmosferycznymi, okultystycznymi i elektronicznymi projektami daje niesamowitą mieszankę. Do tego niezła logistyka. Fakt, że licząc hotel, żarcie i dojazd impreza była raczej z gatunku droższych i to mimo, że zarówno wlotę jak i nocleg miałem za pół ceny.
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Max323
ZASŁUŻONY SANATORIANIN
Posty: 4681
Rejestracja: sob maja 26, 2018 8:58 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Max323 »

Czytając relację odniosłem wrażenie, że skleili chyba najlepszy skład od kilku sezonów.
A
B
C
D
E
Awatar użytkownika
Shin
-#Prisoner
-#Prisoner
Posty: 144
Rejestracja: pt lip 24, 2026 8:49 am
Skąd: Łódź

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Shin »

Bon Dzosef pisze: ndz sie 09, 2026 7:51 pm CB to obecnie najlepszy Synthwave na żywo, podobnie jak na Mysticu od pierwszej do ostatniej sekundy nie dało się nie tańczyć, a Maniac na koniec to oczywiście taki zapalnik, że nie było chyba osoby, która się nie bawiła.
Byłem w Progresji w '18. Maniac mnie rozłożył na łopatki. Nie ma możliwości usiedzieć w miejscu na tym bangerze.
Awatar użytkownika
Kevin18
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1988
Rejestracja: sob mar 27, 2010 4:17 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Kevin18 »

Bon Dzosef pisze: ndz sie 09, 2026 7:51 pm Brutal to dla mnie zawsze był festiwal taki jak Keep it True. Co roku fajny sklad, co roku prosty dojazd, co roku myslalem i nigdy nie byłem. Błąd z KiT naprawilem rok temu, w tym przyszła pora na odwiedziny w Jaromerze.

Na wyjazd zdecydowalem się tak naprawdę last minute, dopiero w poniedzialek kupiłem bilet z drugiej ręki, udało się też odkupic za pół ceny hotel i znalezc współlokatora, zatem cały wtorek ogarnialem sprawy, a było tego tak dużo, że pakowac zacząłem się dopiero w srode nad ranem. Szybka prycha i hop do ciuchci, ktora chwilę po 5:00 zabrała mnie na poludnie, dworzec cały wypchany był fanami murzyna weekenda.

Pociąg do Pardubic okazal się teleportem, przespalem cała trasę i niedługo potem melduje się w Hradcu. Organizacja top, szybki check in, już w hotelu dostalem opaske, mogłem zasilic gojskiego chipa, dostałem update apki żeby móc rezerwowac shuttle busa - wow.

Przez opoznienie pociągu Pardubice Hradec nie udało mi się zobaczyć Armored Saint, więc festiwal zaczalem od Metal Church. Zespol, który po smierci Howe'a i angazu fleta Lopeza skreslilem, ale nowy wokal i Ellefson na basie dali nowe zycie zalodze Kurdta i już się ciesze na powtorke w Krakowie. Następnie Elder i tu mogłem zwiedzic twierdze, bo grali na scenie Obscure. Miejscówka jest genialna, pierwszego dnia nie odkryłem wszystkich zakamarków, ale poruszanie się po Twierdzy to czysta przyjemnosc, nie korkuja się ciagi komunikacyjne, transport na wszystkie sceny jest bardzo sprawny… z wyjatkiem Octagonu. Ten jest otoczony murami, wchodzi się do niego ciasnym korytarzem i trzeba wbic wczesniej, żeby zobaczyć koncert. Ale to nie jest duży minus.

Czasowka nie wybaczała, więc koncerty Coven, Samael i Nevermore widziałem niepełne, ale każdemu z zespolow dałem pol godziny. Nevermore zasluguje tu na wyroznienie, Turek okazal się niesamowitym wokalista i frontmanem, naprawdę wysoki poziom.

Zarwana nocka dawała się oczywiście trochę we znaki, ale Municipal Waste z barierki mnie rozruszało, chociaz zaluje że dałem się na ten front namowic, plywakow więcej niż w Cuecie, konkretne pchanie, nie spodziewalem się że w Czechach to możliwe. Na koniec Triptykon i Amenra, ale o ile Tom G Warrior to jeden z moich ulubionych przedstawicieli ekstremy, tak wokal w Amenrze był niepowazny i komediowy, więc wyszedłem.

Dzień drugi - wake up dead. Mimo wszystko lepiej w łóżku niż w namiocie, ze śniadankiem i busem pod sam fest. Dzień zaczynam od absolutnego zjawiska, Krolowa Szczurzego Zamku absolutnie pozamiatała, mialem iść w Wwie ale z racji na ich obecnosc na BA i lokalizacje koncertu w jebanej saunie sprzedałem tixa. Trochę zaluje, bo ten projekt to cudowne zjawisko, czyste retro. Jaram się i chce więcej. Drugim highlightem był oczywiście Death Angel, nie ma lepszej czysto thrashowej zalogi niż ta ekipa i nie ma dyskusji, jak zawsze weszli i rozjebali.

Festiwal obfitował też w odkrycia, bardzo siadły mi dziewuchy z Kittie, chociaż nie wiem czy dobre dupy bo stały daleko. Idealny zespół na srodkowe festiwalowe sloty, tak żeby posluchac i jeść.

Jesli już przy szamie jesteśmy to wybor był naprawdę dobry, ceny co prawda bardzo wysokie, ale dalo się ojebac potezna kiełbe ponizej 30 zlociszy. Z racji na moje dietetyczne ograniczenia wiele nie probowalem, ale wyglądało to dobrze.

Wracajac do odkryc bardzo klimatyczny był Psychonaut, ale moje serce skradł Draconian. Wspaniałe, klimatyczne granie i tutaj też muszę wspomnieć o tym, jak przemyślany jest skład Brutala, bo oczywiscie przeważa w nim gruz mrok i szybkosc, tak sporo jest w ciągu dnia momentów, gdy na scenie pojawia się zespół bardziej atmosferyczny i spokojny. Bardzo dobrze sprawdza się to jako przerywniki pomiędzy bardzo ciężkim graniem i ta różnorodność w moim przypadku działa tylko na plus. W takiej roli zresztą świetnie sprawdził się Alcest, wspaniały zespół na zamknięcie dnia, cudowna atmosfera, bardzo urocza konferansjerka, gadki jakby wstydził się być na scenie, ale pasuje to do tego co grają. Wcześniej swoje sztuki zagrały Body Count (nuda), Amorphis (jak zawsze klasa i jak zawsze trochę beton w secie) i oczywiście odbyła się wielka impreza pt. Carpenter Brut. CB to obecnie najlepszy Synthwave na żywo, podobnie jak na Mysticu od pierwszej do ostatniej sekundy nie dało się nie tańczyć, a Maniac na koniec to oczywiście taki zapalnik, że nie było chyba osoby, która się nie bawiła.

Dzień trzeci. Wake up even more dead. Na festiwalu melduję się bardzo późno, piątek był line-upowo najsłabszy, więc przyjazd o 15 bez bólu. Tego dnia raczej krążyłem między scenami łapiąc połówki wielu występów, część zaskakująco udana, np. Corrosion of Conformity na Mysticu wydało mi się gówniane, a na Brutalu weszło całkiem dobrze, ot zespół do pooglądania na festiwalu. Podobnie zresztą krótki fragment Primusa, zapamiętałem ich jako gówno totalne z któregoś Graspopu, a tymczasem piętnaście minut, które zobaczyłem było w porządku. Inne połówki to między innymi Coroner, którego znam bardzo dobrze, Animals As Leaders których lubię, ale średnio sprawdzają się na żywo i Arthur Brown na którego ostrzyłem sobie zęby i był to dokładnie tak dziwny i osobliwy koncert jak oczekiwałem, takie Deep Purple gdyby wyznawali diabła. Arthur Brown nie był jedynym piątkowym dziwnym koncertem, bowiem miałem jeszcze okazję zobaczyć 8-bitowy metal w wykonaniu Master Boot Record. Brzmi dziwnie i jest dziwne, ale bawiłem się znakomicie. Polecam.

Były niestety także rozczarowania, pierwszy raz na żywo widziałem Katatonię i nic tam nie grało. Zespół całkowicie statyczny, Jonas śpiewał jakoś nosowo, jego głos nie był delikatny tylko drażniący, no i nowe numery brzmią słabo na żywo. Nie wiem też czy dobrym pomysłem było aby tuż po sobie grała Katatonia i Eivor, bo oba zespoły może nie zamulają, ale jest w tym wiecej emocji i atmosfery niż jebnięcia. A może w taki mood wprowadziła mnie AA Williams, która mimo opóźnienia zdobyła moje serducho i zagrała fenomenalną, nastrojową sztukę. Prawdziwym highlightem tego dnia była dla mnie jednak wizyta na scenie Obscure, gdzie stałem w sumie z braku laku, aż na scenie pojawił się węgierski Thy Catafalque. Zespół zupełnie mi nieznany potrzebował jakichś dwóch minut, żeby przyciągnąć mnie pod samą scenę i absolutnie oczarować, zwłaszcza utwory z wokalistkami były kurwa przepiękne, muzyka niezwykle klimatyczna i koncert uplynąl mi niezwykle szybko. Łyżeczka dziegciu to fakt, że w kwietniu grali w Warszawie, a ja ich nie znałem, ale oby była okazja żeby nadrobić bo Węgrzy są wspaniali. Na koniec miało być Vio-Lence, ale widziałem ich w tym roku na statku, a po rozczarowaniu Katatonią postanowiłem wskoczyć do wyra.

Dzień czwarty, Wake up pain. Organizm zaczyna się trochę buntować, wszak od połowy kwietnia w zasadzie nie odpoczywam i zapierdalam.Takie życie journeymana. Tego dnia znowu było sporo dań znanych, smacznych i lubianych - zawsze miło zobaczyć Sacred Reich, zawsze dobrze wykrzyczeć BEWITCHED na mistrzach z Candlemass, czy pokrzyczeć napierdalać dla polskiego Vadera. Insomnium to z kolei zespół, którego płyt chyba nigdy nie odpaliłem, ale kilka koncertów, w tym ten Brutalowy wspominam bardzo dobrze. Tego dnia poznałem masę brazylijczyków, więc czas spędzałem w portugalskojęzycznym towarzystwie, ale było też dużo biegania między scenami. Znowu wizyta na mniejszej scenie zaowocowała świetnym odkryciem i znowu był to zespół klimatyczny i nastrojowy i znowu zostałem zahipnotyzowany pełnymi emocji melodiami i cudownym wokalem - The 3rd and Mortal. Jeśli miałbym postawić gdzieś minusy to japoński Coffins strasznie mnie zgruzował, Demolition Hammer za nastolatka uwielbiałem, ale dzisiaj taki wpierdol thrash bardzo mnie męczy i nie wystałem do końca. Mocno wyczekiwałem występu Wardruny, wielu moich znajomych robi ich wszystkei polskie gigi i zachwala, ale uważam że na żywo jest to zbyt atmosferyczne, a za mało koncertowe. Wynudziłem się trochę pod sceną, więc zrobiłem spacer na górkę zwaną natural stand - podwyższenie, z którego można oglądać ekran i słuchać, bo jest niestety za daleko żeby dojrzeć za wiele na scenie. W tym oto miejscu zasiadłem na ławeczce i traktując Wardrunę jako ambient zacząłem pisać relację, bardzo dobrze się to sprawdziło w takiej roli. Również z natural standa oglądałem Satyricona, o którym wiele nie mogę powiedzieć. Solidny występ, tyle że nie są to do końca moje klimaty, do tego siedziałem zmęczony daleko od sceny, więc po prostu obejrzałem koncert i tyle.

Zostały do opisania już tylko dwa występy, najlepszy i najbardziej rozczarowujący, zarówno ostatniego dnia, jak i na całym festiwalu. Nigdy bym się nie spodziewał, że będę chcial wyjść w trakcie koncertu Perturbatora. Z muzyką Jamesa jestem od bardzo dawna, byłem na pierwszym koncercie w Hydrozagadce, już w 2015 obserwowałem i eksplorowałem eksplozję synthwave’u, którego Perturbator był wschodzącą gwiazdą. Każdy kolejny koncert Pertubatora, na coraz większych scenach był dla mnie świetnie spędzonym czasem, ale o ile zawody studyjne przykrywały ciągle dobre koncerty, tak wczoraj była kumulacja tego, co mi się nie podoba. Brzmienie bardzo basowe, niskotonowe, delikatne dźwięki syntezatorów totalnie zniknęły pod ścianą dźwięku i nawet Humas… brzmiało bardzo nisko, tak jakby James obraził się na Synthwave i chciał usilnie pokazać, że nagrywa coś innego… gorszego. Zabawa była też znacznie mniej żywa niż na Carpentrze i o ile można to częściowo uzasadnić zmęczeniem, wszak było to praktycznie zamknięcie festiwalu, tak widać było po ludziach, że ożywali na rzeczach z Dangerous i Valley. Ale na szczęście raptem kilka godzin wcześniej odbył się najlepszy w mojej nieskromnej opinii koncert, czyli Left to Die. Kurwa mać. Chuck jest bogiem i nie ma o czym dyskutować i o ile zawsze bardziej ceniłem sobie późniejsze dokonania Schuldinera, tak pierwsze płyty to oczywiście wybitne albumy, a LtD odegrało je idealnie. Nieprawdopodobna siła jest w tej muzyce, a wykonawczo wszystko było bez zarzutu, z oddaniem szacunku materiałowi źródłowemu Godzina na barierce minęła błyskawicznie, jedyny minusik to wszystkie plastiki poleciały na prawo, ale szczerze mówiąc chuj z tym.

Podsumowując, to były niesamowicie udane cztery dni w twierdzy Jaromer. Festiwal jest fantastyczny, świetnie zorganizowany, pełny miłych i uśmiechniętych ludzi, muzycznie oferuje niesamowitą różnorodność i to mam wrażenie bardziej spójną niż Mystic - core ekstremalny jest bardzo mocny, ale świetnie pomyślana czasówka wypełniona atmosferycznymi, okultystycznymi i elektronicznymi projektami daje niesamowitą mieszankę. Do tego niezła logistyka. Fakt, że licząc hotel, żarcie i dojazd impreza była raczej z gatunku droższych i to mimo, że zarówno wlotę jak i nocleg miałem za pół ceny.
Piękna relka. Do zobaczenia za rok, pogotujemy coś pod sceną wierzę.
www.last.fm/user/darkfuneral18
Awatar użytkownika
Shedao Shai
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6325
Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
Skąd: Wrocław

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Shedao Shai »

W kwietniu popełniłem tu relację z mojego wypadu na koncert Carbon Based Lifeforms i Solar Fields w Warszawie. Jako, że jestem mega miłym gościem to nawet ją zalinkuję, żebyście nie musieli szukać: viewtopic.php?p=1111507&#p1111507

Wspominam o tym, bo po pierwsze, opisałem tam jak mocną fazę mam na wykonawców ambientowych, a po drugie, zawarłem tam taki fragment odnośnie tego, gdzie można ich łapać:
zespoły okołoambientowe często mają tak, że jak już w ogóle gdzieś zagrają, to jest to jakiś hipisowski festiwal w szczerym polu na kompletnym zadupiu, tak rozreklamowany że dowiadujesz się o nim na kilka dni przed, ale to i tak nie szkodzi, bo jak sprawdzisz sobie dojazd to wiesz, że i tak byś nie pojechał.

No i tak się niefortunnie złożyło, że jeden z takich festiwali na wypizdewiu zmontował lineup, który spokojnie mogę nazwać lineupem marzeń. Co zrobić, trzeba było go wciągnąć na listę planów. Festiwal ten nazywa się Uroczysko, odbywa się od 10 lat na początku sierpnia w lesie niedaleko Pastewnika na Dolnym Śląsku. To tylko ok. 80 kilometrów od mojego domu. Od kilku lat miałem go na radarze, z ulgą notując że lineupy nie przekraczały jeszcze masy krytycznej przy której stwierdzam, że muszę tam być (choć w zeszłym roku już było blisko...). Niestety, przyszedł 2026 i tak przypierdolili, że nie miałem już wymówek.

Gdybym obecnie miał stworzyć topkę wykonawców, których jeszcze nie widziałem, a chciałbym (i są choćby w miarę realni do zobaczenia), to byliby to: Cell, Martin Nonstatic, AES Dana. Tak, wiem, nic Wam nie mówi. Ja wszystkich trzech panów katuję na okrągło (no, razem z kilkoma innymi) i bacznie śledzę, czy nie pojawi się w końcu jakaś okazja na kontakt live. Problem z nimi jest natury takiej, że występują bardzo rzadko, pierwsi dwaj panowie może raz do roku, jak nie rzadziej; AES Dana trochę częściej, ale też bez szału (a jeszcze w zeszłym roku miał zawał i ograniczył aktywność).

No i Uroczysko ogłosiło wszystkich trzech X D
Co więcej, w późniejszym rzucie doszli jeszcze Asura oraz Suduaya - również panowie z mojej topki; ich już widziałem, ale zdecydowanie byłem chętny na powtórkę Ta piątka na jednym festiwalu... o panie, głowa boli. Dodać do tego CBL i Solar Fields z kwietnia i w jednym roku, na dwóch eventach, widziałem całą moją czołówkę.

W planowaniu miałem pewne problemy logistyczne, mianowicie: baza noclegowa jest szczątkowa, festiwal jest nastawiony na śpiących na polu namiotowym, co u mnie odpada bo jestem małym książątkiem i lubię wygody. Można ogarnąć sobie kwaterę w którejś z okolicznych miejscowości, ale to już ładny kawałek od terenu festiwalu. Trzebaby codziennie dojeżdżać. Niby nie problem, ale w ten weekend akurat auta potrzebowała żona, na tzw. sprawy Bezdyskusyjnie Poważne. I tu się zaczynają schody, bo w okolicy nie funkcjonuje żadne taxi czy komunikacja miejska (przypominam, mówimy o środku lasu xD). Tym bardziej, że planowane powroty na kwaterę byłyby w środku nocy. Zarezerwowałem sobie nocleg w Bolkowie, oddalony o ok. 11 kilometrów - stwierdzając że no trudno, będę najwyżej miał codziennie ładne spacerki, ew. może da się złapać na stopa z innymi festiwalowiczami. Opcja mało optymalna, biorąc pod uwagę że między nimi jeszcze miały być długie festiwalowe godziny, ale na lepszą nie wpadłem.

Zakupiłem bilet - pomyślałby kto, że taki niszowy festiwal będzie taniutki - otóż nie, kosztował 550 złotych. Uroczysko trwa 4 dni, od czwartku do niedzieli wieczorem. Jednak analizując timetable z lat wcześniejszych odkryłem, że główni artyści są skoncentrowani w piątek i sobotę, co dało mi nadzieję, że może da się jakoś ogarnąć wszystkich artystów na których mi zależy w krótszym okresie. Z urlopem też w tym roku stoję źle, więc im mniej by go trzeba było wziąć, tym lepiej. I tak przygotowany, czekałem sobie na sierpień. Tydzień przed festiwalem wrzucili czasówkę i vivat! Cała piątka artystów występowała w sobotę!! Zatem plany radośnie uległy zmianie, odwołałem swój nocleg i z kilkudniowego wypadu przerodziło się to w partyzancki wypad "sobota rano jadę i w nocy wracam".

Tu jeszcze jedna ciekawa kwestia: czy są na ten festiwal jednodniowe bilety? Otóż nie xD W sobotę od 16 na bramkach można było sobie kupić co najwyżej taki bilet uprawniający do wejścia na ostatnie godziny festu w bagatelnej cenie 400 zł. No chyba, że się wcześniej fest wyprzeda, co już wcześniej miało miejsce. Fajnie. Czyli karnet to jedyna sensowna opcja, nawet jeśli nie planujesz być na całości. No ale większość planowała, mało kto jest takim pojebem żeby tam się pchać specjalnie na jeden dzień. Tam w ogóle jest cała otoczka, taka, nie wiem, hipisowska, zbliżenia się do natury, pokoju i miłości, oderwania się na kilka dni od cywilizacji itd. Słowem, Shedao tam bardzo nie pasował xD Byłem więc ciekawy, jakie stamtąd wyniosę wrażenia (poza muzycznymi).

Przygotowałem się ładnie, co obejmowało rzeczy dość niestandardowe jak na festiwalowe życie, typu: pobranie wszystkich potrzebnych informacji offline, bo ponoć z internetem tam jest słabo, czy wzięcie ze sobą sprayu odstraszającego kleszcze i olejku lawendowego (na facebookowej grupie jest cały wątek o tym, jak przejebane jest tam z kleszczami). Do tego powerbank-bydlak i trochę ubrań, bo orgowie sami ostrzegali, że to tereny górskie, las, nawet jeśli za dnia jest gorąco, to się zdziwisz jak mocno w nocy przypizga.

Początkowo planowałem udanie się tam pociągiem. Połączenie w tamte okolice nie należy do najlepszych; te ok. 80 km pociąg pokonuje w blisko dwie godziny. Co poradzić. Wysiada się na stacji Marciszów, skąd czeka nas jeszcze dziesięciokilometrowy marsz na festiwal. Ale w sobotę rano udało mi się znaleźć gościa, który udawał się na festiwal autem. Jechało się wprawdzie kiepsko, bo wypadki, korki, ale w końcu o 13 wtoczyliśmy się na pierwszą festiwalową polanę.

Tutaj kilka słów o czasówce. Była ona dość intensywna, a może i mordercza. Z interesujących mnie rzeczy, najpierw Main Stage:
13:30 - 14:30 Asura
14:30 - 16:00 Suduaya
Potem 2h przerwy na gastro i obczajenie festiwalu i przenosiny na Chill Stage, tzw. Czajnik:
18:00 - 19:30 Suduaya
19:30 - 21:00 Asura
21:00 - 22:30 Cell
22:30 - 00:00 Christian Samsara
00:00 - 01:30 AES Dana
01:30 - 03:30 Martin Nonstatic
I do domu. Maraton od 18 do 3:30 nieco napawał mnie brakiem entuzjazmu, jedynym możliwym slotem na przyziemność typu potrzeby fizjologiczne był Christian Samsara, czyli gość też z tej bajki, ale którego aż tak nie lubię i nie zależało mi koniecznie na całym występie. Na szczęście przynajmniej odpadała tu kwestia zajmowania sobie odpowiedniego miejsca pod sceną, bo nie obawiałem się że będzie z tym problem.

Tyle słowem króciutkiego hehe wstępu. Gratuluję i dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do tego miejsca. Rozpisałem się, ale i był to wypad, któremu poświęciłem znacznie więcej rozmyślań niż zazwyczaj.

Do rzeczy. Pożegnałem się z kierowcą i ruszyłem do przodu. I tak sobie idę, obok mnie pole namiotowe, parking, idę, aż zagadał do mnie ochroniarz i się spytał, czemu nie mam opaski festiwalowej i jak ja tu dotarłem bez niej. No... normalnie, na nogach? xD Okazało się, że przegapiłem punkt kontrolny, gdzie wydawano opaski / sprawdzano je. LOL. No to się cofnąłem i faktycznie, przy takich krzakach była budka, w niej wymieniłem bilet na opaskę, tam też byli zdziwieni jak się przedostałem na festiwal bez tego xD i już na legalu poszełem dalej. Przystanąłem jeszcze na oprysk przeciw kleszczom i olejek lawendowy; tak się opryskałem, że odstraszałem nie tylko insekty ale i samego siebie xD No ale zadziałało, nic mnie nie użarło.

Sporo się naczytałem od bywalców Uroczyska jak jest tam pięknie, klimatycznie itd., i muszę powiedzieć, że rzeczywistość dorównuje opowieściom. Festiwal odbywa się na kilku połączonych polanach i w okolicznym lesie. Wrażenie jest przewspaniałe, nie dziwię się ludziom którzy tam jadą żeby po prostu odpocząć przez parę dni. Do tego mamy sporo dekoracji, instalacji artystycznych, światełek i innych upiększaczy, które sprawiają że teren festiwalowy robi duże wrażenie.

Miejsca na namioty i kampery było od groma, można sobie wybrać czy chce się nocować właściwie w środku terenu festiwalowego, czy na kompletnym uboczu gdzie nikt nie chodził. Było też specjalne miejsce dla nocujących z dziećmi - tych było na festiwalu sporo, w każdym wieku, była też Kids Area gdzie dzieciaki miały specjalne animacje, wyglądało to mega.

Scen muzycznych było 5. Uroczysko jak już się zaczęło, to trwało non stop, zawsze gdzieś coś grało, 24h na dobę. W sumie nie kojarzę, żebym wcześniej był na festiwalu gdzie tak było.

Atrakcji tzw. innych też było mnóstwo, tu kino, tam jakaś galeria, amfiteatr, kuglarze, masaże, warsztaty itd. Nie do przerobienia w jeden dzień. Ogólnie - bardzo przyjazne miejsce.

Ale my tu gadu gadu, a jest już po 13, a o 13:30 na main stage miał zaczynać swój pierwszy (z dwóch!!) set Asura. Więc póki co, eksplorację festu odłożyłem na później i udałem się na miejsce. Main to była taka drewniana konstrukcja, rozmiarami mniejsza niż najmniejsza scena na Mysticu. O chuj. Do tego rozpostarta kolorowa płachta chroniąca przed słońcem, w okolicy trochę bali siana na których można było sobie siąść. Polana sama w sobie była ogromna, zmieściłby się tam cały legion ludzi, jej realne obłożenie było tylko promilem. Pod sceną było może 100-150 ludzi plus ok. drugie tyle odpoczywające gdzieś w okolicy. Przycupnąłem sobie w cieniu, czekając aż wejdzie Asura... po czym o 13:30 nie wszedł, a obecni DJe grali dalej. I tu z mojej strony spory minus - zero komunikacji z festiwalowiczami, ani przez Fejsa, ani przez dedykowaną aplikację, no nigdzie nie podano co się dzieje. Zacząłem się niepokoić, co się stało, czy Asura nie dojechał czy ki ch..? Zapytałem na facebookowej grupce, gdzie dostałem od kogoś odpowiedź - jest godzinna osbuwa na mainie. Uff, ok. No to się oparłem o jeden z rozłożonych sienników, trochę mi się nawet drzemnęło. Pogoda - stabilne 22 stopnie plus słoneczko. Pełny relaks.
I rzeczywiście, o 14:30 na scenę wyszedł Asura i zagrał godzinny set złożony z takich, kurwa, deepcutów, że sam miałem problem z rozpoznaniem niektórych. Niesamowite, co on tam wygrzebał. Taki plus grania dwa razy, możesz poszaleć z setlistą. Bardzo mi się podobało. Zaraz po Asurze był Suduaya. Ten miał okienko na półtorej godziny, też mi się podobało, zagrał kilka kawałków na które bardzo liczyłem.

Z racji obsuwy, przerwa między interesującymi mnie koncertami zmalała z dwóch godzin do jednej. Zatem trzeba było się sprężać, żeby zdążyć z jakimiś pozakoncertowymi aktywnościami. Pożegnałem się z mainem - już tam nie wróciłem. Udałem się na poszukiwania jedzenia.

Strefa gastro była całkiem spora i bogata... choć tylko w opcje vege. Mięsa na Uroczysku nie uświadczysz. I to pasowało bardzo do ogólnej tematyki festu, choć ja miałem zagwozdkę: co zjeść?? Czy jedzenie bez trupa czegoś, co kiedyś żyło, też może być smaczne?? Do tego jeszcze handicap w postaci różnych utrudnień z płatnością; zasięg był tam taki-se, więc niektórzy wystawcy całkiem zrezygnowali z płatności kartą. A u niektórych był problem z gotówką, bo nie mieli jak wydawać. Powszechnie akceptowany był za to blik. Koniec końców, obszedłem całe gastro, nic mnie nie zainteresowało. Już byłem bliski wkurwienia się i wybrania opcji "piwo na obiad", ale wygrała odpowiedzialność, więc zrobiłem jeszcze drugą rundkę... i trzecią - i w końcu zdecydowałem się na jakieś żółte curry za 45 zł ( ;( ). Było całkiem smaczne, aczkolwiek pożywne mniej więcej na poziomie paczki chrupków kukurydzianych. No nie starczyło na długo. A że jestem cebula, to szkoda mi było kolejnego 45 zł (taka była średnia cena za główne danie), plus potem już zwyczajnie nie było czasu na gastro. Więc wrócilem mocno głodny.

Wziąłem michę curry w drogę i udałem się połazić trochę po festiwalu, to wtedy poodkrywałem te wszystkie atrakcje o których wspomniałem. Bardzo spodobał mi się "bar Królicza Nora" w jednym z zagajników - skryty przed światem pubik, w którym oferowano spory wachlarz alkoholi. Skusiłem się na piwo - lager z browaru Moon Lark w cenie 16 zł - uczciwie. Jedno, bo #odpowiedzialność. To nie był dzień na chlanie. Z nim w ręce udałem się na Chill Stage, znaną też jako Czajnik - to tam miałem spędzić resztę festiwalu. Już o godzinie 18 miał tam na swój drugi set wchodzić Suduaya. Ta scena była położona głębiej w lesie, więc szło się na nią dość dzikimi i ładnie udekorowanymi ścieżkami. Sam Czajnik... piorunujące wrażenie. Mała scena - taki drewniany domek, przed nim trochę miejsca do tańczenia, plus mnóstwo ławek, sienników, leżanek, puf i innych takich na zboczu obok. Do tego sporo zróżnicowanego oświetlenia podświetlającego okoliczne drzewa. Pięknie, przepięknie. Klimat niepowtarzalny. Znalazłem sobie ławkę z bliskim widokiem na scenę, którą do końca używałem jako swoją bazę wypadową i miejsce odpoczynku.

Ciężko mi określić, ile tam naraz było/mogło być ludzi. Tłum był tak porozbijany po okolicy, że nawet nie podejmuję się szacowania. Pod sceną było miejsce na jakieś kilkadziesiąt osób i maksymalnie tyle się tam przewijało. Jak ktoś miał ochotę, mógł stać pod samą sceną - to nie ten typ eventu gdzie się kolejkuje, trzyma barierki (tu nie było barierek) czy walczy w morderczym ścisku o każdy metr bliżej artysty. A dalej - ludzie sobie siedzieli wokół drzew, leżeli i drzemali xD, jak kto chciał - kompletny luzik.

Duża część artystów, których tu opisuję, jest lub była związana z francuską wytwórnią Ultimae Records - zatem znają się i kolegują od lat. I widać było, że dla nich to też był specjalne wydarzenie, możliwość spotkania w tak dużym gronie. Obserwowałem sobie, jak tam kręcili się w grupkach wokół Czajnika, na backstage, czy też na samej scenie. Wszyscy wyglądali na bardzo podjaranych możliwością wspólnej imprezy.

O 18 wszedł Suduaya. Dawno go nie widziałem, całą godzinę hehehe. Jego set na mainie był bardziej psy-trance'owy, tutaj poszedł w bardziej chillowe klimaty, choć wciąż, bardziej psychodeliczne niż kolejni w lineupie. Po występie kręcił się po okolicy, więc można było pogadać, strzelić sobie fotkę itd. Nie powiem, mocno mnie to podjarało. Wypomniałem mu przy okazji, że trzy tygodnie temu kupiłem od niego płytkę na Bandcampie i jeszcze nie wysłał xD (było zaznaczone, że wysyłka do 90 dni, ale taka okazja żeby się przypomnieć, kto by nie skorzystał :mrgreen: ). Na scenę po nim wszedł ponownie Asura, niezłe deja vu. Ten set to było takie bardziej greatest hits, zresztą wszystkie piosenki które wtedy zagrał, słyszałem już 1,5 roku wcześniej w Gdyni. To nie narzekanie - miło było to powtórzyć, a od deep cutów był jego pierwszy występ. Końcowe trzy kawałki to były takie bangery, że głowa mała. Strasznie mi się podobało.
W trakcie występu Asury, w okolicy pojawił się Martin Nonstatic, czyli kolejny z tej ekipy, który miał tu grać o 1:30. Podbiłem, pogadaliśmy, bardzo sympatyczny gość. Zaczął mi spoilerować swoją setlistę xD, podpisał płytę (bardzo się ucieszył jak ją wyciągnąłem, chyba nie zdarza mu się to za często xDD), opowiedział jak bardzo mu się podoba Uroczysko, i że cała ekipa Ultimae się jara tym, jak to wszystko jest tu zorganizowane, i że to wyjątkowy event. Potem poszedł tańczyć pod scenę xD

Po Asurze na scenę wchodził Cell. Jeśli miałbym wskazać arytstę, którym jarałem się najbardziej, to był to właśnie on. Poprzednich dwóch panów już kiedyś widziałem, jego jeszcze nigdy. A jego "Hanging Masses" to płyta, którą w tym roku katuję chyba najmocniej (spoiler alert, nic z niej nie zagrał xD). Ale było wspaniale.

Tu też przekonałem się, że przestrogi o niskich temperaturach w nocy były prawdziwe. Właściwie razem ze słońcem zaczęło się ostre ochłodzenie, w ciągu dwóch godzin zeszliśmy z 22 do 10 stopni. Zaskoczyło mnie tu, bo siedzi sobie chłop w krótkim rękawku, a tu zaraz bluza, a tu zaraz kurtka, kurwa czapka nawet xDD nugz byłby pewnie zachwycony, bo w końcu mógłby oddychać, nie mdlałby itd., ale mi było po prostu kurewsko zimno, i nie cieszyłem się że nagle jestem ubrany jak na Winter Edition. A jeszcze kilka godzin wcześnie czułem, że przesadziłem biorąc ze sobą kurtkę.

Cell skończył, po nim - Christian Samsara. Tu nie miałem napinki, plus wjeżdżało już zmęczenie (i wychłodzenie), ale ujebałem sobie w głowie, że chciałbym złapać Cella, który jak wszyscy kręcił się po backstage. Stanąłem sobie więc tak, żeby być blisko wyjścia z tegoż (a przy okazji miałem wciąż bdb widok na scenę) - no i się udało... po godzinie. Też płytka podpisana, fotka cyknięta, pogadane, mega pozytywny gość. Potem poszedłem sobie usiąść na moją ławeczkę, bo telepało mnie z emocji, tylu muzycznych idoli zobaczonych i spotkanych jednego dnia, trochę mnie już to przerosło xD A to przecież jeszcze nie koniec. Nadeszła północ, Samsarę na scenie zamienił AES Dana. Zaczął dość nietypowo jak na swoją twórczość, transowo i energicznie, w ogóle był to bardziej taneczny występ niż się spodobałem. Też zajebisty.

Gdzieś tam po drodze z backstage'u wyszedł Asura, trochę się akurat zagapiłem, ale pomyślałem że fajnie będzie go też złapać na foteczkę. Szedł sobie pod górkę po korzeniach ku innej strefie, ja za nim, ale mieliśmy trochę dystansu, no i tłum, zagajniki, ciemno, zgubiłem go XD

W końcu przyszła 1:30 i Martin Nonstatic musiał przejść z publiki na scenę xD, bo zaplanowany miał dwugodzinny set. Tak jak mi wcześniej zapowiedział, mocno pomiksował i pozmieniał swoje kawałki, czasem ciężko było rozpoznać, że to, co właśnie gra, to utwór który znam. Wypadło jednakowoż zacnie. W końcu nadszedł czas, żeby opuścić Czajnik i udać się do wyjścia. Z ulgą, bo piździało już nieludzko.

Teraz kilka słów o powrocie. Planowałem podejść piechotą na dworzec kolejowy w Marciszowie, skąd właściwie co godzinę jeżdżą pociągi do Wrocławia. Martin skończył o 3:30; pierwszy pociąg był chwilę po 5, a wg. google maps szło się tam ok. 1,5 godziny. Więc idealnie. Pożegnałem się z festiwalem, wyszedłem i... zamarłem. Przede mną była ściana lasu, kompletna ciemność, bez latarki w telefonie nie widziałem nawet gdzie iść, a z nią - no, tak na dwa metry do przodu było cokolwiek widać. Stwierdziłem, że bezpieczeństwo przede wszystkim, bo tu jak coś albo ktoś na mnie wyskoczy, to nawet nie będę widział, a i jeśli ktoś by się zdecydował pojechać jedyną dróżką dojazdową i przycisnąć gazu to różnie by mogło być. Wróciłem na festiwal, podszedłem na scenę Groove, będącą taką drewnianą kopułą. Położyłem się na sianku i niewzruszony ostrym trance'owym łupaniem na tej scenie odpadłem w jakieś 3 sekundy. Obudziłem się godzinę później, zobaczyłem że zaczyna już świtać; jeszcze nie był czas na słońce, ale nie było już tak kurewsko ciemno. Więc znów ruszyłem w drogę. Fajnie, idę, przygoda - no ale jak wszedłem do lasu, to tam wciąż było ciemno jak w dupie, niewiele lepiej niż przy pierwszym podejściu. Tego chłop nie przewidział. Ale akurat z festiwalu powolutku wyjechał kamper, więc skorzystałem z jego oświetlenia xD i poszedłem jego tropem. W końcu wyłoniliśmy się z lasu na polankę, droga zrobiła się lepsza, kamper pojechał szybciej a ja zacząłem swój marsz na dworzec. Był on wprawdzie długi (10 km), ale przepiękny i relaksujący. Była 5 rano, nie spotkałem ani żywej duszy, zabudowania mijało się tylko czasem, a tak to - pola, polany, laski, klimat wiejsko-górski. Widziałem trochę koni i krów na pastwiskach, spotkałem lisa, sarnę, słyszałem żurawie. Po drodze gdzieś tam zastał mnie wschód słońca (wyszły super fotki), zaczęło się w końcu robić cieplej. Ruiny kościoła, przystanki z których od lat nic nie jeździ, takie klimaty. Obszczekało mnie trochę piesków zza swoich płotów; jeden miał otwartą bramę i się zmartwiłem, że wyjdzie mnie pogonić, ale to był ewidentny "kozak w necie pizda w świecie" bo tylko stał za płotem i się darł xD

Dotarłem do Marciszowa i na dworzec z około 10-minutowym zapasem. Był to typowy dworzec-widmo, obecnie zaniedbany, ale duży i przestronny, widać że kiedyś miał swoje lata świetności. Jakoś koło 6:30 przyjechał pociąg, wsiadłem, kupiłem bilet i znów się drzemnąłem na jakieś 1,5h. Po 8 byłem we Wrocławiu, gdzie poszedłem szybko posilić się m i ę s e m, a następnie na tramwaj do domu. W domu kąpiel i padłem spać. I tak odsypiałem, wstałem, trochę wegetowałem, przysypiałem i niedziela raczej mi upłynęła na dochodzeniu do siebie. Koniec, wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Jeszcze kilka luźnych spostrzeżeń odnośnie samego festu:

Z racji specyfiki terenu festiwalowego, jestem pewien, że nie jest on cały ogrodzony ani pilnowany. To niemożliwe. Co też otwiera możliwość wbicia na fest na krzywy ryj. I faktycznie ludzie tak robili! Po raz pierwszy spotkałem się z motywem kontroli opasek NA terenie festiwalu. Otóż w pewnym momencie szedłem sobie, a tu wyskoczyło dwóch ochroniarzy i "opaska jest??". Ja zdziwiony, zaskoczony, co to za gesztapowskie kontrole, psychozę jakąś mają... ale w tym czasie okazało się, że gość idący za mną tej opaski nie miał XD Ledwo ogarnąłem co się działo, a ten był już eskortowany do wyjścia i wypytywany którędy tu wbił. Więc było to zasadne.

Nie było w ogóle trzepania na bramkach (no, nie było też bramek). Na wejściu mogłeś wejść z dowolnym bagażem, więc jak byś miał ochotę to mogłeś wejść z wszystkim od skrzynki wódki po bombę atomową. Fajnie. Dużo ludzi z tego korzystało i widziałem, że chodzili ze swoimi czteropakami itd.

Inną ciekawostką jest czas trwania festu, niby od 8 w czwartek do niedzielnego wieczoru, ale nie wyganiali od razu w niedzielę, więc jak piszę te słowa, to tam jeszcze siedzą ludzie, szukają podwózek itd. Właśnie obserwuję na fejsbukowej grupie, że choć koncerty już się pokończyły, to tam wciąż trwa życie xD

Podsumowując, bardzo mi się podobało - pomijając oczywiste wrażenia muzyczne, gdzie pakiet lubianych artystów był top, to Uroczysko to fantastyczne miejsce, coś zupełnie innego dla człowieka przyzwyczajonego do jakichś Openerów i Mysticów. Przeżycie z gatunku takich, które zapamiętam na zawsze.
Czy tam wrócę? Zależy od lineupu, w ciemno to nie, bo jednak wyprawa jest spora, ale z pewnością będę monitorował temat.

Muzycznie jestem nasycony niesamowicie, nawet nie bardzo mam obecnie ochotę na jakieś koncerty, po takim evencie przez jakiś czas wszystko inne wypadnie raczej blado. A niestety pojutrze już Bittersweet xD Boże, jak mi się nie chce. Myślami jestem dalej w uroczyskowym lesie.
Ostatnio zmieniony pn sie 10, 2026 7:15 pm przez Shedao Shai, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
gumbyy
ZASŁUŻONY SANATORIANIN
Posty: 16717
Rejestracja: śr cze 01, 2005 1:49 am
Skąd: Wrocław

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: gumbyy »

Świetna relacja :D
www.MetalSide.pl
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1951
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Caracalized »

Wspaniała relacja Shedao, jak zawsze zresztą. Dowozisz tutaj niesamowicie nimi :D
I widzę, że nawet na Ciebie psy ujadają 😂
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9548
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: johnny_o »

Niesamowita relka, masz do nich niebywały dar!
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1951
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Caracalized »

No i w sumie to jest niezły kek, że festiwal skupiający się na naturze, lokalizacyjnie położony w lesie na jakimś okropnym zadupiu, prezentuje muzykę elektroniczną xD
Awatar użytkownika
gumbyy
ZASŁUŻONY SANATORIANIN
Posty: 16717
Rejestracja: śr cze 01, 2005 1:49 am
Skąd: Wrocław

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: gumbyy »

Wchodzę sobie wczoraj wieczorkiem na FB, a tam reklama koncertu Lady Pank w Kołobrzegu. A, że jesteśmy z MyLuv 40 km obok, to pójdziemy sobie na koncert :D
www.MetalSide.pl
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9548
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: johnny_o »

Super, udanego gigu :)
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 9822
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Zajzajer »

jak myślicie, wpuszczą mnie do studio z plecakiem? ostatni raz tam bylem w 2024 luty, i wtedy byłem z plecakiem, ale teraz nie wiem, moze sie cos zmienilo
Zajzajer on the Road 2026:
Awatar użytkownika
Max323
ZASŁUŻONY SANATORIANIN
Posty: 4681
Rejestracja: sob maja 26, 2018 8:58 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Max323 »

Jak rozmiar a4 to na lajcie. Z większym może być różnie.
A
B
C
D
E
Awatar użytkownika
gumbyy
ZASŁUŻONY SANATORIANIN
Posty: 16717
Rejestracja: śr cze 01, 2005 1:49 am
Skąd: Wrocław

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: gumbyy »

johnny_o pisze: wt sie 11, 2026 12:29 pm Super, udanego gigu :)
I bardzo fajny koncert był. 1,5h granka, hit (kotlet) za hitem i całkiem spoko publika- Amfiteatr wyliczony na ok 4000, a ponad połowa zajęta. Tylko miejsca siedzące, więc scena bliziutko, ale nikt nie siedział, więc klimacik spoko. Publika sie bawiła, teksty były śpiewane, interakcje z zespołem elegancko. Zespół w spoko formie, Panas momentami z małymi problemami, ale to nic wielkiego. JB - klasa. Fajne były momenty z "solówkami" na saksofonie. Że 3 razy typek wychodził i fajnie to siadało.

"Mniej niż zero", "Fabryka...", "Titanic", "Sztuka latania" (!), czy "Zawsze tam gdzie ty" z czadową końcówką - sztosy :)

ps.
Nic nie złapałem :D
www.MetalSide.pl
Awatar użytkownika
Sardi
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 7655
Rejestracja: sob sty 23, 2016 11:06 pm
Skąd: Born in the BZ Land

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Sardi »

what a fucking legend

tak, Marcin na saksach super robote robi (nie zawsze wpada na koncerty) :)
BRUCE SPRINGSTEEN, JAN BO I RICHIE FAULKNER PONAD WSZYSTKO
https://www.last.fm/pl/user/sardynex
setlist.fm/user/matt01
ODPOWIEDZ