Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Tak jak napomknąłem w Sanktuariankach, pora wrzucić swoje top 50 albumów. Zabierając się do tego nie wiedziałem w sumie, w jaki sposób mam sobie określić kryterium tego, który album i gdzie w tymże zestawieniu ma się znaleźć. Ostatecznie uznałem, że ułożę tę listę biorąc pod uwagę współczynnik tego, na ile daną płytę po prostu lubię posłuchać oraz na ile ją cenię pod względem kompozycyjnym, jakości produkcji, utworów etc. Uściślając, im bliżej pierwszych pozycji, tym płyty są mi bliższe, a ich brzmienie bardziej tożsame moim doświadczeniom z muzyką. Natomiast, to, czy dana płyta jest pozycję wyżej od innej, nie decyduje bezwzględnie o tym, czy uznaję ją za lepszą/bardziej lubianą od tych niżej. Może dopiero 3-4 pozycje różnicy jakkolwiek bardziej wskazują na to, czy dane LP cenię sobie bardziej/mniej. Wyjątkiem pewnie będzie top 10, tam jednak sympatie będą sztywniej zdefiniowane.

Pod względem sympatii do konkretnych płyt – nie starałem się na siłę bronić w pierwszej pięćdziesiątce albumów, które podchodziły mi niegdyś mocniej niż teraz. Oczywiście, sporo z nich bym po prostu uplasował na pozycjach 51-100, więc nie są to wcale „porzucone” krążki (aczkolwiek będą wyjątki, o czym niżej :wink: ). Co jednak ważniejsze, nie chciałem odbierać szansy zabłyśnięcia nie tak dawno poznanym lub naprawdę zwyżkującym u mnie po latach płytom, bo uwzględnienie ich w tym zestawieniu najzwyczajniej w świecie prezentuje bardziej aktualny stan moich upodobań – w skrócie, unikałem robienia „nostalgia trip”.

Z tej dziwnej syntezy upodobań udało mi się wykuć swoją topkę. Zdarzy się po drodze jeszcze kilka szlifów (w co nie wątpię :lol: ), ale to co na razie wyszło i tak uznaję za całkiem zgodną listę. Nowe pozycje będę wrzucał stopniowo, chociaż ciężko mi nakreślić, z jaką częstotliwością by to miało być. Na chwilę obecną nie mam gotowego ani jednego opisu płyty, także ruszę z tym dopiero za jakiś czas. Nie zastosowałem kryterium - jak u Caracala - że od jednego artysty może być tylko jeden album, bo po prostu nie pojawiło by się przez to kilka kluczowych dla mnie opcji, a nie chce mi się na siłę dokładać albumów od jak największej ilości artystów, które względem tych podpadających przez taki wymóg pod nieuwzględnienie po prostu nie darzę aż takim uznaniem. Tak czy siak było nieuniknionym, że więcej niż jedna dyskografia z tych, które bardzo sobie cenię, ucierpi na tym wszystkim, mając szansę na jedną, dwie, albo zero pozycji (50 miejsc to wbrew pozorom dość mała przestrzeń :mryellow: ). Z drugiej strony, przy kilku pozycjach od 31 do 50 poczułem potrzebę, że nie mógłbym nie uwzględnić przynajmniej jednej płyty od kilku artystów, których dyskografie szczególnie leżą mi na sercu.

Będzie też trochę HM, gdzieś bliżej top 10 powrzucam je taśmowo na dwie rundy - nie decydują one kolejnością wrzucenia o tym, czy jest to lepszy czy gorszy rzut :wink: . To kilka płyt, które pewnie bym dał w top 51-100, ale z jakichś przyczyn, pomimo, że nie mogłem ich jakoś wpasować do tego zestawienia, to mam wyraźne poczucie, że muszę o nich jednak wspomnieć przy tej okazji. Mam nadzieję, że nie wypali mnie to i uda mi się to jakoś w 2-4 miesiące skompletować. Powinno się udać, wszak robię to głównie w ramach znalezienia sobie dodatkowego zajęcia na te parędziesiąt czekających mnie wieczorów :D . Będę unikał kreślenia rozprawek na temat każdej płyty, chociaż kilka pewnie uraczę dłuższym wywodem. Stay tunned!
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7083
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Cold »

Czekam z zainteresowaniem :)
Awatar użytkownika
Madback
-#Trooper
-#Trooper
Posty: 263
Rejestracja: śr gru 24, 2025 5:12 pm
Skąd: Wielkopolska

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Madback »

Super !!! Wykonanie takiej roboty to poważna sprawa!
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4932
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

jak najbardziej czekam, będzie się działo :)
Still Reigning...
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Weekend jeszcze trwa, więc żeby nie spać, otworzę topkę pierwszą pozycją :D

50. Jeff Buckley – Grace (1994)

Obrazek

Zarówno Buckley senior, jak i junior, byli doprawdy zdolnymi muzykami, którym niestety los nie dał zbyt wiele czasu na tym świecie. Jeżeli chodzi o zasobność pozostałych po nich albumach, to mamy dość spory rozrzut. Tim Buckley (ojciec) zostawił po sobie 9 LP (w tym całkiem zacne Happy Sad), a Jeff tylko jeden album. Tak się jednak składa, że o to właśnie tą jedyną płytą udało mu się namieszać w świecie. Bynajmniej nie bez powodu.

Grace na tyle mi podeszło, że postanowiłem je zawrzeć w swojej topce. To album pełen naprawdę zgrabnych i pięknie napisanych piosenek, który częstuje duchem lat 90-tych w bardzo przystępny sposób. Swego czasu największą sławę z tej płyty zdobył cover Hallelujah Cohena, dla mnie to jednak, chociaż bardzo ładna, ale raczej ciekawostka. Jakość produkcji i głos Jeffa również zasługują na medal, takie elementy z miejsca tworzą bardzo pozytywne mniemanie o danej płycie, a z upływem czasu jest tylko lepiej :wink: . Lubię do niej wracać jadąc gdzieś nocą - jawi mi się jako płyta raczej do słuchania po zmroku.

Ulubione kawałki: Grace, So Real, Lover(…), Dream Brother
Awatar użytkownika
Zajzajer
-#Clansman
-#Clansman
Posty: 4932
Rejestracja: ndz cze 22, 2025 1:25 am
Skąd: Bat Country

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Zajzajer »

No to się wypowiem, bo znam bardzo dobrze, dla mnie Jeff to był jeden z ulubionych wokalistów (dokładnie miejsce 9), zacny to wybór, sam się zastanawiałem czy nie dać do top 50, ale się nie załapał, może w nowej top 50 będzie, gdzie będą zupełnie inne płyty (taka alternatywna 50tka) dla mnie produkcja i wszystko jest spoko na Grace, płytę sprzedałem jakieś 1-2 lata temu jak robiłem porządki płytowe, dla mnie wszystkie kompozycje są spoko, tylko covery mi najmniej leżą, dla mnie mogłoby ich nie być, często jak słuchałem na wieży to skipowałem te covery, a jak miałem te płytę na mp3 - to bez coverów. Robi się ciekawie, czekam na następne pozycje :)

Tutaj moje top 25 wokalistów, jakby kogoś interesowało

https://rateyourmusic.com/list/Zajzajer ... -all-time/
Still Reigning...
Awatar użytkownika
Caracalized
-#Clairvoyant
-#Clairvoyant
Posty: 1283
Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
Skąd: Catland

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Caracalized »

Buckley senior zdecydowanie mógłby mieć większą rozpoznawalność, to jest chyba jeden z najbardziej niedocenianych muzyków ever, nawet umarł trochę za późno na załapanie się do klubu 27, natomiast Grace dwa lub trzy razy może słyszałem w swoim życiu, nie pamiętam już w ogóle co tam było.
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

49. Anna von Hausswolff – Dead Magic (2018)

Obrazek

Idziemy dalej, tym razem będzie całkiem współcześnie.

Dead Magic to najlepsze jak dotąd dzieło niezwykle utalentowanej multi instrumentalistki z Goteborga. Po latach przymierzania i rozwijania się w muzyce duchowo wracającej do chłodu lat 80-tych, a w szczególności do dokonań Dead Can Dance, Anna wydała płytę, której specyfika nie jest jedynie dłubaniem w poszukiwaniu dźwięków i zwiedzaniem różnych klimatów, tylko imponującym warsztatem kompozytorskim i wykonawczym, który wniósł sobą coś nowego do użytych tam gatunków muzyki.

Otwierające The Truth, The Glow, The Fall zabiera nas momentalnie w chłodne, ciemne zakamarki, dobrze rozkręcając nastrój i częstując wnet coraz to bogatszą warstwą instrumentalną. Patent tej płyty trzyma się bardzo dobrze, od początku do końca. Na The Mysterious Vanishing of Electra jest zresztą taka energia, że ło panie marcepanie. Zdecydowanie jedna z potężniejszych albumowych pozycji tamtej dekady, której postanowiłem uchylić furtki na początku tego zestawienia.
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7083
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Cold »

Wszystko, co przypomina mi Swans i Dead Can Dance, łykam bez popity :D
Perełka neoklasycznego dark wave. Za każdym razem, gdy słucham Dead Magic, znajduję coś nowego.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

Piękny płyt to jest

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

48. Porcupine Tree – Fear of a Blank Planet (2007)

Obrazek

Kocham Porcupine Tree. Cokolwiek ten powolnie starzejący się angielski wariatuńcio (czyt. Wilson) nie zrobi, jest przeważnie bardzo dobre lub świetne.

Każdy kto mniej więcej zna dyskografię PT, może całkiem swobodnie stwierdzić, że najlepsza passa zespołu przypada na lata od mniej więcej 99/00 do 2010. Działy się tam wydawniczo rzeczy niebywałe ze strony Wilsona i spółki. Szczerze mówiąc to nawet nie wiem, który ich album uwielbiam najbardziej. Przecież to jest taka machina współczesno-progowa, że klękajcie narody. Faworyt jednak w miarę często nasuwa się sam - jest nim Fear of a Blank Planet.

PT pojechało tutaj chyba w najbogatszy jak dotąd sposób. Jest szybko, jest innowacyjnie, jest mocno. Gdzie tylko nie spojrzeć, dopięte na maksa. W zasadzie płyta jest efektem dużej konsekwentności i nieustającej, szczytowej formy grupy Estabana, która pozwoliła im wydać wcześniej In Absentie i Deadwing (obie w pełni konkurencyjne względem Fear).

Tytułowy wraz z ANESTHETIZE tak mi zgniotły mózg w Spodku w 2022, że nie mam żadnych pytań :oops: - Sard z cockerem mi świadkami. Liczę, że jeszcze mi będzie dane uświadczyć tych i innych utworów PT live.
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

47. Steve Reich – Music for 18 Musicians (1978)

Obrazek

Jedna z bardziej specyficznych pozycji na tej liście.

W czasach nagłego przejmowania radia przez nowe brzmienia, różni kompozytorzy związani z modernistyczną muzyką klasyczną zaczęli sięgać po coraz to bardziej nowatorskie podejścia do muzyki minionych epok, próbując na różne sposoby zderzyć ją ze zmianami technologicznymi i wpływami muzyki eksperymentalnej. Jednym z nich był (i jest) niewątpliwie Steve Reich.

Nazwa omawianej tutaj kompozycji i nagranej pod nią płyty w latach 70 (druga wyszła w 1998) nie kłamie. Podzielona jest na wiele segmentów, a wykonuje ją zawsze… osiemnastu muzyków, wliczając w oryginale samego maestro Reicha.

Music for 18 Musicians to odważne spotkanie europejskich nurtów klasycznych z ludową muzyką Azji – w tym wypadku z indonezyjskimi gamelanami. To nieco mylący opis tego dzieła, bo na myśl o muzyce Azji większości przychodzą pewnie na myśl jakieś jęki buddyjskie. A to fałszywy trop, gdyż Mf18M brzmi dość futurystycznie w swym brzmieniu. I nie, nie wyją tam żadni mnisi :wink:

Kompozycja częstuje słuchacza bardzo klarownie zaprezentowanym ładunkiem emocjonalnym, który postępując coraz dalej nabiera wyraźnie podnoszonego tempa, sięgając zenitu pomiędzy sekcją VII a VIII. Całość prezentuje bardzo ożywione doświadczenie muzyczne, zmieniające w tamtych czasach pojmowanie o muzyce granej przez orkiestrę. Dlatego między innymi kompozycją tą był całkiem zachwycony Bowie, kiedy w trakcie trasy promującej Station to Station poszedł w stroju Thin White Duke’a na koncert Reicha w NYC. Przekazywała ona odważne, nie dające się skategoryzować wówczas doświadczenie z nową muzyką klasyczną.

Warto tego posłuchać, choćby jeden raz. Do tego polecam nieco bardziej odświeżone wykonanie z płyty wydanej w 1998.
Awatar użytkownika
Cold
-#Rainmaker
-#Rainmaker
Posty: 7083
Rejestracja: śr wrz 14, 2005 6:27 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Cold »

Przyznam, że muzyki nie znam. Choć o tym starszym panu gdzieś, kiedyś, coś czytałem, że inspirował Bowiego. Będzie słuchane :D
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Cold pisze: śr sty 21, 2026 10:51 pm Przyznam, że muzyki nie znam. Choć o tym starszym panu gdzieś, kiedyś, coś czytałem, że inspirował Bowiego. Będzie słuchane :D
Jedyne co znam to w sumie ta anegdota, którą opowiedział w którymś magazynie muzycznym lata temu, kiedy pokazywał swoją kolekcję płyt. W sumie niewykluczone, że w okresie powstawania Low i Heroes zainspirował się tymi brzmieniami :) coś tam pobrzmiewa jakby.

Gdyby płyta przypadła do gustu, to polecam też nagrane w 1989 Different Trains, gdzie Reich zaprosił min. Pata Methenyego do zagrania drugiej połowy. Również mocna pozycja :D
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

Ogłoszenie parafialne: Uzmysłowiłem sobie dzisiaj, ile by ta topka trwała, gdybym wrzucał jedną płytę na dzień, także spróbuję to przyspieszyć i raczej będę podrzucał od teraz po dwa albumy na dobę :D

46. Ulver – Perdition City (2000)

Obrazek

2000 to rocznik premium :wink: . To także schyłek XX wieku, ale na ten temat napiszę więcej przy opisywaniu innej płyty z tej listy. Był to czas, kiedy elektronika po fazie eksperymentalnej z okresu lat 60-80, w pełni rozwinęła skrzydła w ostatniej dekadzie minionego wieku i była gotowa zgarnąć wszystko, czego dowodem może być choćby sukces Daft Punk, czy całkiem aktualny wtedy rozgłos o The Prodigy. Po drodze również, wśród wąskiej grupy głównie białych muzyków, rozwinął się gatunek muzyki, będący swoistym sączeniem esencji lat 90 – mowa o trip hopie i dokonaniach min. Portishead, Hooverphonic czy Massive Attack (zresztą Mezzanine prawie trafiło do mojego top 50).

A co jeżeli wam powiem, że zespół black metalowy, który częstował najczystszym norweskim chłodem u początku drugiej fali, postanowił sobie po trzech pierwszych płytach odpalić syntezatory z djeką? Tak potoczyły się właśnie losy Ulvera w latach od 1998 do mniej więcej 2003. Główne skrzypce w płytach tego okresu zagrał Tore Ylwizaker, zmarły niestety w 2024 roku wieloletni członek grupy od 1997, który pchnął w nią bez dwóch zdań masę dźwiękowych innowacji i uczynił Wilki takim zespołem, jakim jest od prawie 30 lat.

Perdition City to płyta, która niezestarzała się nawet o jeden dzień. To chłodne dźwięki perkusji, którym przygrywają często brzmienia fortepianu i saksofonu, niesione szybszymi sekwencjami z syntezatorów. To Oslo nocą w styczniu, ciemne alejki oświetlane przez dawno nienaprawianą latarnię uliczną, spacer bez celu. W ogóle, nawet lirycznie mamy tutaj w paru miejscach opisy miasta nocą. PC to płyta o jasno nakreślonej nastrojowości, która powstała, na swój sposób, w idealnym momencie. Mimo trip hopowo elektronicznego charakteru, czuć (i słychać) nieraz, że gra tam jednak zespół bazujący na black metalu.

Perdition City wrzuciłem tutaj w sumie z uwagi na to, że bardzo lubię słuchać całej dyskografii Ulvera i przydało się z niej coś zawrzeć. A jednak, ta konkretna płyta znajduje u mnie bardziej specjalnej miejsce po latach.

Najlepszy moment? Zdecydowanie druga połowa The Future Sound of Music.



45. Ghost – Opus Eponymous (2010)

Obrazek

Moja historia z Duchem będzie obchodziła w tym roku dekadę, od kiedy Schizoid pokazał mi teledysk do Square Hammer i powiedział, że „to nie to” (otóż po latach to jest bardzo TO).

Nie ukrywam, że za najlepszą inkarnację zespołu uważam to co było przy pierwszych dwóch płytach, z przejściem na Meliorę. Resztę płyt również bardzo lubię, w tym mega cieszy mnie jakość ostatnich dwóch, które bujają w sposób bezbłędny. Ale to ten wczesny Ghost, który był okryty tajemnicą i bardziej subtelnym brzmieniem, jest niezmiennie wizytówką zespołu. A skoro o wizytówkach…

Moim ulubionym krążkiem Ghosta (przynajmniej do słuchania) jest Infestissumam. To skąd taki wybór tutaj? Z uwagi na to, iż używam tutaj jako wyznacznika doboru płyt pewną syntezę lubienia i doceniania każdej z nich, to w tym wypadku podziałał właśnie fakt, że chociaż Opusa lubię nieco mniej entuzjastycznie względem Infesti, to jednak zdecydowanie bardziej go doceniam pod względem jakości. A to właśnie wypycha go na prowadzenie.

Zatem spinając myśl z drugiego akapitu, Opus to wizytówka tego zespołu. To Ghost w pigułce, ten najlepszy, najbardziej oryginalny. Nie dziwi wcale, że tak udana płyta otworzyła później drogę do osiągnięcia przez Ducha całkiem niemałego sukcesu :)
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12230
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: Schizoid »

manichean pisze: czw sty 22, 2026 6:49 pm

Moja historia z Duchem będzie obchodziła w tym roku dekadę, od kiedy Schizoid pokazał mi teledysk do Square Hammer i powiedział, że „to nie to” (otóż po latach to jest bardzo TO).
To prawda, potwierdzam wszystko

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

44. Glenn Branca – The Ascension (1981)

Obrazek

Umieszczenie tego albumu na tej liście to temat nade świeży, jako że dyskografię Glenna Branki przesłuchałem w całości stosunkowo niedawno. The Acension wysłuchałem już z kilka lat temu, ale to dopiero ostatnimi czasy omawiana płyta podeszła mi jakoś bardziej.

Ostatnio było o Stevie Reichu, którego głównym ośrodkiem działalności przed laty był przeważnie Nowy Jork. W tym właśnie rozpadającym się pod koniec lat 70 mieście, rozwinął się wtedy nurt no wave. Muzyka jak najbardziej pasująca do piwnicznych klubów Bronxu i Manhattanu, której muzycy ubierali się przeważnie w garnitury. Jedną z ważniejszych postaci tej sceny był Glenn Branca, który – tak się składa – zainspirował się minimalistycznymi wpływami Reicha (dedykował mu nawet jeden utwór na „płycie-sequelu” do The Ascension). Z tą tylko różnicą, że warstwa instrumentalna została oparta na wielu gitarach, perkusji i basie.

The Ascension to pierwszy longplay Branki, po którym przez następne lata wychodziły głównie symfonie gitarowe jego autorstwa. Płyta ma intrygujące brzmienie. Z jednej strony stawia na szorstkie i ostre w brzmieniu partie gitarowe, z drugiej robi pomiędzy nimi miejsce na niezwykle podniosłe, niemalże niebiańskie brzmienia. To wszystko jest utrzymane w stałym, praktycznie niespowalniającym tempie. Album ma w sobie coś, co podobnie jak w przypadku innych kreacji Glenna, odurza w trakcie słuchania i zachęca by wracać do nich co jakiś czas.

Bardzo solidna pozycja jak na swoje czasy, a przy okazji jedno z pierwszych wydawnictw, przy których pracował M. Gira ze Swans, o którym jeszcze będzie w tym zestawieniu powiedziane :wink:



43. Julee Cruise – Floating Into The Night (1989)

Obrazek

Minęła nie tak dawno rocznica śmierci Davida Lyncha, a trzy dni temu wypadały jego urodziny. Kuriozalna sprawa, ponad rok temu odszedł jeden z największych oryginałów przełomu poprzedniego i tego wieku. Zmarły reżyser miał w swoim warsztacie jedną, absolutnie świetną cechę, którą u filmowców stawiam niejednokrotnie na piedestale. Mianowicie, czuł on muzę i wiedział, jakiej akurat potrzebuje do swoich filmów. Obejmowało to zarówno znajdowanie pasującej muzyki z istniejących już katalogów od różnych wykonawców, jak i zlecanie nagrywania nowych kompozycji.

Oprócz własnych podejść w tworzeniu muzyki, Lynch znalazł po drodze doborowe towarzystwo muzyków, którym zawierzył świętą misję urozmaicenia jego filmów pięknem dźwięku. Do grupy tej co ciekawe załapali się Toto z Brianem Eno, na myśli mam jednak dwie bardziej kluczowe osoby - Angelo Badalamentiego i Julee Cruise.

To właśnie współpraca z nimi zaowocowała w ten przepiękny album z końca lat 80-tych. Znalazło się na nim kilka utworów użytych wcześniej choćby w Blue Velvet. Była to też inwestycja w przyszłość, jako że kilka utworów z albumu zostało następnie użytych w osławionym i uwielbianym przeze mnie (i nie tylko) Twin Peaks. Niestety, wraz z Lynchem od roku, tego trio już z nami nie ma. Co boli.

Ale już bez samego Lyncha, udajmy, że jego osoba nie istniała (niewykonalne) i ta płyta powstała znienacka pod koniec lat 80 z woli losu. Nadal byłby to, bez żadnych koneksji z dziełami wielkiego i mniejszego ekranu, fantastyczny album swojej epoki. Nawet bez istnienia Twin Peaks, finał w postaci The World Spins rozpuszcza człowieka w mgłę, co zresztą czyni równie dobrze każda inna pozycja z tej płyty. Piękny album od jeszcze piękniejszej Julee Cruise.
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

42. Slowdive – Souvlaki (1993)

Obrazek

Poznanie przeze mnie Slowdive było w sumie dość sporadycznym zdarzeniem, chociaż zbiegło się wtedy z okresem promocji ich drugiej płyty reunionowej.

Suwałki (przysięgam, nigdy nie próbuje inaczej wymówić tej dziwnej nazwy, Suwałki it is) jest płytą, która większości osób znających Slowdive kojarzy się w zasadzie z samym zespołem, tak jakby wydali jedną płytę. A stała się lata temu internetowym fenomenem, który niejako był główną przyczyną powrotu ekipy z znajdującego się po Londynem Reading do świata żywych.

Zespół na swoim drugim longplayu dokonał licznych eksperymentów modyfikującym ich styl, wyodrębniając go na scenie shoegazowej (uchodzącej już wtedy za martwą na fali męczenia Wysp Brytyjskich, ugh, brit popem). Znajduje się tu zbiór najbardziej chwytliwych kawałków grupy, w tym najbardziej rozpoznawalnego z nich, czyli When the Sun Hits.

Suwałki dają trudny do opisania klimat. To płyta do słuchania w środku słonecznego lata, niosąca swym dźwiękiem myśli na temat przemijania i sensu trwania w czymkolwiek co tyczy się człowieka. „Fanbaza” zespołu zresztą nazywa ich granie z okresu Souvlaki tzw „summer depression”. Czy tak jest? Nie szedłbym tak dosadnie. Przy takim Souvlaki Space Station, promienie słońca raczej przynoszą uśmiech na twarzy, niżeli poczucie zmartwienia.

Przy płycie dłubał także Brian Eno, którego grupa młodych muzyków ze Slowdive poprosiła o „urozmaicenie” ich brzmienia. Prośbę spełnił konkretnie, co da się nieraz w trakcie słuchania usłyszeć.

Co nie wracam do niej, nie zawodzi. Niezależnie od pory roku :wink: Zacny płyt.



41. Nine Inch Nails – The Downward Spiral (1994)

Obrazek

W ramach bonusu będzie obrazek! [ZOBACZ PONIŻEJ]

NIN kojarzyłem już lata temu z różnych zakamarków internetu, ale totalnie nie chciało mi się za tą muzykę zabierać. Przełomowym punktem było przesłuchanie elektroindustrialowego debiutu w postaci Pretty Hate Machine, które zrobiło na mnie już za pierwszym razem niemałe wrażenie. Konsekwencją tego stało się w późniejszym czasie dalsze zgłębienie dyskografii Trenta Reznora, a tak się składa, że chronologicznie następne w kolejce do sprawdzenia było właśnie The Downward Spiral.

TDS można zaliczyć do grona tych przełomowych. To wyniesienie podziemnych wpływów industrialowych lat 80 do formatu rockowego i dającego się puścić w radiu, okraszając to w wielu miejscach bogatszymi sekcjami pianina lub gitary akustycznej. Całość płyty jest podyktowana typowym dla albumów NIN agresywnym, szybkim brzmieniem, a do tego dochodzi wywodząca się z debiutu nuta taneczności, co da się choćby słyszeć na przebojowym Closer – format ten działa również niesamowicie także w Heresy czy Ruiner. To także album z subtelniejszym Piggy i z korespondującym z nim bliżej końca A Warm Place.

Pod kątem lirycznym, płyta prezentuje makabreskę. Wszystko dąży kawałek po kawałku do realizacji motywu powolnego popadania w szaleństwo, a wszystko to w kałuży używek, sadyzmu, morderczych zapędów i wielu innych, „mało pogodnych" tematów. Stąd nazwa płyty. Tylko, jakkolwiek opis ten na papierze może zalatywać taniością, płyta realizuje to wszystko bardzo umiejętnie. Konsekwentnie, podkreśla coraz wyraźniej ponure zjawisko upadku człowieka, wylewając coraz bardziej melancholijny, tracący na agresywności nastrój. A wszystko to ma swój finał w legendarnym Hurt na końcu płyty. Utwór ten jest jak wyrzucony z siebie resztkami sił krzyk człowieka, który skrzywdził się już na wszystkie możliwe sposoby i ma definitywnie dosyć – motyw ten robi nieprawdopodobną robotę. Hurt miało na tyle doniosły wpływ w popkulturze USA lat 90, że znalazło się później na pożegnalnym albumie ikony country, czyli Johnnego Casha. A wokół tej wersji wyrosła zupełnie osobna historia.
Spoiler
att.3pUTZLdrkJCjRG0v_SI1w2JEJlO6jOrf_tVAf3RprRs.jpeg
Dobrze się zżyłem z tą płytą, cieszę się też, że mogłem z niej sporo usłyszeć na żywo w tamtym roku. Wybór padł tutaj na TDS, chociaż mógłbym równie sporo napisać o później wydanym The Fragile, który też dażę sporym uznaniem. Trent stworzył doprawdy wielkie płyty w tamtych czasach.
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

40. David Bowie – Low (1977)

Obrazek

Illiryjski despota to był prze-zawodnik. Założyłem zresztą niedawno specjalnie wątek, by trochę o nim ożywić temat. Bo o nim, jak i o jego płytach, warto pisać.

Po paru latach walenia znieczulicy w zatoki, przebywający w Europie Davy szykował się przed swoją słynną trylogią berlińską. W tym samym czasie, kiedy przebywał już we Francji po nagraniu The Idiot z Popem, zameldował się inny geniusz (wszystkiego) czyli Brian Eno (możecie później policzyć, ile razy go przywołałem w tej topce). Oprócz nagrywania krautrokowej elektorniki z lokalsami, znalazł miejsce na współpracę z anorektycznym rodakiem. Dzieckiem tejże współpracy była cała wspomniana trylogia (Low, Heroes i Lodger), jak również częściowo późniejsza płyta Bowiego, Outside.

Na faworyta tego okresu i, tak by się wydawało, moją ulubioną płytę Bowiego, wskazuję tutaj Low. Nie jest to jednak wybór bezwzględny. To zresztą zbiega się z faktem, że takie Station to Station nie tak dawno jeszcze jawiło mi się jako jeden z najlepszych kiedykolwiek wydanych albumów, jednak z biegiem lat nie błyszczy już tak jak wtedy. Nadal uważam to za świetną płytę i osiągnięcie absolutnie unikatowe (chłop nawet nie pamięta specjalnie jej produkcji, zagracił po brzegi dom egipskimi artefaktami i stosował„dietę cud”), tak wolałem przytoczyć brzmienie bardziej kontrastujące z moimi preferencjami ostatnich lat.

Może też przemówił tu do mnie kontrast między okolicznościami powstania tych płyt. StS jako narkotyczne przedawkowanie LA, oraz Low, jako powrót do Europy, nagrywany w starym francuskim chateau, ale zamiast komponowania „po staremu”, pojawia się w pokoju Eno z Viscontim i każą ci wywrócić brzmienie do góry nogami. To coś na zasadzie wyboru między: wolę przegięcie lub wolę wrócić do żywych (po przegięciu, ma się rozumieć :wink: ).

Low zamieściłem też, jako że zawsze mi ta płyta, tak czy siak, latała po moim top 3 Bowiego. W jej pierwszej połowie mamy trochę typowe, acz świetnie zrealizowane piosenki, w drugiej udziela się natomiast współpraca z Eno i muzycznie odpływamy do jednych z najciekawszych muzycznych rejonów lat 70. To właśnie Warszawa i Subterraneans kupują mnie tutaj najbardziej, gdzie jest to podyktowane moją miłością do dokonań współojca ambientu. Ale nie odmówię dużego uroku serwowanemu przez takie Speed of Life, Sound and Vision czy A New Career in a New Town.

Jest też inny aspekt. Jak wspomniał Schiz jakiś czas temu w wątku o Bowiem, przeżycie (również przez mnie)„Warszawy” pod PKiN będąc pod mocnym wpływem procentów, było doznaniem kwalifikującym się do tych najbardziej mistycznych. I to mi pozostanie w głowie na zawsze.

Low to chyba po prostu płyta, która najbardziej przypomina mi kunszt, którym Bowie w latach świetności operował, choćby w ramach współpracy z innymi muzykami. A zresztą, większość jego płyt z tamtego okresu to doprawdy potężne pozycje, prezentujące zupełnie świetne syntezy brzmień i nurtów lat 70.

To raczej jeszcze nie jest ostatnie słowo w tym zestawieniu o chudym księciuniu, także całkiem możliwe, że jeszcze wróci.



39. Godspeed You Black Emperor! – Lift Yr. Skinny Fists Like Antennas to Heaven! (2000)

Obrazek

To w sumie zabawne, bo płytę tą nazwałbym niejako „wnukiem” wspomnianego tu wcześniej The Ascension. Ma też ona na tej liście swych „ojców”, ale o nich później (spoilery w następnym zdaniu).

Pod koniec lat 90, grupka Kanadyjczyków z Quebecu na tyle chyba nasłuchała się późnego Talk Talk i schyłkowego Swans, że postanowili to przekuć w zespół (ktoś bardzo nadgorliwy może szukać u nich zapożyczeń z wczesnego Mogwai). Tak powstało Pozdro Czarny Cesarzu! Znaczy, tak było na początku, od lat jest już Pozdro! Czarny Cesarzu. No mniejsza. Po pierwszych latach aktywności, zespół rozpędził się na tyle mocno, by wydać coś dziejowego.

Album o bardzo długiej nazwie (oni lubią długie nazwy, to widać) jest swego rodzaju klasykiem ostatniego okresu milenijnego. Jak to brzmi, płyta sprzed 25 lat, klasyk? No ale tak właśnie czas popiernicza, że Lift trzeba już uznać obecnie za „seasoned album”.

Płyta powstała na przełomie XX i XXI wieku, i to właśnie ten okres jest bardzo zasadniczy dla zawartego w jej warstwie brzmieniowej „przesłania”. To w zasadzie tak naprawdę odpowiedź na panujący wtedy powszechnie optymizm, będący charakterystyką świata okresu Y2K – czasu, kiedy mimo wszystko ludzie choćby wierzyli, że komputery staną chwilę po 31 grudnia 1999 :lol: . Album podsuwa zupełnie odwrotną tezę co do rzeczywistości z czasu swego powstania – nie jest wcale tak wesoło, a bycie młodym i spłukanym nadal świeci wielu mieszkańcom zachodu w oczy. Tutaj fragment wywiadu z zespołem z 2012, gdzie nasuwają nam taki wniosek na temat tamtych lat:

"We started making this noise together when we were young and broke. Whatever politics we had were born out of living through a time when the dominant narrative was that everything was fine. Clearly this was a lie. But Clinton was president, the Berlin Wall was down, our economies were booming, and the internet was a shiny new thing that was going to liberate us all. The gatekeepers gazed upon their kingdom and declared that it was good. Meanwhile so many of us were locked out, staring at all that gold from the outside in."

Zresztą, było trochę płyt i innych dzieł kultury okresu 98-01, które miały to charakterystyczne obnażanie „świata stabilności i pomyślności”. Na myśli mam tu choćby Kid A, Fight Club czy nawet Sopranos. A przyznam, że mam jakąś słabość do czasów bliskich momentowi moich narodzin i dzieł tamtego okresu.

Lift to w swej konstrukcji takie Tales of the Topographic Oceans, które się udało. Cztery ok. 20 minutowe kompozycje, każda podzielona na kilka części, które razem zgrabnie kontrastują wokół siebie, nadając płycie uczciwej dynamiki i utrzymując uwagę słuchacza w stanie zaangażowanym. To płyta, przy produkcji której ktoś narzucił założenie: „robimy post-rock na pełnej” i niezależnie od tego, co miał konkretnie na myśli, tak właśnie zasadniczo wyszło. Bo Lift jest czymś na kształt encyklopedii gatunku. Jeżeli ktoś chce poznać post rock, to po prostu odpala ten album i jest w domu. Tylko warto by w na czas słuchania tej płyty lubił dźwięk skrzypiec :lol: .

Album ten nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia od razu. To zresztą płyta nie na każdą porę, także rosła mi w oczach dość powoli przez ostatnie lata. Dopiero ponad rok temu, forma tego albumu zaczęła do mnie docierać w całej swej okazałości. Trochę gryzę się teraz w język za psioczenie na cenę wejściówek w 2024 i ominięcie koncertu GY!BE w Krakowie. Chyba jeszcze nie brałem wtedy ich muzyki aż tak bezpośrednio. Teraz, Lift jak najbardziej zasłużyło na miejsce w mojej topce.
Awatar użytkownika
manichean
-#Long distance runner
-#Long distance runner
Posty: 982
Rejestracja: sob kwie 23, 2022 4:35 pm

Re: Top 50 płyt - wyzwanie - manichean

Post autor: manichean »

38. Dead Can Dance – Within the Realm of Dying Sun (1987)

Obrazek

Ciekawy fakt związany z moją znajomością DCD jest taki, że starszy puszczał mi już sporo muzyki Brendana i Lisy, oraz solowej Lisy, kiedy miałem może 3 do 5 lat – podobnie trafiał się Zbigniew Preisner, muzyka celtycka i inne tego typu „atmosferyczne” dźwięki. Nie jest to u mnie młoda muzyka pod względem samej znajomości, aczkolwiek nie zgłębiałem jej samemu przez większą część życia.

Przyswojenie DCD po swojemu i wyczerpująco to raczej ostatnie kilka lat. Nie zaskoczę jednak nikogo, kiedy powiem, że miks nostalgii z zakamarków dzieciństwa oraz lubienie przeze mnie chłodu lat 80, podziałały na mnie nietuzinkowo przy powtórnym zetknięciu z tym zespołem. A stan ten się utrzymuje. Wszak Dead Can Dance to niebywały kawał historii w muzyce, a szczególnie w tej zwiedzającej chłodniejsze brzmienia, serwowane światu przez legendarną wytwórnię 4AD.

Jest coś w Within the Realm of Dying Sun, co ciągnie do niej po pierwszym zetknięciu coraz bardziej hiperbolicznie, nie opierając się przy tym na samych sentymentach czy jakiejś melancholii. To typ płyty wpływającej na człowieka doraźnie, gdzie zatraca się on na bieżąco w trakcie słuchania i chłonie płynące z nań brzmienia w pełnym skupieniu.

Brzmieniowo, album osiąga zadziwiający efekt symfoniczności w niektórych utworach. Xavier, Summoning the Muse, czy też finałowe Persephone, częstują bardzo unikatową podniosłością. To też zbiega się z całkiem ciekawym detalem, mianowicie w pierwszej połowie śpiewa domyślnie Brendan Perry, w drugiej za to – tej bardziej rozsławionej – czaruje swym potężnym głosem wyłącznie Lisa Gerrard.

W ogóle to zadziwiające, jak zespół, który mimo wszystko zaczynał w post-punku (słychać go lekko w Cantarze) potrafił wyodrębnić tak mocno swoje brzmienie w zasadzie od wszystkiego innego znanego w tamtych czasach.

Album miał niewątpliwie wpływ na późniejsze lata pod kątem wskrzeszenia wpływów związanych z muzyką średniowieczną, chóralną, barokową, klasycystyczną oraz romantyczną. Ale zwiedza też mniej zachodnie klimaty, stykając się z śpiewami bułgarskimi, gruzińskimi czy muzyką bliskiego wschodu. To właśnie dzięki niej tzw. neoclassical darkwave zdobył swoją główną oś inspiracji, tyczy się to poniekąd również dungeon synthu. Późniejsze płyty DCD były również całkiem wpływowe dla rozwoju muzyki filmowej, która to poczęła coraz chętniej zwiedzać wpływy folkowe z całego świata. Współcześnie za to, najlepsze „inspirowanie się” Dead Can Dance prezentuje oczywiście Anna von Hausswolff, ale można tych wpływów szukać także choćby u Kristin Hayter (Lingua Ignota).

Myślałem, że będzie wyżej na mojej liście, ale po wielokrotnym wertowaniu przeze mnie topki wylądowała trochę niżej niż się wcześniej spodziewałem. Co jej w niczym, oczywiście, nie ujmuje :wink: .

Piękny świat jest zawarty na tej płycie. Warto ją obadać.



37. Mgła – Exercises in Futility (2015)

Obrazek

Mgłę przedwczoraj wywołał akurat Schiz pisząc o Mdłościach. Będąc więc w temacie, zapodam tu trochę o ich najlepszej płycie :wink:

Przenosimy się do kluczowego miasta w tym kraju. Urodzony i mieszkający w Krakowie Mikołaj Żentara (znany jako M.), po przypauzowaniu z „ciut” kontrowersyjnymi dronowymi projektami, rozkręcił już nieco ponad 20 lat temu jeden z najbardziej udanych zespołów blackmetalowych w historii. Projekt rósł, wychodziły genialne Epki, pierwsze długograje, w tym With Hearts Towards None – które doceniam prawie tak samo jak EiF. To jednak płyta z 2015 sięgnęła wykonawczo zenitu, dlatego ją tutaj przywołuję.

Chociaż nie wracam tak bardzo do dyskografii Mgły, tak jednak odpalenie prawie że dowolnej płyty z tego katalogu, jest wrzuceniem sobie najwyższego biegu doświadczeń. Exercises to kunszt, który stanowi jeszcze bardziej dopieszczony format z WHTN, robiąc to w sposób pozbawiony choćby cienia skazy. Wszystkie sześć utworów to potężna symfonia ciężkiego, lejącego się jak rtęć PLBM.

Album stoi również na bardzo wysokim poziomie lirycznym, co raczej jest zjawiskiem stale sprzężonym wydawnictwami od zespołu pod dyrekcją M. Podoba mi się w tych tekstach to, że pomimo używania ich do opisu najbardziej ponurych aspektów otaczającego nas świata, zjawisk mitologicznych i bolączek życia, ten nihilizm robi się jakoś zadziwiająco namacalny, tj. można go jakoś odnaleźć w przykładach z własnego doświadczenia. Są one napisane w doprawdy przemyślany sposób, używając do tego wielu zmyślniejszych zabiegów literackich, unikając przy tym przesadnej formy lub powtarzalności. Dla przykładu:

And we could actually laugh for a change,
As if steel hooks in our backs
Were more than a nuisance
And we could actually feel something.


No i nie zapominajmy o najważniejszym. Jakże ten album żre od strony instrumentalnej. Cały zespół stoi na nim arcywysoko pod względem technicznym, ale korona należy się tutaj w szczególności Darkside'owi. Co chłop ugotował to jego - jedne z najbardziej chorych partii perkusyjnych w black metalu i nie tylko. Ciężko to przebić. Wszystko jest tutaj utrzymane w tak bezbłędnym tempie, że czapki z głów. To ono i poziom gry robi zresztą największe wrażenie z tej płyty. Dosłownie, można to uznać za muzyczny pokaz sił. I to całkiem bezwzględny wobec słuchacza :D .

A teraz ciekawostka, szczególnie jeżeli ktoś nie śledzi poczynań zespołu. W sesji nagraniowej do Exercises in Futility powstał utwór, nazwijmy go „VII”, który został wydany dopiero parę miesięcy tem w pierwszy jubileusz płyty, pod nazwą World Without Us. Czuć całkiem wyraźnie, że pochodzi z sesji nagraniowej do tego albumu, ale w masteringu słychać, że nie jest to najwyraźniej ostateczna wersja, która stawiałaby na moc z reszty albumu. Czy szkoda, że nie pojawił się oryginalnie na płycie? Trudno mi stwierdzić, nie próbowałem sobie „wstawiać” go pomiędzy inne utwory, toteż odpowiedzi na to pytanie musielibyście szukać na własną rękę. Ale jest to fajny track.

Wielka, potężna armada znad Wisły – EiF i towarzyszące jej WHTN wraz z Age of Excuse. Wielką passę miała Mgła w tamtej dekadzie. Chyba muszę w najbliższym czasie trochę odświeżyć ich dyskografię, bo trochę spałem z nią za ostatnie trzy lata. EiF to z pewnością ścisły top w black metalu.

Tęsknię już za tym zespołem na żywo, pora by w końcu wrócili i wydali „another chapter”.
ODPOWIEDZ