Ogólnie o koncertach

Info o koncercie? Zlocie? Imprezie? Patrz tutaj

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13244
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Schizoid »

King Dude w Krakowie - mój drugi koncert tego pana i kolejny bardzo fajny. W 2018 widziałem go z backing bandem i w odsłonie głównie elektrycznej, tym razem konwencja recitalu była kompletnie inna. Dudeł cały koncert przegrał na akustyku, a na większości utworów wspierał go kolega, który dodawał tła za pomocą elektroniki i tamburynu. 1h15-1h20 grania, piosenki przeplatane zabawnymi pogadankami (m.in. o Terminatorze ;) ). Sold out, więc w Gwarku było duszno, co podkreślał sam artysta, ale do zniesienia. No i mega nagłośnienie. Niby nie jest ciężko zapewnić spoko dźwięk na tak minimalistycznym gigu, ale wokal ustawili naprawdę znakomicie. Odstęp między występami spory z uwagi na pandemię (najpierw przesunęli, a potem odwołali koncert zapowiadany na 2020 r.), mam nadzieję, że na kolejną sztukę nie trzeba będzie tyle czekać.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Shedao Shai
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6347
Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
Skąd: Wrocław

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Shedao Shai »

Wybrałem się w sobotę do Trutnova na koncert Heilung, a właściwie to minifestiwal pod szyldem "Battlefield Rituals".

Koncert odbywał się w amfiteatrze, w którym organizowane jest też Obscene Extreme i TrutnOFF. Nie byłem tam wcześniej - wrażenia bardzo pozytywne. Miejsce nie za wielkie, sporo miejsc siedzących rozmieszczonych tak, że z każdego miejsca dobrze widać (w końcu to amfiteatr :) ). No i nie wiem, na ile to zasługa akustyki obiektu, a na ile nagłośnieniowców, ale wszyscy z którymi rozmawiałem byli zgodni: nagłośnienie na wszystkich zespołach było bardzo dobre.

Bilety dość drogie, bo za 250 zł, ale udało się dorwać tuż przed koncertem za 180. Zawsze coś. Na minus - to kolejny event na którym Czesi wprowadzili system "cashless"... niestety nie oznacza on płatności tylko kartą (to by było spoko), tylko sprzedaży wszystkiego jedynie za środki na opasce, którą trzeba wpierw doładować przy wejściu. Po raz kolejny poskutkowało to tym, że na koncercie nic nie kupiłem. Taktycznie wcześniej odwiedziłem pivovar Krakonos, w którym piwo dalej jest przepyszne i taniutkie (30 koron, czyli 5 zł z hakiem!!), jedzenie zresztą też.

Organizatorem tego eventu byli ludzie od Brutala, nawet opaski do top-upów były opaskami z brutalowej edycji 2023 xD

Pierwsze dwa zespoły pominąłem. Przybyłem na Deloraine - czeski folk, przyjemny występ. I bardzo ciepło przyjęty przez rodzimą publikę, dużo ludzi skandowało, skakało, tańczyło itd. Widać było, że są u siebie popularni. Potem tłum się przerzedził, sporo ludzi poszło do strefy gastro, a na scenę wyszedł Borknagar. Całkiem spoko granie, nie znalem ich wcześniej i nie obczaiłem przed koncertem, bo "Norwegia" + "metal" jakoś tak nasunęło mi skojarzenie, że będzie to totalna rzeźnia xD A było spokojniej, nieco z folkowo-wikingowym zacięciem, całkiem OK.

Następny był Zeal & Ardor. Nazwa kilka razy wcześniej gdzieś mi się tam przewinęła w feedzie, ale też nie znałem ich twórczości. Wpisałem ich w google, wyszło mi ze to "avant-garde metal", co mi się kojarzy z darciem ryja bez sensu i nieskładnym jazgotem instrumentalnym, więc nawet nie spróbowałem przesłuchać. A okazalo się, że to spoko występ, bardziej melodyjny niż się obawiałem, z dobrą energią. Podobało mi się.

Punkt o 21 nadszedł czas na gwiazdę wieczoru, czyli Heilung. Pod sceną znów się zagęściło. Wiedziałem, że otoczka będzie na bogato, ale nie spodziewałem się jak mocno i jakie zrobi na mnie wrażenie. O ile studyjnie Heilung po prostu lubię, są solidni, tak na żywo urwali mi dupę. To był nie tylko koncert, ale pełny spektakl, w którym otoczka wizualna robiła dużą robotę, widz może mieć wrażenie uczestnictwa w pogańskim rytuale. I to było piękne dopełnienie muzyki zespołu, która wybrzmiała świetnie. Dobra setlista, moim ulubionym punktem był potężny "Traust". Grali równe dwie godziny, choć z początku i na koniec poświęcili po kilka minut na jakieś, hmm, obrządki, a nie granie :wink:
Muszę też podkreślić, że fantastycznie dobrano obiekt pod zespół - otoczka drzew w większości niknących w mroku idealnie robiła klimat i wpasowywała się w stylistykę Heilunga.

Podsumowując, był to dla mnie udany wyjazd, gdzie każdy z widzianych zespołów wypadł dobrze, a Heilung trafił do mojej ścisłej topki za 2024.
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1213
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: manichean »

David Gilmour, Circo Massimo, 1-2 października
Tak jak zapowiedziałem w wątku PF, tak czynię. Pora się przenieść z powrotem do Rzymu, kilka dni wstecz.

Po ostrym cyrkowisku z nieudanym kupnem biletów na RAH, byłem w zasadzie na etapie machnięcia ręką na pomysł lecenia gdziekolwiek na DG. Tymczasem dosłownie chwilę później pojawiło się ogłoszenie dat rzymskich (jak dobrze wiemy, to nie były jedyne daty ogłaszane na raty :)))))). Po krótkiej kalkulacji i zorientowaniu się, że były jakieś rodzinne plany wakacji w Rzymie, wszystko złożyło się podejrzanie w kuszącą całość. Zakup biletu na 1 października w przedsprzedaży z linku włoskiego radia przebiegł bez zarzutów i cyfrowy bilet na tamtejszym eventimie przyszedł od razu. 10 euro opłaty od biletu i 20 euro opłaty od całej transakcji? Nie skomentuję. Po tym minęło kilka miesięcy, a dzień wylotu nadszedł jak gdyby nigdy nic.

1 października:
O urokach turystycznych Wiecznego Miasta (którego doświadczyłem po raz pierwszy) można by pisać długo, bo również na dłuższy pobyt winno się tam lecieć - żal mam, że tylko 5 dni było mi dane tym razem. Co jednak tyczy się Rzymu szczególnie, to fakt, że koncert zorganizowany wokół starożytnych ruin ma niebagatelnie mocny klimat, a spoglądanie z Domus Severiana na scenę w Circus Maximus na kilka godzin przed koncertem, podkręcało ciśnienie. Powrót i wkroczenie na właściwy teren koncertu, nastąpiło dopiero o 20. Pomimo kilku kontroli biletów, na wykrywaczu metali i większych toreb, wejście na płytę i trybuny było kwestią może 4 minut - a trzeba było przebyć całą długość starożytnego toru wyścigowego. To potwierdzało sugestię z internetu, że warto tam było stawić się w zasadzie trochę po 20.

Siedzenia na płycie nie przywitały pleców zbyt miło. Myślę, że nie jedna powiatowa przychodnia dawnego miasta wojewódzkiego sprzed 1999, posiada lepsze siedziska w poczekalni. Ale przynajmniej było jak wyciągnąć nogi i nie zrobiono ścisku między rzędami. W zasadzie to było... wręcz za luźno. Z dużym prawdopodobieństwem dało się tam dość spokojnie zrobić miejsce dla 600+ osób więcej, rozszerzając zewnętrzne rzędy. A gdyby być jeszcze mądrzejszym, to koncerty mogły być stojące 8) . Ale to już chyba nierealne do organizacji :lol: prawda? Większą jednak zmorą niż nie wykorzystanie w pełni płyty, było odkrycie skali januszerii biletowej, która chciała flippować biletami zakupionymi w przedsprzedaży. Coś wielu z nich nie wyszło, bo było widać CAŁE puste rzędy, parędziesiąt minut po starcie koncertu. Dobrze im tak, słabo dla osób które chciały zobaczyć choćby jeden koncert i nie mogły przez takich zakupić z oficjalnej strony. Sprzedaż na jedno konto do 6 biletów to nieporozumienie, trzeba to limitować.

W końcu stuknęła 21, a na scenę po chwili przybył dobry ziomek Guy Pratt z fajną nowiną, iż koncert będzie nagrywany - co było zgodne z zapowiedzą z tour book'a i ostatecznie dotyczyło trzech ostatnich koncertów w Rzymie ( o RAH i USA nic nie wiem). Prośba, aby zachować wstrzemięźliwość z nagrywaniem koncertu i nie trzymać telefonu non stop w powietrzu została usłuchana, co na moim dalekim miejscu od sceny zapewniło o niebo lepszą widoczność. Grazie rzymska publiko!

Chwilę później rozbrzmiała znajoma gitara z 5 AM, a oczom wszystkich w reflektorze ukazał się stary, poczciwy grzybiarz z Wielkiej Brytanii. Intro 5 AM z Black Cat to dość niezrozumiały dla mnie sposób na otwarcie koncertu. Po 5 AM umysł usilnie wyobrażał już sobie start Rattle That Lock, tymczasem tutaj wjeżdżało... drugie intro XD. No niezbyt. Po Black Cat ruszyło tytułowe dla trasy Luck & Strange, przyjemne na początek koncertu.

Zaraz po nim rozbrzmiał znajomy, otwierający ambience z płyty z pryzmatem i tęczą. Breathe przyniosło samoczynnie lekki uśmiech na twarz. Płynnie po nim rozbrzmiały dźwięki zegarów, a Guy począł cykać na strunach basu. W porównaniu do koncertu Watersa, Time nie tylko miało tutaj adekwatnie potężne uderzenie basu, co w ogóle miało prawdziwy bas. Wszystko brzmiało świetnie, niestety do czasu kiedy David zaśpiewał. Cóż, to była alternatywna linia wokalna, o zupełnie innej tonacji, ale nawet ona zdradzała, że oryginalny performance wokalny DG nie jest z jego strony już wykonalny. Reszta utworu przebiegła w specyficznym klimacie z tego tytułu, który jednak poniekąd uratowało Breathe (Reprise).

Bo wizycie na czarnej stronie księżyca, nastąpiła jednorazowa wizyta na łące. Zawsze mnie ciekawi ta miłość DG w solowej karierze do Fat Old Sun. Żeby nie było, to fajny kawałek, ale on go nie rotował na nic z AHM, Meddle czy ObC ni razu. Domykające solówki na FOS mimo wszystko warto na żywo usłyszeć. Marooned przespane dość, mimo fajnej aranżacji sceny pod ten kawałek (takowych aż tak wiele nie było na tym koncercie, co warto odnotować). Wish You Were Here lekko obudziło publiczność, choć nie rozbudziło do takiego śpiewania, jakiego bym się spodziewał. Dziwne. Bliżej końca pierwszego setu, swoje talenty zaprezentowała córka Davida, Romany. Na Between Two Points narzekałem przy premierze, kawałek nie wyglądał na pasujący ani do DG, ani utworów PF. I może nadal średnio pasuje do innych utworów w repertuarze, jednakże nie mogę mu zaprzeczyć urokliwości i piękna wykonania, jakie zapewniła Romany. A chwilę po dźwiękach harfy rozbrzmiały znajome dzwony, i dało się poczuć, że trawa była niegdyś zieleńsza. High Hopes to jeden z najbardziej urzekających kawałków PF. Może odpłynąłem na nim (jak podejrzewałem siebie o to), była to jednak pamiętna chwila, szczególnie kiedy puszczono nadmuchane piłki z teledysku i trasy Pulse do publiki.

Set pierwszy mija w odczuciu w kwadrans, pomimo trwania godzinę. Przerwa między setami, wydawało by się, winna trwać jakiś kwadrans. Z minimalnym poślizgiem były to jednak dwa kwadranse, co jest długim momentem na ,,wytchnienie".

Druga połowa koncertu wystartowała mocarnym akcentem, na który nosiło mnie najmocniej. SORROW, to zupełnie inna kategoria utworów do grania na żywo. Klimat zapewniany przez gitarę wspierającą, pachnący lekko funkiem, dał wysoce swój oryginalny wydźwięk wersji na tej trasie, którego żaden inny kawałek PF z aktualnego setu nie zapewnił. Oprawa świetlna na Sorrow również zasługuje na medal. Fenomenalne doświadczenie. Następne w kolejności było The Piper's Call, ten kawałek chyba lepiej mi siedział przy premierze pierwszego singla. Na żywo, kilka miesięcy później, brzmiał już dość nudnie. A Great Day For Freedom to utwór dość akceptowalny na The Division Bell, ale z samej tej płyty mogło paść tutaj chociażby Keep Talking. Nie porwał na żywo, nic a nic.

Wtem przyszło IN ANY TONGUE. Damn. Nosiło mnie z tym kawałkiem na parę dni przed koncertem, chyba pierwszy raz od 2017. Nagranie z Pompejów wskazywało, że jest to killer na żywo. Ale że aż tak, nie zakładałbym. Absurdalnie cudownie to wypadało. Był to też bardziej energiczny wykon, jak dla mnie to lepsza modyfikacji. Still jednak, wokalnie wypadało to lepiej na Live in Pompeii. Wtrącając tu już A Boat Lies Waiting - decyzja, by zachować te utwory na tę trasę po 2016, zasługuje na Nobla. Doskonałe. The Great Gig in the Sky również zrobiło nareszcie robotę, szczególnie, że wersja u Watersa w 2018 na dwa wokale to była namiastka tego, co dostarczył chórek u DG, z Romany na czele. Po wspomnianym ABLW było Coming Back to Life, nie wczułem się w nie tak jak chciałem, tutaj również David nie trzymał się już wokalnie w za dobry sposób.

Koncert zmierzał ku końcowi. Poleciało Dark and Velvet Nights, przy którym liczyłem na soczyste brzmienie organów hammonda. Były one niestety za cicho, dodatkowo fajnie domykające skrzypce pod koniec ledwo szło usłyszeć. Słychać za to było, że David dość nie uciąga tam wokalnie :S . Po tym znając set, szykowałem się, że będzie już leciało Scattered. Jednakże początek gitary, jaką usłyszałem, totalnie się z tym nie zgadzał i dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że mamy debiut live Sings z nowej płyty. Rzadszy przypadek rozszerzenia setu (dobrze że nie skrócenia). Scattered więc przybyło później. Możliwe, że liczyłem na więcej przy tym utworze tamtej nocy, ale i tak rozgrzewał solidnie na wielki finał, głównie dzięki puszczanym już na nim laserom. Zanim utwór się skończył, czujne oko dojrzało pojedyncze osoby, pędzące w kierunku sceny. Wiele z tak odległego miejsca do stracenia nie miałem, więc razem z seniorem ruszyliśmy szybkim kusem pod scenę, akurat żeby zobaczyć machającego i schodzącego ze sceny Davida. W ciągu paru minutowej przerwy przed bisem, wszędzie zatłoczyło się od ludzi spragnionych ROCKA. Niektórzy totalnie się nie cackali, wchodząc na krzesła z nędznego plastiku i przeskakując się nawzajem. BHP? Never heard of it.

Na Comfortably Numb nie czekałem w sumie z takim wielkim wytchnieniem, a może i w ogóle jakoś nie wywoływałem go w myślach nawet na kilka godzin przed koncertem. Zagrany przez Gilmoura, był na tym etapie mojego życia raczej utworem z rodzaju "odhaczyć do portfolio koncertowego". Ale coś jednak z dawnych lat się obudziło momentami przy refrenie, coś co zmiękczyło serce. Coś, czego już miałem w pełni świadomie własnymi oczami nie zobaczyć, było w tamtej chwili najprawdziwsze w świecie.

Po ostatniej nucie i niezwykle głośnych wiwatach publiki, show dobiegło końca. Więc jeszcze kilka refleksji pokoncertowych. Nie wiem kto zlecił ustawienie po lewym i prawym boku sceny reflektorów do oświetlania całej publiki, ale albo zrobił to tylko i wyłącznie z przyczyn związanych z nagrywaniem live albo brakowało mu piątej klepki. Oślepiało to nieraz tragicznie, nawet patrząc w sam środek sceny, by jak najbardziej ich uniknąć.
Nagłośnienie? TOP, legendarne. Coś niezwykłego. Wokale, gitara DG, basy. Cud, miód, malina. Starcie tych nagłośnieniowców z PGE Narodowym byłoby legendarną potyczką. Na ulicę wychodziło się momentalnie, szkoda jednak, że władze miejskie Rzymu nie dorzuciły kilku autobusów więcej aby zawiozły większy procent osób pod Plac Wenecki na śródmiejską zajezdnie, trzeba z tego powodu było ponad kwadrans iść z buta. A centralnie nie pozdrawiam wszystkich, którzy palili na krzesłach w trakcie koncertu. Żenada, w przerwie było widać na matach pod krzesłami dziesiątki kiepów.

2 października (Czyli jak być sprytnym)

Jeszcze przed wyjazdem mój polski instynkt nie pozwalał mi zaakceptować, że będąc dwa pozostałe dni w Rzymie, w trakcie których zagra jeszcze DG, nie dałoby się go usłyszeć z bliska w tak ścisłym centrum na open air'ze poza terenem koncertu. Z odkupywaniem na ostatnią chwilę zawsze się waham, a dodatkowo jeśli już, to kupiłbym miejsce zdecydowanie bliżej sceny. Tam jednak chyba nikomu nie zmieniły się plany, więc nie szło już nic nabyć, a obserwowałem sporo ofert na r/ Davida. Plus finansowo, nie oszukujmy się, tysiaka ponad wyczarować nie szło mi przy kosztach ostatnich wyjazdów. Paręnaście minut kombinowania na mapie online pozwoliło mi ustalić, że mimo mocnego blokowania przestrzeni wokół terenu koncertu na ulicach obok, istnieje pobliska restauracja z balkonem, który w zasadzie mógłby dać jakiś widok. Dużo zastanawiania się nie było i poszedł formularz rezerwacji na wieczór 2 października. Chwilę później ktoś z restauracji ją zatwierdził. Miodzio. W sobotę, jeszcze przed wylotem poszło pytanie o trasę dojścia do lokalu, przy którym podniosłem jeszcze, czy jest możliwość ogarnięcia stolika na 4 osoby właśnie na tarasie. Akurat zwolniło się miejsce. Żyć nie umierać.

W dniu drugiego koncertu przybyliśmy w okolice sceny całkiem na czas. Przejście pod schody do restauracji było jednak lekkim wyzwaniem. Masa ludzi zatarasowała kafejkę na dole, gdzie ochrona i kelnerzy próbowali przegonić ludzi, którzy zamierzali tam stać bez płacenia za nic, choćby w lokalu. My jednak sprytnie podeszliśmy do ochrony, okazując rezerwację na mailu, żeby moment później być już na górze. Aż do tego momentu, nie wierzyłem, że to naprawdę wypali.

Decyzja była strzałem w dziesiątkę. Byliśmy nawet bliżej sceny niż w dzień poprzedni, chociaż totalnie po ukosie na prawo. Do ideału brakowało jedynie, gdyby nie było drzew. Tak dobrze jednak nie ma, mimo wszystko dało się pod pewnym kontem schylając głowę zobaczyć trochę chórku. O kulinariach rozwodzić się nie będę, rzec jedynie mogę, że była to jedna z najlepszych restauracji w jakich byłem, z przemiłą obsługą.

Znowu na scenę wyszedł Guy, przypominając, że koncert będzie nagrywany oraz chwaląc publikę z dnia poprzedniego za kooperację :mryellow: . Nie rozpisując za dużo, opiszę skrótowo jedynie co wypadło lepiej tego wieczoru:

Luck & Strange - będąc już w mega humorze, znacznie lepiej do tego podszedłem i dobrze się tego słuchało
Time - nie było aż takiego uderzenia basu, ale przynajmniej wokal DG wypadł o dziwo lepiej niż 1 października
High Hopes - wczułem się już na maksa i było to znacznie lepsze doświadczenie
A Great Day For Freedom - teoretycznie lepiej drugiego wieczoru, ale trochę ze skrzyżowanymi palcami
In Any Tongue - na tym etapie było już nade głośno śpiewane, choć jednak w restauracji trzeba się było lekko hamować
A Boat Lies Waiting - bardziej się na ten kawałek nastawiłem drugiego wieczoru, przez co doświadczenie było już prima sort
Coming Back to Life - podobnie jak w Time (czyżby frontalne nagłośnienie krzywdziło wokal seniora? XD), na refrenie była super atmosfera z całym tarasem klaszczącym w dobrym rytmie
Sings - wiedząc już, że jest w secie, byłem na nim bardziej skupiony i siadł nade dobrze

Reszta utworów siadła porównywalnie. Comfortably nie spod sceny to nie było to, jednakże śpiewanie tego wraz z tłumem osób które już poprzełaziły prawie na teren koncertu ochronie ze strony ulicy, było unikatowym doświadczeniem.
Wieczór był naprawdę udany. Szczególne podziękowania dla małżeństwa Norwegów, którzy bawili się w najlepsze z nami przez cały czas. No i dla restauracji, która mimo że jest normalnie czynna do 22:45, tym razem spokojnie funkcjonowała jeszcze trochę po północy. Patent z tarasem u nich to wybitna opcja, gdyby ktoś kiedyś miał tam kilka koncertów innego wykonawcy i nie dysponował skarbcem pełnym złota lub trafił na debilną sprzedaż biletów z zaczarowanych linków na mailu :wink:



Trzeciego wieczoru czy to w restauracji, czy gdzieś w okolicy sceny na stojąco nie robiłem, bo jednak człowiek był już syty wrażeń koncertowych, a nie był niestety nasycony pięknem Rzymu - i nasyconym w mierne 5 dni nie został, to miasto na dwa tygodnie zwiedzenia, jak nie więcej.
Ogólnie co do setu na tej trasie, jest spoko. Przez kwestie wokalne teoretycznie taka rotacja choćby z Coming na One of These Days byłaby lepszym wyborem. Run Like Hell nie zniknęło z repertuaru bez powodu, on by temu nie podołał, a za moment może i nawet Guy będzie mieć problemy ze swoją sekwencją. Z własnych odczuć, jak pisałem, Marooned spokojnie na Keep Talking, Sings powinno być wcześniej w secie bo rozmywa się trochę na koniec. Trochę szkoda, że ekran jest tak rzadko używany. Wiadomo, jest Time, High Hopes, In Any Tongue, Dark And Velvet Nights ma spoko oprawę. Ale tego jest mało, czemu się dość dziwię.
Osoby, które lecą do RAH mogą być spokojne o widok. To inna sprawa niż Circus Maximus, każdy będzie miał scenę wbrew pozorom blisko względem Rzymu.
Pomimo kilku narzekań jakie padły w tym tekście, całość muszę ocenić w pełni pozytywnie. Trzeba być jednak w pełni pogodzonym, że Gilmour, zawieszając używanie głosu do śpiewu na lata, stracił go w sposób znaczący. Nie ma tragedii, ale nie jest za fajnie. Bez tego na uwadze psioczenie po fakcie "uuu jak nędznie wypadł" mija się z celem. Trzeba było z góry założyć, że 78 letni chłop po 8 latach totalnej przerwy w zasadzie, nie będzie popylał wokalnie. Myśląc w pełni na sucho, trasa Luck & Strange nie mogła raczej równać się trasie Rattle. Ale czy jest to nadal piękne doświadczenie? Dla fana absolutnie. Dlatego żegnałem w piątek demontowaną z Circus Maximus (Czy tam "Czirko Massimo" po włosku) scenę z tęsknotą. Jeśli był to ostatni raz kiedy widziałem kogoś z PF na żywo, to te dwa wieczory były tak czy siak bardzo godnym pożegnaniem.

Mam nadzieję, że miło się czytało, a tym co wybierają się na dalsze daty z trasy, życzę pięknych wrażeń :dance:
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13244
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Schizoid »

Bdb relacja, super sprawa dla fana. Szkoda tylko, że cała ta trasa nie jest przyjazna miłośnikom DG/PF ;)

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1213
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: manichean »

Schizoid pisze: sob paź 05, 2024 3:45 pm Bdb relacja, super sprawa dla fana. Szkoda tylko, że cała ta trasa nie jest przyjazna miłośnikom DG/PF ;)
Otóż to
Awatar użytkownika
Shedao Shai
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6347
Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
Skąd: Wrocław

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Shedao Shai »

Jak Ty mnie, chłopie, zaimponowałeś z tą restauracją :D Gratki, piękna przygoda!
pz
-#Administrator
-#Administrator
Posty: 21960
Rejestracja: śr maja 07, 2014 12:56 am
Skąd: z Sanatorium

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: pz »

Kurde, dawno tyle tekstu na raz nie przeczytałem :lol: (przynajmniej na forum). Dzięki za relację. Dobry patent z knajpą :dance: Świetnie, że się udało i podobało.

02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9590
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: johnny_o »

Fantastyczna relacja, wielkie dzięki że Ci się chciało to wszystko spisać bo czytałem z wypiekami na twarzy. Brawo i gratki!
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1213
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: manichean »

Dziękuję pięknie za uznanie :mryellow:
Awatar użytkownika
Shedao Shai
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6347
Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
Skąd: Wrocław

Re: Koncertowe przewidywania

Post autor: Shedao Shai »

Piszę z komórki, więc nie zakładam tematu (#cyfrowewykluczenie), ale na 28 października we Wrocławiu ogłoszono koncert TU-NER, jednego z zespołów :) Pata Mastoletto. W składzie też Trey Gunn.
Awatar użytkownika
blackcocker
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 12619
Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
Skąd: HerbacianePolaBatumi

Re: Koncertowe przewidywania

Post autor: blackcocker »

To nie przewidywanie, z komórki też można założyć temat.
#blackcocker2023

Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.

07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)

***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Awatar użytkownika
Shedao Shai
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 6347
Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
Skąd: Wrocław

Re: Koncertowe przewidywania

Post autor: Shedao Shai »

No ale ciężko mi się pisze na ekranie dotykowym xD
Awatar użytkownika
blackcocker
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 12619
Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
Skąd: HerbacianePolaBatumi

Re: Koncertowe przewidywania

Post autor: blackcocker »

Lenistwo nie usprawiedliwia robienia takiego bałaganu. Mogłeś poczekać aż poklikasz w konkuterze ;) Na razie przenoszę, jak bardzo chcesz, żeby był temat to potem ładnie go załóż
#blackcocker2023

Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.

07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)

***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
paulek
-#Lord of the flies
-#Lord of the flies
Posty: 3853
Rejestracja: pn cze 07, 2004 8:22 pm
Skąd: z narodu którego nie ma

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: paulek »

Panowie i Panie byłem dziś w NOSPR-ze na koncercie kwintetu Wojciecha Mazolewskiego. Było to obcowanie ze SZTUKĄ. Jeśli ktoś spytał by kiedyś mnie po co chodzisz/chodziłeś na koncerty to te 100 minut byłyby odpowiedzią. Absolutnie fenomenalny koncert, dzieło samo w sobie. po wszystkim mówię Wojciechowi, że zagrali prawdziwą sztukę, on odpowiedział, że odważyli się. Bogu dzięki że pozwolił mi doświadczyć takiego piękna, takiej SZTUKI. Dziś doświadczyłem, że piękno wpływa na człowieka......
Awatar użytkownika
krusejder
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 11506
Rejestracja: wt sie 10, 2010 12:46 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: krusejder »

Hmmm czy ktoś z Was bywał w Kopenhadze w klubie Amager Bio ? Wybieram się tam na Pretty Maids w grudniu i napiszę, że logistycznie to jedna z ciekawszych opcji z Warszawy. Loty do i z Kopenhagi WizzAir są po 40 - 60 zł, lotnisko blisko centrum miasta, podobnie jak ww. klubik.
Najbliższe koncerty w 2026: White Buffalo, Hollywood Vampires, Doogie White, Blaze Bayley, Mostly Autumn weekend, Hallas, Coroner, Deep Purple, Quidam, Europe, Maiden United, Still of the Night ...
Awatar użytkownika
blackcocker
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 12619
Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
Skąd: HerbacianePolaBatumi

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: blackcocker »

No to nie będzie łatwy kąsek. Napisanie krótkiej relacji z takiego wydarzenia, na którym wiadomo, że nie było idealnie, bo Pan na scenie ma już 78 lat i nie wszystko mu mogło wyjść, ale było tak wspaniale i magicznie, że może być komuś ciężko uwierzyć, że tak się da. Ale w końcu te cockerowe teksty, są jedynie i wyłącznie swoistym POV, więc... jedziemy.

Gdy dowiedziałem się o tym, że Gilmour rusza w trasę... ah wait - tego się nie dowiedzieliśmy od razu... więc od początku. Jak tylko Gilmour ogłosił pierwsze koncerty w Royal Albert Hall w Londynie podjarałem się jak pochodnia, dodatkowo oblana benzyną. Artysta, na którego miałem ogromną chrapkę od lat, a którego myślałem, że nie będę mieć już nigdy okazji usłyszeć na żywo, grający w sali, w której tylko marzyłem, żeby kiedykolwiek znaleźć się na koncercie... Dodatkowo ten nieodżałowany wrocławski koncert, który przemknął gdzieś tuż pod nosem. Perspektywa koncertu w Londynie brzmiała jak marzenie, które szczęśliwie udało się spełnić. Każdy zainteresowany wie jakie były cyrki z zakupem biletów na to wydarzenie, dlatego nie będę tutaj tego opisywać, bo na forum temat był już poruszany. Potem rosła tylko frustracja związana z ogłaszaniem trasy na raty - doszły koncerty w Rzymie (jeszcze przed tymi w Londynie) i w Stanach. Koniec końców wyszło dobrze, bo Londyn to super miasto i dużo bardziej mi się spodobało niż za pierwszym razem jak tam byłem. No i zobaczyłem na żywo wielu psich (i ludzkich :lol:) blackcockerów ;)
Koncert, na którym byłem, był ostatnim z serii sześciu sztuk, które Mistrz zagrał w zabytkowym budynku RAH. Setlistę znałem i niestety nie byłem zachwycony. Prawie cała nowa płyta, która nie siadła mi jakoś wybitnie, miała swoje momenty, na które bardzo mocno czekałem, jak np. Scattered czy przecudowny cover Between Two Points wykonywany z córką Davida - Romany, ale ogólnie na papierze ten set nie powalał. Lecz w miniony wtorek przyszło mi się miło zaskoczyć.
Jak przez ostatnie pół roku myślałem sobie o tym koncercie, to wyobrażałem sobie, że wyczilowany siądę w tej historycznej sali i będę się rozkoszował grą starego grzybiarza, pośpiewam sobie i będzie cacy. Życie miało dla mnie inne plany. Gdy usiadłem na kilkadziesiąt minut przed koncertem zacząłem się niesamowicie mocno jarać i nie mogłem się w ogóle wyluzować. Na 5 minut przed zaczęły przechodzić mnie ciarki. Nie miałem czegoś takiego nigdy przed koncertem. Wyszedł Guy Pratt i poprosił, żeby nie zasłaniać sceny ludziom telefonami i żeby nie świecić latarkami, bo mają fajne światełka i dużo pracy i pieniędzy poszło na oprawę no i żeby się dobrze bawić, bo to ostatni gig w RAH. Po kilku minutach zaczęło się bardzo dobrze mi znane intro i pierwsze gitarowe dźwięki. 5 A.M. - otwieracz z Rattle That, które absolutnie kocham. Napięcie nie ustępowało, a ja nie wierzyłem co się dzieje. To On. Podczas tego koncertu niejednokrotnie oko mi się zwilżyło i to był jeden z tych momentów. 5 A.M. przeszło w kolejny instrumental… otwieracz z najnowszej płyty Gilmoura. Osobliwa to decyzja, żeby dwa takie instrumentalne intra wrzucać na początek, ale obydwa są urocze i miło się ich słuchało. Wszedł w końcu kawałek z wokalami i pełnym zespołem - s/t z najnowszej płyty Davida. Świetnie to zabrzmiało. Instrumenty były selektywne, gitarę DG było słychać odpowiednio głośno, tak samo jak wokale i chórek. Zapowiadała się uczta, choć mięśnie ciągle nie puszczały, siedziałem strasznie napięty, jakby nie wierząc, że to się w ogóle dzieje naprawdę, a nie jest tylko wytworem mojej chorej wyobraźni :D Bluesujący Luck and Strange przerodził się w każdemu znaną taśmę - Speak to Me, które przeszło w Breathe. Na sali zawrzało. Ależ to brzmiało. Następnie Time, Guy zaczął imitować tykanie zegara na swoim basie, a Gilmour z Grzegorzem Braunem zajebali to przepiękne intro, które tylko nabrało przestrzeni w zabytkowych murach. Gdy wjechała zwrota, wywaliło mnie z butów. Co za moc, co za brzmienie! Absolutny klasyk został podsumowany przez publikę dzikim aplauzem. Royal Albert Hall rozgrzany był już do czerwoności, a to były na dobrą sprawę dopiero pierwsze chwile tego niesamowitego wydarzenia. Na Fat Old Sun zaczęło mnie dopiero delikatnie puszczać napięcie. Nie jestem ultrasem tego kawałka, ale druga część to taki wpierdol na żywo, że nie mam słów. Genialnie to zabrzmiało, do wersji płytowej się to miało nijak, cios totalny. Nastał czas na kolejny instrumental - Marooned z mojego ukochanego The Division Bell. Oj kurwa. Te wysokie podciągnięcia, ten feeling i klimat sprawiły, że wyciągnąłem się na fotelu jak struna. Słodki Boże, co masz na imię David, a na nazwisko Gilmour. Ciarki przeszły mi po całym ciele, dobrze, że byłem w toalecie przed gigiem, bo bym się zfajdał na rzadko. Dla mnie ten koncert mógłby się już skończyć, bo nie było ze mnie co zbierać po tym Marooned. A Single Spark, dodane na poprzednim gigu przeleciało mi tak, że nic z tego nie pamiętam. Byłem w zbyt ciężkim rozstroju po tym co się stało kilka minut wcześniej. Na uspokojenie wleciał klasyk w postaci Wish You Were Here, blackcocker z gimnazjum się cieszył, a tak poważnie... to piękny kawałek, miło było usłyszeć. Przedstawienie zespołu wraz z nieobecną dotychczas Romany Gilmour. Córka Davida weszła z harfą na piersi przy ogromnej wrzawie całej sali. Zagrali razem miniaturkę z nowej płyty - Vita Brevis płynnie przechodzącą w Between Two Points, czyli przecudowny cover grupy The Montgolfier Brothers, który pojawił się na nowej płycie Gilmoura. Nie ukrywam, że jest to jeden z moich ulubionych momentów na tym wydawnictwie. Doszczętnie zniszczony dotychczasowymi wydarzeniami, przyjąłem resztkami sił ten wspaniały, wzruszający wykon i miałem nadzieję, że to już dość, że David zostawi mnie już w spokoju i nie będzie szargać moich przewrażliwionych w tym momencie emocji. Jednak Brytyjczyk miał inne plany. Dzwony w oddali rozpoczęły swój śpiew, a to zwiastowało High Hopes. Ojj… Pozwolę sobie przemilczeć, bo nadchodzący regulamin zakazuje używać takich słów jeśli nie trzeba, a tu nie trzeba. Po prostu przemilczę. Z ciekawostek powiem, że wypuszczono w RAH dmuchane piłki. W pewnym momencie jedna z nich leciała na scenę, podbiegła do niej Romany i odbiła w stronę publiki, ale chyba wpadła w pedalboard Guya, bo coś go nie było słychać na samej końcówce HH, on sam zaczął coś machać rękami do technicznych. Skończył się set pierwszy, a Guy z Romany wychodzili śmiejąc się i podtrzymując pod ręce, widać było, że mają niezły ubaw z tego, że młoda Gilmourówna coś poprzestawiała Guyowi w pedałach :D David zapowiedział przerwę i że wrócą soon, dlatego zniszczony, doczłapałem do 10 metrowej kolejki do toalety, w której bracia wyspiarze pili sobie piwerka i gawędzili o wszystkim tylko nie o koncercie. JAK?!
Na drugą część seta czekałem z nadzieją, że mnie nieco oszczędzi. Niestety, teraz dopiero zaczynała się impreza. Odpaliły się lasery i zabrzmiała potężna, nasycona syntezatorowym brzmieniem gitara. Na scenie był On, a lasery leciały za nim, a On grał jak gdyby nigdy nic. Sorrow wbrew tytułowi dał mi wiele radości :lol: Absolutne zniszczenie i Guy Pratt brzmiący jak zawodowy zabójca. Potęga, majestat, szczęka na podłodze. Doznania audiowizualne na najwyższym poziomie. David Gilmour wielki jest. Zaraz po anihilacji Royal Albert Hall rozbrzmiało charakterystyczne intro na ukulele znane osobom, które śledziły nowe wydawnictwo Gilmoura. Pierwszy singiel (oficjalnie nowopłytowy, bo Ghosts można nazwać pierwszym singlem, ale kiedy to było :D), czyli The Piper's Call. Jako singiel był niezły, szczególnie podobał mi się refren, ale na żywo ten kawałek zyskał nowe, lepsze życie. Fun jaki bił od muzyków ze sceny jest nie do opisania. Świetna rock and rollowa zabawa, zakończona tak nagle, że z mojego gardła aż wydobył się okrzyk radości na znak aprobaty tego, co właśnie zobaczyłem. Nadszedł czas na kolejne łakocie z Division Bell Floydów. A Great Day For Freedom w perfekcyjnym momencie ostudził emocje i sprawił, że rozpłynąłem się na te kilka moment. Piękna solówka DG i praca chórku, w którym już od pojawienia się na scenie na stałe zadomowiła się czarująca Romany. Po Dniu, rozpoczęło się gwizdanie. Czas na cudowny In Any Tongue z poprzedniej solowej płyty Gilmoura. Jest to mój top 2 kawałek z tego krążka, więc niesamowicie się cieszyłem, że słyszę go na żywo. Przepiękne, emocjonalne uniesienie, które zostanie ze mną na długo. A ta solówka... mistrzostwo wszechświata. Po In Any scenę szybko zaczęli przearanżowywać techniczni. Światła zgasły, na scenie pojawił się fortepian oraz świeczniki z rozświetlonymi najprawdopodobniej elektrycznymi świecami, które jednak z dalszej odległości robiły niesamowity klimat. The Grat Gig In The Sky spotkał się z ciepłym przyjęciem publiki, choć nie ukrywam, że poza tym, że było po prostu pięknie, nie dostałem tego, czego bym oczekiwał, czyli totalnego wyrwania z butów popisem którejś z pań wchodzących w skład chórku Gilmoura. Ale może wcześniej już było aż tak dobrze, że nie potrafiłem docenić wspaniałych, nie powiem, popisów czwórki kobiet na scenie. Zabrakło mi nieco pazura, ale widać było, że David jest zadowolony, a jeśli On to i ja, bo to król galaktyki. Ale dobrze, potrzeba mi było trochę odpoczynku, bo nadchodziły kolejne niesamowite chwile. A Boat Lies Waiting, również z Rattle That Lock, to kolejna moja ukochana kompozycja z tej płyty, która została zagrana w grejtgigskajowym anturażu, czyli przy świecach rozświetlających ciemność panującą na scenie i w całym RAH. Przecudowny wykon, który jeszcze bardziej nadtopił rozmiękczone już do granic możliwości serce. Jednak to nie był koniec. Znów atak z Division Bell w postaci Coming Back To Life, które zostało zadedykowane Polly, żonie Davida tuż po tym jak panie z publiki przekrzykiwały się, która to bardziej kocha Mistrza. Na szczęście nie było wśród nich mojej żony... choć w tym układzie, myślę, że szybciej byłbym to ja :lol: Słysząc samo intro Coming, wokół gardła zacisnęła mi się niewidzialna dłoń. Gilmour zaśpiewał bardzo dobrze, a potem jak już wszedł właściwy groove… Byłem poskładany :D wielbię ten kawałek i na żywo wypadł po prostu niesamowicie. Już chyba tyle nasłodziłem, że nie ma sensu więcej rozwodzić się nad tym jak było pięknie, a przed nami jeszcze kilkanaście minut najczystszej rozkoszy. Dark and Velvet Nights wypadło bardzo przyzwoicie, może poza riffem otwierającym, którego zwyczajnie nie lubię, ale ogólnie bardzo przyzwoicie wypadł ten luzacki numer. Sings z nowej płyty również bardzo dobrze wypadło, lepiej niż na płycie i sprawdziło się idealnie jako oddech przed wielkim finałem w postaci Scattered z Luck and Strange. Ojjjj kurwa, ależ to jest instant klasyk. Przepiękny, klimatyczny kawałek, który wprowadza gęstą jak smoła, tajemniczą atmosferę. Muzycznie tu zgadza się wszystko. Od melodii, przez przejmujące, doskonałe wokale Gilmoura, poruszające solo na gitarze klasycznej i w końcu finałową solówkę, która choćby w ułamkowej obecności prochu doprowadziłaby do wybuchu nie tylko Royal Albert Hall, ale zmiotłaby z powierzchni ziemi co najmniej połowę South Kensington. Światła zgasły, owacje na stojąco. Mistrz zszedł ze sceny. Stoję, klaszczę, ale tak naprawdę jestem już totalnie gdzieś indziej, przeżywam znów te dwie minione godziny wiedząc, że On jeszcze wyjdzie w tym swoim czarnym tshircie wbić mnie obcasem prosto w ziemię ten ostatni raz tego wieczoru.
Bis. Część publiki już nawet nie siadała. Rozpoczęło się grande finale secundo, czy jakoś tak. Po prostu jednym słowem totalny rozpierdol. Zajechany do granic możliwości, ale na żywo, w wiktoriańskiej, legendarnej sali oddziałujący jakoś inaczej Comfortably Numb zamknął seta. Przyszło mi usłyszeć solo-monument prosto spod Jego palców. Przepiękny kawałek, cała sala śpiewa z nami, rozpierdalające na łopatki solo w towarzystwie deszczu laserów i świateł. Matko. Koniec.
Minęło właśnie 48 godzin od końca tego koncertu i mimo że już wróciłem do Polski, byłem w pracy, część mnie jest dalej tam, w gigantycznym budynku znajdującym się zaraz na przeciwko The Albert Memorial w Hyde Parku. Stojący, siedzący, leżący i latający zarazem przy dźwiękach wychodzących z gardła i spod palców jednego z największych ludzi w dziejach. Rozrywany i zarazem spajany w jedno podczas wspominania tego GENIALNEGO wydarzenia, które będę miał w pamięci do końca mojego życia, bo zwyczajnie nie może być inaczej.
Sanatorianie, z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, mam dla Nas pierwsze życzenia tego sezonu - aby Mistrz David zapierdolił taką trasę po Europie, że się nie pozbieramy, finansowo i emocjonalnie. Nowa płyta na żywo wypada świetnie, a klasyki... Niszczą doszczętnie duszę, ciało, umysł. Czekam z niecierpliwością na leg 2025 i wydanie koncertowe, bo niektóre z koncertów w Rzymie i w Londynie były nagrywane. David Gilmour wielki jest.
#blackcocker2023

Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.

07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)

***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13244
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: Schizoid »

Bardzo ładna relacja! Fajnie, że przynajmniej kilku Forumowiczom udało się w tym roku zobaczyć Mistrza. Miło dla odmiany widzieć, jak ktoś stosuje tak pokaźne hiberbole w kontekście muzyki, którą naprawdę kocha - wtedy przestają być hiperbolami ;)

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1213
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: manichean »

DAVID GILMOUR powróci, ejmen
Awatar użytkownika
krusejder
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 11506
Rejestracja: wt sie 10, 2010 12:46 pm

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: krusejder »

Cocker, jest się czym jarać :)
Super gig Ci się trafił
Najbliższe koncerty w 2026: White Buffalo, Hollywood Vampires, Doogie White, Blaze Bayley, Mostly Autumn weekend, Hallas, Coroner, Deep Purple, Quidam, Europe, Maiden United, Still of the Night ...
Awatar użytkownika
johnny_o
Ten, Który Czyta Wszystko
Posty: 9590
Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
Skąd: Prawie Warszawa

Re: Ogólnie o koncertach

Post autor: johnny_o »

Piękne, dzięki i gratki!
ODPOWIEDZ