Ja siedzę na Sanktuarium. To potrzeba na samym dole piramidy Maslowanugz pisze: ↑śr kwie 29, 2026 8:51 pmRozruszaj sąsiadów, jak już skończysz romans z telefonemShedao Shai pisze: ↑śr kwie 29, 2026 8:45 pm Płyta, u Was też w okolicy taka stypa? Bo sektory tragedia. Jak na pogrzebie.![]()
29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6365
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6365
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
No patrzcie ich, wszyscy jeszcze odsypiają.
Dobra, u mnie było tak: zaczęło się nienajlepiej, bo Flix przyjechał spóźniony o jakiś kwadrans. Niby nic, ale jednak przejazd do Krakowa miałem z niewielkim zapasem czasowym, bo dość późno wyjeżdżałem - późno, ale i tak najwcześniej jak mogłem się urwać z pracy. Po drodze opóźnienie zwiększyło się do pół godziny, i tak oto na dworcu wylądowałem tak, że musiałem od razu jechać pod halę. Co mnie nieco zirytowało, bo chciałem sobie jeszcze zjeść. No ale przynajmniej się udało - 19:13 wchodziłem do hali, dwie minuty później już wchodziłem na swój sektor, więc ponownie trafił mi się timing idealny
Andy Fairweather Low - dla mnie OK, nic nie urwało, ale słuchało się przyjemnie.
Clapton wyszedł punktualnie, muzycznie pewnie trafniej opiszą go forumowi koledzy, od siebie powiem tyle, że setlista dobra, forma... OK jak na jego wiek. Trochę męczyły mnie te przedłużone jamy czy solówki wstawione w drugą połowę występu, ale to taki typ artysty, więc też nie byłem tym zdziwiony. Niemniej, wolałbym zamiast tego więcej kawałków. Dyskografia jest przebogata, znalazłoby się perełek.
Nie był to koncert, który zapisał się złotymi zgłoskami w mojej duszy, bardziej odhaczanie legendy, ale solidnie, solidnie.
Hala była prawie pełna, ale i tak, nie przestaję się dziwić że w erze obecnego szaleńczego boomu na koncerty halowe, przy takim Claptonie którego nie było 12 lat i już pewnie więcej nie będzie, nie było tu zabijanki o bilety i sold outu w krótką chwilę.
Odniosę się do tej stypy, o której pisałem wczoraj - w okolicy mojego sektora było naprawdę niemrawo, i nie mówię tak dlatego, że oczekiwałem pogo na krzesełkach
, ale ludzie siedzieli, patrzyli się, dopiero gdzieś przy Layli pojawiły się pierwsze klaskania, ale ogólnie vibe był bardzo słaby. Jedna babka większość koncertu przeglądała rolki na instagramie, jakiś facet czytał newsy na Onecie, grupka znajomych więcej uwagi poświęcała gadaniu ze sobą niż słuchaniu, ludzie w trakcie występu wychodzili na kwadrans po żarcie itd. - nawarstwiło się to we wrażenie, że publikę blisko mnie niespecjalnie koncert interesował. TAK, wiem, ja też wchodziłem na Sanktu, ale to Sanktu, więc to coś innego
i no, śmieszkuję sobie, bo co innego parę razy zajrzeć na telefon, a co innego siedzieć z nosem w nim non stop. Żeby chociaż ludzie nagrywali, wkurwiające, ale to część współczesnego koncertowania - to nie, jakby im nawet nie zależało na tym XD Oczywiście na Layli i Tears in Heaven hala zapłonęła od ekranów, ale potem znowu spokojniej.
Dlatego piszę, że mam nadzieję, że u Was na płycie było lepiej, bo choćby pozycja stojąca poniekąd wymusza jakieś tuptanie nuszkom czy ruszenie bioderkiem, no i słabo jeśli wszędzie by miało być jak u mnie.
Drugi raz w tym roku byłem na halowym koncercie i drugi raz pożałowałem wzięcia trybun, jest tu chyba coś do przemyślenia.
Po koncercie zwinnie ewakuowałem się z hali przed tłumem, wracałem blablacarem więc szybko go znalazłem, kierowca po chwili też przyszedł, więc wow, fajnie, po czym niestety pojechał tak że ugrzęźliśmy w wyjazdowym korku xD No ale jakoś koło 4 już byłem w domu i udało się na parę godzin położyć przed dzisiejszym dniem.
Dobra, u mnie było tak: zaczęło się nienajlepiej, bo Flix przyjechał spóźniony o jakiś kwadrans. Niby nic, ale jednak przejazd do Krakowa miałem z niewielkim zapasem czasowym, bo dość późno wyjeżdżałem - późno, ale i tak najwcześniej jak mogłem się urwać z pracy. Po drodze opóźnienie zwiększyło się do pół godziny, i tak oto na dworcu wylądowałem tak, że musiałem od razu jechać pod halę. Co mnie nieco zirytowało, bo chciałem sobie jeszcze zjeść. No ale przynajmniej się udało - 19:13 wchodziłem do hali, dwie minuty później już wchodziłem na swój sektor, więc ponownie trafił mi się timing idealny
Andy Fairweather Low - dla mnie OK, nic nie urwało, ale słuchało się przyjemnie.
Clapton wyszedł punktualnie, muzycznie pewnie trafniej opiszą go forumowi koledzy, od siebie powiem tyle, że setlista dobra, forma... OK jak na jego wiek. Trochę męczyły mnie te przedłużone jamy czy solówki wstawione w drugą połowę występu, ale to taki typ artysty, więc też nie byłem tym zdziwiony. Niemniej, wolałbym zamiast tego więcej kawałków. Dyskografia jest przebogata, znalazłoby się perełek.
Nie był to koncert, który zapisał się złotymi zgłoskami w mojej duszy, bardziej odhaczanie legendy, ale solidnie, solidnie.
Hala była prawie pełna, ale i tak, nie przestaję się dziwić że w erze obecnego szaleńczego boomu na koncerty halowe, przy takim Claptonie którego nie było 12 lat i już pewnie więcej nie będzie, nie było tu zabijanki o bilety i sold outu w krótką chwilę.
Odniosę się do tej stypy, o której pisałem wczoraj - w okolicy mojego sektora było naprawdę niemrawo, i nie mówię tak dlatego, że oczekiwałem pogo na krzesełkach
Dlatego piszę, że mam nadzieję, że u Was na płycie było lepiej, bo choćby pozycja stojąca poniekąd wymusza jakieś tuptanie nuszkom czy ruszenie bioderkiem, no i słabo jeśli wszędzie by miało być jak u mnie.
Drugi raz w tym roku byłem na halowym koncercie i drugi raz pożałowałem wzięcia trybun, jest tu chyba coś do przemyślenia.
Po koncercie zwinnie ewakuowałem się z hali przed tłumem, wracałem blablacarem więc szybko go znalazłem, kierowca po chwili też przyszedł, więc wow, fajnie, po czym niestety pojechał tak że ugrzęźliśmy w wyjazdowym korku xD No ale jakoś koło 4 już byłem w domu i udało się na parę godzin położyć przed dzisiejszym dniem.
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Kiedy pojawiło się ogłoszenie o koncercie Eryczka w Krakowie, byłem przez moment lekko wybity z rytmu. "To on jeszcze gra?". Jak pokrótce wybadałem w internecie, faktycznie wrócił do koncertowania po covidzie, a nagrania z 2024 wskazywały na naprawdę niezłą formę dziadka. Bilet pojawił się w mojej apce dość samoczynnie. I tak sobie pozostał w niej na pół roku.
Zmyłem się wczoraj z roboty blisko 15:30, by być pod areną chwilę po 16. Przewidywałem, że na fali obecnego wciskania się rzeszy Polaków na każdy duży koncert, przede mną będzie już czekać parędziesiąt osób. I tak też mniej więcej było na oko. Barierki na płytę były rozstawione ślimakiem do pojedynczego wejścia, co było oczywiście mega mądrym rozwiązaniem i z pewnością nie generowało kolizji ludzi przychodzących i wychodzących do WC lub po żarcie. Nasz ulubiony organizator koncertów zadbał tym razem, by nie mieć w kolejce własnej wody, także interes z kubkami wypełnionymi H20 się kręcił. Zaczęli wszystkich wpuszczać kwadrans wcześniej. Klasyczne skanowanie, zakładanie opaski, "NIE BIEGAMY" i tak znalazłem się w trzecim rzędzie niemalże na wprost sceny. W następnych minutach mocno dobiło ludźmi i trend ten kontynuował się cały czas. Jak na koncert starego bluesowego emeryta, dało się czuć ze wszystkich stron ścisk.
Andy Fairweather i jego brygada sprawdzili się bardzo dobrze jako support. Fajne, w temacie, nie przynudzali. Poleciało trochę the best of z wczesnych lat 60, co dało przyjemny grunt pod właściwe show wczorajszego wieczoru.
Występ Erica ruszył punktualnie. Na wypełnioną instrumentami scenę przybyli wszyscy członkowie zespołu, jak i główna gwiazda - ubrany na biało brytyjski Harland Sanders. Pierwszy set elektroniczny wjechał miodnie. W zasadzie każdy kawałek z tej części dobrze wszedł, acz Badge i Sheriff są highlightami. Po tym była część akustyczna. Mniej emocjonalnie przyjęta w moim przypadku, ale nadal fajnie było usłyszeć Golden Ring i Tears in Heaven. No i Layle, chociaż ona powinna być grana zawsze w wersji słusznej. Po tym wróciliśmy do setu elektrycznego. Zestaw Tearing Us Apart / Old Love to dla mnie moment wieczoru. Przejechali tymi dwoma kawałkami takim bluesowym kombajnem, że czapki z głów. Ostatnie utwory również wypadły elegancko, chociaż tutaj było trochę za dużo bajerowania solo przez prawie każdego muzyka na scenie - można tam było upchnąć zamiast tego White Room... Po tym wjechał jeszcze bis w postaci Before You Accuse Me i koncert dobiegł końca. Solidne, wysublimowane show i prawie równe dwie godziny klasyki.
Z rzeczy dobrych. Za rzadko słyszę na żywo organy Hammonda, a wczoraj pierwszy raz od dłuższego czasu mogłem je usłyszeć i parę razy wybrzmiały przesoczyście. Big deal. Nagłośnienie na plus, a kto stał z bliska mógł się nacieszyć gitarą Claptona prosto z podłączonego obok niego pieca. Aranżacje obecnych w secie kawałków są mi znane z Slowhand at 70, ale te wczorajsze modyfikacje siedziały mi przeważnie lepiej niż wersje z RAH. Co też cieszy, patrząc na upływ ponad 10 lat od wspomnianego koncertu zarejestrowanego live.
No a z rzeczy "niezbyt dobrych". O LN nie ma co wiele wspominać, klasyczne "udogodnienia" które wszystkim dają się we znaki. Naświetlenie koncertu było trochę za jasne. Są oczywiście koncerty, gdzie oświetlenie wali po gałach tak, że nie da się patrzeć w kierunku sceny, tutaj jednak problemem było to, że czasem wszystko i wszyscy na scenie stali w ostrej lampie światła. Nagłośnienie niby na plus, jak wspomniałem wyżej, ale to w przypadku instrumentów. Chórki były jednak za cicho, a Claptonowi nie chciało się wielokrotnie podchodzić jak należy do mikrofonu i nieraz coś tam pośpiewywał ustami z odstępem prawie na długość łokcia.
Z rzeczy bardzo niedobrych, zapach. Ktoś z przodu nie odblokował jeszcze w drzewku technologii instytucji wysrania się przed koncertem IDĄC NA SAM PRZÓD PUBLIKI. No było czuć, oj było. Było i przez to nos nie był spokojny przez bite 3 godziny. Może nie psuło mi to mentalnie odbioru koncertu (z relacji Sarda po gigu kojarzę, że chyba był blisko epicentrum i zdecydowanie gorzej to wspomina) ale przeszkadzało bardziej niż szturchacze lub dejkartowcy. A właśnie, dejkartki. Napatoczyło ich się blisko nas. Próby zwrócenia na siebie uwagi członków zespołu z ich strony, jak nie trudno się domyśleć, żałosne. Chyba nic nie złapali więc całe szczęście.
Koncert całościowo wysoce na plus. Bardzo dobrze się bawiłem i na razie ląduje on u mnie na tegorocznym podium. Czy jest to koncert, po którym chciałoby się powtórzyć Claptona (gdyby jeszcze grał)? Nie, jeden wieczór z jego muzyką mi całkowicie wystarcza. Jako odhaczenie klasyki był to gig na naprawdę wysokim poziomie, więc będę go wspominał kiedyś lepiej niż przez mgłę. Chociaż dla większości publiki koncert z wczoraj zniknie z pamięci w momencie archiwizacji storki na telefonie. A trafiła się doprawdy wyjątkowa arka Noego polskich koncertowiczów. Reakcje na poszczególne utwory losowały się jak liczby na maszynie z osiedlowego kasyna. Wspaniałe było, jak Eric nie wyciągnął na kilku zwrotkach w Kind Hearted Woman Blues i wszyscy zaczęli wiwatować na zasadzie WOW ERIC WIEMY ŻE JESTEŚ STARY SUPER ŻE JESZCZE SPRÓBOWAŁEŚ WIERZYMY W CIEBIE - XD.
Pozdro dla Sarda, z którym już drugi raz za ostatnie dni podbijałem Tauron i z którym wspólnie naraziliśmy węch.
Zmyłem się wczoraj z roboty blisko 15:30, by być pod areną chwilę po 16. Przewidywałem, że na fali obecnego wciskania się rzeszy Polaków na każdy duży koncert, przede mną będzie już czekać parędziesiąt osób. I tak też mniej więcej było na oko. Barierki na płytę były rozstawione ślimakiem do pojedynczego wejścia, co było oczywiście mega mądrym rozwiązaniem i z pewnością nie generowało kolizji ludzi przychodzących i wychodzących do WC lub po żarcie. Nasz ulubiony organizator koncertów zadbał tym razem, by nie mieć w kolejce własnej wody, także interes z kubkami wypełnionymi H20 się kręcił. Zaczęli wszystkich wpuszczać kwadrans wcześniej. Klasyczne skanowanie, zakładanie opaski, "NIE BIEGAMY" i tak znalazłem się w trzecim rzędzie niemalże na wprost sceny. W następnych minutach mocno dobiło ludźmi i trend ten kontynuował się cały czas. Jak na koncert starego bluesowego emeryta, dało się czuć ze wszystkich stron ścisk.
Andy Fairweather i jego brygada sprawdzili się bardzo dobrze jako support. Fajne, w temacie, nie przynudzali. Poleciało trochę the best of z wczesnych lat 60, co dało przyjemny grunt pod właściwe show wczorajszego wieczoru.
Występ Erica ruszył punktualnie. Na wypełnioną instrumentami scenę przybyli wszyscy członkowie zespołu, jak i główna gwiazda - ubrany na biało brytyjski Harland Sanders. Pierwszy set elektroniczny wjechał miodnie. W zasadzie każdy kawałek z tej części dobrze wszedł, acz Badge i Sheriff są highlightami. Po tym była część akustyczna. Mniej emocjonalnie przyjęta w moim przypadku, ale nadal fajnie było usłyszeć Golden Ring i Tears in Heaven. No i Layle, chociaż ona powinna być grana zawsze w wersji słusznej. Po tym wróciliśmy do setu elektrycznego. Zestaw Tearing Us Apart / Old Love to dla mnie moment wieczoru. Przejechali tymi dwoma kawałkami takim bluesowym kombajnem, że czapki z głów. Ostatnie utwory również wypadły elegancko, chociaż tutaj było trochę za dużo bajerowania solo przez prawie każdego muzyka na scenie - można tam było upchnąć zamiast tego White Room... Po tym wjechał jeszcze bis w postaci Before You Accuse Me i koncert dobiegł końca. Solidne, wysublimowane show i prawie równe dwie godziny klasyki.
Z rzeczy dobrych. Za rzadko słyszę na żywo organy Hammonda, a wczoraj pierwszy raz od dłuższego czasu mogłem je usłyszeć i parę razy wybrzmiały przesoczyście. Big deal. Nagłośnienie na plus, a kto stał z bliska mógł się nacieszyć gitarą Claptona prosto z podłączonego obok niego pieca. Aranżacje obecnych w secie kawałków są mi znane z Slowhand at 70, ale te wczorajsze modyfikacje siedziały mi przeważnie lepiej niż wersje z RAH. Co też cieszy, patrząc na upływ ponad 10 lat od wspomnianego koncertu zarejestrowanego live.
No a z rzeczy "niezbyt dobrych". O LN nie ma co wiele wspominać, klasyczne "udogodnienia" które wszystkim dają się we znaki. Naświetlenie koncertu było trochę za jasne. Są oczywiście koncerty, gdzie oświetlenie wali po gałach tak, że nie da się patrzeć w kierunku sceny, tutaj jednak problemem było to, że czasem wszystko i wszyscy na scenie stali w ostrej lampie światła. Nagłośnienie niby na plus, jak wspomniałem wyżej, ale to w przypadku instrumentów. Chórki były jednak za cicho, a Claptonowi nie chciało się wielokrotnie podchodzić jak należy do mikrofonu i nieraz coś tam pośpiewywał ustami z odstępem prawie na długość łokcia.
Z rzeczy bardzo niedobrych, zapach. Ktoś z przodu nie odblokował jeszcze w drzewku technologii instytucji wysrania się przed koncertem IDĄC NA SAM PRZÓD PUBLIKI. No było czuć, oj było. Było i przez to nos nie był spokojny przez bite 3 godziny. Może nie psuło mi to mentalnie odbioru koncertu (z relacji Sarda po gigu kojarzę, że chyba był blisko epicentrum i zdecydowanie gorzej to wspomina) ale przeszkadzało bardziej niż szturchacze lub dejkartowcy. A właśnie, dejkartki. Napatoczyło ich się blisko nas. Próby zwrócenia na siebie uwagi członków zespołu z ich strony, jak nie trudno się domyśleć, żałosne. Chyba nic nie złapali więc całe szczęście.
Koncert całościowo wysoce na plus. Bardzo dobrze się bawiłem i na razie ląduje on u mnie na tegorocznym podium. Czy jest to koncert, po którym chciałoby się powtórzyć Claptona (gdyby jeszcze grał)? Nie, jeden wieczór z jego muzyką mi całkowicie wystarcza. Jako odhaczenie klasyki był to gig na naprawdę wysokim poziomie, więc będę go wspominał kiedyś lepiej niż przez mgłę. Chociaż dla większości publiki koncert z wczoraj zniknie z pamięci w momencie archiwizacji storki na telefonie. A trafiła się doprawdy wyjątkowa arka Noego polskich koncertowiczów. Reakcje na poszczególne utwory losowały się jak liczby na maszynie z osiedlowego kasyna. Wspaniałe było, jak Eric nie wyciągnął na kilku zwrotkach w Kind Hearted Woman Blues i wszyscy zaczęli wiwatować na zasadzie WOW ERIC WIEMY ŻE JESTEŚ STARY SUPER ŻE JESZCZE SPRÓBOWAŁEŚ WIERZYMY W CIEBIE - XD.
Pozdro dla Sarda, z którym już drugi raz za ostatnie dni podbijałem Tauron i z którym wspólnie naraziliśmy węch.
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
No to kolejna legenda zaliczona. Czy było to warte wydania 500 zł? (Już nie doliczając dojazdu, a i tak dobrze, że nocleg tym razem wpadł praktycznie za darmo). Raczej nie, ale nie żałuję, że się wybrałem. Towarzyszyły mi odczucia podobne do koncertu Christophera Crossa parę dni temu. Ot, starszy pan, który wciąż lubi sobie pograć na gitarze, a że do tego przychodzą go posłuchać inni ludzie i płacą za to niemałe pieniądze, to tylko sytuacja win-win. Oczywiście, popularność, dokonania i umiejętności nieporównywalnie większe w przypadku Erica, więc cena w jakiś tam sposób uzasadniona, szczególnie patrząc po pełnej Tauron Arenie.
Wydawało mi się, że startowałem z odpowiednim zapasem czasu, ale nie znałem specyfiki komunikacji i remontów w Krakowie, więc dojazd 5 kilometrów z kawałkiem zajął mi godzinę. Do hali wchodziłem jak już grał support i ciężko było już znaleźć jakieś sensowne miejsce na płycie, udało się tyle o ile. Zawsze mam dylemat na tego typu koncertach, czy brać płytę czy trybuny. W przypadku płyty trzeba doliczyć czas na zajęcie dobrego miejsca, gdzie na trybuny można wpaść na godzinę rozpoczęcia. Za to na płycie nie było stypy i ludzi scrollujących fejsa wokół, jednak czuć było, że wszyscy przyszli na koncert, nie jak u Shedao
. No i ln zaskoczyło tym razem, robiąc płytę najtańszą, więc to też zaważyło na wyborze.
Sam koncert wypadł bardzo dobrze, zatyczki nie były potrzebne. Tylko miejscami, w paru mocniejszych momentach były lekkie niedogodności brzmieniowe, a tak to sama przyjemność słuchania. Set ok, choć nie podpasowały mi wersje Layli i Tears in Heaven. Ta pierwsza lepiej wypada w wersji elektrycznej, a Łzy w wersji rzeczywiście akustycznej, tj. tylko z jedną gitarą. Tutaj zespół w tle mocno rozmył wykonanie. No nic, za to część elektryczna wypadała zajebiście, szczególnie I Shot the Sheriff czy Old Love. Części solówkowe były do przewidzenia, nawet byłem nastawiony na to, że będzie ich więcej, biorąc pod uwagę, że 16 kawałków zajęło prawie 2 godziny. Tutaj całkiem nieźle się członkowie zespołu zaprezentowali, chociaż nic zwalającego z nóg to nie było, ostatecznie wolałbym chyba kolejną solówkę Erica.
Poza idiotycznym wężykiem przy wejściu na płytę, to tym razem livenation nic nie zjebało, aż jestem pozytywnie zaskoczony. Ciekawe, czy rzeczywiście gonili ludzi do depozytu z "bagażami". Mnie ochroniarz na wejściu tylko lekko musnął, więc jakbym chciał wnieść połowę zawartości plecaka polowego pod kurtką, to pewnie bym to zrobił. Nawet się też na koszulkę skusiłem, 180 zł i ładne wzory, a spodziewałem się jakichś kosmicznych cen, adekwatnych do cen biletów. Po koncercie za to powrót wyszedł dużo szybciej, chociaż tyle na plus.
Wydawało mi się, że startowałem z odpowiednim zapasem czasu, ale nie znałem specyfiki komunikacji i remontów w Krakowie, więc dojazd 5 kilometrów z kawałkiem zajął mi godzinę. Do hali wchodziłem jak już grał support i ciężko było już znaleźć jakieś sensowne miejsce na płycie, udało się tyle o ile. Zawsze mam dylemat na tego typu koncertach, czy brać płytę czy trybuny. W przypadku płyty trzeba doliczyć czas na zajęcie dobrego miejsca, gdzie na trybuny można wpaść na godzinę rozpoczęcia. Za to na płycie nie było stypy i ludzi scrollujących fejsa wokół, jednak czuć było, że wszyscy przyszli na koncert, nie jak u Shedao
Sam koncert wypadł bardzo dobrze, zatyczki nie były potrzebne. Tylko miejscami, w paru mocniejszych momentach były lekkie niedogodności brzmieniowe, a tak to sama przyjemność słuchania. Set ok, choć nie podpasowały mi wersje Layli i Tears in Heaven. Ta pierwsza lepiej wypada w wersji elektrycznej, a Łzy w wersji rzeczywiście akustycznej, tj. tylko z jedną gitarą. Tutaj zespół w tle mocno rozmył wykonanie. No nic, za to część elektryczna wypadała zajebiście, szczególnie I Shot the Sheriff czy Old Love. Części solówkowe były do przewidzenia, nawet byłem nastawiony na to, że będzie ich więcej, biorąc pod uwagę, że 16 kawałków zajęło prawie 2 godziny. Tutaj całkiem nieźle się członkowie zespołu zaprezentowali, chociaż nic zwalającego z nóg to nie było, ostatecznie wolałbym chyba kolejną solówkę Erica.
Poza idiotycznym wężykiem przy wejściu na płytę, to tym razem livenation nic nie zjebało, aż jestem pozytywnie zaskoczony. Ciekawe, czy rzeczywiście gonili ludzi do depozytu z "bagażami". Mnie ochroniarz na wejściu tylko lekko musnął, więc jakbym chciał wnieść połowę zawartości plecaka polowego pod kurtką, to pewnie bym to zrobił. Nawet się też na koszulkę skusiłem, 180 zł i ładne wzory, a spodziewałem się jakichś kosmicznych cen, adekwatnych do cen biletów. Po koncercie za to powrót wyszedł dużo szybciej, chociaż tyle na plus.
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9684
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Poza chujowym wejściem nie ma się do czego przyczepić od strony organizacyjnej.
Andy z kolegami na support pasowali idealnie i 45 minut minęło błyskawicznie, zaskakująco żwawy set.
U Erica zabrakło więcej numerów Cream kosztem dłużyzn instrumentalnych, ale forma powyżej oczekiwań i pożegnanie z nim uznaję za bardzo godne.
Publika rzeczywiście bardzo niemrawa, ale też trudno oczekiwać reakcji jak na Maiden.
Pozdro dla Caracalized - wielkie dzięki za zacne towarzystwo, do następnego.
Andy z kolegami na support pasowali idealnie i 45 minut minęło błyskawicznie, zaskakująco żwawy set.
U Erica zabrakło więcej numerów Cream kosztem dłużyzn instrumentalnych, ale forma powyżej oczekiwań i pożegnanie z nim uznaję za bardzo godne.
Publika rzeczywiście bardzo niemrawa, ale też trudno oczekiwać reakcji jak na Maiden.
Pozdro dla Caracalized - wielkie dzięki za zacne towarzystwo, do następnego.
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Shedao Shai pisze: ↑czw kwie 30, 2026 9:43 am TAK, wiem, ja też wchodziłem na Sanktu, ale to Sanktu, więc to coś innego
Słuszne spostrzeżenie
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Cała zabawa zaczęła się dzień przed koncertem, gdy wieczorem przydzwoniłem małym palcem lewej nogi w futrynę. Ból był silny i pojawiła się realna obawa, że nie dam rady pojawić się w Krakowie. Rano palec był siny, a stawianie kroków stało się bolesne. Ale nie po to człowiek czekał miesiącami i wydał kupę szmalu na bilety, by przeszkodził mu mały palec u nogi, nieprawdaż? Wyjechaliśmy z żoną o 10:15, po to by bez problemu zaparkować gdzieś na osiedlu w pobliżu areny. Poza tym chcieliśmy na spokojnie coś zjeść i pospacerować. Oprócz tego żona zamierzała zajrzeć do kilku odzieżowych w M1. Kilka kilometrów za Nowym Sączem pojawił się korek. Ruch odbywał się wahadłowo przez remont nawierzchni drogi. Potem zrobiliśmy jeden postój na skorzystanie z toalety. Gdy dojechaliśmy do wcześniej ustalonego miejsca, okazało się, że jest kompletnie zawalone autami i nie ma gdzie zaparkować. W końcu zatrzymałem się na dokładnie tym samym miejscu, co kilka miesięcy wcześniej, gdy byliśmy z córką na wizycie lekarskiej. To była godzina 13:00. Wszędzie gdzie szedłem robiłem to kuśtykając. W galerii siedziałem grzecznie na ławeczce, a żona buszowała po sklepach. Naszym obiadem była pizza. Na półtora godziny przed otwarciem bram wyszliśmy zanieść zakupy do auta. Na wszelki wypadek żona zostawiła też torebkę. Później, po wejściu, widzieliśmy niejedną kobietę z torebką, więc chyba nie byli tak rygorystyczni, jak zapowiadali. Po dotarciu do auta czekała nas niemiła niespodzianka w postaci blokady na kole. Telefon do straży miejskiej, mandat 100zł + 1 punkt karny, blokada zdjęta. Strażnik powiedział, że w dni koncertowe oni muszą jeździć po okolicy i dlatego to tak wygląda. Poza tym na tym osiedlu (nowoczesne bloki po drugiej stronie areny, m. in. ul. Dąbska) administracja często zmienia oznakowanie i przez to bywają jaja. Tak powiedział jeden z nich. Na moje pytanie gdzie w takim razie mam postawić auto, zasugerowali płatny parking za hotelami na tym samym osiedlu. Ten parking wcześniej wskazała mi żona, gdy przejeżdżaliśmy obok niego, ale ja uparłem się, że nie będę płacił. Ok, opłaciłem za 6 godzin za 30zł i już. Tak się skończyło moje oszczędzanie na parkingu w hali - zamiast 70zł (dalej uważam, że to zdzierstwo) zapłaciłem w sumie 130zł. Zawsze miałem łeb do interesów.
Na swoich miejscach zameldowaliśmy się ok. 18:30 (sektor C3, górna trybuna po ukosie). Andy Fairweather Low przez równe 45 minut zaprezentował się dobrze. Przyjemnie słuchało się jego zespołu, a w szczególności obydwu saksofonistów. Przez dłuższy czas martwiłem się trochę o kondycję muzyczną Claptona. Oczywiście wiązałem to z jego wiekiem i schorzeniem (neuropatia obwodowa). Z drugiej strony zbijałem te myśli twierdzeniem, że artysta tego kalibru nie może sobie pozwolić na ścinanie takiego siana za występy i odwalanie fuszerki. Po wszystkim wyszło, że niepotrzebnie zawracałem sobie tym głowę, bo było świetnie. W trakcie występu ani przez chwilę się nie nudziliśmy. Nóżka non stop podrygiwała a ciało się kołysało. Kilka razy łapałem się na tym, że miałem na gębie banana. Zdarzyło się też zamykać oczy i bardziej wczuwać w muzykę. Do najlepszych momentów zaliczam I Shot the Sheriff (to solo), Layla (też wolałbym elektrycznie) zagrana mega klimatycznie, Tearing Us Apart (Clapton i jego kompan w czapce zagrali chyba po 2-3 solówki naprzemiennie) oraz Old Love (nastrój, klimat, sola). Oprócz tego wyróżniłbym też Tears in Heaven, Cocaine i kończący Before You Accuse Me. Dobra forma dotyczyła nie tylko Slowhanda. Wszyscy towarzysze sceniczni spisali się na medal. Jestem niezwykle ucieszony, że udało mi się go wysłuchać i zobaczyć, bo chyba taka okazja więcej nie będzie miała miejsca. Facet jest prawdziwą legendą (nie taką jak na Teraz Muzyka, gdzie w co drugim temacie byle kto jest legendą).
W drodze powrotnej do domu od Brzeska do samego Nowego Sącza "towarzyszył" nam jakiś nieprzeciętny kutas. Facet jechał TIRem DPD praktycznie przez cały czas na naszym zderzaku. Wystarczy, że jakiś kot przebiegłby przed nami a ja musiałbym przyhamować, to koleś by nas rozsmarował na drodze. Żeby było jasne - wcale nie jechałem wolno. Starałem się poruszać przepisowo, tym bardziej, że byłem zmęczony, a ten typ zachowywał się jak psychol. Dojeżdżał do zderzaka i poganiał długimi. Na domiar złego, w jednym miejscu w pobliżu wspomnianego na początku remontu drogi, nie było kawałka asfaltu oraz oczywiście żadnego oznaczenia czy słupka ostrzegawczego. Wjechałem w to miejsce i tylko huknęło kołami. Dobrze, że nie urwało.
W domu byliśmy o 1:30. Po ściągnięciu skarpetki ukazał się niezbyt przyjemny widok. 4 palce i trochę poniżej potężnie sine. Dzisiaj taksą pojechałem do szpitala na SOR. Cudownie szybko zostałem "obsłużony". Nastawiałem się na kilka godzin czekania, ale niecała godzina wystarczyła. Rentgen wykazał złamanie najmniejszego. Do 10 maja L4. Gips nie jest wymagany, wystarczy oklejać ze sobą palec złamany i najbliższy niego. Do tego dochodzi żel.
Kilka sytuacji (złamany palec, mandat, idiota w TIRze) powinny negatywnie wpłynąć na moją ocenę całego wydarzenia, jednak koncert/muzyka Erica Claptona i jego zespołu zupełnie to zacierają. Będzie co wspominać.
Na swoich miejscach zameldowaliśmy się ok. 18:30 (sektor C3, górna trybuna po ukosie). Andy Fairweather Low przez równe 45 minut zaprezentował się dobrze. Przyjemnie słuchało się jego zespołu, a w szczególności obydwu saksofonistów. Przez dłuższy czas martwiłem się trochę o kondycję muzyczną Claptona. Oczywiście wiązałem to z jego wiekiem i schorzeniem (neuropatia obwodowa). Z drugiej strony zbijałem te myśli twierdzeniem, że artysta tego kalibru nie może sobie pozwolić na ścinanie takiego siana za występy i odwalanie fuszerki. Po wszystkim wyszło, że niepotrzebnie zawracałem sobie tym głowę, bo było świetnie. W trakcie występu ani przez chwilę się nie nudziliśmy. Nóżka non stop podrygiwała a ciało się kołysało. Kilka razy łapałem się na tym, że miałem na gębie banana. Zdarzyło się też zamykać oczy i bardziej wczuwać w muzykę. Do najlepszych momentów zaliczam I Shot the Sheriff (to solo), Layla (też wolałbym elektrycznie) zagrana mega klimatycznie, Tearing Us Apart (Clapton i jego kompan w czapce zagrali chyba po 2-3 solówki naprzemiennie) oraz Old Love (nastrój, klimat, sola). Oprócz tego wyróżniłbym też Tears in Heaven, Cocaine i kończący Before You Accuse Me. Dobra forma dotyczyła nie tylko Slowhanda. Wszyscy towarzysze sceniczni spisali się na medal. Jestem niezwykle ucieszony, że udało mi się go wysłuchać i zobaczyć, bo chyba taka okazja więcej nie będzie miała miejsca. Facet jest prawdziwą legendą (nie taką jak na Teraz Muzyka, gdzie w co drugim temacie byle kto jest legendą).
W drodze powrotnej do domu od Brzeska do samego Nowego Sącza "towarzyszył" nam jakiś nieprzeciętny kutas. Facet jechał TIRem DPD praktycznie przez cały czas na naszym zderzaku. Wystarczy, że jakiś kot przebiegłby przed nami a ja musiałbym przyhamować, to koleś by nas rozsmarował na drodze. Żeby było jasne - wcale nie jechałem wolno. Starałem się poruszać przepisowo, tym bardziej, że byłem zmęczony, a ten typ zachowywał się jak psychol. Dojeżdżał do zderzaka i poganiał długimi. Na domiar złego, w jednym miejscu w pobliżu wspomnianego na początku remontu drogi, nie było kawałka asfaltu oraz oczywiście żadnego oznaczenia czy słupka ostrzegawczego. Wjechałem w to miejsce i tylko huknęło kołami. Dobrze, że nie urwało.
W domu byliśmy o 1:30. Po ściągnięciu skarpetki ukazał się niezbyt przyjemny widok. 4 palce i trochę poniżej potężnie sine. Dzisiaj taksą pojechałem do szpitala na SOR. Cudownie szybko zostałem "obsłużony". Nastawiałem się na kilka godzin czekania, ale niecała godzina wystarczyła. Rentgen wykazał złamanie najmniejszego. Do 10 maja L4. Gips nie jest wymagany, wystarczy oklejać ze sobą palec złamany i najbliższy niego. Do tego dochodzi żel.
Kilka sytuacji (złamany palec, mandat, idiota w TIRze) powinny negatywnie wpłynąć na moją ocenę całego wydarzenia, jednak koncert/muzyka Erica Claptona i jego zespołu zupełnie to zacierają. Będzie co wspominać.
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6365
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Zuch! Pozazdrościł mi koncertu ze złamaniem
Fajna relka. Cieszę się że się udało mimo urazu, współczuję sporej ilości nieprzyjemnych zdarzeń. No i w godzinę zostać obsłużonym na SORze to jak wygrać w totka 
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Żonie opowiadałem o Twoim przypadku i uśmiechała się. Miejmy tylko nadzieję, że nikomu więcej nie przytrafią się podobne rzeczy/złamania. Oby tutejsze relacje zawierały wyłącznie pozytywne wrażenia
. Pozdrawiam.
- Caracalized
- -#Assassin

- Posty: 2001
- Rejestracja: śr maja 21, 2025 4:53 pm
- Skąd: Catland
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Koncert był w środę, a już mamy niedzielę, ale nie dałem rady wcześniej napisać tej relacji z różnych powodów, więc zabieram się za nią dopiero teraz. Tak się składa, że to było moje wydarzenie koncertowe numer 10 w tym roku, piękna okrągła liczba, więc szkoda czegoś od siebie tutaj nie napomknąć, a i przy relacji z koncertu Ak'chamel obiecałem coś napisać odnośnie Erica Claptona, więc będę się tego trzymał i teraz to zrobię. O tym będzie później, ale pod pewnym względem, obie te relacje będą w jakiś dziwny sposób się ze sobą łączyły 
Ukrywać nie będę, że legendarnego gitarzystę chciałem przede wszystkim odhaczyć i nawet nie sprawdzałem jego solowej twórczości przed tym koncertem. Raz tylko przesłuchałem płytę Unplugged, powierzchownie sprawdziłem jakieś pojedyncze nagrania i to tyle, szczerze nie nastawiałem się na nic wyjątkowego i przez pół roku specjalnie o tym gigu nie myślałem. Bilet kupiłem prawie od razu, chciałem skorzystać z okazji ujrzenia wiosłowego Cream zanim i on obróci się w nieżywą materię, w końcu ma już 81 lat, więc powinno być zrozumiałe to czemu zdecydowałem się na ten koncert i ze względu na wiek Claptona nie miałem kompletnie żadnych oczekiwań co do jego formy, byłem po prostu nastawiony na to, że może być słabo i tyle, ale mimo tego i tak chciałem mieć to wielkie nazwisko w swoich statystykach koncertowych.
Początkowo miałem w tym samym dniu po prostu przyjechać do Krakowa, odhaczyć wiadomy cel tej krótkiej podróży i od razu wrócić do domu, ale jak później dowiedziałem się o koncercie Ak'chamel dzień wcześniej to siłą rzeczy musiałem ogarnąć sobie jakiś nocleg. I plus tego wszystkiego jest taki, że przynajmniej nie musiałem taszczyć ze sobą plecaka i płacić złodziejom z evil nation za depozyt przy hali, bo ten mógł zostać w mieszkaniu. Johnny również skorzystał z tej dogodności. Obaj ok. 17 czy krótko przed udaliśmy się w stronę Tauronu, było to jakieś 30 minut drogi, i z jakiegoś powodu byliśmy zaskoczeni dosyć dużą kolejką jakieś pół godziny przed otwarciem bram, no ale potem pomyślałem "kurwa, przecież Eric Clapton gra, czego myśmy się spodziewali?"
W każdym razie, wejście było stosunkowo sprawne i wylądowaliśmy ostatecznie w jakimś dziesiątym rzędzie, wszystko dobrze widzieliśmy, więc wystarczył. Myślałem, że między 19:15, a 20:00 to się zmieni, ale nadal, przez pierwszą 1/3 tego roku nie widziałem słabego supportu, bo po Andy Fairweather Low and the Low Riders nie spodziewałem się jakoś niczego dobrego, a jednak podobało mi się bardzo to co zaprezentowali, mózg mi się lasuje i pali jak zastanawiam się jaka stylistycznie ta muzyka była, bo poza jakimś bluesem była też muzyka, która trochę przypominała mi stare filmy z lat 40' czy 50', napędzana saksofonami i generalnie można powiedzieć, że dosyć taneczna, z kubańskimi wpływami czy cholera wie jakimi. Byłem zaskoczony tym występem w sposób nader pozytywny, a i nie mniej byłem zadowolony z samego Claptona z ekipą, bo on mimo wieku wciąż ma w sobie to coś, ciągle i świetnie gra na tej gitarze i ma świetny głos - tak, czasem rzeczywiście usta miał trochę za bardzo oddalone od mikrofonu, ale miało to swój specyficzny urok, i muzycy towarzyszący też byli bardzo dobrzy + te wokalistki, które robiły te fajne soulowe chórki. Cały koncert mi się niesamowicie podobał, ale jeżeli chodzi o highlighty to z miejsca wskażę tak jak i inni na I Shot the Sheriff, bo to wykonanie było nader świetne, również Hoochie Coochie Man mi się bardzo podobał z pierwszej części tego setu i akustycznie świetnie wybrzmiały te bluesowe utwory, aż się prawie przeniosłem do Mississippi z lat 30', haha. Wspominając o najpopularniejszych utworach w tej części setlisty, ja Laylę w porównaniu z innymi forumowiczami wolę jednak w wersji akustycznej, krakowskie wykonanie też było wspaniałe. Te syntezatory w Cocaine były niezłym dodatkiem, i zgadzam się z komentarzem odnośnie organów hammonda przy okazji, też zwróciłem uwagę na to jak dobrze one brzmiały. I dlatego, że ja lubię muzykę, która się rozwija, generalnie sztukę improwizowaną, to ja na ten set i rozjamowienie tych kawałków nie narzekam, czym zresztą byłby ten koncert bez tego i jak bardzo by stracił, gdyby Clapton skupił się tylko na odgrywaniu piosenek? To jest cała jego natura, której cieszę się, że nie zatracił sześćdziesiąt lat po nagraniu Fresh Cream i debiutu The Bluesbreakers z Johnem Mayallem, skąpa ilość utworów legendarnego tria (poza Badge to co właściwie było jeszcze wcześniej przez Cream wykonywane, Cross Road Blues?) jest bardzo znikomym i nieznaczącym dla mnie minusem, bo to co dostałem przez te dwie godziny zrekompensowało te braki bardziej niż wystarczająco, właściwie nie czułem, aby czegokolwiek tam brakowało poza tym co było. Jak dożyję do podsumowania koncertowego to ten gig na pewno będzie u mnie pogrubiony, całość była sporo powyżej moich oczekiwań!
I również pozdrawiam johnny'ego, dzięki za trzecie spotkanie w tym roku i drugi wspólny koncert! Pamiętam Twoje wspaniałe przemyślenia po wszystkim, że to wszystko sprowadza się do zwykłej masturbacji. No tak, nie jest to Dream Theater czy inny Steve Vai, slow hand nie bez powodu jest slow handem, ale była mowa o tym, że ci muzycy prezentowali swoje napalenie w instrumentalnej formie i od razu miałem przed oczami tego hammondzistę, który na tych syntezatorach w Cocaine grał. Filozofowie wiekami zastanawiają się nad sensem naszego istnienia i co napędza ludzkość, a bez nich łatwo można dojść do wniosku, że człowiek po prostu jest napalony i tyle i to co nas napędza to właśnie żądza. Czyżby to co Tauron widział 29 kwietnia to były te całe Paramasturbatory Delusions? Być może, nie ma co głośno mówić, że nie
Ukrywać nie będę, że legendarnego gitarzystę chciałem przede wszystkim odhaczyć i nawet nie sprawdzałem jego solowej twórczości przed tym koncertem. Raz tylko przesłuchałem płytę Unplugged, powierzchownie sprawdziłem jakieś pojedyncze nagrania i to tyle, szczerze nie nastawiałem się na nic wyjątkowego i przez pół roku specjalnie o tym gigu nie myślałem. Bilet kupiłem prawie od razu, chciałem skorzystać z okazji ujrzenia wiosłowego Cream zanim i on obróci się w nieżywą materię, w końcu ma już 81 lat, więc powinno być zrozumiałe to czemu zdecydowałem się na ten koncert i ze względu na wiek Claptona nie miałem kompletnie żadnych oczekiwań co do jego formy, byłem po prostu nastawiony na to, że może być słabo i tyle, ale mimo tego i tak chciałem mieć to wielkie nazwisko w swoich statystykach koncertowych.
Początkowo miałem w tym samym dniu po prostu przyjechać do Krakowa, odhaczyć wiadomy cel tej krótkiej podróży i od razu wrócić do domu, ale jak później dowiedziałem się o koncercie Ak'chamel dzień wcześniej to siłą rzeczy musiałem ogarnąć sobie jakiś nocleg. I plus tego wszystkiego jest taki, że przynajmniej nie musiałem taszczyć ze sobą plecaka i płacić złodziejom z evil nation za depozyt przy hali, bo ten mógł zostać w mieszkaniu. Johnny również skorzystał z tej dogodności. Obaj ok. 17 czy krótko przed udaliśmy się w stronę Tauronu, było to jakieś 30 minut drogi, i z jakiegoś powodu byliśmy zaskoczeni dosyć dużą kolejką jakieś pół godziny przed otwarciem bram, no ale potem pomyślałem "kurwa, przecież Eric Clapton gra, czego myśmy się spodziewali?"
I również pozdrawiam johnny'ego, dzięki za trzecie spotkanie w tym roku i drugi wspólny koncert! Pamiętam Twoje wspaniałe przemyślenia po wszystkim, że to wszystko sprowadza się do zwykłej masturbacji. No tak, nie jest to Dream Theater czy inny Steve Vai, slow hand nie bez powodu jest slow handem, ale była mowa o tym, że ci muzycy prezentowali swoje napalenie w instrumentalnej formie i od razu miałem przed oczami tego hammondzistę, który na tych syntezatorach w Cocaine grał. Filozofowie wiekami zastanawiają się nad sensem naszego istnienia i co napędza ludzkość, a bez nich łatwo można dojść do wniosku, że człowiek po prostu jest napalony i tyle i to co nas napędza to właśnie żądza. Czyżby to co Tauron widział 29 kwietnia to były te całe Paramasturbatory Delusions? Być może, nie ma co głośno mówić, że nie
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9684
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
AFL to głównie rokendrol, bardzo zacny. Clapton jest jaki jest, no ale osobiście oddałbym pół godziny instrumentalnych popisów za choć jeden numer Cream.
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Eric w Pradze wywalił 20 min seta do kosza - wypadły Old Love, Tearing i Morning (wpadło Holy Mother), takze mieliśmy dobrego farta 
BRUCE SPRINGSTEEN, JAN BO I RICHIE FAULKNER PONAD WSZYSTKO
https://www.last.fm/pl/user/sardynex
setlist.fm/user/matt01
https://www.last.fm/pl/user/sardynex
setlist.fm/user/matt01
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9684
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
W Budapeszcie dwa dni wcześniej ciut mniej, ale też. Tym bardziej cieszy Kraków 
- johnny_o
- Ten, Który Czyta Wszystko
- Posty: 9684
- Rejestracja: śr sty 24, 2018 10:28 am
- Skąd: Prawie Warszawa
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Ja pierdolę... Szkoda że nie został trafiony na samym początku koncertu 
https://www.terazmuzyka.pl/eric-clapton ... rzez-fana/
https://www.terazmuzyka.pl/eric-clapton ... rzez-fana/
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
O lol
Tym bardziej doceniam teraz wieczór w Krakowie - pełna, zajebista sztuka, im dłużej od koncertu tym jeszcze lepiej o niej myślę.
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Pizdnął jakby chciał go zabić tą okładką. Coś jak Mokra Robota w Goldfinger
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
- Shedao Shai
- -#Rainmaker

- Posty: 6365
- Rejestracja: śr cze 01, 2011 8:30 pm
- Skąd: Wrocław
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
Dejkartka lvl master
Re: 29/04/2026 - Eric Clapton - Kraków
I shot the sheriff ...
Najbliższe koncerty w 2026: White Buffalo, Hollywood Vampires, Doogie White, Blaze Bayley, Mostly Autumn weekend, Hallas, Coroner, Deep Purple, Quidam, Europe, Maiden United, Still of the Night ...


