Piątkowe dopołudnie spędziłem, starając się doprowadzić do stanu używalności po wardrunowym pijaństwie dnia poprzedniego. Na szczęście, w większości mi się to udało. Po 14 udałem się na dworzec główny, gdzie niemiła niespodzianka - peron mojego pociągu zawalony kompletnie; ale to tak, że ledwo się przecisnąłem głębiej. Czekało mnóstwo ludzi. Nauczony doświadczeniem, że obecnie PKP przeżywa popularność jakiej jeszcze za swojego żywota nie uświadczyłem, bilet zakupiłem wcześniej, a więc miałem i miejscówkę. Więc nie patrzyłem na ten tłum ze szczególnym przerażeniem. Pociąg podjechał punktualnie, wsiadłem do swojego wagonu... niestety ze złej strony, więc musiałem się przecisnąć przez korytarz (był to wagon przedziałowy), a ten był już napakowany nieszczęśnikami bez miejscówek i ich bagażami. Zajęło mi to ładnych parę minut. Dramat. Jeszcze tylko sprawienie zawodu ładnej dziewczynie która siedziała na moim miejscu

)), zamknięcie drzwi przedziału, żeby odciąć się od gehenny rozgrywającej się na korytarzu i można ruszać. W planach miałem wycieczkę do Warsu, ale
a) nie przecisnąłbym się
b) podali w głośnikach, że bardzo im przykro ale "z powodów technicznych" wagonu Wars nie ma.
Zamiast regeneracyjnego posiłku i piwka zdecydowałem się więc na regeneracyjną drzemkę. Wyszło mi to na dobre. Wysiadłem w Katowicach już w całkowicie dobrej kondycji. Zjadłem chamskiego kebaba i kilka minut przed 19 udałem się do klubu Piąty Dom. Miejscówka zasługuje na specjalną pochwałę. Jest ona zlokalizowana perfekcyjnie, akurat w połowie drogi między dworcem PKP a PKS. Na każdy ma się z niej kilka minut piechotą. Idealnie. Jest to też po prostu dobre miejsce na koncert - właściwie to ciut większa kawiarnia z niewielką sceną, więc idąc do Piątego Domu macie gwarancję kameralnego występu.
Wszedłem zatem do lokalu, dostałem bilet kolekcjonerski (dawany każdemu), co było o tyle zabawne, że z kicketu zamówiłem sobie też bilet kolekcjonerski, i był on nieco inny niż ten rozdawany na bramce. Mam zatem dwa różne bilety kolekcjonerskie z jednego eventu. Co z nimi zrobić? Nie wiem. Patrzę w lewo, a tam stoisko z merchem. Bardzo bogate - do wyboru do koloru koszulek, CD, winyli, nawet kasety. A sprzedawał je... Mario Lalli, czyli basista Yawning Man, znany też jako frontman Fatso Jetson oraz Mario Lalli & The Rubber Snake Charmers i basista Brant Bjork Trio. Jedna z legend sceny Palm Desert, która to przez lata pełniła jedną z najważniejszych ról w moim muzycznym świecie. Wiecie, Kyuss i wszystkie jego odnogi, katowałem to kiedyś do upadłego. Wprawdzie już kiedyś spotkałem Mario, ale i tak wjechały emocje, zagadałem do niego i porozmawialiśmy sobie chwilkę, bardzo miły gość. Wyglądał na naprawdę ucieszonego gdy zacząłem zagadywać o jego projekty poboczne. Jeszcze nie do końca rozstawił sobie merch, więc po chwili pogaduszek poszedłem dalej. A tam niespodzianka - klub był pusty. Puściusieńki. To znaczy, była obsługa knajpy i koncertu - barmanka, gość od sprawdzania biletów i... o, przy barze stał sobie Gary Arce, czyli gwiazda dzisiejszego eventu, frontman i Yawning Man i SoftSun, a obok niego jego dziewczyna - Pia Isaksen, wokalistka-basistka SoftSun. Nie wyglądali na specjalnie zajętych, więc też podbiłem, przekazałem wyrazy szacunku i uwielbienia xD starając się nie być niezręcznym fanem powtarzającym w kółko ajlowjorłork, grejtmiuzik. Również bardzo mili ludzie. Gary to chyba najbardziej wyluzowany człowiek świata, vibe gościa z pustyni którego nic nie stresuje aż z niego bije, z pewnością jest autentyczny w swojej twórczości xD Podziękowałem, życzyłem udanego występu i ruszyłem dalej. Było to dla mnie mocno surrealistyczne, ale i ekscytujące przeżycie. Przypomniała mi się wówczas relacja Cockera z wyprawy na Opeth.
Po jakimś czasie przyszli kolejni ludzie, choć ciężko powiedzieć żeby klub się zapełniał. Katastrofa frekwencyjna wisiała w powietrzu. Nie musząc przejmować się zajęciem dobrego miejsca, wróciłem na merch, gdzie Mario już wszystko sobie porozkładał. Trochę mnie poniósł melanż, bo wziąłem nową płytę SoftSun, tą samą płytę w winylu dla taty oraz nową płytę Yawning Man. A jeszcze przywiozłem ze sobą pierwszą płytę SS w nadziei zdobycia autografów. Spytałem Mario, czy nie podpisałby mi tych nowych Yawningów, a ten: no pewnie, daj, chcesz żeby reszta też ci podpisała to wszystko? Siedzą tu za kotarką <pokazuje za siebie> xD No pewnie. Zatem podał wszystkie cztery płyty za kotarkę i po chwili wróciły podpisane odpowiednio przez członków właściwych zespołów. Super, nie trzeba się było już tym przejmować, mogłem skupić się na nadchodzącym występie. O 20 zaczął grać SoftSun. Jeśli ktoś nie zna, a wnioskując po minimalnym zainteresowaniu na forum, zakładam że większość, to SoftSun jest nowym projektem frontmana Yawning Man, wspomnianego już Gary'ego Arce'a. To właściwie taki Yawning Man 2.0., tylko z wokalem. Delikatnym i subtelnym pełniącym tu rolę wspomagającą, bo w tej muzyce wciąż najważniejsze są muzyczne pejzaże kreślone w charakterystycznym stylu Gary'ego. Jest coś w tej muzyce, co mnie niesamowicie ujmuje i to już od lat, tak więc SoftSun pokochałem również właściwie od pierwszego odsłuchu. No i przy okazji, tak myśląc pragmatycznie, takie rzeczy trzeba oglądać kiedy jest okazja, bo wiadomo jak to jest z zespołami gdzie główne skrzypce gra para - dzisiaj są, jutro już ich nie ma xD
Zagrali 40 minut, i w tym czasie zmieścili 5 kawałków z obu swoich płyt. Fantastyczny koncert. Chciałoby się, żeby trwał ze trzy razy tyle (i wtedy by odegrali całą swoją dyskografię, czyli 12 utworów xD). Potem 20 minut przerwy i lekka wymiana muzyków - zaczął grać Yawning Man. Setlista była prosta i uczciwa, zagrali całą nową płytę. A potem walnęli spontaniczny jam z Mario na wokalu. I po 1h 15 min się pożegnali. Czy to mało? Biorąc pod uwagę, że Gary gra w obu zespołach, to występował 2 godziny, więc można powiedzieć, że standard. Ale pamiętam ich występ z 2016 w Warszawie, gdzie grali bite 2,5 godziny. Te sceniczne bestie mogłyby tam walczyć do północy i się nie zmęczyć zbytnio, więc mam pewien niedosyt jeśli chodzi o długość koncertów. Co też jest świadectwem ich wysokiej jakości, bo każdą sekundę tych występów chłonąłem jak gąbka. Było fenomenalnie. Kocham te zespoły, kocham ten klimat.
Ludzi było ok. 30, dopuszczam margines błędu do 40. Starałem się policzyć, ale wiadomo, łazi to po klubie i do kibla, nie postoi grzecznie żeby się dało dobrze policzyć xD Bilety były po 7 dyszek, więc chyba sobie wyobrażacie jaki zarobek miał tu organizator. Dzięki temu, że klub jest mały, nie świeciło m o c n o pustkami, no ale nie można tego nazwać frekwencyjnym sukcesem nijak. Szkoda, ludzie nie wiedzą co przegapili.
Po koncercie posiedziałem jeszcze sobie chwilę, bo mi się nie spieszyło, miałem 55 minut do powrotnego Flixa i 5 minut na dworzec. Zespół z uśmiechem wyszedł na merch i sprzedawał, podpisywał co kto chciał. Ja już byłem tu załatwiony, więc w końcu udałem się na dworzec. O dziwo, Flix przyjechał punktualnie i jechało się komfortowo. To takie przeciwieństwo mojego wyjazdu do Krakowa sprzed miesiąca - tym razem wszystko odbywało się o czasie i bez dyskomfortu. O 2 byłem już w domu i zadowolony poszedłem spać. Był to jeden z najlepszych wypadów w tym roku.