Ogólnie o koncertach
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6340
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
Zupełnie nie. Jesteś tak niepasiasty jak tylko się da 
Re: Ogólnie o koncertach
Bez obaw, czyste Kamowe Doświadczenie Koncertowe
ps.
nawet nie napisałeś o którym utworze rozmyślałeś chodząc po Bolonii
www.MetalSide.pl
- blackcocker
- -#Moderator

- Posty: 12618
- Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
- Skąd: HerbacianePolaBatumi
Re: Ogólnie o koncertach
Kam dobra relka i gratki za wytrwałość!
#blackcocker2023
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Re: Ogólnie o koncertach
Użyłem mojej umiejętności szybkiego czytania, czyli wyłowiłem najważniejsze słowa. Fajnie, że się podobało 
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6340
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
KwP = Kam w Podróży 
Re: Ogólnie o koncertach
Obym nigdy nie doswiadczył jakiegokolwiek cross overa z tym ludzmi
Nie dalbym rady mentalnie, mam za krótki lont ostatnimi czasy. Za szybko bym sie wkurwil niepotrzebnie.
https://www.last.fm/user/kamooo
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9578
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: Ogólnie o koncertach
Świetna relacja, jak zwykle trzymała w napięciu
Pasiastej brak, masz swój własny styl. Gratki wytrwałości i satysfakcji z niej. 8 km z buta po nocy w błyskawicznym tempie moja szkoła, piona 
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9578
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: Ogólnie o koncertach
Nos po ojcu, ale fajnie że pracuje na własne nazwisko -
https://www.terazmuzyka.pl/stella-rose- ... ta-bilety/
https://www.terazmuzyka.pl/stella-rose- ... ta-bilety/
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6340
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
W październiku 2024 grała już 3 koncerty w Poslce, jako support A Place to Bury Strangers. Wrocław, Wawa, Poznań. Całkiem ok, ma potencjał 
Re: Ogólnie o koncertach
Przecież nie ma tam ani jednego wyrażenia pokroju ekskursji do krainy oliwy i pecorino romano więc w życiu to nie styl PPC
Forum internetowe to poważna sprawa.
Re: Ogólnie o koncertach
Ciekawostka:

W którymś temacie była dyskusja, że Die Tosten Hosen w Niemczech mają na 2026 konkretną trasę stadionowo/openairową, która w dużej części jest już wyprzedana... no to są i daty na 2027. Przez chwilę myślałem, że to pierwszy wykonawca, który się ogłasza na jeszcze kolejny rok, ale potem przypomniałem sobie, że Polacy nie gęsi i Daria Zawiałow ma już powyprzedawane terminy na maj 2027. Poland stronk

W którymś temacie była dyskusja, że Die Tosten Hosen w Niemczech mają na 2026 konkretną trasę stadionowo/openairową, która w dużej części jest już wyprzedana... no to są i daty na 2027. Przez chwilę myślałem, że to pierwszy wykonawca, który się ogłasza na jeszcze kolejny rok, ale potem przypomniałem sobie, że Polacy nie gęsi i Daria Zawiałow ma już powyprzedawane terminy na maj 2027. Poland stronk
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6340
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
Wpis kama (plus fakt, że siedzę w biurze i nudzę się jak mops) zainspirowały mnie, żeby nadrobić zaległości w opisywaniu koncertów. Gdzieś tam w październiku złapałem poślizg, potem przydarzyło mi się pasmo trzech występów w trzy dni i jak czwartego siadłem, to tylko pomyślałem: o ja pier... i wyłączyłem Sanatorium, bo nie chciało mi się tyle klikać. W sumie chyba podświadomie się nie spieszyłem, bo spora część moich koncertów z tego czasu to pop, więc spodziewam się, że mało kogo będzie to obchodziło. No ale Sanatorium to nie tylko przyjemności, ale też obowiązki, więc wracam.
Moim problemem od lat było nienadążanie za nowościami wydawniczymi. Tzn. przychodzi koniec roku, dajmy na to, 2020, wszędzie podsumowania typu top 10 moich ulubionych premier, a ja siadam i się orientuję, że z 2020 roku przesłuchalem dwie płyty. I że jest mnóstwo lubianych przeze mnie zespołów, które wydały nowe płyty, a ja nawet nie ruszyłem dupy żeby je obczaić. No i jeszcze inny aspekt: że np. dużo się mówi w sieci o jakimś nowym wykonawcy, a ja go kompletnie nie znam, mijają lata, on staje się dużą nazwą, a ja dalej nie mam pojęcia o co chodzi. Tak było przez sporo lat, aż w zeszłym roku stwierdziłem, że zrobiłem się strasznym ignorantem, dziadersem, który lubi to co zna i zna to co lubi i się zupełnie muzycznie nie rozwija. Zdecydowałem się to zmienić. Od tego czasu staram się mniej więcej obserwować premiery w gatunkach które lubię, śledzę na Fejsie kilka peji które mniej więcej budzą moje zaufanie itd.
W ten właśnie sposób jakoś latem ściągnąłem sobie partię kilku albumów z okolic dreampop/electropop. Spośród nich jedna mi siadła zajebiście, było to Rose Gray - "Louder, Please". Przesłuchałem ze trzy razy i zrobiłem to, czego nie robi na tym etapie nikt normalny, czyli zacząłem szukać czy może Rose nie gra gdzieś w okolicy koncertu. Okazało się, że gra, w Berlinie, w październiku. I że już był wyprzedany. Zdenerwowałem się, ale miałem event gdzieś na oku, obserwowałem ticketswapa, eventim.de i inne takie, co w końcu zaprocentowało, bo rzucili na Eventimie jakąś małą pulę i się załapałem. Bilet był tani, bo posztował 29,45 euro, ale ja wziąłem sobie go w wersji papierowej, bo zbieram papierowe bilety. Za przesyłkę zapłaciłem dodatkowe 34,90 euro, ale kto pierdolniętemu zabroni. Zawsze miałem łeb do interesów.
Koncert był 17 października, a więc miło, bo w piątek. Zakupiłem sobie Flixbusa takiego, że udało mi się jeszcze pójść tego dnia do pracy - sytuacja z moim urlopem za ten rok jest już krytyczna, a co gorsza na przyszły szykuje się jeszcze ciężej, bo mam dwa dłuższe wyjazdy, a gdzie tu jeszcze wolne na jakieś koncerty... ech. No ale wracając. Urwałem się jakoś po 12 z pracy, pojechałem Flixem, Flix złapał ok. 40minutowe opóźnienie, ale miałem zaplanowany lekki bufor czasowy właśnie na takie wypadki, więc po dojechaniu nie było nerwówki. Nie było też relaksu i zapasu czasowego na szlajanie się po mieście, po prostu z dworca prosto poszedłem na metro, drugie metro i o 19:02 zameldowałem się pod klubem. O 19 otwierali drzwi, więc akurat. Napotkałem kolejkę na ok. 40 osób, która akurat zaczęła wchodzić do środka. I tu się zdziwiłem. Sporo tych okołopopowych wokalistek, które obczajałem, a których wcześniej nie znałem, grało od razu w klubach pokroju Progresji, czy nawet na Torwarze. Więc i tu spodziewałem się czegoś podobnego. A tu szok, bo klub - Privatclub - jest malutki; wg. internetowych źródeł pomieści 250 osób. Kiedy wszedłem na główną salę, to myślałem że jestem w przedsionku
Ale nie. Scena jak w jakimś studenckim klubie, kameralnie. Oddałem kurtkę do szatni i stanąłem sobie... pod sceną, bo było miejsce. No i zajebiście. Tzn. mniej zajebiście, że skoro zająłem strategiczne miejsce, to musiałem go pilnować i odpadało alkoholizowanie się czy chillowanie na kanapach, a w zamian dostałem 2h stania, czego nie lubię. No ale skoro samo wpadło, to już przemęczyłem. Od razu zaznaczam: nic nie złapałem, bo i nie było co, ale Rose poklepała mnie po głowie 
O 20 zaczął grać jakiś DJ, nie był zły, powiedzmy że udanie rozkręcił publikę przed głównym występem. Rose wyszła o 21:05. Zagrała 17 kawałków, czyli całe "Louder, Please" i jeden starszy kawałek. No i zajebiście. Pełna satysfakcja. Bardzo energiczny, pozytywny występ. Na ostatnie dwa kawałki wskoczyła w tłum i śpiewała między nami. Fajnie. Dobry kontak z publiką. Sądzę, że za kilka lat będzie to sporo większa nazwa. Wtedy będę się flexował, że widziałem ją pod sceną w małym berlińskim klubiku.
Koncert nie był długi, bo trwał... godzinę. Nie przeszkadzało mi to, bo w sumie zagrała co miała, co jeszcze by miała robić? Powtarzać piosenki? Czy wygrzebać jakieś kapiszony z demówek sprzed debiutu? No nie wiem, nie narzekałem. Tym bardziej, że dzięki temu na spokojnie sobie zdązyłem na metro i kolejne metro na dworzec i powrotnego Flixa.
Parę dni temu Rose ogłosiła drugi leg trasy promującej swój debiutancki album i znowu jest Berlin (inny klub, wg neta ciut większy), ale nie oszukuję się, nie pojadę, już mam na tyle nasrane gigów na 26, że bardzo ostrożnie dodaję nowe wyjazdy, a na tak szybką powtórkę nie mam ciśnienia.
Tydzień później zacząłem wspomniany już trzydniowy maraton koncertowy: piątek-sobota-niedziela. Na szczęście wszystko na miejscu, we Wrocławiu. W piątek wpadło W.A.S.P.. To było moje pierwsze spotkanie z nimi. Weszło mi fantastycznie. Ani chwili nudy. Świetna setlista, co do formy zespołu, to nie wiem ile tam playbacku o którym pisali współforumowicze, więc nie odważę się oceniać, tylko powiem, że świetnie mi tam wszystko banglało. I jeszcze brak supportu, i dobra czasówka (start o 20:30, no... z dwudziestominutowym opóźnieniem, ale wciąż). Pełne zadowolenie. Tylko zdenerwowałem się, bo na bramce skończyły im się bilety kolekcjonerskie i nie mam biletu papierowego z tego wydarzenia. Bardzo źle.
Dzień później, też w A2, występowało Kosheen. Tu niestety wrażenia gorsze. Miałem wrażenie, że to taka elektronika dla starych ludzi. Lubię te klimaty, to klasyk gatunku z lat 90., więc cieszę się że poszedłem, ale jednak ich występ trochę trącił taką geriatrią (co zabawne, bo przecież dzień wcześniej byłem na dużo starszym W.A.S.P., gdzie tego nie czułem). Z plusów, na wejściu babka nie zeskanowała mi biletu, więc od razu odpaliła się we mnie dusza cebulaka i wrzuciłem go szybko na TicketSwapa za 50 zł. Zszedł po chwili. Zawsze to zwrot części kosztów xD
Następny dzień to smutek, żal, rozpacz, beznadzieja. Trzeba było pojechać do jednego z najgorszych miejsc na świecie, klubu Łącznik. Jego główną wadą jest to, jak daleko tam mam, ale też nie przepadam za samym miejscem. Grał tam Kwoon, francuski zespół post rockowy. Mieli w Polsce 3 koncerty; Kraków i Wro robił Rock Serwis, a Wawę... ktośtam. Bilety nie zeszły spektakularnie, Łącznik - i tak niewielki klub - był zapełniony może w połowie. A szkoda, bo zespół dał naprawdę zacny koncert. Wypuścili w tym roku nowy album, pierwszy od 14 lat - "Odyssey". Jest to w mojej ocenie ich najlepszy album, więc też dobrze trafiłem. Zagrali z niego 8 kawałków. Jeden, mój ulubiony, dwa razy. Niewielka publika nie zdemotywowała zespołu, dali dobry występ, widać było że byli zaangażowani, a po ilości uśmiechów sądzę, że granie sprawiało im po prostu frajdę. Zagrali 13 kawałków, po czym wyszli na bisy... w publiczność, z instrumentami, gdzie jeszcze akustycznie zagrali w kółeczku dwa kawałki. Bardzo miło. To był występ budzący całą gamę emocji.
Potem dzień przerwy i wyjazd do Katowic na Hellow.... do Krakowa na Katy Perry. Początkowy plan zakładał wyjazd z żoną dwa dni później do Pragi, ale niestety jeszcze dochodziła do siebie po operacji i stwierdziła, że nie chce się forsować podóżą i koncertem. Zatem szybka sprzedaż Pragi (zeszły w kilkanaście minut) i kupno biletu na płytę na Kraków. Tu taka ciekawostka: koncert nie był wyprzedany. Było blisko, ale jednak nie. Widać było białe placki na sektorach, będące ewidentnie nie efektem brakiem popytu, tylko standardowego kombinowania Live Nation. Skurwysyny się przejechały na swoich zagrywkach, bo gdyby wrzucili cała pulę od razu, to by zeszła. Tu jest taka kwestia, że od momentu wejścia biletów do sprzedaży do koncertu, hype na Katy Perry zauważalnie zmalał. Po drodze zaliczyła m.in. feralny lot w kosmos rakietą Bezosa i całowanie ziemi
, nowa płyta została przyjęta bardzo słabo i inne takie. Kiedy rzucono bilety do sprzedaży, zeszło wszystko na pniu. A potem, kiedy zaczęli odblokowywać sektory które wcześniej ze znanych tylko sobie powodów wcześniej blokowali, to się okazało że już tak nie schodzą
Też tego dnia poszedłem do pracy, a po niej pociągiem pojechałem do Krakowa. Niestety, tego dnia wszystko, co mogło iść nie tak, szło nie tak. Pociąg się trochę spóźnił, potem tramwaj się trochę spóźnił, potem z niewytłumaczalnych dla mnie powodów po drodze gdzieś między jednym a drugim przystankiem stał 5 minut, a jeszcze trochę padało. Kiedy zatem zjawiłem się pod Tauron Areną, byłem już nieźle zmęczony i zirytowany. Czasowo przez to wszystko byłem tak mniej więcej na styk, żeby zdążyć na support. Na supporcie grała niejaka Becky Hill, coś tam ją kojarzę i chciałem obczaić. Przeszedłem wszystkie kontrole i udałem się do wejścia do hali. Dwie osoby przede mną, wspaniale, już jestem w ciepełku, z miłym zapasem czasowym... a tu zgrzyt. Tędy wchodzą ludzie z biletami na trybuny, a pan ma na płytę, proszę pójść do odpowiedniego wejścia. No ok, nie ma problemu, to chwila. Tylko, że nie. O ile do wejść na trybuny nie było żadnych kolejek, tak do wejścia na płytę była P O T Ę Ż N A kolejka, zapakowana w labirynt barierek, zapewne mający ją "uspokajać" żeby nie było przepychania się. No i z jednej strony kolejka była "spokojna", a z drugiej strony była gargantuiczna i szła strasznie powolnie. Postałem tam sobie... 40 minut. Kiedy wszedłem w końcu (już mocno wkurwiony) na halę, supportująca piosenkarka grała od 10 minut. No trudno. Nigdy więcej na płytę. Nie wiem, co mnie podkusiło żeby wziąć taki bilet... tzn. wiem, był tańszy od trybun. Dusza cebulowa jest we mnie silna.
Z plusów, jak już dostałem się na tą płytę, to była ona bardzo korzystkie zbudowana. Tzn. scena była ogromna i w kształcie ósemki (domyślnie: znaku nieskończoności), sięgającego gdzieś na 3/4 płyty. Więc nie było jak na standardowych koncertach, że jest jeden tłum który stoi w postępujących po sobie rzędach. Pubika stała przy różnych etapach tej ósemki, dzięki czemu tłum się ładnie porozbijał i wchodząc już w trakcie supportu udało mi się stanąć w ok. 7 rzędzie z doskonałą widocznością.
Supportująca Becky Hill dobrze dała sobie radę ze swoim zadaniem, rozgrzała tłum a i przy okazji udanie zaprezentowała swoją twórczość przed kilkunastoma tysiącami ludzi. Win-win. Potem 40 minut czekania i punkt o 21 wyszła Katy. Występ trwał 2h i 10 minut, był przekrojową podróżą przez jej twórczość, szczególnie podobała mi się jego druga część gdzie odśpiewała kawałki z dwóch pierwszych płyt.
W trakcie występu miała miejsce chyba z 10-15 minutowa przerwa, podczas której brała na scenę fanów (moją faworytką była dziewczyna przebrana za wiatrak, która oświadczyła że "I'm your biggest fan" xD), testowała polskie słodycze
i inne takie. Trochę wytrąciło mnie to z immersji, ale taki urok jej koncertów, to stały punkt programu. Był to dobry koncert z zadowalającą setlistą i sporym show.
Ewakuowałem się w trakcie przedostatniej piosenki, jako że była już 23, a ja 23:50 miałem powrotnego Flixa. Przewidywałem, że po zakończeniu może być mała komunikacyjna katastrofa. Wziąłem sobie Ubera, widzę - za 5 minut będzie, fajowo, czekam na przystanku przy jednej z ulic w kierunku dworca. Pas w drugą stronę już się zawalił autami, ale w moją było OK. Zatem dobry plan, szybki Uber i chill na dworcu. Niestety, nad tym wyjazdem ciążyła do samego końca klątwa i ponownie nie wyszło. Kierowca Ubera, z imienia oczywiście jakiś Arab, zamiast pojechać tak, jak mu wytyczył trasę Uber (i mnie sprawnie odebrać), to wpierdolił się w zakorkowany pas po przeciwległej stronie. No i tak stoi. Ludzie już wychodzą, wyjeżdżają, on stoi. Cenne minuty lecą, on stoi. Leje deszcz, mój wkurw sięga zenitu, on stoi. A tymczasem na przystanek zaczęły podjeżdżać autobusy odwożące ludzi na dworzec. W końcu stwierdziłem, że nie mogę sobie pozwolić na więcej czekania, skasowałem przejazd na Uberze i wsiadłem do autobusu. Następnie 10 minut czekałem, bo z niewyjaśnionych powodów autobus nie ruszył. Poprzedni ruszył, my nie. W środku juz ludzi najebane tak, że stoimy jak sardynki, a ten stoi. W końcu mój wkurw tego dnia przekroczył poziom krytyczny i przepchałem się do kierowcy spytać, czemu wciąż stoi. Nie udzielił mi jasnej odpowiedzi, coś tam zaczął bełkotać (dobra - ja też zadałem pytanie z nerwami w głosie, ale miałem już dość), więc ja się nakręciłem i zacząlem pytać czy umie w ogóle jeździć, niech sie nie boi, jak coś to mogę pojechać za niego
, inni ludzie naokoło podłapali i zaczął się festiwal podśmiechujków z kierowcy. Z perspektywy czasu, może to nie było za miłe, ale czemu tak długo stał - nie mam pojęcia. Chuj mu w dupę. W końcu ruszyliśmy, niestety już do tego czasu zdążyła się ulica zakorkować i tak jechaliśmy żółwim tempem. Pamiętam, że po drodze kierowca zagroził że każe mi wysiąść, a ja mu odpowiedziałem że widzę że zrobi wszystko żeby tylko zrobić sobie kolejny postój i nie jechać dalej
, no ale w końcu doturlaliśmy się na dworzec. Akurat miałem jakieś 10 minut zapasu, więc dotarłem na busa na styk, ale zdążyłem. Jeszcze mi wytrysnął Mountain Dew którego sobie kupiłem w automacie, przez co musiałem umyć ręce w kałuży przy peronie czując się jak bezdomny
i już w końcu Flixik... jeszcze tylko ostatni wkurw, bo Ukrainiec koło którego siedzialem był chory i ciągle kaszlał i smarkał, co mnie mocno stresowało i wkurwiało, bo bardzo zależało mi, żeby się nie zarazić - w końcu to trzy dni przed Najważniejszym Dniem W Roku (Halloween) i ew. choroba mocno rozwaliłaby mi plany na dzień przed, dzień właściwy i dzień po. Na szczęście bakterie Ukraińca nie sprostały mojej cebulackiej aurze ochronnej i wszystko skończyło się dobrze. Niemniej, był to wyjazd właściwie na każdym etapie uciążliwy. Na szczęście sam koncert był dobry.
Potem całe dwa tygodnie spokoju i w zeszły piątek, 14 listopada, nastąpił powrót na szlak koncertowy. W Hali Orion występowała Inna. Czy jest to rumuński pop? Nnno... Shedao, na co ty chodzisz... nieważne, nie zajmujmy się tą kwestią
.
Znając już specyfikę Hali Orion, zaplanowałem sobie Ubera z domu o 19:15, tak żeby w kwadrans elegancko znaleźć się na miejscu, koncert o 20, więc na spokojnie sobie wejść, nie tak jak na Alphaville, gdzie wbiłem na kilka minut przed występem i musiałem się przedzierać przez morze ciał żeby w ogóle wcisnąć się do hali. Na szczęście, organizator (ten sam co wtedy) wyciągnął wnioski z tamtejszych problemów i ustawił scenę w drugą stronę, dzięki czemu nie znajdowała się ona zaraz przy wejściu. Plus, okazało się że ogłoszenie orga jakoś dzień przed koncertem że "zostało ostatnie 50 biletów!" było marketingową ściemą, bo miejsca było sporo, zero ściśniętego tłumu, można było podejść pod barierki... barierki odgradzające płytę od GC.... zaraz, co, kurwa? Nie odnotowałem wcześniej faktu istnienia GC, a okazało się, że takowe istniało, za jedyne 300 zł. Moje cebulackie oko musiało przelecieć przez tę opcję nawet jej nie odnotowując. Mówi się trudno, stanąłem sobie przy barierce przy lewej ścianie, też z nienajgorszym widokiem, i tak czekając, słuchając supportującego DJa. Jakiś Polak, miksował znane kawałki z lat 80, nie było to nic specjalnego ale po reakcji tłumu widać, że spełniało swoją rolę. Ludzie się bawili. Ja w międzyczasie odkryłem, że mój kierowca Ubera - jakiś starszy facet, Ukrainiec - nie zakończył mojego przejazdu i on tak sobie od pół godziny dalej trwał w najlepsze, a on był już pół miasta dalej. Innymi słowy, byłem właśnie w trakcie procesu bycia okradanym. Tak się wkurwiłem, że aż mi pociemniało w oczach, na szczęście opierałem się o barierkę. Szybko skasowałem przejazd, policzyło mi za niego łącznie 65 zł (zamiast planowanych 20-paru). Szybko napisałem do supportu Ubera opisując sytuację, domagając się zwrotu pieniomszków i "disciplinary action" dla kierowcy. A życzyłem mu miłego wieczoru jak wysiadałem. Kurrrwa.
W tym czasie rozpoczął się koncert Innej. Fajny był, no ale nie będę Was zanudzał opisywaniem go, bo to już na pewno #nikogo. Jakieś 15 lat temu byłem z dziewczyną na all inclusive w ciepłych krajach i spędziłem ten wyjazd jak prawdziwy Polak, kursując głównie między barem a leżakiem. I wtedy w radiu często leciała Inna. I tak mi się kojarzy z beztroską i relaksem i wakacyjnymi klimatami i leżeniem w stanie upojenia i patrzeniem się w chmury. Dobre skojarzenia.
Tak, dziewczyna kopnęła mnie w dupę niedługo potem. No nie dziwię się. Potrzebowałem nieco czasu, żeby dojrzeć błędy swoich ścieżek xD
Wracając do koncertu. Ciekawe było to, że organizator mocno się przejechał oferując GC za 300 zł, w związku z czym sektor pod sceną świecił mocnymi pustkami. Jako esencja cebulaka, wyczułem okazję, i faktycznie! jakoś po 10 minutach od rozpoczęcia występu podbił w moje okolice jakiś gość od organizatorów, pytając wszystkich czy nie chcemy opaski na GC xD Tak więc chwilę później byłem już pod sceną, zadowolony, ten niespodziewany bonus wygładzający moje nerwy po sytuacji z uberem. A rozdali tych opasek trochę, tak żeby nie było siary pod sceną, ale nie za dużo - w sektorze B dalej tłoczylo się mnóstwo ludzi. Przyfarciło mi się. Inna pomimo wieku starczo-emerytalnego (39 lat) mocno trzyma formę, więc wciąż było na czym oko zawiesić. #spermiagealert Niejedna dwudziestolatka mogłaby pozazdrościć jej figury.
Koncert skończył się niestety szybko - po 1h i 15 minutach. No mogłaby chociaż jeszcze ten kwadrans pociągnąć, żeby było te zbożne 1,5h i by chyba nikt nie narzekał. Kiedy tylko skończył się główny set, zamówiłem sobie (drżącą ręką) Ubera na drogę powrotną, mając nadzieję powtórzyć swój sukces po Alphaville i sprawnie śmignąć do domu zanim tłum zablokuje na amen ul. Rakietową. Niestety... kierowca już utknął w korku kilka kilometrów dalej, po czym kiedy był 800 metrów ode mnie skasował kurs. Przydzieliło mi nowego kierowcę (wymiana jednego Ukraińca na drugiego - nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby wiózł mnie Polak) - który również majestatycznie wpierdolił się w korek na Rakietowej, która wówczas już była ulicą martwą. Znaczy, auta stały w jedną stronę, stały w drugą stronę, a tłumek ludzi czekał na poboczu na swoje taksówki. Było kilka osób desygnowanych do zarządzania korkiem, dzięki czemu wyjeżdżający z parkingu mieli w ogóle jakąś szansę włączania się w ruch. Postałem sobie tak z pół godziny, po czym stwierdziłem, że już podejdę do tego mojego Ubera w korku, zamiast zamarzać w szczerym polu. Podszedłem, wsiadłem, no i tak postaliśmy kolejne pół godziny, zanim wyjechaliśmy w Graniczną, gdzie dalej poszło już gładko. Drodzy forumowicze, dojazd z i do Hali Orion trzeba naprawdę strategicznie rozplanowywać i brać ze sporym buforem czasowym, żeby nie utknąć potem w korku.
Następnego dnia dostałem zwrot pieniędzy za ten przejazd Uberowy, więc wyszło mi bez strat. Niestety, odpisał mi bot, a na moje zapytanie czy kierowca dostał disciplinary action już nie dostałem odpowiedzi.
Plus, tym razem cebula mnie już nie ochroniła i marznięcie w polu skończyło się przeziębieniem, które mnie dopadło przedwczoraj. Ale niech będzie, następny koncert dopiero w sobotę, podkuruję się 
Moim problemem od lat było nienadążanie za nowościami wydawniczymi. Tzn. przychodzi koniec roku, dajmy na to, 2020, wszędzie podsumowania typu top 10 moich ulubionych premier, a ja siadam i się orientuję, że z 2020 roku przesłuchalem dwie płyty. I że jest mnóstwo lubianych przeze mnie zespołów, które wydały nowe płyty, a ja nawet nie ruszyłem dupy żeby je obczaić. No i jeszcze inny aspekt: że np. dużo się mówi w sieci o jakimś nowym wykonawcy, a ja go kompletnie nie znam, mijają lata, on staje się dużą nazwą, a ja dalej nie mam pojęcia o co chodzi. Tak było przez sporo lat, aż w zeszłym roku stwierdziłem, że zrobiłem się strasznym ignorantem, dziadersem, który lubi to co zna i zna to co lubi i się zupełnie muzycznie nie rozwija. Zdecydowałem się to zmienić. Od tego czasu staram się mniej więcej obserwować premiery w gatunkach które lubię, śledzę na Fejsie kilka peji które mniej więcej budzą moje zaufanie itd.
W ten właśnie sposób jakoś latem ściągnąłem sobie partię kilku albumów z okolic dreampop/electropop. Spośród nich jedna mi siadła zajebiście, było to Rose Gray - "Louder, Please". Przesłuchałem ze trzy razy i zrobiłem to, czego nie robi na tym etapie nikt normalny, czyli zacząłem szukać czy może Rose nie gra gdzieś w okolicy koncertu. Okazało się, że gra, w Berlinie, w październiku. I że już był wyprzedany. Zdenerwowałem się, ale miałem event gdzieś na oku, obserwowałem ticketswapa, eventim.de i inne takie, co w końcu zaprocentowało, bo rzucili na Eventimie jakąś małą pulę i się załapałem. Bilet był tani, bo posztował 29,45 euro, ale ja wziąłem sobie go w wersji papierowej, bo zbieram papierowe bilety. Za przesyłkę zapłaciłem dodatkowe 34,90 euro, ale kto pierdolniętemu zabroni. Zawsze miałem łeb do interesów.
Koncert był 17 października, a więc miło, bo w piątek. Zakupiłem sobie Flixbusa takiego, że udało mi się jeszcze pójść tego dnia do pracy - sytuacja z moim urlopem za ten rok jest już krytyczna, a co gorsza na przyszły szykuje się jeszcze ciężej, bo mam dwa dłuższe wyjazdy, a gdzie tu jeszcze wolne na jakieś koncerty... ech. No ale wracając. Urwałem się jakoś po 12 z pracy, pojechałem Flixem, Flix złapał ok. 40minutowe opóźnienie, ale miałem zaplanowany lekki bufor czasowy właśnie na takie wypadki, więc po dojechaniu nie było nerwówki. Nie było też relaksu i zapasu czasowego na szlajanie się po mieście, po prostu z dworca prosto poszedłem na metro, drugie metro i o 19:02 zameldowałem się pod klubem. O 19 otwierali drzwi, więc akurat. Napotkałem kolejkę na ok. 40 osób, która akurat zaczęła wchodzić do środka. I tu się zdziwiłem. Sporo tych okołopopowych wokalistek, które obczajałem, a których wcześniej nie znałem, grało od razu w klubach pokroju Progresji, czy nawet na Torwarze. Więc i tu spodziewałem się czegoś podobnego. A tu szok, bo klub - Privatclub - jest malutki; wg. internetowych źródeł pomieści 250 osób. Kiedy wszedłem na główną salę, to myślałem że jestem w przedsionku
O 20 zaczął grać jakiś DJ, nie był zły, powiedzmy że udanie rozkręcił publikę przed głównym występem. Rose wyszła o 21:05. Zagrała 17 kawałków, czyli całe "Louder, Please" i jeden starszy kawałek. No i zajebiście. Pełna satysfakcja. Bardzo energiczny, pozytywny występ. Na ostatnie dwa kawałki wskoczyła w tłum i śpiewała między nami. Fajnie. Dobry kontak z publiką. Sądzę, że za kilka lat będzie to sporo większa nazwa. Wtedy będę się flexował, że widziałem ją pod sceną w małym berlińskim klubiku.
Koncert nie był długi, bo trwał... godzinę. Nie przeszkadzało mi to, bo w sumie zagrała co miała, co jeszcze by miała robić? Powtarzać piosenki? Czy wygrzebać jakieś kapiszony z demówek sprzed debiutu? No nie wiem, nie narzekałem. Tym bardziej, że dzięki temu na spokojnie sobie zdązyłem na metro i kolejne metro na dworzec i powrotnego Flixa.
Parę dni temu Rose ogłosiła drugi leg trasy promującej swój debiutancki album i znowu jest Berlin (inny klub, wg neta ciut większy), ale nie oszukuję się, nie pojadę, już mam na tyle nasrane gigów na 26, że bardzo ostrożnie dodaję nowe wyjazdy, a na tak szybką powtórkę nie mam ciśnienia.
Tydzień później zacząłem wspomniany już trzydniowy maraton koncertowy: piątek-sobota-niedziela. Na szczęście wszystko na miejscu, we Wrocławiu. W piątek wpadło W.A.S.P.. To było moje pierwsze spotkanie z nimi. Weszło mi fantastycznie. Ani chwili nudy. Świetna setlista, co do formy zespołu, to nie wiem ile tam playbacku o którym pisali współforumowicze, więc nie odważę się oceniać, tylko powiem, że świetnie mi tam wszystko banglało. I jeszcze brak supportu, i dobra czasówka (start o 20:30, no... z dwudziestominutowym opóźnieniem, ale wciąż). Pełne zadowolenie. Tylko zdenerwowałem się, bo na bramce skończyły im się bilety kolekcjonerskie i nie mam biletu papierowego z tego wydarzenia. Bardzo źle.
Dzień później, też w A2, występowało Kosheen. Tu niestety wrażenia gorsze. Miałem wrażenie, że to taka elektronika dla starych ludzi. Lubię te klimaty, to klasyk gatunku z lat 90., więc cieszę się że poszedłem, ale jednak ich występ trochę trącił taką geriatrią (co zabawne, bo przecież dzień wcześniej byłem na dużo starszym W.A.S.P., gdzie tego nie czułem). Z plusów, na wejściu babka nie zeskanowała mi biletu, więc od razu odpaliła się we mnie dusza cebulaka i wrzuciłem go szybko na TicketSwapa za 50 zł. Zszedł po chwili. Zawsze to zwrot części kosztów xD
Następny dzień to smutek, żal, rozpacz, beznadzieja. Trzeba było pojechać do jednego z najgorszych miejsc na świecie, klubu Łącznik. Jego główną wadą jest to, jak daleko tam mam, ale też nie przepadam za samym miejscem. Grał tam Kwoon, francuski zespół post rockowy. Mieli w Polsce 3 koncerty; Kraków i Wro robił Rock Serwis, a Wawę... ktośtam. Bilety nie zeszły spektakularnie, Łącznik - i tak niewielki klub - był zapełniony może w połowie. A szkoda, bo zespół dał naprawdę zacny koncert. Wypuścili w tym roku nowy album, pierwszy od 14 lat - "Odyssey". Jest to w mojej ocenie ich najlepszy album, więc też dobrze trafiłem. Zagrali z niego 8 kawałków. Jeden, mój ulubiony, dwa razy. Niewielka publika nie zdemotywowała zespołu, dali dobry występ, widać było że byli zaangażowani, a po ilości uśmiechów sądzę, że granie sprawiało im po prostu frajdę. Zagrali 13 kawałków, po czym wyszli na bisy... w publiczność, z instrumentami, gdzie jeszcze akustycznie zagrali w kółeczku dwa kawałki. Bardzo miło. To był występ budzący całą gamę emocji.
Potem dzień przerwy i wyjazd do Katowic na Hellow.... do Krakowa na Katy Perry. Początkowy plan zakładał wyjazd z żoną dwa dni później do Pragi, ale niestety jeszcze dochodziła do siebie po operacji i stwierdziła, że nie chce się forsować podóżą i koncertem. Zatem szybka sprzedaż Pragi (zeszły w kilkanaście minut) i kupno biletu na płytę na Kraków. Tu taka ciekawostka: koncert nie był wyprzedany. Było blisko, ale jednak nie. Widać było białe placki na sektorach, będące ewidentnie nie efektem brakiem popytu, tylko standardowego kombinowania Live Nation. Skurwysyny się przejechały na swoich zagrywkach, bo gdyby wrzucili cała pulę od razu, to by zeszła. Tu jest taka kwestia, że od momentu wejścia biletów do sprzedaży do koncertu, hype na Katy Perry zauważalnie zmalał. Po drodze zaliczyła m.in. feralny lot w kosmos rakietą Bezosa i całowanie ziemi
Też tego dnia poszedłem do pracy, a po niej pociągiem pojechałem do Krakowa. Niestety, tego dnia wszystko, co mogło iść nie tak, szło nie tak. Pociąg się trochę spóźnił, potem tramwaj się trochę spóźnił, potem z niewytłumaczalnych dla mnie powodów po drodze gdzieś między jednym a drugim przystankiem stał 5 minut, a jeszcze trochę padało. Kiedy zatem zjawiłem się pod Tauron Areną, byłem już nieźle zmęczony i zirytowany. Czasowo przez to wszystko byłem tak mniej więcej na styk, żeby zdążyć na support. Na supporcie grała niejaka Becky Hill, coś tam ją kojarzę i chciałem obczaić. Przeszedłem wszystkie kontrole i udałem się do wejścia do hali. Dwie osoby przede mną, wspaniale, już jestem w ciepełku, z miłym zapasem czasowym... a tu zgrzyt. Tędy wchodzą ludzie z biletami na trybuny, a pan ma na płytę, proszę pójść do odpowiedniego wejścia. No ok, nie ma problemu, to chwila. Tylko, że nie. O ile do wejść na trybuny nie było żadnych kolejek, tak do wejścia na płytę była P O T Ę Ż N A kolejka, zapakowana w labirynt barierek, zapewne mający ją "uspokajać" żeby nie było przepychania się. No i z jednej strony kolejka była "spokojna", a z drugiej strony była gargantuiczna i szła strasznie powolnie. Postałem tam sobie... 40 minut. Kiedy wszedłem w końcu (już mocno wkurwiony) na halę, supportująca piosenkarka grała od 10 minut. No trudno. Nigdy więcej na płytę. Nie wiem, co mnie podkusiło żeby wziąć taki bilet... tzn. wiem, był tańszy od trybun. Dusza cebulowa jest we mnie silna.
Z plusów, jak już dostałem się na tą płytę, to była ona bardzo korzystkie zbudowana. Tzn. scena była ogromna i w kształcie ósemki (domyślnie: znaku nieskończoności), sięgającego gdzieś na 3/4 płyty. Więc nie było jak na standardowych koncertach, że jest jeden tłum który stoi w postępujących po sobie rzędach. Pubika stała przy różnych etapach tej ósemki, dzięki czemu tłum się ładnie porozbijał i wchodząc już w trakcie supportu udało mi się stanąć w ok. 7 rzędzie z doskonałą widocznością.
Supportująca Becky Hill dobrze dała sobie radę ze swoim zadaniem, rozgrzała tłum a i przy okazji udanie zaprezentowała swoją twórczość przed kilkunastoma tysiącami ludzi. Win-win. Potem 40 minut czekania i punkt o 21 wyszła Katy. Występ trwał 2h i 10 minut, był przekrojową podróżą przez jej twórczość, szczególnie podobała mi się jego druga część gdzie odśpiewała kawałki z dwóch pierwszych płyt.
W trakcie występu miała miejsce chyba z 10-15 minutowa przerwa, podczas której brała na scenę fanów (moją faworytką była dziewczyna przebrana za wiatrak, która oświadczyła że "I'm your biggest fan" xD), testowała polskie słodycze
Ewakuowałem się w trakcie przedostatniej piosenki, jako że była już 23, a ja 23:50 miałem powrotnego Flixa. Przewidywałem, że po zakończeniu może być mała komunikacyjna katastrofa. Wziąłem sobie Ubera, widzę - za 5 minut będzie, fajowo, czekam na przystanku przy jednej z ulic w kierunku dworca. Pas w drugą stronę już się zawalił autami, ale w moją było OK. Zatem dobry plan, szybki Uber i chill na dworcu. Niestety, nad tym wyjazdem ciążyła do samego końca klątwa i ponownie nie wyszło. Kierowca Ubera, z imienia oczywiście jakiś Arab, zamiast pojechać tak, jak mu wytyczył trasę Uber (i mnie sprawnie odebrać), to wpierdolił się w zakorkowany pas po przeciwległej stronie. No i tak stoi. Ludzie już wychodzą, wyjeżdżają, on stoi. Cenne minuty lecą, on stoi. Leje deszcz, mój wkurw sięga zenitu, on stoi. A tymczasem na przystanek zaczęły podjeżdżać autobusy odwożące ludzi na dworzec. W końcu stwierdziłem, że nie mogę sobie pozwolić na więcej czekania, skasowałem przejazd na Uberze i wsiadłem do autobusu. Następnie 10 minut czekałem, bo z niewyjaśnionych powodów autobus nie ruszył. Poprzedni ruszył, my nie. W środku juz ludzi najebane tak, że stoimy jak sardynki, a ten stoi. W końcu mój wkurw tego dnia przekroczył poziom krytyczny i przepchałem się do kierowcy spytać, czemu wciąż stoi. Nie udzielił mi jasnej odpowiedzi, coś tam zaczął bełkotać (dobra - ja też zadałem pytanie z nerwami w głosie, ale miałem już dość), więc ja się nakręciłem i zacząlem pytać czy umie w ogóle jeździć, niech sie nie boi, jak coś to mogę pojechać za niego
Potem całe dwa tygodnie spokoju i w zeszły piątek, 14 listopada, nastąpił powrót na szlak koncertowy. W Hali Orion występowała Inna. Czy jest to rumuński pop? Nnno... Shedao, na co ty chodzisz... nieważne, nie zajmujmy się tą kwestią
Znając już specyfikę Hali Orion, zaplanowałem sobie Ubera z domu o 19:15, tak żeby w kwadrans elegancko znaleźć się na miejscu, koncert o 20, więc na spokojnie sobie wejść, nie tak jak na Alphaville, gdzie wbiłem na kilka minut przed występem i musiałem się przedzierać przez morze ciał żeby w ogóle wcisnąć się do hali. Na szczęście, organizator (ten sam co wtedy) wyciągnął wnioski z tamtejszych problemów i ustawił scenę w drugą stronę, dzięki czemu nie znajdowała się ona zaraz przy wejściu. Plus, okazało się że ogłoszenie orga jakoś dzień przed koncertem że "zostało ostatnie 50 biletów!" było marketingową ściemą, bo miejsca było sporo, zero ściśniętego tłumu, można było podejść pod barierki... barierki odgradzające płytę od GC.... zaraz, co, kurwa? Nie odnotowałem wcześniej faktu istnienia GC, a okazało się, że takowe istniało, za jedyne 300 zł. Moje cebulackie oko musiało przelecieć przez tę opcję nawet jej nie odnotowując. Mówi się trudno, stanąłem sobie przy barierce przy lewej ścianie, też z nienajgorszym widokiem, i tak czekając, słuchając supportującego DJa. Jakiś Polak, miksował znane kawałki z lat 80, nie było to nic specjalnego ale po reakcji tłumu widać, że spełniało swoją rolę. Ludzie się bawili. Ja w międzyczasie odkryłem, że mój kierowca Ubera - jakiś starszy facet, Ukrainiec - nie zakończył mojego przejazdu i on tak sobie od pół godziny dalej trwał w najlepsze, a on był już pół miasta dalej. Innymi słowy, byłem właśnie w trakcie procesu bycia okradanym. Tak się wkurwiłem, że aż mi pociemniało w oczach, na szczęście opierałem się o barierkę. Szybko skasowałem przejazd, policzyło mi za niego łącznie 65 zł (zamiast planowanych 20-paru). Szybko napisałem do supportu Ubera opisując sytuację, domagając się zwrotu pieniomszków i "disciplinary action" dla kierowcy. A życzyłem mu miłego wieczoru jak wysiadałem. Kurrrwa.
W tym czasie rozpoczął się koncert Innej. Fajny był, no ale nie będę Was zanudzał opisywaniem go, bo to już na pewno #nikogo. Jakieś 15 lat temu byłem z dziewczyną na all inclusive w ciepłych krajach i spędziłem ten wyjazd jak prawdziwy Polak, kursując głównie między barem a leżakiem. I wtedy w radiu często leciała Inna. I tak mi się kojarzy z beztroską i relaksem i wakacyjnymi klimatami i leżeniem w stanie upojenia i patrzeniem się w chmury. Dobre skojarzenia.
Tak, dziewczyna kopnęła mnie w dupę niedługo potem. No nie dziwię się. Potrzebowałem nieco czasu, żeby dojrzeć błędy swoich ścieżek xD
Wracając do koncertu. Ciekawe było to, że organizator mocno się przejechał oferując GC za 300 zł, w związku z czym sektor pod sceną świecił mocnymi pustkami. Jako esencja cebulaka, wyczułem okazję, i faktycznie! jakoś po 10 minutach od rozpoczęcia występu podbił w moje okolice jakiś gość od organizatorów, pytając wszystkich czy nie chcemy opaski na GC xD Tak więc chwilę później byłem już pod sceną, zadowolony, ten niespodziewany bonus wygładzający moje nerwy po sytuacji z uberem. A rozdali tych opasek trochę, tak żeby nie było siary pod sceną, ale nie za dużo - w sektorze B dalej tłoczylo się mnóstwo ludzi. Przyfarciło mi się. Inna pomimo wieku starczo-emerytalnego (39 lat) mocno trzyma formę, więc wciąż było na czym oko zawiesić. #spermiagealert Niejedna dwudziestolatka mogłaby pozazdrościć jej figury.
Koncert skończył się niestety szybko - po 1h i 15 minutach. No mogłaby chociaż jeszcze ten kwadrans pociągnąć, żeby było te zbożne 1,5h i by chyba nikt nie narzekał. Kiedy tylko skończył się główny set, zamówiłem sobie (drżącą ręką) Ubera na drogę powrotną, mając nadzieję powtórzyć swój sukces po Alphaville i sprawnie śmignąć do domu zanim tłum zablokuje na amen ul. Rakietową. Niestety... kierowca już utknął w korku kilka kilometrów dalej, po czym kiedy był 800 metrów ode mnie skasował kurs. Przydzieliło mi nowego kierowcę (wymiana jednego Ukraińca na drugiego - nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby wiózł mnie Polak) - który również majestatycznie wpierdolił się w korek na Rakietowej, która wówczas już była ulicą martwą. Znaczy, auta stały w jedną stronę, stały w drugą stronę, a tłumek ludzi czekał na poboczu na swoje taksówki. Było kilka osób desygnowanych do zarządzania korkiem, dzięki czemu wyjeżdżający z parkingu mieli w ogóle jakąś szansę włączania się w ruch. Postałem sobie tak z pół godziny, po czym stwierdziłem, że już podejdę do tego mojego Ubera w korku, zamiast zamarzać w szczerym polu. Podszedłem, wsiadłem, no i tak postaliśmy kolejne pół godziny, zanim wyjechaliśmy w Graniczną, gdzie dalej poszło już gładko. Drodzy forumowicze, dojazd z i do Hali Orion trzeba naprawdę strategicznie rozplanowywać i brać ze sporym buforem czasowym, żeby nie utknąć potem w korku.
Następnego dnia dostałem zwrot pieniędzy za ten przejazd Uberowy, więc wyszło mi bez strat. Niestety, odpisał mi bot, a na moje zapytanie czy kierowca dostał disciplinary action już nie dostałem odpowiedzi.
Re: Ogólnie o koncertach
Piękna relacja. Świetnie się czytało. Wybrałem kilka kluczowych fragmentów

Podoba mi się Twoje podejście do tematuShedao Shai pisze: ↑wt lis 18, 2025 8:12 am No ale Sanatorium to nie tylko przyjemności, ale też obowiązki, więc wracam.
Też nie nawidzę niemieckiego eventima, który traktuje nas jak trzeci świat, a to przecież wystarczy przez granicę przewieźć.Shedao Shai pisze: ↑wt lis 18, 2025 8:12 am Bilet był tani, bo posztował 29,45 euro, ale ja wziąłem sobie go w wersji papierowej, bo zbieram papierowe bilety. Za przesyłkę zapłaciłem dodatkowe 34,90 euro, ale kto pierdolniętemu zabroni.
Do nadrobienia wysyłki z Niemiec trochę jeszcze brakuje.Shedao Shai pisze: ↑wt lis 18, 2025 8:12 am Z plusów, na wejściu babka nie zeskanowała mi biletu, więc od razu odpaliła się we mnie dusza cebulaka i wrzuciłem go szybko na TicketSwapa za 50 zł. Zszedł po chwili. Zawsze to zwrot części kosztów xD
Typowy karkus, nie zrozumiesz takiego.Shedao Shai pisze: ↑wt lis 18, 2025 8:12 am więc ja się nakręciłem i zacząlem pytać czy umie w ogóle jeździć, niech sie nie boi, jak coś to mogę pojechać za niego, inni ludzie naokoło podłapali i zaczął się festiwal podśmiechujków z kierowcy. Z perspektywy czasu, może to nie było za miłe, ale czemu tak długo stał - nie mam pojęcia.
Ja ostatnio obczaiłem to z buta. Widziałem, że sporo osób porzuca samochody po drugiej stronie autostrady i stamtąd dochodzi. To może być dobra opcja, bo jak wracaliśmy to korki były konkretne,Shedao Shai pisze: ↑wt lis 18, 2025 8:12 am
Drodzy forumowicze, dojazd z i do Hali Orion trzeba naprawdę strategicznie rozplanowywać i brać ze sporym buforem czasowym, żeby nie utknąć potem w korku.
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Re: Ogólnie o koncertach
Fragment o sprzedaży za 5 tych biletu na Ticketswap po wejściu oraz akcja z opierdolem kierowcy busa - zloto.
Z Tauron Areny na Dworzec da radę z buta pociągnąc - sam tak zrobiłem wracając z Tool w 2019. Uniknąłem korków, no ale to był czerwiec i nie padało.
Z Tauron Areny na Dworzec da radę z buta pociągnąc - sam tak zrobiłem wracając z Tool w 2019. Uniknąłem korków, no ale to był czerwiec i nie padało.
https://www.last.fm/user/kamooo
Re: Ogólnie o koncertach
Biegłem kiedyś z Taurona na dworzec, na nocny pociąg 
Re: Ogólnie o koncertach
Z Taurona na dworzec to trzy kwadranse szybkiego marszu. Bieguśkiem pewnie w pół godzin dałoby radę + zadyszka.
- blackcocker
- -#Moderator

- Posty: 12618
- Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
- Skąd: HerbacianePolaBatumi
Re: Ogólnie o koncertach
Dobra relka. Krakowski wyjazd na Katy dojebany XD biedny kierowca
cebulackie sprzedawanie nieskasowanego biletu w ostatniej chwili - złoto 
No i pytanie - czemu zamiast stać w tym tłumie czekająć na taksę, nie przeszedłeś się 2km dalej, żeby nie stać w takim tłumie? Chyba, że takiej opcji nie było, choć po tym jak stałeś też w Krakowie, to mam obraz Shedao co chodzić nie lubi
No i pytanie - czemu zamiast stać w tym tłumie czekająć na taksę, nie przeszedłeś się 2km dalej, żeby nie stać w takim tłumie? Chyba, że takiej opcji nie było, choć po tym jak stałeś też w Krakowie, to mam obraz Shedao co chodzić nie lubi
#blackcocker2023
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6340
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: Ogólnie o koncertach
Zamówiłem sobie taksę z wyprzedzeniem, zakładając że będzie jak ostatnio, czyli jeszcze nie ma korku, wsiadam i jedziemy. Tam się udało przy znacznie większym tłumie, tu niestety z jakiegoś powodu nie. Na przyszłość będę mądrzejszy o to doświadczenie. A co do Krakowa, to: raz, że miałem podobne założenieblackcocker pisze: ↑wt lis 18, 2025 9:35 amNo i pytanie - czemu zamiast stać w tym tłumie czekająć na taksę, nie przeszedłeś się 2km dalej, żeby nie stać w takim tłumie? Chyba, że takiej opcji nie było, choć po tym jak stałeś też w Krakowie, to mam obraz Shedao co chodzić nie lubi

