03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Upadek - jak Mystika w Stoczni 
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12444
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Sprawdza nie sprawdza, w tym roku sprzedaż pociagnelo Megadeth, a nie Behemoth. Jest rynek na klasyczny metal, widac po tym jak nabity jest Park na Saxon/WASP.
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Ale Megadeth to thrash metal (i sądząc po twoich wpisach, właśnie taką, najbardziej zbydlęconą publikę przyciągnęło) i grało jednego dnia, nie przez 4 dni. Thrash ogólnie ma u nas lepszą sytuację niż heavy. A cały festiwal albo się wyprzedał albo był ekstremalnie blisko wyprzedaniu. I jest w tym zasługa kapel typu bracia Kawaleło, DtA i innych. Zresztą tak historycznie patrząc, to gwiazdy heavymetalowe były magnesem w bardzo pojedynczych sytuacjach, typu Priest i może Mercyful Fate. Ten festiwal od lat jedzie na większych nazwach pokroju Gojiry i mocnych mniejszych nazwach typu Dismember.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Są festy skupione na cięższych tematach (Brutal), są na lżejszych (Masters of Rock), więc każdy pomysł jest dobry. Każde granie znajdzie swoich fanów. A MF zdecydowanie siedzi w cięższej muzie.
www.MetalSide.pl
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Bo u nas metalowi celebryci z Noise lubią śmiać się z Heavy Metalu, a prawda jest taka że rynek na to jest duży.Bon Dzosef pisze: ↑pn cze 08, 2026 6:08 pmSprawdza nie sprawdza, w tym roku sprzedaż pociagnelo Megadeth, a nie Behemoth. Jest rynek na klasyczny metal, widac po tym jak nabity jest Park na Saxon/WASP.
www.last.fm/user/darkfuneral18
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Heavy metal is not the center of attention for the lineup, but it certainly has a marked, and the promoters know it.
Thats why they usually put a big one late at Park Stage one of the days.
Accept in 24
Wasp in 25
Saxon in 26
The same kinda goes with black/extreme
Satyricon 24
Cradle Of Filth 25
Blood Fire Death 25
Death to All 26
Behemoth 23/26
While thrash has a much bigger market in Poland, and it also shows in the bookings:
Testament 23
Exodus 23
Kreator 24
Sodom 24
Vader 25
Sepultura 25
Death Angel 25
Megadeth 24/26
Anthrax 26
Overkill 26
Heathen 26
This year also had way more of sludge, rockabilly style as well, but this I guess is connected to what to market has to offer. And to get Phil Anselmo with 2 bands + Corrosion Of Conformity (all three seldom, and almost exclusive this summer) is an opportunity you got to take.
The metalcoretrend from the last years was the "looser" this time i guess. But trend comes in waves, so this is normal.
Looking forward to next year. But ofc, with way more questions then ever before. I hope they continue with the same strategy when it comes to bands, but I feel that it could be some more Headliner-heavy, with lesser bands maybe. But with only 3 days and the same price we should expect something
This years lineup (and last year) was perfect in my opinion, so I hope for more of the same variety.
Thats why they usually put a big one late at Park Stage one of the days.
Accept in 24
Wasp in 25
Saxon in 26
The same kinda goes with black/extreme
Satyricon 24
Cradle Of Filth 25
Blood Fire Death 25
Death to All 26
Behemoth 23/26
While thrash has a much bigger market in Poland, and it also shows in the bookings:
Testament 23
Exodus 23
Kreator 24
Sodom 24
Vader 25
Sepultura 25
Death Angel 25
Megadeth 24/26
Anthrax 26
Overkill 26
Heathen 26
This year also had way more of sludge, rockabilly style as well, but this I guess is connected to what to market has to offer. And to get Phil Anselmo with 2 bands + Corrosion Of Conformity (all three seldom, and almost exclusive this summer) is an opportunity you got to take.
The metalcoretrend from the last years was the "looser" this time i guess. But trend comes in waves, so this is normal.
Looking forward to next year. But ofc, with way more questions then ever before. I hope they continue with the same strategy when it comes to bands, but I feel that it could be some more Headliner-heavy, with lesser bands maybe. But with only 3 days and the same price we should expect something
This years lineup (and last year) was perfect in my opinion, so I hope for more of the same variety.
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12444
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Tak, ale jednak Megadeth bliżej do publiki typu Saxon, Priest, czy Accept niż Hostia, Behemoth czy inna Furia.Schizoid pisze: ↑pn cze 08, 2026 6:17 pm Ale Megadeth to thrash metal (i sądząc po twoich wpisach, właśnie taką, najbardziej zbydlęconą publikę przyciągnęło) i grało jednego dnia, nie przez 4 dni. Thrash ogólnie ma u nas lepszą sytuację niż heavy. A cały festiwal albo się wyprzedał albo był ekstremalnie blisko wyprzedaniu. I jest w tym zasługa kapel typu bracia Kawaleło, DtA i innych. Zresztą tak historycznie patrząc, to gwiazdy heavymetalowe były magnesem w bardzo pojedynczych sytuacjach, typu Priest i może Mercyful Fate. Ten festiwal od lat jedzie na większych nazwach pokroju Gojiry i mocnych mniejszych nazwach typu Dismember.
Jestem pewien, że dużo więcej osób kupilo bilety z powodu MF/KD niż Behemoth. Sprowadzenie zespolow typu Blind Guardian na pewno by sie obronilo, a jakieś klasyki heavy czy mlode gniewne ala KiTowe kapele też by się obronily, ale orgowie wola na to miejsce wrzucic 10 niemetalowych dziwadel i 20 bleczurow.
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
A to na pewno, ale to ze względu na ograniczone możliwości zobaczenia KD/MF na żywo. W skali globalnej Behemoth to większa marka, po prostu u nas to wyglądało jak pójście na łatwiznę, bo Behemoth to zespół lokalny (co dla wielu znaczy "gorszy" lub "tańszy") + sporo osób nie trawi Darskiego. Podejrzewam, że na innym festiwalu Behemoth mógłby być lepszym magnesem.
Te Blind Guardiany czy inne Helloweeny na 100% by się obroniły, ale... W sumie po co to robić, skoro mówimy o wyprzedanym festiwalu? Czy Behemoth był najlepszym wyborem i czy powinno być na tej imprezie więcej klasycznego grania, to wszystko są dyskusje bezprzedmiotowe. Mystic radzi sobie bez takich akcentów. Ta polityka nie była wyborem nagłym, tylko kontynuacją zapoczątkowanego już lata temu trendu. Jeżeli z roku na rok ludzi w Stoczni przybywało, to najwidoczniej odpowiada on zapotrzebowaniom tych osób, a przynajmniej nie jest z nimi sprzeczny.
Za rok na tym pożal się Boże klepisku zagra Judas Priest i to zamknie temat heavy metalu na Mystic Festival 2027. Bo przy obecnym nastawieniu orgów, to wszelkie Satany i inne Raveny można włożyć między bajki.
Te Blind Guardiany czy inne Helloweeny na 100% by się obroniły, ale... W sumie po co to robić, skoro mówimy o wyprzedanym festiwalu? Czy Behemoth był najlepszym wyborem i czy powinno być na tej imprezie więcej klasycznego grania, to wszystko są dyskusje bezprzedmiotowe. Mystic radzi sobie bez takich akcentów. Ta polityka nie była wyborem nagłym, tylko kontynuacją zapoczątkowanego już lata temu trendu. Jeżeli z roku na rok ludzi w Stoczni przybywało, to najwidoczniej odpowiada on zapotrzebowaniom tych osób, a przynajmniej nie jest z nimi sprzeczny.
Za rok na tym pożal się Boże klepisku zagra Judas Priest i to zamknie temat heavy metalu na Mystic Festival 2027. Bo przy obecnym nastawieniu orgów, to wszelkie Satany i inne Raveny można włożyć między bajki.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: 03-06/06/2026 - Mystic Festival - Gdańsk
Po 2 tygodniach koncertowych wojaży i innych atrakcji mogę w końcu napisać podsumowanie tegorocznego Mystika, będącego jednocześnie pożegnaniem festiwalu ze Stocznią. Czy była to najlepsza edycja w Stoczni (przynajmniej z tych 4, na których byłem)? Raczej nie, ale i tak mi się podobało. Drugi rok z rzędu najciekawsze kąski były w drugim rzędzie line-upu, a nie wśród headlinerów.
Środę zacząłem od... długiej kolejki do merchu. Nie chcąc powtórzyć błędu z zeszłego roku, gdy najlepsze wzory rozeszły się od razu pierwszego dnia, postanowiłem odhaczyć ten punkt planu od razu. Organizatorzy ułatwili mi też to zadanie składem Warm-up Day. W poprzednich dwóch latach można było nieironicznie postawić mało kontrowersyjną tezę, że dzień teoretycznie rozgrzewkowy był w sumie najlepszy z całej czwórki. W tym był za to zdecydowanie najsłabszy. Stojąc w kolejce po koszulkę posłuchałem i pooglądałem na telebimie trochę koncertu Kublai Khan TX. Jak na metalcore nie brzmiało to źle, ale wciąż nie znaczy, że brzmiało dobrze. Dalej jednak trochę lepiej niż niektóre metalcore'owe wynaturzenia, o których jeszcze w tej i kolejnych relacjach napiszę. Po zakupienia koszulki i kubka, można było się wybrać na pierwszy koncert pod sceną, a dokładniej na Grave. Nie są to moje klimaty i po występie też nimi nie zostały. Ot, solidne deathowe granie, średni dźwięk na Desercie nie pomagał w odbiorze. Pod koniec wybrałem się pod Park Stage, gdzie w końcu można było uświadczyć jakiegoś dobrego koncertu, mianowicie Six Feet Under. Po tych niecałych 60 minutach absolutnie się już nie dziwię komentarzom, mówiącym o tym, że Barnes to jeden z najlepszych, jak nie nawet najlepszy w ogóle, growlerów w metalu. Gość jakby od niechcenia wydobywał z siebie naprawdę niesamowite dźwięki. Patrząc na niego dawał mi trochę vibe'u Marka Hamilla z alternatywnej rzeczywistości, w której zamiast w Hollywood postanowił zrobić karierę w death metalu. Dodatkowo nagłośnienie było już bardzo dobre i wyszedłem naprawdę ukontentowany. Następnie udałem się na mój jedyny w tegorocznej edycji koncert na nowej-starej Void Stage. A.A. Williams widziałem już w tym roku w VooDoo, więc wiedziałem, czego się spodziewać. Koncert na Mystiku nie miał aż takiego klimatu jak w ciasnej piwnicy, ale wciąż było bardzo eklektycznie. Dodatkowo jeden numer poleciał premierowo live, za co tym bardziej będzie się ten występ pamiętać. Jak pani A. przyjedzie następnym razem do Polski, to znowu chętnie się wybiorę. Okazuje się, że długo nie będę musiał czekać, bo już w grudniu będzie z Chelsea Wolfe.
Następnie nadszedł czas na pierwszy rozczarowujący koncert tej edycji w wykonaniu "headlinera" Dnia 0. Ice Nine Kills widziałem już przed Metą na Narodowym, więc wiedziałem na jakiej wysokości postawić oczekiwania, a i tak nie zostały spełnione. Paradoksalnie słaby dźwięk i widok w Studni dał mylne lepsze pierwsze wrażenie. Tutaj wszystko było już słychać dobrze, więc można było się przekonać jak bardzo przeciętny jest to metalcore. Całośc brzmiało jakby celem tych "utworów" było nagranie jak najwięcej potencjalnych momentów (refrenów, blastów, krzyków) pod rolki na tiktoka, a nie jako muzykę samą w sobie. Co do scenek aktorskich i przerywników, to idealnie to podsumowuje pewnie złoty komentarz: "taki Gwar dla millenialsów z korpo". Zwykle lubię fajnie zrobione przerywniki między utworami, ale tutaj było ich za dużo i część była kompletnie z dupy. Kolejnego razu z nimi raczej nie przewiduję, a widać, że fanów mają, skoro kolejny gig będzie już w małej arenie w Gliwicach.
Ostatni koncert pierwszego dnia okazał się za to być jednym z największych pozytywnych zaskoczeń całego festiwalu. Fanem gruzu nie jestem, ale Kanonenfieber pokazał mi, że może jednak powinienem zostać. Nadspodziewanie dobrze wpadające w ucho kawałki, które, miałem wrażenie, były skompowane 10 razy lepiej niż zlepki niepasujących do siebie refrenów i napierdoli po instrumentach, które zaprezentowało chwilę wcześniej Ice Nine Kills. Po drugie, Desert Stage tym razem brzmiał bardzo dobrze, nie miało się wrażenia ściany dźwięku, słychać, że nagłaśniał to ktoś, kto wie, jak takie ekstremalne brzmienia brzmieć powinny. Sama vibe zespołu, tj. zamaskowani żołnierze z okresu I WŚ robią dodatkowy klimat, tak jak to napisałx Pasiastx "gdyby Sabaton byłby dobrym zespołem, to grałby jak Kanonenfieber" - nie ukrywam bardzo rozśmieszył mnie też komentarz. Przy tej intensywności grania, dobrze robiły ciut dłuższe przerwy między utworami i te 40 minut z kawałkiem było w pełni wystarczające. Może kiedyś się wybiorę ponownie.
Drugi dzień, tzw. "Thrash Day" miałem zacząć już od Heathen, ale trochę się nie wyrobiłem w ciągu dnia, więc dotarłem dopiero na Overkill. Pierwsze wrażenie świetne, ale po jakimś czasie trochę na jedno kopyto zaczął brzmieć ten thrash i pod koniec miałem już takie myśli: "no spoko, ale poszedłbym na coś innego". Tym czymś było w rozpisce Decapitated i niestety to było chyba moje największe rozczarowanie festiwalu. Kiedyś, gdzieś po wydaniu Blood Mantra, słuchałem ich całkiem sporo, występ u Owsiaka z 2016 roku do dzisiaj wspominam z zachwytem, ale potem straciłem z radaru. Teraz nawet ciężko mi było powiedzieć co grali, bo była jedna wielka okropna ściana dźwięku. W muzyce, gdzie na pierwszym miejscu powinno było słychać gitarę Vogga, potem wokal, a dopiero potem resztę, perkusja z basem zagłuszały wszystko i nawet zatyczki tutaj niewiele pomogły. Szkoda, może przy innej okazji będzie lepiej, a przecież Park Stage dało się bardzo dobrze nagłośnić, co pokazało parę kolejnych zespołów.
Na szczęście negatywne wrażenia z Decapitated szybko zatarł koncert, który był bardzo wysoko na mojej liście oczekiwań przed festiwalem, a mianowicie Anthrax. Nigdy nie rozumiałem tych komentarzy, że nie należy im się miejsce w Big 4. Ja tam ich uwielbiam, złoty okres z Belladonną to kopalnia zajebistej muzyki. Na żywo niestety grają ograniczony zestaw kotletów, ale jako że nie widziałem ich na żywo kilkanaście lat, to mało mi to przeszkadzało. Forma zespołu zajebista, nagłośnienie bardzo dobre, kontakt z publiką Belladonny i Iana też, szkoda jedynie, że w secie nie ostało się Be All, End All, bo uwielbiam ten kawałek. Mam nadzieję, że przyjadą do nas w przyszłym roku z headlinerskim występem.
Pomimo wysoko postawionej poprzeczki, poziom koncertów po Wągliku nie spadł, bo na scenie pojawili się bracia Cavalera. Tutaj trzeba w końcu powiedzieć o, jak to lubią mówić Brytole, "Elephant in the room". Jak ktoś będzie płakał za Stocznią, to trzeba mu przypomnieć warunki oglądania koncertów na Parku. Jako że dostałem do końca Anthraxu i następnie zrobiłem wycieczkę po wodę, to jak się chciałem ustawić z powrotem pod Park Stage, to ciężko było w ogóle znaleźć miejsce, z którego było widać cokolwiek na scenie, nie mówiąc o jakichś komfortowych warunkach. Z tego powodu posiedziałem sobie trochę na trawce po drugiej stronie ulicy, koncentrując się na odpoczynku i walorach dźwiękowych. Na szczęście w tym względzie się nie zawiodłem, koncert brzmiał potężnie. Nie widziałem dawno Maxa na żywo i zdziwiłem się mocno, że tak schudł i się ewidentnie postarzał, a zwykle dobry humor i uśmiech na twarzy zastąpiło wrażenie zmęczenia życiem. Z drugiej strony, w jakiś sposób to spowodowało, że całe Chaos A.D. wypadło fenomenalnie na żywo i nieironicznie zastanawiam się, czy nie pójść drugi raz w Warszawie, aby w dobrych warunkach przeżyć to jeszcze raz. W ogóle to jest świetne podsumowanie Park Stage, skoro Progresja, ze wszystkimi swoimi mankamentami, oferuje wręcz luksusowe warunki do oglądania koncertu w porównaniu do mystikowego Parku. Pod koniec coveru Sabbath udałem się już z powrotem pod Maina, zająć odpowiednie miejsce na Megadeth. Rudy nie zagrał aż tak dobrego koncertu jak 2 lata temu, słychać było wyraźnie słabszą formę wokalną i nie aż taką żyletę dźwiękową, ale wciąż na wysokim poziomie. Jeśli dobrze pamiętam, to w 2024 miał też jakieś wizualicje za plecami, a tutaj skromną płachtę z logiem zespołu. Nadrobił za to trochę setem, spodziewałem się, że poza 3 kawałkami z nowej płyty będzie kopiuj-wklej sprzed 2 lat, a ostatecznie aż 7 zmian było, w tym cover wiadomego zespołu. Widać było za to bardzo dobry humor Dave'a, jestem skłonny uwierzyć, że szczerze lubi grać w Polsce, pewnie ta złota płyta zadziałała jako dodatkowy bodziec
.
Na koniec czekało mnie pierwsze spotkanie z Blood Incantation. Miałem już wybrać się w zeszłym roku do Progresji, żeby sprawdzić skąd ten hype się bierze, ale się wtedy rozchorowałem. Tym razem już mogłem się oczarować niesamowitymi dźwiękami oferowanymi przez panów z Kolorado. Nie dziwię się już skąd taka popularność, chętnie powtórzę to misterne doświadczenie jeszcze raz jak będzie okazja.
Trzeci dzień nie był łaskawy pogodowo, więc odpuściłem sobie Coronera, aby jakoś przetrwać do końca dnia w deszczu. Na szczęście nie muszę wiele żałować, skoro panowie przyjadą z powrotem do Polski w październiku. W Stoczni pojawiłem się więc na Corrosion of Conformity. Słyszałem mieszane opinie o tym koncercie, a mi się to crossoverowe granie bardzo podobało, chętnie bym się wybrał na pełny klubowy koncert. Następnie czekało mnie potwierdzenie, że death metal na Park Stage da się jednak dobrze nagłośnić w postaci Death to All. Z Death mam taką relację, że bardziej szanuję niż regularnie słucham, ale taką okazję trzeba było zaliczyć. Koncert bardzo dobry, ale jednak wiadomo, że to coverband i w tej dyskusji o takich tribute projektach, to jednak dalej stoję na stanowisku, że tego typu zespoły powinny być dodatkiem na festiwalach, ew. grać swoje własne klubowe koncerty, i liczę, że nie będą dominować line-upów festiwali w najbliższych latach, niezależnie od tego jak dobrze się ich słucha na żywo, a takiego Death to All słucha się dobrze.
Przed festiwalem, na liście koncertów, na które najbardziej czekam, bardzo wysoko były oba projekty Łysego Hailowicza, tj. pana Phila H. Anselmo. Pierwszym z nich był bardziej znany i lubiany Down. Mogę powiedzieć, że oczekiwania zostały spełnione. Co prawda bardzo głośno było na Mainie i nawet w zatyczkach czuć było to potężne pierdolnięcie, ale wciąż w akceptowalnych warunkach. Bardzo fajne stonerowe granie, dobra forma Philipa, a jam na koniec z udziałem członków innych zespołów wprowadził taki dodatkowy pierwiastek zajebistości. Mam nadzieję, że na kolejną wizytę nad Wisłą nie będzie trzeba czekać aż 13 lat, bo chętnie i ją zaliczę.
Organizatorzy całkiem umyślnie ułożyli tematycznie dni festiwalowe, bo na Parku już czekało kolejne stonerowe pierdolnięcie w postaci Electric Wizard. Widziałem koncert w 2023 roku, wiedziałem, czego się spodziewać, i znów było bardzo dobrze. Z miejscem nie miałem aż tak źle, jak dzień wcześniej na Cavalerach, ale wciąż daleko od ideału, tj. gdzieś przy strefie gastro. Mam nadzieję, że przyjadą do nas kiedyś jeszcze na własny koncert.
Jako że miałem blisko do ulotnienia się z Parka, to wyszedłem zająć miejsce na "zespole zamykającym dzień na Main Stage". Od początku ogłoszeń na 2026 rok, kiedy przekazano, że Zakk ze swoim zespołem dostanie pozycję headlinera, miałem duże wątpliwości co do tego wyboru i po zakończeniu koncertu zostały tylko utrzymane. Z Black Label Society mam taką relację, że w dyskografię się specjalnie nie zagłębiałem, bo widziałem kiedyś na żywo u Owsiaka w 2015 i mnie nie zachwyciło, a wręcz to autofeliatto w wykonaniu Zakka było męczące na dłuższą metę. Tym razem tyle masturbacji gitarowej nie było, nawet te solówki grane stojąc na fortepianie czy tribute dla Ozzy"ego były całkiem spoko, ale ogólnie był to po prostu niezły, co najwyżej dobry, koncert i dalej nie rozumiem skąd ten hype na Zakka i status headlinera. Dla mnie BLS mogłoby dostać jakiś wcześniejszy godzinny slot, np. w porze Corrosion of Conformity, a 1,5h oddać któremuś z dwóch poprzednich zespołów. No ale patrząc na wszystkie pozytywne komentarze w socialach, to jestem chyba osamotniony w tym zdaniu.
Na szczęście nastąpił szybki powrót do udanych koncertów, mianowicie na Park Stage wystąpił Carpenter Brut. To był mój czwarty raz z panem Cieślą i chyba najlepszy do tej pory. Na początku weszły chyba kawałki z nowej płyty, z którą się jeszcze nie zapoznałem, bo czuć było nową moc i świeżość w samych graniu oraz wizualizacjach. Szkoda, że na jesiennej trasie nie ma Warszawy w planach, bo chętnie wybrałbym się znowu.
Ostatni dzień miałem zaplanowany ciut luźniejszy niż poprzednie, więc zacząłem od pożegnalnego spaceru po terenie festiwalu. Wpadłem do Drizzly Grizzly, gdzie akurat trafiłem na spotkanie z organizatorami festiwalu. Z ciekawostek, które wypałem: tegoroczna edycja, czyli stoczniowy max. pojemności, to ok. 14 tys. osób. Jeśli dobrze pamiętam, to w 2023 roku mówiono bodajże o 10 tys. uczestników, co by tłumaczyło większy tłoku rok do roku. Tamta edycja, z tymi ok. 10 tys. ludzi, mam wrażenie była optymalna pod względem objętości, teraz już chyba nikt nie miał wątpliwości, że Stocznia jest za ciasna, a popyt przewyższa podaż, bo na dzień z Megadejvem było jeszcze więcej chętnych. Drugą ciekawostką jest plan zakładający postawienie dalej 5 scen w nowej lokazalizacji, ale bez wykorzystania samego stadionu lub hal Expo. Ciężko mi to sobie wyobrazić, więc wolę poczekać na konkrety w przyszłym roku.
Z innych atrakcji, to wszedłem na chwilę do B90 i po kilku minutach przypomniałem sobie, jak bardzo się cieszę, że nie miałem potrzeby być tam na żadnym koncercie w tym roku. Rzuciłem też okiem na wystawę na piętrze - spoko, że takie coś jest, ale zeszłoroczna była dużo lepsza - oraz do piwnicy na retro games - dalej nie rozumiem po co spędzać czas na graniu w gierki w trakcie tak dobrych koncertów - by w końcu ustawić się pod Desert Stage na występ Scour. Muszę przyznać, że przed ogłoszeniem tej nazwy na tegorocznym Mystiku nie znałem w ogóle tego projektu p. Anselmo. Jak się zgłębiłem w temat, to się przestałem dziwić, ponieważ, wg portalu wyroczni, od momentu założenia tego projektu, jego członkowie nie dobili do nawet 20 występów na żywo, Mystic ściągnął więc nie lada rarytas. Sam występ był bardzo specyficzny, mianowicie widać było, że występy z tym projektem na żywo są całkowitą rzadkością, bo Anselmo... śpiewał teksty z kartki. Miał kartkę na każdy kawałek, a po każdym wykonaniu miętolił kartkę w rękach i rzucał w publiczność. Fani fantów mogli się nieźle obłowić, tym bardziej, że do zabawy chętnie przyłączył się gitarzysta, który też po każdym kawałku wyrzucał w publiczność wszystkie kostki ze statywu, a następnie wychodził techniczny i mu skrupulatnie uzupełniał braki. Nie raz dostał owacje z tego powodu (ja oczywiście z moim szczęściem nic nie złapałem). Jeśli chodzi o wrażenie muzyczne, to ciężko ocenić, bo był to dosyć charakterystyczny występ dla muzyki z pogranicza black, death metalu i grindcore'u, tj. bez dobrej znajomości utworów, ciężko mieć jakieś konstruktywne wnioski i oceny, a przez 50 minut wcisnęli jakieś 15 kawałków. Może kiedyś się zagłębię w dosyć skromną dyskografię, na razie ten koncert potraktowałem jako eklektyczną ciekawostkę.
Przechodząc z Desert Stage na Maina, trafiłem na kawałek koncertu Pain - bardzo lubię ten projekt p. Tägtgrena, ale jako że już go widziałem na żywo i być może w niedalekiej przyszłości zobaczę znowu, to tym razem z oczywistych clashowych względów odpuściłem. Wolałem się czym prędzej udać pod główną scenę, aby się ustawić na zespół, którego dziwnym trafem jeszcze na żywo nie widziałem, mianowicie Mastodon. Z jednej strony miałem pewne oczekiwania, jako że lubię ich muzykę w wersji studyjnej, ale z drugiej obawy, biorąc pod uwagę śmierć Hindsa. Na szczęście koncert okazał się bardzo dobry. Jako że nie widziałem ich wcześniej na żywo, to ciężko mi porównywać, ale można było odnieść wrażenie, że po śmierci Brenta grają z jednej strony z pewnym dystansem i refleksją, a z drugiej dodatkowym zaangażowaniem i docenieniem gry w zespole. Nagłośnienie bardzo dobre, set przekrojowy, teraz czekam na headlinerski koncert z trasą promującą nową płytę.
Następnie nadszedł czas na tegorocznego rodzynka, a właściwie cały sernik z rodzynkami (to oczywiście komplement, bo rodzynki są zajebiste), czyli Saxon. W wielu dyskusjach było już mielone to, że organizatorzy Mystika nie lubują się w klasycznym heavy, a preferują inne odmiany metalu, natomiast zawsze przynajmniej jedną ikonę tradycyjnych metalowych brzmień starają się ściągnąć (Judas, Danzig, Accept, W.A.S.P.) i w tym roku padło na niezastąpionego Biffa z ekipą (uczciwie trzeba przyznać, że po odejściu Paula Quinna to w pewnym sensie jest "Biff with some other guys playing classic Saxon" skoro na 13 kawałków w secie aż 8 jest z płyt, przy powstawaniu których z obecnego składu nie było nikogo poza Biffem). Jak zawsze było zajebiście, nawet kotletowy set wszedł dobrze, choć wiadomo, że headlinerskie koncerty lepsze. Mam nadzieję, że na takowy niedługo wpadną z jakąś nową trasą i zagrają też coś innego niż kotlety, szczególnie przydałoby się więcej utworów z lat 1997-2011.
Pod koniec Krzyżowca udałem się z powrotem pod Main Stage, aby zająć sensowne miejsce pod planowane show na zakończenie koncertów na największej scenie w Stoczni, czyli koncert Behemotha. Adasia i Spółkę widziałem już w 2023 roku i byłem pozytywnie zaskoczony, jako że studyjnie niewiele ich słucham. Wiadomo, wtedy grali jeszcze przy pełnym słońcu, więc nie było aż takich wrażen wizualnych. Tutaj dostali noc tak ciemną jak poglądy Nergala o polskim Kościele, więc mogli się w pełni wykazać. Tl;dr sprawdzili się. Pod względem technicznego wykonania absolutny top, tym bardziej nie dziwię się teraz popularności Behemotha na całym świecie. Set akurat dla zespołowych januszy, takich jak ja, tj. zagrali te najpopularniejsze i najlepsze kawałki z ostatnich płyt, czyli te, które w większości znam i lubię, ale czytałem, że niektórzy byli rozczarowani, że Adaś nie zmienił nic w secie, było to samo, co podczas ostatniego legu w USA, a niektórzy liczyli na jakieś niespodzianki w domu. Setowo może ich nie było, ale część koncertu na scenie B, ulokowanej na wieżyczce dźwiękowców, na pewno przejdzie do historii, bo pewnie każdemu na widowni zapadła w pamięć. Pomimo kilku setek koncertów na koncie, takiego pomysłu do tej pory nie widziałem, tutaj wyrazy uznania dla zespołu. Natomiast momentami miałem takie wrażenie, że każdy element koncertu, każdy utwór, ruch sceniczny i efekt specjalny, to wynik dokładnie przemyślanej decyzji biznesowej, a niekoniecznie inwencja twórcza i chęć robienia muzyki dla samego grania muzyki, a nie dla jakichś celów biznesowych. No cóż, biorąc pod uwagę, jak to się Adasiowi opłaca, to raczej nie należy się spodziewać zmian w tym względzie.
Dobrym pomysłem organizatorów było ustawienie na ostatni koncert festiwalu The Gathering. Bardzo ładny i nastrojowy koncert, szczera radość Anneke z przyjęcia i piękne zwieńczenie tegorocznego Mystika. Nie wiem, czy dam radę się wybrać na solowy koncert Anneke w tym roku, bo akurat na ten weekend mam już inne plany, ale postaram się to zrobić, bo jeśli będzie chociaż w połowie tak dobrze jak na The Gathering, to dalej będzie warto.
Podsumowując, było dobrze. Może nie wybitnie, nie było chociaż jednego tak dobrego koncertu jak King Diamond rok temu, ale wciąż zaliczyłem dużo dobrych brzmień i występów. Z największych minusów: wspomniany Park, który kompletnie się nie sprawdza przy takim harmonogramie oraz frekwencji, oraz część publiki, mianowicie palacze w tłumie (chociaż tutaj i tak nie było takiej tragedii jak w Czechach w kolejnym tygodniu, o czym w innej relacji) oraz najebane knury, na siłę robiące zamieszanie wpadając na innych. Już się przyzwyczaiłem, że na większości koncertów jest pogo, nawet przy muzyce, przy której teoretycznie nie powinno to pasować, ale jak rzeczywiście jest miejsce na pogo i wystarczająco dużo chętnych, aby je robić. Natomiast byłem świadkiem sytuacji, w których chętnych na obijanie się o innych akurat nie ma, a taki knur, który ewidentnie już za dużo wypił, wpada na siłę w ludzi, bo myśli, że to najlepsza zabawa na świecie. Jakby taki osobnik nie był taki gruby i spocony, to najchętniej wypierdoliłbym za bramę i zadzwonił po odstrzał dzikiej zwierzyny.
Poza tymi małymi mankamentami, to wciąż jest to świetny festiwal. Sensowna relacja jakości do ceny, wiele dobrych nazw, klimat Stoczni niepodrabialny, brak wpadek organizacyjnych (przynajmniej u mnie, z relacji powyżej wiem, że jednak się zdarzały) i przede wszystkim lokalizacja w samym wspaniałym Gdańsku. Mam wątpliwości co do zmiany na Letnicę, ale jednak większość tych plusów powinna pozostać, a jest szansa na zlikwidowanie problemów z Parkiem.
Jeszcze nie wiem, czy się wybiorę na edycję w 2027 roku, bo myślę też nad kolejną wizytą w Czechach na Rock for People. Ciekawe, że oba festiwale się zamieniły weekendami, raczej wątpię, aby to było zsynchronizowane, bo jednak line-upy mało się pokrywają. Zobaczymy jakie będą ogłoszenia, bo w tegorocznej edycji po raz kolejny najciekawsze były zespoły z drugiej linii plakatu. Z jednej strony ok, fajne pod wględem łowienia perełek, ale z drugiej, skoro ci headlinerzy i tak są, to jednak chciałbym zaliczyć jakiś wyrywający z butów występ, jak to było z Kingiem rok temu czy Gojirą w 2023, żeby poczuć, że ten najlepszy slot całego festiwalu był w pełni wykorzystany, czego zdecydowanie nie czułem w tym roku. Zobaczymy, jak ściągną tego Slayera, to wszystkie wątpliwości ulecą momentalnie
Środę zacząłem od... długiej kolejki do merchu. Nie chcąc powtórzyć błędu z zeszłego roku, gdy najlepsze wzory rozeszły się od razu pierwszego dnia, postanowiłem odhaczyć ten punkt planu od razu. Organizatorzy ułatwili mi też to zadanie składem Warm-up Day. W poprzednich dwóch latach można było nieironicznie postawić mało kontrowersyjną tezę, że dzień teoretycznie rozgrzewkowy był w sumie najlepszy z całej czwórki. W tym był za to zdecydowanie najsłabszy. Stojąc w kolejce po koszulkę posłuchałem i pooglądałem na telebimie trochę koncertu Kublai Khan TX. Jak na metalcore nie brzmiało to źle, ale wciąż nie znaczy, że brzmiało dobrze. Dalej jednak trochę lepiej niż niektóre metalcore'owe wynaturzenia, o których jeszcze w tej i kolejnych relacjach napiszę. Po zakupienia koszulki i kubka, można było się wybrać na pierwszy koncert pod sceną, a dokładniej na Grave. Nie są to moje klimaty i po występie też nimi nie zostały. Ot, solidne deathowe granie, średni dźwięk na Desercie nie pomagał w odbiorze. Pod koniec wybrałem się pod Park Stage, gdzie w końcu można było uświadczyć jakiegoś dobrego koncertu, mianowicie Six Feet Under. Po tych niecałych 60 minutach absolutnie się już nie dziwię komentarzom, mówiącym o tym, że Barnes to jeden z najlepszych, jak nie nawet najlepszy w ogóle, growlerów w metalu. Gość jakby od niechcenia wydobywał z siebie naprawdę niesamowite dźwięki. Patrząc na niego dawał mi trochę vibe'u Marka Hamilla z alternatywnej rzeczywistości, w której zamiast w Hollywood postanowił zrobić karierę w death metalu. Dodatkowo nagłośnienie było już bardzo dobre i wyszedłem naprawdę ukontentowany. Następnie udałem się na mój jedyny w tegorocznej edycji koncert na nowej-starej Void Stage. A.A. Williams widziałem już w tym roku w VooDoo, więc wiedziałem, czego się spodziewać. Koncert na Mystiku nie miał aż takiego klimatu jak w ciasnej piwnicy, ale wciąż było bardzo eklektycznie. Dodatkowo jeden numer poleciał premierowo live, za co tym bardziej będzie się ten występ pamiętać. Jak pani A. przyjedzie następnym razem do Polski, to znowu chętnie się wybiorę. Okazuje się, że długo nie będę musiał czekać, bo już w grudniu będzie z Chelsea Wolfe.
Następnie nadszedł czas na pierwszy rozczarowujący koncert tej edycji w wykonaniu "headlinera" Dnia 0. Ice Nine Kills widziałem już przed Metą na Narodowym, więc wiedziałem na jakiej wysokości postawić oczekiwania, a i tak nie zostały spełnione. Paradoksalnie słaby dźwięk i widok w Studni dał mylne lepsze pierwsze wrażenie. Tutaj wszystko było już słychać dobrze, więc można było się przekonać jak bardzo przeciętny jest to metalcore. Całośc brzmiało jakby celem tych "utworów" było nagranie jak najwięcej potencjalnych momentów (refrenów, blastów, krzyków) pod rolki na tiktoka, a nie jako muzykę samą w sobie. Co do scenek aktorskich i przerywników, to idealnie to podsumowuje pewnie złoty komentarz: "taki Gwar dla millenialsów z korpo". Zwykle lubię fajnie zrobione przerywniki między utworami, ale tutaj było ich za dużo i część była kompletnie z dupy. Kolejnego razu z nimi raczej nie przewiduję, a widać, że fanów mają, skoro kolejny gig będzie już w małej arenie w Gliwicach.
Ostatni koncert pierwszego dnia okazał się za to być jednym z największych pozytywnych zaskoczeń całego festiwalu. Fanem gruzu nie jestem, ale Kanonenfieber pokazał mi, że może jednak powinienem zostać. Nadspodziewanie dobrze wpadające w ucho kawałki, które, miałem wrażenie, były skompowane 10 razy lepiej niż zlepki niepasujących do siebie refrenów i napierdoli po instrumentach, które zaprezentowało chwilę wcześniej Ice Nine Kills. Po drugie, Desert Stage tym razem brzmiał bardzo dobrze, nie miało się wrażenia ściany dźwięku, słychać, że nagłaśniał to ktoś, kto wie, jak takie ekstremalne brzmienia brzmieć powinny. Sama vibe zespołu, tj. zamaskowani żołnierze z okresu I WŚ robią dodatkowy klimat, tak jak to napisałx Pasiastx "gdyby Sabaton byłby dobrym zespołem, to grałby jak Kanonenfieber" - nie ukrywam bardzo rozśmieszył mnie też komentarz. Przy tej intensywności grania, dobrze robiły ciut dłuższe przerwy między utworami i te 40 minut z kawałkiem było w pełni wystarczające. Może kiedyś się wybiorę ponownie.
Drugi dzień, tzw. "Thrash Day" miałem zacząć już od Heathen, ale trochę się nie wyrobiłem w ciągu dnia, więc dotarłem dopiero na Overkill. Pierwsze wrażenie świetne, ale po jakimś czasie trochę na jedno kopyto zaczął brzmieć ten thrash i pod koniec miałem już takie myśli: "no spoko, ale poszedłbym na coś innego". Tym czymś było w rozpisce Decapitated i niestety to było chyba moje największe rozczarowanie festiwalu. Kiedyś, gdzieś po wydaniu Blood Mantra, słuchałem ich całkiem sporo, występ u Owsiaka z 2016 roku do dzisiaj wspominam z zachwytem, ale potem straciłem z radaru. Teraz nawet ciężko mi było powiedzieć co grali, bo była jedna wielka okropna ściana dźwięku. W muzyce, gdzie na pierwszym miejscu powinno było słychać gitarę Vogga, potem wokal, a dopiero potem resztę, perkusja z basem zagłuszały wszystko i nawet zatyczki tutaj niewiele pomogły. Szkoda, może przy innej okazji będzie lepiej, a przecież Park Stage dało się bardzo dobrze nagłośnić, co pokazało parę kolejnych zespołów.
Na szczęście negatywne wrażenia z Decapitated szybko zatarł koncert, który był bardzo wysoko na mojej liście oczekiwań przed festiwalem, a mianowicie Anthrax. Nigdy nie rozumiałem tych komentarzy, że nie należy im się miejsce w Big 4. Ja tam ich uwielbiam, złoty okres z Belladonną to kopalnia zajebistej muzyki. Na żywo niestety grają ograniczony zestaw kotletów, ale jako że nie widziałem ich na żywo kilkanaście lat, to mało mi to przeszkadzało. Forma zespołu zajebista, nagłośnienie bardzo dobre, kontakt z publiką Belladonny i Iana też, szkoda jedynie, że w secie nie ostało się Be All, End All, bo uwielbiam ten kawałek. Mam nadzieję, że przyjadą do nas w przyszłym roku z headlinerskim występem.
Pomimo wysoko postawionej poprzeczki, poziom koncertów po Wągliku nie spadł, bo na scenie pojawili się bracia Cavalera. Tutaj trzeba w końcu powiedzieć o, jak to lubią mówić Brytole, "Elephant in the room". Jak ktoś będzie płakał za Stocznią, to trzeba mu przypomnieć warunki oglądania koncertów na Parku. Jako że dostałem do końca Anthraxu i następnie zrobiłem wycieczkę po wodę, to jak się chciałem ustawić z powrotem pod Park Stage, to ciężko było w ogóle znaleźć miejsce, z którego było widać cokolwiek na scenie, nie mówiąc o jakichś komfortowych warunkach. Z tego powodu posiedziałem sobie trochę na trawce po drugiej stronie ulicy, koncentrując się na odpoczynku i walorach dźwiękowych. Na szczęście w tym względzie się nie zawiodłem, koncert brzmiał potężnie. Nie widziałem dawno Maxa na żywo i zdziwiłem się mocno, że tak schudł i się ewidentnie postarzał, a zwykle dobry humor i uśmiech na twarzy zastąpiło wrażenie zmęczenia życiem. Z drugiej strony, w jakiś sposób to spowodowało, że całe Chaos A.D. wypadło fenomenalnie na żywo i nieironicznie zastanawiam się, czy nie pójść drugi raz w Warszawie, aby w dobrych warunkach przeżyć to jeszcze raz. W ogóle to jest świetne podsumowanie Park Stage, skoro Progresja, ze wszystkimi swoimi mankamentami, oferuje wręcz luksusowe warunki do oglądania koncertu w porównaniu do mystikowego Parku. Pod koniec coveru Sabbath udałem się już z powrotem pod Maina, zająć odpowiednie miejsce na Megadeth. Rudy nie zagrał aż tak dobrego koncertu jak 2 lata temu, słychać było wyraźnie słabszą formę wokalną i nie aż taką żyletę dźwiękową, ale wciąż na wysokim poziomie. Jeśli dobrze pamiętam, to w 2024 miał też jakieś wizualicje za plecami, a tutaj skromną płachtę z logiem zespołu. Nadrobił za to trochę setem, spodziewałem się, że poza 3 kawałkami z nowej płyty będzie kopiuj-wklej sprzed 2 lat, a ostatecznie aż 7 zmian było, w tym cover wiadomego zespołu. Widać było za to bardzo dobry humor Dave'a, jestem skłonny uwierzyć, że szczerze lubi grać w Polsce, pewnie ta złota płyta zadziałała jako dodatkowy bodziec
Na koniec czekało mnie pierwsze spotkanie z Blood Incantation. Miałem już wybrać się w zeszłym roku do Progresji, żeby sprawdzić skąd ten hype się bierze, ale się wtedy rozchorowałem. Tym razem już mogłem się oczarować niesamowitymi dźwiękami oferowanymi przez panów z Kolorado. Nie dziwię się już skąd taka popularność, chętnie powtórzę to misterne doświadczenie jeszcze raz jak będzie okazja.
Trzeci dzień nie był łaskawy pogodowo, więc odpuściłem sobie Coronera, aby jakoś przetrwać do końca dnia w deszczu. Na szczęście nie muszę wiele żałować, skoro panowie przyjadą z powrotem do Polski w październiku. W Stoczni pojawiłem się więc na Corrosion of Conformity. Słyszałem mieszane opinie o tym koncercie, a mi się to crossoverowe granie bardzo podobało, chętnie bym się wybrał na pełny klubowy koncert. Następnie czekało mnie potwierdzenie, że death metal na Park Stage da się jednak dobrze nagłośnić w postaci Death to All. Z Death mam taką relację, że bardziej szanuję niż regularnie słucham, ale taką okazję trzeba było zaliczyć. Koncert bardzo dobry, ale jednak wiadomo, że to coverband i w tej dyskusji o takich tribute projektach, to jednak dalej stoję na stanowisku, że tego typu zespoły powinny być dodatkiem na festiwalach, ew. grać swoje własne klubowe koncerty, i liczę, że nie będą dominować line-upów festiwali w najbliższych latach, niezależnie od tego jak dobrze się ich słucha na żywo, a takiego Death to All słucha się dobrze.
Przed festiwalem, na liście koncertów, na które najbardziej czekam, bardzo wysoko były oba projekty Łysego Hailowicza, tj. pana Phila H. Anselmo. Pierwszym z nich był bardziej znany i lubiany Down. Mogę powiedzieć, że oczekiwania zostały spełnione. Co prawda bardzo głośno było na Mainie i nawet w zatyczkach czuć było to potężne pierdolnięcie, ale wciąż w akceptowalnych warunkach. Bardzo fajne stonerowe granie, dobra forma Philipa, a jam na koniec z udziałem członków innych zespołów wprowadził taki dodatkowy pierwiastek zajebistości. Mam nadzieję, że na kolejną wizytę nad Wisłą nie będzie trzeba czekać aż 13 lat, bo chętnie i ją zaliczę.
Organizatorzy całkiem umyślnie ułożyli tematycznie dni festiwalowe, bo na Parku już czekało kolejne stonerowe pierdolnięcie w postaci Electric Wizard. Widziałem koncert w 2023 roku, wiedziałem, czego się spodziewać, i znów było bardzo dobrze. Z miejscem nie miałem aż tak źle, jak dzień wcześniej na Cavalerach, ale wciąż daleko od ideału, tj. gdzieś przy strefie gastro. Mam nadzieję, że przyjadą do nas kiedyś jeszcze na własny koncert.
Jako że miałem blisko do ulotnienia się z Parka, to wyszedłem zająć miejsce na "zespole zamykającym dzień na Main Stage". Od początku ogłoszeń na 2026 rok, kiedy przekazano, że Zakk ze swoim zespołem dostanie pozycję headlinera, miałem duże wątpliwości co do tego wyboru i po zakończeniu koncertu zostały tylko utrzymane. Z Black Label Society mam taką relację, że w dyskografię się specjalnie nie zagłębiałem, bo widziałem kiedyś na żywo u Owsiaka w 2015 i mnie nie zachwyciło, a wręcz to autofeliatto w wykonaniu Zakka było męczące na dłuższą metę. Tym razem tyle masturbacji gitarowej nie było, nawet te solówki grane stojąc na fortepianie czy tribute dla Ozzy"ego były całkiem spoko, ale ogólnie był to po prostu niezły, co najwyżej dobry, koncert i dalej nie rozumiem skąd ten hype na Zakka i status headlinera. Dla mnie BLS mogłoby dostać jakiś wcześniejszy godzinny slot, np. w porze Corrosion of Conformity, a 1,5h oddać któremuś z dwóch poprzednich zespołów. No ale patrząc na wszystkie pozytywne komentarze w socialach, to jestem chyba osamotniony w tym zdaniu.
Na szczęście nastąpił szybki powrót do udanych koncertów, mianowicie na Park Stage wystąpił Carpenter Brut. To był mój czwarty raz z panem Cieślą i chyba najlepszy do tej pory. Na początku weszły chyba kawałki z nowej płyty, z którą się jeszcze nie zapoznałem, bo czuć było nową moc i świeżość w samych graniu oraz wizualizacjach. Szkoda, że na jesiennej trasie nie ma Warszawy w planach, bo chętnie wybrałbym się znowu.
Ostatni dzień miałem zaplanowany ciut luźniejszy niż poprzednie, więc zacząłem od pożegnalnego spaceru po terenie festiwalu. Wpadłem do Drizzly Grizzly, gdzie akurat trafiłem na spotkanie z organizatorami festiwalu. Z ciekawostek, które wypałem: tegoroczna edycja, czyli stoczniowy max. pojemności, to ok. 14 tys. osób. Jeśli dobrze pamiętam, to w 2023 roku mówiono bodajże o 10 tys. uczestników, co by tłumaczyło większy tłoku rok do roku. Tamta edycja, z tymi ok. 10 tys. ludzi, mam wrażenie była optymalna pod względem objętości, teraz już chyba nikt nie miał wątpliwości, że Stocznia jest za ciasna, a popyt przewyższa podaż, bo na dzień z Megadejvem było jeszcze więcej chętnych. Drugą ciekawostką jest plan zakładający postawienie dalej 5 scen w nowej lokazalizacji, ale bez wykorzystania samego stadionu lub hal Expo. Ciężko mi to sobie wyobrazić, więc wolę poczekać na konkrety w przyszłym roku.
Z innych atrakcji, to wszedłem na chwilę do B90 i po kilku minutach przypomniałem sobie, jak bardzo się cieszę, że nie miałem potrzeby być tam na żadnym koncercie w tym roku. Rzuciłem też okiem na wystawę na piętrze - spoko, że takie coś jest, ale zeszłoroczna była dużo lepsza - oraz do piwnicy na retro games - dalej nie rozumiem po co spędzać czas na graniu w gierki w trakcie tak dobrych koncertów - by w końcu ustawić się pod Desert Stage na występ Scour. Muszę przyznać, że przed ogłoszeniem tej nazwy na tegorocznym Mystiku nie znałem w ogóle tego projektu p. Anselmo. Jak się zgłębiłem w temat, to się przestałem dziwić, ponieważ, wg portalu wyroczni, od momentu założenia tego projektu, jego członkowie nie dobili do nawet 20 występów na żywo, Mystic ściągnął więc nie lada rarytas. Sam występ był bardzo specyficzny, mianowicie widać było, że występy z tym projektem na żywo są całkowitą rzadkością, bo Anselmo... śpiewał teksty z kartki. Miał kartkę na każdy kawałek, a po każdym wykonaniu miętolił kartkę w rękach i rzucał w publiczność. Fani fantów mogli się nieźle obłowić, tym bardziej, że do zabawy chętnie przyłączył się gitarzysta, który też po każdym kawałku wyrzucał w publiczność wszystkie kostki ze statywu, a następnie wychodził techniczny i mu skrupulatnie uzupełniał braki. Nie raz dostał owacje z tego powodu (ja oczywiście z moim szczęściem nic nie złapałem). Jeśli chodzi o wrażenie muzyczne, to ciężko ocenić, bo był to dosyć charakterystyczny występ dla muzyki z pogranicza black, death metalu i grindcore'u, tj. bez dobrej znajomości utworów, ciężko mieć jakieś konstruktywne wnioski i oceny, a przez 50 minut wcisnęli jakieś 15 kawałków. Może kiedyś się zagłębię w dosyć skromną dyskografię, na razie ten koncert potraktowałem jako eklektyczną ciekawostkę.
Przechodząc z Desert Stage na Maina, trafiłem na kawałek koncertu Pain - bardzo lubię ten projekt p. Tägtgrena, ale jako że już go widziałem na żywo i być może w niedalekiej przyszłości zobaczę znowu, to tym razem z oczywistych clashowych względów odpuściłem. Wolałem się czym prędzej udać pod główną scenę, aby się ustawić na zespół, którego dziwnym trafem jeszcze na żywo nie widziałem, mianowicie Mastodon. Z jednej strony miałem pewne oczekiwania, jako że lubię ich muzykę w wersji studyjnej, ale z drugiej obawy, biorąc pod uwagę śmierć Hindsa. Na szczęście koncert okazał się bardzo dobry. Jako że nie widziałem ich wcześniej na żywo, to ciężko mi porównywać, ale można było odnieść wrażenie, że po śmierci Brenta grają z jednej strony z pewnym dystansem i refleksją, a z drugiej dodatkowym zaangażowaniem i docenieniem gry w zespole. Nagłośnienie bardzo dobre, set przekrojowy, teraz czekam na headlinerski koncert z trasą promującą nową płytę.
Następnie nadszedł czas na tegorocznego rodzynka, a właściwie cały sernik z rodzynkami (to oczywiście komplement, bo rodzynki są zajebiste), czyli Saxon. W wielu dyskusjach było już mielone to, że organizatorzy Mystika nie lubują się w klasycznym heavy, a preferują inne odmiany metalu, natomiast zawsze przynajmniej jedną ikonę tradycyjnych metalowych brzmień starają się ściągnąć (Judas, Danzig, Accept, W.A.S.P.) i w tym roku padło na niezastąpionego Biffa z ekipą (uczciwie trzeba przyznać, że po odejściu Paula Quinna to w pewnym sensie jest "Biff with some other guys playing classic Saxon" skoro na 13 kawałków w secie aż 8 jest z płyt, przy powstawaniu których z obecnego składu nie było nikogo poza Biffem). Jak zawsze było zajebiście, nawet kotletowy set wszedł dobrze, choć wiadomo, że headlinerskie koncerty lepsze. Mam nadzieję, że na takowy niedługo wpadną z jakąś nową trasą i zagrają też coś innego niż kotlety, szczególnie przydałoby się więcej utworów z lat 1997-2011.
Pod koniec Krzyżowca udałem się z powrotem pod Main Stage, aby zająć sensowne miejsce pod planowane show na zakończenie koncertów na największej scenie w Stoczni, czyli koncert Behemotha. Adasia i Spółkę widziałem już w 2023 roku i byłem pozytywnie zaskoczony, jako że studyjnie niewiele ich słucham. Wiadomo, wtedy grali jeszcze przy pełnym słońcu, więc nie było aż takich wrażen wizualnych. Tutaj dostali noc tak ciemną jak poglądy Nergala o polskim Kościele, więc mogli się w pełni wykazać. Tl;dr sprawdzili się. Pod względem technicznego wykonania absolutny top, tym bardziej nie dziwię się teraz popularności Behemotha na całym świecie. Set akurat dla zespołowych januszy, takich jak ja, tj. zagrali te najpopularniejsze i najlepsze kawałki z ostatnich płyt, czyli te, które w większości znam i lubię, ale czytałem, że niektórzy byli rozczarowani, że Adaś nie zmienił nic w secie, było to samo, co podczas ostatniego legu w USA, a niektórzy liczyli na jakieś niespodzianki w domu. Setowo może ich nie było, ale część koncertu na scenie B, ulokowanej na wieżyczce dźwiękowców, na pewno przejdzie do historii, bo pewnie każdemu na widowni zapadła w pamięć. Pomimo kilku setek koncertów na koncie, takiego pomysłu do tej pory nie widziałem, tutaj wyrazy uznania dla zespołu. Natomiast momentami miałem takie wrażenie, że każdy element koncertu, każdy utwór, ruch sceniczny i efekt specjalny, to wynik dokładnie przemyślanej decyzji biznesowej, a niekoniecznie inwencja twórcza i chęć robienia muzyki dla samego grania muzyki, a nie dla jakichś celów biznesowych. No cóż, biorąc pod uwagę, jak to się Adasiowi opłaca, to raczej nie należy się spodziewać zmian w tym względzie.
Dobrym pomysłem organizatorów było ustawienie na ostatni koncert festiwalu The Gathering. Bardzo ładny i nastrojowy koncert, szczera radość Anneke z przyjęcia i piękne zwieńczenie tegorocznego Mystika. Nie wiem, czy dam radę się wybrać na solowy koncert Anneke w tym roku, bo akurat na ten weekend mam już inne plany, ale postaram się to zrobić, bo jeśli będzie chociaż w połowie tak dobrze jak na The Gathering, to dalej będzie warto.
Podsumowując, było dobrze. Może nie wybitnie, nie było chociaż jednego tak dobrego koncertu jak King Diamond rok temu, ale wciąż zaliczyłem dużo dobrych brzmień i występów. Z największych minusów: wspomniany Park, który kompletnie się nie sprawdza przy takim harmonogramie oraz frekwencji, oraz część publiki, mianowicie palacze w tłumie (chociaż tutaj i tak nie było takiej tragedii jak w Czechach w kolejnym tygodniu, o czym w innej relacji) oraz najebane knury, na siłę robiące zamieszanie wpadając na innych. Już się przyzwyczaiłem, że na większości koncertów jest pogo, nawet przy muzyce, przy której teoretycznie nie powinno to pasować, ale jak rzeczywiście jest miejsce na pogo i wystarczająco dużo chętnych, aby je robić. Natomiast byłem świadkiem sytuacji, w których chętnych na obijanie się o innych akurat nie ma, a taki knur, który ewidentnie już za dużo wypił, wpada na siłę w ludzi, bo myśli, że to najlepsza zabawa na świecie. Jakby taki osobnik nie był taki gruby i spocony, to najchętniej wypierdoliłbym za bramę i zadzwonił po odstrzał dzikiej zwierzyny.
Poza tymi małymi mankamentami, to wciąż jest to świetny festiwal. Sensowna relacja jakości do ceny, wiele dobrych nazw, klimat Stoczni niepodrabialny, brak wpadek organizacyjnych (przynajmniej u mnie, z relacji powyżej wiem, że jednak się zdarzały) i przede wszystkim lokalizacja w samym wspaniałym Gdańsku. Mam wątpliwości co do zmiany na Letnicę, ale jednak większość tych plusów powinna pozostać, a jest szansa na zlikwidowanie problemów z Parkiem.
Jeszcze nie wiem, czy się wybiorę na edycję w 2027 roku, bo myślę też nad kolejną wizytą w Czechach na Rock for People. Ciekawe, że oba festiwale się zamieniły weekendami, raczej wątpię, aby to było zsynchronizowane, bo jednak line-upy mało się pokrywają. Zobaczymy jakie będą ogłoszenia, bo w tegorocznej edycji po raz kolejny najciekawsze były zespoły z drugiej linii plakatu. Z jednej strony ok, fajne pod wględem łowienia perełek, ale z drugiej, skoro ci headlinerzy i tak są, to jednak chciałbym zaliczyć jakiś wyrywający z butów występ, jak to było z Kingiem rok temu czy Gojirą w 2023, żeby poczuć, że ten najlepszy slot całego festiwalu był w pełni wykorzystany, czego zdecydowanie nie czułem w tym roku. Zobaczymy, jak ściągną tego Slayera, to wszystkie wątpliwości ulecą momentalnie


