1984 - Łódź. Do dziś nie wiem jak dość konserwatywni rodzice pozwolili mi jechać na TAKI koncert. IM słuchałem od 2 lat i od tych 2 lat wiedziałem, że to muzyka mojego życia.
Hala pełna, dopchałem się na jakieś 3-4 m od sceny. Totalna ciemność, dymy, napięcie. Zaczęło się od wygenerowanego huku, który ogłuszył na jakiś czas. Potem - bajka. Krzyk każdego znanego tekstu, non-stop skakanie. Dźwięk odczuwalny w trzewiach. Przy HBTN straciłem świadomość - to było i jest jedno z kilku primus inter pares. Wrażenia niewyobrażalne - jak pierwsza skonsumowana miłość. Wyszedłem przepocony i przeszczęśliwy. Byłem w muzycznym i koncertowym niebie.
1986 - Poznań i Łódź. Zaciągnąłem kilka osób w tym brata, który od tej pory jest ze mną na każdym kolejnym. Kilka pierwszych kawałków siedziałem, przy Powerslave - nie wytrzymałem. Emocje - takie same jak 2 lata wcześniej, tylko dojrzalsze. No i piorunujące wrażenie całej hali, kiedy na IM pokazały się łapy i łeb Ediego... Przez kilkadziesiąt sekund hala zamarła, zapomniała, że trzeba skakać, wszyscy delektowali się niesamowitością i skalą scenografii. Łódź już przesiedziałem - chciałem wbić sobie w pamięć obraz i dźwięk.
2000 - Torwar. Wielkie oczekiwanie po osłuchaniu BNW. Koncertowe spełnienie. Cała hala od początku stała i skakała. Kapitalny set. Po kilku chudszych latach - odrodzenie z 3ma gitarzystami. Znowu byłem w niebie. Miałem niejasne wrażenie, że zaczęła się druga młodość zespołu.
2003 - Katowice. Piękne wrażenia zwłaszcza przy rzadziej granych numerach - szczególnie 22AA. Ale jakoś spokojniej. Świetny dźwięk, zespół jak zwykle na 110%. Przedostatni raz w życiu siedziałem.
2003 - Wrocław. Kolejne spełnienie. Miałem komfort - z bratem i siostrą skakaliśmy w ostatnim rzędzie widowni, za sobą mieliśmy otwarte okno - klima działała. Przy DoD Bruce wlazł na rusztowania sceny i nie zdążył zejść na kawałek tekstu. Przy Journeyman prawie się poryczałem śpiewając refren - te słowa to jedna z 3 żelaznych zasad, których nauczyłem synka. Super koncert!
2005 - Chorzów. Po kiksie dźwiękowym na początku od połowy koncertu dźwięk urywał głowę - a byłem na koronie, pewno ze 150 m od sceny. Znowu wszyscy na stadionie na nogach od początku do końca. Wzruszenie przy RT i PotO, "normalne" śpiewanie na kilkadziesiąt tys. gardeł wszystkiego co tylko się dało. Jak zwykle - 2 dni charczałem.
2006 - Stuttgart. Wariacka jazda w 5 osób (rodzina) ponad 1300 km. Cała AMOLAD od dechy do dechy. Muzyczny majstersztyk. Pierwsze negatywne uwagi do mało koncertowego zachowania Niemców, ale to drobnostka. Pomysł z całą płytą bezbłędny, dźwięk, Ed na czołgu przy IM - nie mogło mnie tam nie być.
2008 - Gwardia. Ponad 30 tys. ludzi, którzy wstali na wstępie i już nie usiedli. Kapitalna atmosfera, poczucie uczestnictwa w czymś niepowtarzalnym. Bez słabych punktów, za to z perełkami - w tym RotAM. Urodziny Bruce'a, nasza flaga. I atmosfera szczerej euforii - w końcu byli tam ci, którzy chcieli być i wiedzieli "dlaczego" i "po co".
2010 - Budapeszt. Znowu rodzinna wyprawa (3 osoby) po - nietrudnej - namowie, że zwyczajnie "trzeba być". Chwilowe kłopoty z dźwiękiem nie zepsuły muzyki. Po kilku latach znowu mogłem pokrzyczeć przy "Wickerze". Podobno było tam 70 tys. ludzi - ile by nie było - czasu nie zmarnowali. Po powrocie obiecałem synkowi (wtedy niecałe 6 lat), że na następnym koncercie będzie na 100%.
2011.06.03 - Berlin. Wielkie oczekiwanie. 3 tygodnie zajęło mi dosłuchiwanie się i dochodzenie do wniosku, że TFF to płyta genialna. Chęć, tęsknota usłyszenia na żywo TT i WtWWB - nie do opisania. 4 osoby, w tym "neofita" ze studiów. Hala O2 sprawdziła się. Widowisko i muzyka kładły na kolana. Słuchając Bruce'a myślałem o tych, którzy twierdzili, że głos mu słabuje na nowej płycie. Pusty śmiech. Nie przeszkadzał mi pośpiech - upajałem się muzyką i dźwiękiem na jakie czekałem - było jak miało być - nie słyszałem własnego głosu. Już byłem szczęśliwy, że za tydzień synek zobaczy i usłyszy.
2011.06.10 - Bemowo. Wielka chwila - następne pokolenie zobaczyło. Ma niecałe 7 lat, słucha IM od ponad 7-u - wiadomo - dobre wibracje dobrze wpływają na rozwój płodowy. W sumie było nas 8 osób. Nikt nie żałował. Byłem z boku, dźwięk nie powalał, za to był sterylny - każda gitara, każda solówka. Znowu ledwo wytrzymywałem śpiewając WtWWB - kolejny diament, brylant albo perła muzyczna - co kto woli. Patrzyłem na scenę, ale i tak widziałem lekko zdziwione oczy ludzisków słuchających jak mój fąfel wykrzykuje "Your time will come" i melodie z FotD. I jak piszczy na widok Ediego. Piękne widowisko, publika w okolicach trochę nierówna, ale dzięki temu ja mogłem sobie poskakać albo potańczyć z Maluchem na ramionach. Do dziś chrypię.
Może tej muzyki nie napisał Mozart, ale ci, którzy ją stworzyli - są Mozartami.
Obojętne gdzie - nie odpuszczę już żadnej trasy. I jakoś pewny jestem - sam jeździł nie będę. Do następnego

