Koncerty. Najlepsze i jeszcze lepsze :)

Tu dyskutujemy tylko o Iron Maiden

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Deleted User 5155

Re: Koncerty. Najlepsze i jeszcze lepsze :)

Post autor: Deleted User 5155 »

Trochę mi się nazbierało w tym temacie...
1984 - Łódź. Do dziś nie wiem jak dość konserwatywni rodzice pozwolili mi jechać na TAKI koncert. IM słuchałem od 2 lat i od tych 2 lat wiedziałem, że to muzyka mojego życia.
Hala pełna, dopchałem się na jakieś 3-4 m od sceny. Totalna ciemność, dymy, napięcie. Zaczęło się od wygenerowanego huku, który ogłuszył na jakiś czas. Potem - bajka. Krzyk każdego znanego tekstu, non-stop skakanie. Dźwięk odczuwalny w trzewiach. Przy HBTN straciłem świadomość - to było i jest jedno z kilku primus inter pares. Wrażenia niewyobrażalne - jak pierwsza skonsumowana miłość. Wyszedłem przepocony i przeszczęśliwy. Byłem w muzycznym i koncertowym niebie.
1986 - Poznań i Łódź. Zaciągnąłem kilka osób w tym brata, który od tej pory jest ze mną na każdym kolejnym. Kilka pierwszych kawałków siedziałem, przy Powerslave - nie wytrzymałem. Emocje - takie same jak 2 lata wcześniej, tylko dojrzalsze. No i piorunujące wrażenie całej hali, kiedy na IM pokazały się łapy i łeb Ediego... Przez kilkadziesiąt sekund hala zamarła, zapomniała, że trzeba skakać, wszyscy delektowali się niesamowitością i skalą scenografii. Łódź już przesiedziałem - chciałem wbić sobie w pamięć obraz i dźwięk.
2000 - Torwar. Wielkie oczekiwanie po osłuchaniu BNW. Koncertowe spełnienie. Cała hala od początku stała i skakała. Kapitalny set. Po kilku chudszych latach - odrodzenie z 3ma gitarzystami. Znowu byłem w niebie. Miałem niejasne wrażenie, że zaczęła się druga młodość zespołu.
2003 - Katowice. Piękne wrażenia zwłaszcza przy rzadziej granych numerach - szczególnie 22AA. Ale jakoś spokojniej. Świetny dźwięk, zespół jak zwykle na 110%. Przedostatni raz w życiu siedziałem.
2003 - Wrocław. Kolejne spełnienie. Miałem komfort - z bratem i siostrą skakaliśmy w ostatnim rzędzie widowni, za sobą mieliśmy otwarte okno - klima działała. Przy DoD Bruce wlazł na rusztowania sceny i nie zdążył zejść na kawałek tekstu. Przy Journeyman prawie się poryczałem śpiewając refren - te słowa to jedna z 3 żelaznych zasad, których nauczyłem synka. Super koncert!
2005 - Chorzów. Po kiksie dźwiękowym na początku od połowy koncertu dźwięk urywał głowę - a byłem na koronie, pewno ze 150 m od sceny. Znowu wszyscy na stadionie na nogach od początku do końca. Wzruszenie przy RT i PotO, "normalne" śpiewanie na kilkadziesiąt tys. gardeł wszystkiego co tylko się dało. Jak zwykle - 2 dni charczałem.
2006 - Stuttgart. Wariacka jazda w 5 osób (rodzina) ponad 1300 km. Cała AMOLAD od dechy do dechy. Muzyczny majstersztyk. Pierwsze negatywne uwagi do mało koncertowego zachowania Niemców, ale to drobnostka. Pomysł z całą płytą bezbłędny, dźwięk, Ed na czołgu przy IM - nie mogło mnie tam nie być.
2008 - Gwardia. Ponad 30 tys. ludzi, którzy wstali na wstępie i już nie usiedli. Kapitalna atmosfera, poczucie uczestnictwa w czymś niepowtarzalnym. Bez słabych punktów, za to z perełkami - w tym RotAM. Urodziny Bruce'a, nasza flaga. I atmosfera szczerej euforii - w końcu byli tam ci, którzy chcieli być i wiedzieli "dlaczego" i "po co".
2010 - Budapeszt. Znowu rodzinna wyprawa (3 osoby) po - nietrudnej - namowie, że zwyczajnie "trzeba być". Chwilowe kłopoty z dźwiękiem nie zepsuły muzyki. Po kilku latach znowu mogłem pokrzyczeć przy "Wickerze". Podobno było tam 70 tys. ludzi - ile by nie było - czasu nie zmarnowali. Po powrocie obiecałem synkowi (wtedy niecałe 6 lat), że na następnym koncercie będzie na 100%.
2011.06.03 - Berlin. Wielkie oczekiwanie. 3 tygodnie zajęło mi dosłuchiwanie się i dochodzenie do wniosku, że TFF to płyta genialna. Chęć, tęsknota usłyszenia na żywo TT i WtWWB - nie do opisania. 4 osoby, w tym "neofita" ze studiów. Hala O2 sprawdziła się. Widowisko i muzyka kładły na kolana. Słuchając Bruce'a myślałem o tych, którzy twierdzili, że głos mu słabuje na nowej płycie. Pusty śmiech. Nie przeszkadzał mi pośpiech - upajałem się muzyką i dźwiękiem na jakie czekałem - było jak miało być - nie słyszałem własnego głosu. Już byłem szczęśliwy, że za tydzień synek zobaczy i usłyszy.
2011.06.10 - Bemowo. Wielka chwila - następne pokolenie zobaczyło. Ma niecałe 7 lat, słucha IM od ponad 7-u - wiadomo - dobre wibracje dobrze wpływają na rozwój płodowy. W sumie było nas 8 osób. Nikt nie żałował. Byłem z boku, dźwięk nie powalał, za to był sterylny - każda gitara, każda solówka. Znowu ledwo wytrzymywałem śpiewając WtWWB - kolejny diament, brylant albo perła muzyczna - co kto woli. Patrzyłem na scenę, ale i tak widziałem lekko zdziwione oczy ludzisków słuchających jak mój fąfel wykrzykuje "Your time will come" i melodie z FotD. I jak piszczy na widok Ediego. Piękne widowisko, publika w okolicach trochę nierówna, ale dzięki temu ja mogłem sobie poskakać albo potańczyć z Maluchem na ramionach. Do dziś chrypię.

Może tej muzyki nie napisał Mozart, ale ci, którzy ją stworzyli - są Mozartami.
Obojętne gdzie - nie odpuszczę już żadnej trasy. I jakoś pewny jestem - sam jeździł nie będę. Do następnego :dance:
Awatar użytkownika
krusejder
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 11501
Rejestracja: wt sie 10, 2010 12:46 pm

Re: Koncerty. Najlepsze i jeszcze lepsze :)

Post autor: krusejder »

Piękny wpis, dzięki
Najbliższe koncerty w 2026: White Buffalo, Hollywood Vampires, Doogie White, Blaze Bayley, Mostly Autumn weekend, Hallas, Coroner, Deep Purple, Quidam, Europe, Maiden United, Still of the Night ...
Awatar użytkownika
pinio
-#Moonchild
-#Moonchild
Posty: 1737
Rejestracja: pn sty 01, 2024 6:40 pm
Skąd: Warszawa/Torrevieja

Re: Koncerty. Najlepsze i jeszcze lepsze :)

Post autor: pinio »

10.08.1984 Łódź. Czyli 40 lat minęło.

Merytorycznie niewiele pamiętam.
Nie byłem jakimś prawiczkiem koncertowym - miałem ciotkę, która załatwiała mi bilety na wszystkie koncerty rockowe grane w hali na Żytniej w Kielcach. Tak w okolicach lat 1981 - 1984 widziałem tam niemal wszystkich, których słuchałem i lubiłem: TSA, Maanam, Perfect, Turbo, Lady Pank, Azyl P, Hanoi Rocks, Ścierańskiego, Lombard ... Niektórych kilka razy. Co najmniej drugie tyle nazw nie pamiętam.

Od kwietnia 1982 to było już tylko tło. Po usłyszeniu The Number of the Beast byłem w innym muzycznym świecie. No i kiedyś tam idąc sobie Sienkiewką (główny deptak Kielc czyli ul. Sienkiewicza) jakoś na początku wakacji widzę plakat: Iron Maiden w Polsce, a konkretnie - w Łodzi. Zbaraniałem. Nie nadziałem się wcześniej na jakąkolwiek informację o tym, że Maiden będą w Polsce. Nie miałem pojęcia, że są jeszcze koncerty w innych miastach. Bilet kupiłem natychmiast nie pytając o zgodę kogokolwiek. Na koncert pojechaliśmy ekipą chyba 6 chłopaków, reszta raczej z ciekawości, bo do wyznawców czy Maiden-świrów to bym ich nie zaliczył.

Do Łodzi dojechaliśmy jakimś autobusem, nastrojów sprzed hali nie pamiętam. Pamiętam, że na hali dopchałem się jakoś do 4-5 szeregu. Ścisk taki sam jak i w tych czasach. Krzyku Maiden - Maiden na wszelkie możliwe odmiany było dużo, więcej niż teraz bywa.
Sam koncert - tylko migawki. Może m.in. dlatego, że przecie płyty Powerslave jeszcze nie słyszałem. Niemal na 100% nie było przemówienia Churchilla. Zgasły światła, sala była bardzo dobrze zaciemniona, z mojego miejsca nie było widać absolutnie nic. 1, może 2 min. takiego manewru spowodowały, że sala wręcz gotowała się od napięcia. Można go było niemal dotknąć. Nagle JEBŁO. To był jakiś wygenerowany huk i to taki, że fizycznie odepchnął od sceny niczym fala uderzeniowa. Zaryzykuję, że nie było również wstępu do Aces (dziś grany z taśmy) tylko od razu weszły gitary. Zaczął się szał, mniej świadomy na kawałkach nieznanych, trochę bardziej - na znanych. W tłumie oczywiście walka o życie, dobra nauka i zaprawa na przyszłość. Z ujęć sceny zapamiętałem migawki - Dave'a grającego swoją partię pod koniec Icarusa (ostatnie solo z łagodnie schodzącą w dół frazą), Adriana wystukującego wstęp do Akacjowej, Dave,a wziętego na ramiona przez Dickinsona, kilka razy świdrujący wzrok Harrisa ... Migawki. + fakt, że na Hallowed odjechałem, straciłem świadomość, po wejściu fragmentu z najszybszym tempem i solówkami byłem zwyczajnie w innym świecie.
Na pożegnanie pałeczka Nicko, która lekko uderzyła mnie w wyciągnięte palce, zgarnięta przez kolesia obok, który po złapaniu ją ucałował. Wtedy byłem najbliżej w życiu jakiegokolwiek fanta od Maiden.
Wychodząc po koncercie słyszałem jakąś zbitkę, ktoś pytał co to było takie długie, z rytmem patataj - patataj. Ktoś bardziej osłuchany odpowiedział, że to z pierwszej płyty, 7,21 (tak to zapamiętałem, oczywiście miał na myśli Phantoma, którego nie było, a chodziło - oczywiście - o Marynarza). Ja byłem ledwo żywy, z przepoconymi sznurowadłami, bez możliwości wydania dźwięku innego niż charczenie jakieś. Gdzieś koło hali dorwałem się do oranżady, dwie albo trzy butelki właściwie wyssałem. Pamiętam, że na jakimś przystanku usiadłem sobie na chodniku i chyba wyglądałem na ćpuna bo po chwili zatrzymali się niebiescy przyjaciele, przez uchyloną szybę niedwuznacznie nakazujący mi wstać. Tylko lekko machnąłem ręką i powoli wstałem.
Kompletnie nie pamiętam jak wróciłem do domu.

Jak widać - niewiele pamiętam. Za to nie zapomnę, że było to największe i najważniejsze spełnienie jakiego doznałem do tamtej chwili i to takie, z którym ledwo kilka następnych w całym życiu może się równać.
Up The Irons :!: :!: :!:
:dance: :dance: :dance:
Może tej muzyki nie napisał Mozart,
ale ten kto ją napisał - był Mozartem

Kiedy słuchasz muzyki Mozarta świat staje się lepszy

Muzyka Bacha to muzyka napisana przez Boga
Muzyka Mozarta to muzyka, której Bóg słucha
ODPOWIEDZ