DANIEL GILDENLÖW myśli za dużo
„My, ludzie, jako gatunek, nie potrafimy stanąć twarzą twarz z problemami, których nie można rozwiązać w standardowy sposób - z poważnym wyrazem twarzy mówi Daniel - Zanieczyszczenie środowiska nie ma nic wspólnego z religią, nienawiścią i bronią, więc nie wiemy, jak sobie z nim poradzić. Dlatego je ignorujemy i wymyślamy sobie więc innych wrogów, takich z którymi potrafimy walczyć. Z tym, że jeśli nad kraj przyjdzie potężna nawałnica, nie zostawi ona swoich odcisków palców na granicy. Dla klęski żywiołowej najlepsze systemy kontroli nie będą miały znaczenia. I przegramy walkę, bo nie będziemy wiedzieli, jak do niej stanąć.”
- Daniel, czy ty przypadkiem nie za dużo myślisz?- pytam.
- O tak, niestety
- A czy nie przeszkadza ci to w cieszeniu się codziennością?
- O tak, stanowczo. Ale chyba przeszkadza to wszystkim ludziom. Zdaje się, że jesteśmy wystarczająco głupi, żeby uważać się za inteligentnych.
Oto i on, w całej swojej krasie, razem ze swoimi niekończącymi się rozmyślaniami. Daniel Gildenlöw, szwedzki muzyk. Jeden z najbardziej wszechstronnych wokalistów naszych czasów. Multiinstrumentalista, autor tekstów, filozof-hobbysta. Swój pierwszy zespół założył w wielu jedenastu lat, niedługo potem zaczął zdobywać uznanie w swojej ojczyźnie. Od kilkunastu lat stoi na czele Pain Of Salvation, jednej z najciekawszych grup prog-metalowych na świecie. Wysoki, szczupły, bez przerwy ma na twarzy delikatny uśmiech. Spokojny i zrelaksowany, robi wrażenie najszczęśliwszego człowieka na świecie. Ale za jego gładkim czołem kryje się rozedrgany umysł, pełen niespokojnych, niewygodnych a może i trochę niebezpiecznych myśli...
MH: Zostańmy jeszcze chwilę przy temacie walki z wyimaginowanymi wrogami. Czy nie sądzisz, że walczymy i bronimy się tak rozpaczliwie, bo mamy potrzebę odczuwania zagrożenia i nieustannego mu się przeciwstawiania we krwi? My, ludzie Zachodu, jesteśmy dość agresywni...
DG: Nie sądzę, żebyśmy to mieli we krwi. Ale fakt, że jesteśmy zależni od kontekstu społecznego. Trudno jest przyjąć jakąkolwiek inną postawę, skoro społeczeństwo kształtuje nas tak a nie inaczej. Do pewnego stopnia, rzeczywiście jesteśmy „biologicznie zaprogramowani”. Ale możemy dać temu ujście na różne sposoby. Można uprawiać hazard, grać w futbol, można też zabijać ludzi. My, stojąc na scenie, dajemy ujście temu samemu rodzajowi energii, spełniamy te same biologiczne funkcje, co obrońcy narodów w mundurach.
MH: Czy to miałeś na myśli mówiąc, że muzyka Pain Of Salvation „przyniesie wam gniew bardziej inteligentny, niż uważaliście to za możliwe”?
DG: To bardzo typowy sposób opisywania muzyki Pain Of Salvation. Jest w nas dużo gniewu, zwłaszcza na ostatniej płycie. Jesteśmy bardzo emocjonalni i ekspresjonistyczni. Ale zawsze zanim coś zrobimy, zastanawiamy się dwa razy... trzy razy... cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć razy... I nawet jeśli gniew wydaje się być poza wszelką kontrolą, mamy go w garści.
MH: Z płyty na płytę, konsekwentnie trzymacie się idei „albumów konceptualnych”. Skąd taka wierność tej formie?
DG: Zawsze uważałem, że jeśli ktoś już decyduje się zajmować przestrzeń w mediach, powinien dobrze się zastanowić, co chce przekazać. Zwłaszcza biorąc pod uwagę dzisiejszy natłok informacji. Zbyt wielu ludzi ma gdzieś to, co mówi. Jeśli więc mam dorzucić swoje trzy grosze, wolę się upewnić, że mam coś do powiedzenia. Rozbudowane tematy zawsze wydawały mi się warte zachodu. Powieść jest lepsza niż opowiadanie, bo masz więcej przestrzeni do pracy nad fabułą. Możesz tworzyć historie równoległe, przedstawić kilka punktów widzenia. W muzyce możesz wykorzystywać powracające tematy, możesz wprowadzić bardzo radosną melodię, która później powróci jako część bardzo smutnego utworu. Tym samym stworzysz coś magicznego. Drugi wątek nada wcześniej usłyszanej melodii zupełnie inną kolorystykę i zmieni jego pierwotną wymowę...
MH: Tak, jak to się zdarza w „prawdziwym” życiu...
DG: W umyśle słuchacza powstaje skojarzenie: „ten temat ma radosny przekaz”. I kiedy wywodzisz wątek posępny z wątku radosnego, jego wymowa jest dużo potężniejsza.
MH: Nie wiem, czy widziałeś film zatytułowany Shadowlands, opowiadający historię z życia pisarza C.S. Lewisa. Żona bohatera jest bardzo poważnie chora i jest przesądzone, że wkrótce umrze. Razem udają się na wycieczkę w przepiękne miejsce. Stoją w strugach deszczu po środku cudownej doliny i są bardzo szczęśliwi- tym pełniej i boleśniej szczęśliwi, że wiedzą, jakie nieuniknione troski są przed nimi. Kobieta mówi wtedy coś w stylu: „ dzisiejsze szczęście jest częścią jutrzejszej rozpaczy”...
DG: Tak. Bardzo dobrze powiedziane.
MH: W internecie znalazłam kilka esejów twojego autorstwa. Jeden z nich opowiada o tym, jak twój ojciec niechcący potrącił psa. To, co mnie uderzyło, to sposób, w jaki opisałeś cały proces rozwijania się twoich emocji podczas tego wydarzenia. Jakbyś patrzył na siebie z zewnątrz i opisywał, co się z tobą dzieje. Wydawałeś się być zdruzgotany, choć niektórzy mogliby powiedzieć, że „to tylko pies”, jeden z wielu, które giną na drogach każdego dnia.
DG: Łatwo mnie złamać na najbardziej podstawowym poziomie. Ale trudno złamać mnie całkowicie. Co w zasadzie jest bardzo głupie, bo zostawia to bardzo, bardzo szeroką skalę cierpienia pomiędzy jednym a drugim stanem. Bólu i cierpienia... ha ha ha!
MH: Cóż, w końcu ból jest kluczem do zbawienia, prawda? (ang. „pain”- ból, „salvation”- zbawienie, przyp T.C.) Ale skoro mowa o twojej wrażliwości na cierpienie zwierząt... otwarcie mówisz o swoim wegetarianizmie. Czy to kwestia diety, czy ideologii?
DG: Trudno mi będzie odpowiedzieć na to pytanie, bo... już nie jestem wegetarianinem. Ale byłem nim ze względów moralnych. I wciąż popieram tę postawę. Wciąż mam poczucie, że nie mam prawa jeść zwierząt. Po prostu dochodzę do wniosku, że to kolejna rzecz, której nie potrafię robić tak, jak powinienem. Na tej samej zasadzie przez długi czas paliłem papierosy. Nigdy nie powiedziałbym, że to dobre, nigdy nie poparłbym palenia i palaczy. Palę - jestem głupi. I nie widzę w tym nic dobrego. To samo dotyczy jedzenia mięsa. Byłem wegetarianinem przez około dziesięć lat i wciąż uważam, że świat byłby lepszy, gdyby wszyscy byli wegetarianami. Niestety ja juz do nich nie należę...
MH: Ale może jedzenie mięsa jest częścią naturalnej równowagi pomiędzy ludźmi i zwierzętami? My dostarczamy im pożywienia, dbamy o nie, po czym one dostarczają pożywienia nam. Owszem, musimy je zabić, ale to nie znaczy, że nie możemy podchodzić do nich z wdzięcznością i szacunkiem...
DG: Nie chodzi nawet o samo zabijanie i akt zjadania zwierząt. Dla mnie problem dotyczy przemysłu i tego, jak on funkcjonuje. Przemysł nie pozwala na jakąkolwiek formę wdzięczności. To nie jest uczciwa wymiana, dawanie i branie. To zimne, odczłowieczone, i plastikowe. To obrzydliwe widzieć na półkach setki owiniętych w plastikową folię kawałków mięsa ze zwierząt, których nigdy nie widziałeś. To prymitywne. Akceptujemy to tylko dlatego, że społeczeństwo nas tego nauczyło. Przy odrobinie refleksji nigdy byśmy się na to nie zgodzili...
MH: Wydajesz się bardzo przejmować tym, w jakim stanie jest świat i w jakim kierunku zmierza społeczeństwo. Wyraźnie słychać to w tekstach, które piszesz. Ale w waszej muzyce nie brakuje poczucia humoru. Jak to jest, śmiejesz się, żeby odreagować niepokoje, czy również te niepokoje traktujesz z przymrużeniem oka?
DG: Byłem klasowym clownem, odkąd skończyłem siedem lat. Humor to coś dla mnie naturalnego. Szczególnie czarny humor. Poza tym w twórczości potrzebna jest równowaga. Powaga jest tak samo niezbędna, jak i śmiech. Jeśli ze „Scarsick” usuniesz utwory takie, jak „America” czy „Disco Queen”, album straci na wartości. W muzyce, która jest dobijająca, potrzebny jest kontrast. Jeśli nie dodasz czegoś pozytywnego dla przeciwwagi, negatywne nie będzie negatywnym, będzie zaledwie normą. Musisz mieć punkt odniesienia. Z drugiej strony, w dziele powinno się użyć jak najwięcej możliwych kolorów z dostępnej palety.
MH: Dzieło powinno być uniwersalną całością? Wszechświatem w miniaturze?
DG: Chyba tak. Przynajmniej do tego powinno się dążyć. Mnie nigdy nie udało się stworzyć czegoś, co byłoby zamkniętą całością. Ale z drugiej strony coraz częściej myślę, że jedną z podstawowych lekcji, których musimy się w życiu nauczyć jest świadomość, że w pojedynkę nie jesteśmy kompletni. Że jesteśmy zależni od innych. I dlatego musimy się uczyć rozumieć siebie nawzajem. Każdy z nas osobno - to za mało. Nie chodzi o to, by stać się tak silnym, żeby nie potrzebować nikogo. Trzeba być na tyle silnym, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo inni ludzie są ci potrzebni. W pojedynkę, człowiek jest mało wart. Jeśli to pojmiesz, to znaczy, że dokądś doszedłeś.
MH: Chyba czytasz w moich myślach. Właśnie miałam cię spytać, czy z twoim talentem, uniwersalnością i samowystarczalnością- masz tyle umiejętności, że mógłbyś nagrywać swoje płyty w pojedynkę- nie czujesz się czasem okropnie samotny?
DG: O, tak.
MH: Johan (tu zwracam się do siedzącego do tej pory cicho uśmiechniętego gitarzysty, Johana Hallgrena) jak to jest pracować z takim człowiekiem-orkiestrą?
JH: Dość miło. Widzisz, jak zabiera się za przesuwanie wielkiego kamienia, podczas gdy ty spokojnie stoisz z tyłu. I myślisz sobie. „Oj, chyba mu ciężko, oj, robi się coraz ciężej... Cóż, jego problem!” Dobra, żartuję. Tak poważnie, lubię pracować z Danielem, jest zabawny, trochę jak Joker z Batmana. Rzeczywiście potrzeba mu mnóstwa humoru, inaczej byłby destruktywny. Wszyscy go lubimy. Podczas tras koncertowych świetnie się bawimy. Oczywiście, mieliśmy trudne momenty. Ale nie toczymy wielkich bitew. A nawet jeśli, robimy to sami ze sobą, w swoich głowach. Tak jak mówił Daniel, uczymy się polegać na sobie nawzajem. Gdybyśmy tego nie robili, każdy z nas musiałby zarzynać swoje własne jagnię. Dopiero zespół to kompletna jednostka.
MH: A czym jest dla was talent? Czy to dodatkowa odpowiedzialność?
DG: Dla mnie tak. Czasem myślę sobie, że talent to błąd w programowaniu. Jeśli masz zbyt duży talent, stajesz się autystyczny. Masz jeden bardzo, bardzo wielki talent i nic więcej. Nie wiem, czy to coś dobrego, czy złego. Dobrze, jeśli jesteś w stanie jakoś to wykorzystać. A odpowiedzialnym jest się o tyle, że stajesz się dla ludzi wzorcem. I musisz się z tym liczyć, dawać odpowiedni przykład. To trochę jak bycie rodzicem. Żaden rodzic nie powie: „Kiedy byłem młody dużo piłem, więc pozwolę moim dzieciom pić na umór, żeby pozostać w zgodzie ze sobą”. Jako rodzic musisz być dla dzieci punktem pomiarowym. I postępować roztropnie, bo dzieci będą robiły to, co robisz, nie to, co mówisz. Jeśli wybierasz zawód taki, jak my, to tak, jakbyś był rodzicem wielu młodych ludzi. Pain Of Salvation nie ułatwia swoim „podopiecznym” sprawy. Poruszamy trudne tematy, zadajemy pytania o istotę bycia człowiekiem. To tak, jakby podczas rodzinnego obiadu rozmawiać o sensie istnienia... to niełatwe, ale być może konieczne. Ja zawsze pozwalam sobie rozmyślać o dosłownie wszystkim, bo dzięki temu mogę pojąć, kim jestem. Ale myśleć o czymś i robić coś, to dwie zupełnie różne sprawy. Jeśli dobrze i uczciwie wszystko sobie przemyślisz, jest szansa, że będziesz wiedział, co zrobić, żeby zrobić dobrze. Co może zaoszczędzić ci kilku kłopotów po drodze.