40. David Bowie – Low (1977)
Illiryjski despota to był prze-zawodnik. Założyłem zresztą niedawno specjalnie wątek, by trochę o nim ożywić temat. Bo o nim, jak i o jego płytach, warto pisać.
Po paru latach walenia znieczulicy w zatoki, przebywający w Europie Davy szykował się przed swoją słynną trylogią berlińską. W tym samym czasie, kiedy przebywał już we Francji po nagraniu The Idiot z Popem, zameldował się inny geniusz (wszystkiego) czyli Brian Eno (możecie później policzyć, ile razy go przywołałem w tej topce). Oprócz nagrywania krautrokowej elektorniki z lokalsami, znalazł miejsce na współpracę z anorektycznym rodakiem. Dzieckiem tejże współpracy była cała wspomniana trylogia (Low, Heroes i Lodger), jak również częściowo późniejsza płyta Bowiego, Outside.
Na faworyta tego okresu i, tak by się wydawało, moją ulubioną płytę Bowiego, wskazuję tutaj Low. Nie jest to jednak wybór bezwzględny. To zresztą zbiega się z faktem, że takie Station to Station nie tak dawno jeszcze jawiło mi się jako jeden z najlepszych kiedykolwiek wydanych albumów, jednak z biegiem lat nie błyszczy już tak jak wtedy. Nadal uważam to za świetną płytę i osiągnięcie absolutnie unikatowe (chłop nawet nie pamięta specjalnie jej produkcji, zagracił po brzegi dom egipskimi artefaktami i stosował„dietę cud”), tak wolałem przytoczyć brzmienie bardziej kontrastujące z moimi preferencjami ostatnich lat.
Może też przemówił tu do mnie kontrast między okolicznościami powstania tych płyt. StS jako narkotyczne przedawkowanie LA, oraz Low, jako powrót do Europy, nagrywany w starym francuskim chateau, ale zamiast komponowania „po staremu”, pojawia się w pokoju Eno z Viscontim i każą ci wywrócić brzmienie do góry nogami. To coś na zasadzie wyboru między: wolę przegięcie lub wolę wrócić do żywych (po przegięciu, ma się rozumieć

).
Low zamieściłem też, jako że zawsze mi ta płyta, tak czy siak, latała po moim top 3 Bowiego. W jej pierwszej połowie mamy trochę typowe, acz świetnie zrealizowane piosenki, w drugiej udziela się natomiast współpraca z Eno i muzycznie odpływamy do jednych z najciekawszych muzycznych rejonów lat 70. To właśnie Warszawa i Subterraneans kupują mnie tutaj najbardziej, gdzie jest to podyktowane moją miłością do dokonań współojca ambientu. Ale nie odmówię dużego uroku serwowanemu przez takie Speed of Life, Sound and Vision czy A New Career in a New Town.
Jest też inny aspekt. Jak wspomniał Schiz jakiś czas temu w wątku o Bowiem, przeżycie (również przez mnie)„Warszawy” pod PKiN będąc pod mocnym wpływem procentów, było doznaniem kwalifikującym się do tych najbardziej mistycznych. I to mi pozostanie w głowie na zawsze.
Low to chyba po prostu płyta, która najbardziej przypomina mi kunszt, którym Bowie w latach świetności operował, choćby w ramach współpracy z innymi muzykami. A zresztą, większość jego płyt z tamtego okresu to doprawdy potężne pozycje, prezentujące zupełnie świetne syntezy brzmień i nurtów lat 70.
To raczej jeszcze nie jest ostatnie słowo w tym zestawieniu o chudym księciuniu, także całkiem możliwe, że jeszcze wróci.
39. Godspeed You Black Emperor! – Lift Yr. Skinny Fists Like Antennas to Heaven! (2000)
To w sumie zabawne, bo płytę tą nazwałbym niejako „wnukiem” wspomnianego tu wcześniej The Ascension. Ma też ona na tej liście swych „ojców”, ale o nich później (spoilery w następnym zdaniu).
Pod koniec lat 90, grupka Kanadyjczyków z Quebecu na tyle chyba nasłuchała się późnego Talk Talk i schyłkowego Swans, że postanowili to przekuć w zespół (ktoś bardzo nadgorliwy może szukać u nich zapożyczeń z wczesnego Mogwai). Tak powstało Pozdro Czarny Cesarzu! Znaczy, tak było na początku, od lat jest już Pozdro! Czarny Cesarzu. No mniejsza. Po pierwszych latach aktywności, zespół rozpędził się na tyle mocno, by wydać coś dziejowego.
Album o bardzo długiej nazwie (oni lubią długie nazwy, to widać) jest swego rodzaju klasykiem ostatniego okresu milenijnego. Jak to brzmi, płyta sprzed 25 lat, klasyk? No ale tak właśnie czas popiernicza, że Lift trzeba już uznać obecnie za „seasoned album”.
Płyta powstała na przełomie XX i XXI wieku, i to właśnie ten okres jest bardzo zasadniczy dla zawartego w jej warstwie brzmieniowej „przesłania”. To w zasadzie tak naprawdę odpowiedź na panujący wtedy powszechnie optymizm, będący charakterystyką świata okresu Y2K – czasu, kiedy mimo wszystko ludzie choćby wierzyli, że komputery staną chwilę po 31 grudnia 1999

. Album podsuwa zupełnie odwrotną tezę co do rzeczywistości z czasu swego powstania – nie jest wcale tak wesoło, a bycie młodym i spłukanym nadal świeci wielu mieszkańcom zachodu w oczy. Tutaj fragment wywiadu z zespołem z 2012, gdzie nasuwają nam taki wniosek na temat tamtych lat:
"We started making this noise together when we were young and broke. Whatever politics we had were born out of living through a time when the dominant narrative was that everything was fine. Clearly this was a lie. But Clinton was president, the Berlin Wall was down, our economies were booming, and the internet was a shiny new thing that was going to liberate us all. The gatekeepers gazed upon their kingdom and declared that it was good. Meanwhile so many of us were locked out, staring at all that gold from the outside in."
Zresztą, było trochę płyt i innych dzieł kultury okresu 98-01, które miały to charakterystyczne obnażanie „świata stabilności i pomyślności”. Na myśli mam tu choćby Kid A, Fight Club czy nawet Sopranos. A przyznam, że mam jakąś słabość do czasów bliskich momentowi moich narodzin i dzieł tamtego okresu.
Lift to w swej konstrukcji takie Tales of the Topographic Oceans, które się udało. Cztery ok. 20 minutowe kompozycje, każda podzielona na kilka części, które razem zgrabnie kontrastują wokół siebie, nadając płycie uczciwej dynamiki i utrzymując uwagę słuchacza w stanie zaangażowanym. To płyta, przy produkcji której ktoś narzucił założenie: „robimy post-rock na pełnej” i niezależnie od tego, co miał konkretnie na myśli, tak właśnie zasadniczo wyszło. Bo Lift jest czymś na kształt encyklopedii gatunku. Jeżeli ktoś chce poznać post rock, to po prostu odpala ten album i jest w domu. Tylko warto by w na czas słuchania tej płyty lubił dźwięk skrzypiec

.
Album ten nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia od razu. To zresztą płyta nie na każdą porę, także rosła mi w oczach dość powoli przez ostatnie lata. Dopiero ponad rok temu, forma tego albumu zaczęła do mnie docierać w całej swej okazałości. Trochę gryzę się teraz w język za psioczenie na cenę wejściówek w 2024 i ominięcie koncertu GY!BE w Krakowie. Chyba jeszcze nie brałem wtedy ich muzyki aż tak bezpośrednio. Teraz, Lift jak najbardziej zasłużyło na miejsce w mojej topce.