Nie wiedziałem czy w ogóle brać się za tę relację czy nie, i nadal nie wiem, bo czuję, że nie mam mimo wszystko nic ciekawego do napisania i jeżeli ją w ogóle napiszę to będzie jak wiele innych, które niczym się nie wyróżniają. No, jedne są grafomańskie i niedbałe, inne naprawdę sprawnie napisane, które czyta się bezboleśnie, ale ta niedbałość i grafomania czasem potrafią się jednak wyróżniać, a cała sprawność techniczna i poprawność mogą być... no, po prostu poprawne i utonąć w oceanie innych poprawnych tekstów. Ktoś zaraz pomyśli pewnie
"o czym ty pierdolisz?", a ja na to odpowiem, że właściwie sam do końca nie wiem

Jakoś zacząć trzeba i o to zapewne chodzi, aby jakoś zacząć i wczuć się w to co przeżyłem zamiast tylko pisać coś w stylu
"wybrałem się do miejcowości x, zobaczyłem koncert y, setlista była nawet spoko, potem zwaliłem konia w celu wyzwolenia pokoncertowych emocji i poszedłem spać, nara". Myślałem wcześniej początkiem roku, że pewnie napiszę relację z każdego możliwego koncertu na którym będę, ale jednak do tego nie dochodzi, bo na 15 zaliczonych dni koncertowych napisałem relacje z 10, a za jakiś czas będzie 11 jak skończę tę obecną, więc za te parę minut, pół godziny czy godzinę (zależy jak uporam się z tym tekstem) ostatecznie zaniecham zrelacjonowanie 4 dni koncertowych do tej pory i do nich pewnie wrócę już przy rocznym podsumowaniu, nie chce mi się zawsze pisać relacji ze wszystkiego na czym byłem, bo nie zawsze czuję, że mam coś fascynującego do przekazania. Chociaż no, ciężko zawsze być w formie i za każdym razem napisać coś na naprawdę ultra wysokim poziomie - już pomijając to, że sam nie prezentuję szczególnie wysokiego poziomu pod tym względem, ale jak ktoś się mocno będzie nudził to zawsze może sobie zabrać czas na tej lekturze
Biorąc pod uwagę to jak zabójcze i wysokie temperatury były w ostatnich dniach doszedłem do wniosku, że jednak podjąłem dobrą decyzję z wyjechaniem do Krakowa w nocy, omijając dzięki temu prawdziwy zaduch i upał. Wstępnie, chciałem pojechać najpierw pociągiem do Pragi bezpośrednio od siebie, a potem już w czeskiej stolicy przesiąść się do flixa, który zawiózłby mnie do Pilzna, ale potem doczytałem na Bookingu, że zameldowanie się do wynajętego przeze mnie lokum możliwe jest do 20:00, a gdybym wybrał pierwotną opcję to byłbym tam prawdopodobnie ok. 21:00, więc ostatecznie zdecydowałem się na podróż z przesiadką w mieście królów, skąd do Pilzna dojechałem już bezpośrednio Flixbusem. Po drodze doczytałem, że to jest i tak self check-in, więc w sumie to żadna różnica by raczej nie była czy byłbym w tym Pilźnie przed 20 czy po 21, no ale stwierdziłem, że już chuj i niech już jest tak jak jest, a muszę dodać, że ten nocleg dużo mnie nie kosztował - ok. 280 zł za dwie noce w przeliczeniu na naszą kasę to całkiem uczciwa cena, a i do hali miałem tylko 20 minut z buta z niego. Neobus spóźnił się dobrą godzinę, bo po drodze coś tam się popsuło w tym autobusie, ale to opóźnienie było mi nawet na rękę, bo dzięki niemu krócej w Krakowie czekałem; początkowo miałem czekać tam jakieś trzy godziny na przesiadkę, a jednak czekałem "tylko dwie", ale cóż, coś tam kupiłem na drogę, załatwiłem się przed tak potężną 10-godzinną trasą, która finalnie okazała się być 11-godzinną i wpadłem na genialny pomysł, nie pamiętam czy przed wejściem do tego autobusu czy już jak w nim byłem, że posłucham Daughter of Darkness od Natural Snow Buildings, bo tak długa podróż jest perfekcyjną okazją do nadrobienia 7,5 godzinnego albumu. Ale puściłem ten krążek i po półtorej utworu (te kawałki są naprawdę długie tam) tak mnie ścięło, że zdecydowałem się wyłączyć ten loooongplay po skończeniu się pierwszego dysku i próbowałem zasnąć już wygodniej bez słuchawek na sobie, lecz było mi ciężko i nie mogłem i pół godziny później znowu te słuchawki założyłem na siebie i kontynuowałem odsłuch córki ciemności, półprzytomnie i półsennie, bo cały czas przez tę podróż przysypiałem i się budziłem nagle, lecz z przesłuchania tego wspaniałego dzieła i tak udało mi się trochę wynieść. Tak mi się spodobała ta muzyka, że wczoraj jak już wracałem to puściłem 46-minutowego kolosa Her Face Is Not Her Real Face i dobiłem siebie do niego całym trzecim i czwartym dyskiem i dodać muszę, że przez cały ten czas jak leciało Natural Snow Buildings to już mi się nie przysypiało, za to jak puściłem potem Invincible Shield to padałem jak mucha. Chciałem puścić coś energiczniejszego dla większej przytomności, ale jednak nie pomogło

I jak już jestem przy słuchaniu muzyki to muszę też wspomnieć jak świetnie się słucha melodic death metalu o nocnej porze, a szczególnie Oracle Moon, wspaniale mi się tego słuchało jak jechałem do Krakowa
Ciężko mi było przez ostatnie 2-3 godziny tej podróży w pierwszą stronę, no ale ja byle jakim wimpem (prawdopodobnie nadal jestem, ale nie byle jakim!) nie jestem i jak wojownik dotrwałem do końca! Przez cały czas byłem w stosunkowo dobrym humorze, ale jak wysiadłem na niezbyt urodziwym pilzneńskim dworcu i przeszedłem się na najbliższą stację paliw w celu załatwienia swoich najbardziej podstawowych potrzeb to nie zostałem zbyt miło powitany. No, laseczka mówi do mnie po czesku, ja jej nie rozumiem i pytam jej po angielsku o toaletę to ona z taką złością i nerwami jakimiś mi pokazuje ręką gdzie ta toaleta jest tak jakbym jej przynajmniej matkę zabił. Jak to johnny mi napisał potem, nie powinienem się tym przejmować, ale jakoś mi to nadal popsuło nastrój i potem zdenerwowany szedłem całą drogę do swojego mieszkanka, poczułem się jak absolutny śmieć, a przecież nic złego nikomu nie zrobiłem ani nic nie powiedziałem, wątpię abym nawet krzywo popatrzył. Ta interakcja po prostu sprawiła, że dawno już tak chujowo się nie czułem i dawno nie zostałem tak źle potraktowany przez obsługę czegokolwiek. Tak było mi źle, że aż nakupiłem sobie pączków, jakieś piwo zeroprocentowe (oczywiście owocowe, bo zwykłych bezsmakowych nie lubię), czeskie chipsy i się opychałem jak już mogłem się znaleźć w swojej izolacji. No, i do tego mrożoną kawę w kartoniku, która tak zajebiście mi posmakowała, że potem jeszcze ze cztery wypiłem podczas tego wypadu! Łącznie pięć tych mrożonych kaw, ale w trzech różnych wariantach i każdy mi siadł. Nie będę wspominał jak wiele samobójczych myśli znowu miałem, dawno o tym nie pisałem na tym forum i w sumie nadal w głębszy sposób nie będę tego poruszał, ale generalnie przestałem mieć ochotę na bycie tam i w ogóle całą resztę tego żywota. Więc tak, to był pierwszy wypad w tym roku podczas którego pod względem psychicznym byłem w miejscu tak złym, w którym nie byłem już dawno - ostatni raz chyba w listopadzie zeszłego roku? No, niestety tak się potrafi zdarzać, ale następnego dnia na szczęście było odrobinę lepiej.
Prawdę mówiąc, nie zwiedziłem Pilzna i nie miałem zupełnie ochoty na to, jak szedłem jakieś 48 minut z dworca do lokum i odwrotnie to nic na mnie nie zrobiło jakiegokolwiek wrażenia, miasto jak wiele innych. Architektura zadbana, w jednym miejscu nawet fajny widok na jakieś dalsze górzyste tereny był, ale ogólnie nie urwało mi wiadomej części ciała. Przed koncertem zjadłem to co kupiłem poprzedniego dnia i miałem wywalone w chodzenie po jakichś knajpach. Ot, nie robiłem nic nadzwyczajnego, po prostu słuchałem muzyki, wziąłem prysznic, wyszedłem na chwilę kupić coś do picia i jakieś niecałe półtorej godziny po tym poszedłem pod Logspeed CZ Arenę. Po przeczesaniu całego terenu tego obiektu dołączyłem do jednej jedynej kolejki, która była ustawiona, bo przy innych wejściach nie było jakiejkolwiek - jak ktoś ma bilet na trybunę to nie ma sensu, aby godzinę przed otwarciem bramek czekał na wejście, niby wydaje się to rozsądne i logiczne. I minutę przed otwarciem drzwi wydarzyło się coś, do czego nie mam słów do tej pory, bo przed żadnym koncertem coś takiego nigdy się mi nie przytrafiło. Mianowicie, było tak, że stałem w tej kolejce, a potem nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się z lewej strony chmara innych ludzi, która stanęła obok tej kolejki, w której byłem. Nie wiem co powiedzieć i co się w ogóle stało, była kolejka do jednego wejścia przez te 75 minut które stałem, a minutę przed otwarciem drzwi nagle pojawiła się kolejka do drugiego wejścia. Po prostu odpierdoliło się coś niemożliwego. Kolejka, w której stałem nie była największa, być może nawet i szansę na barierkę miałem, w najgorszym wypadku na drugi rząd, a wylądowałem w szóstym, z którego potem udało mi się jakoś do piątego przenieść. Cóż, widziałem wszystko zajebiście, byłem bliziutko tej sceny, ale nadal jednak wolałbym być bliżej i pewnie bym był bez tej kuriozalnej sytuacji. Lecz najważniejsze jednak było i tak to, że za dwie godziny zobaczę Alice Coopera, którego chciałem zobaczyć od dobrych piętnastu lat, w trakcie których nie było jakoś na to okazji, lecz przed tym musiałem jeszcze przeżyć występ zespołu Florian Grey. Było naprawdę głośno i muszę w tym miejscu wspomnieć, że zapomniałem zabrać zatyczek z mieszkania. Przypomniało mi się o nich w połowie drogi do tej hali i stwierdziłem, że nie będę się już po stopery wracał i w sumie jakiejś absolutnej tragedii nie było, po wszystkim nie piszczało mi w uszach i bólu nie czułem, ale jednak było głośno i samo nagłośnienie też trochę do życzenia pozostawiało. Najgorzej nie było, niby słyszałem wszystkie instrumenty łącznie z wokalem, ale to brzmienie i tak takie nie do końca selektywne było, wokal nie był najlepiej nagłośniony, gitara była za cicho, lecz jednak coś udało mi się z tego supportowego aktu wynieść. Podobała mi się dosyć minimalistyczna scenografia, na kurtynie nazwa zespołu i po bokach od stron odpowiednio gitarzysty i basisty nagrobki upamiętniające Edgara Allana Poe i Vincenta Price'a. Image jak to można się spodziewać po kapeli tego typu, tak jakby panowie jakiegoś Kruka się naoglądali, w ogóle taki nieco gotycki z białą farbą na ryjach muzyków. Muzycznie, po pierwszych dźwiękach ta muzyka skojarzyła mi się nieco z industrial metalem, a potem z jakimś takim radiowym rockiem/metalem, którego antyradio by się nie powstydziło. Wokalista śpiewał normalnym wokalem, a nawet i growlował, kontakt z publiką miał dobry. Szczerze, teraz nie jestem w stanie opisać tego co słyszałem, ale ogólnie podobały mi się nawet refreny w dwóch ostatnich utworach bodajże i generalnie było przyzwoicie. Nie rewelacyjnie, ale całkiem w porządku i nie powiem, że to był najsłabszy support jakiego w tym roku doświadczyłem, bo jednak nadal natrafiłem na słabsze (Kingdom of Rock czy Larmo, o was kurwa mówię xD). Nagłośnienie najlepsze nie było, jak wspomniałem, ale nadal lepsze od tego w Hali Stulecia na koncercie Avenged Sevenfold. Początek występu gwiazdy wieczoru niestety nie napawał optymizmem pod względem dźwiękowym, bo tutaj instrumenty już w ogóle nie były selektywne i wokal był prawie niesłyszalny, ale po jakichś czterech utworach się wszystko poprawiło i już do końca było lepiej, nadal nie jakoś świetnie, ale mimo wszystko lepiej i mimo tego wadliwego miksu bawiłem się naprawdę wspaniale! Poleciało sporo hitów, poza wiadomymi truciznami czy miłymi panami byłem zadowolony z usłyszenia Dangerous Tonight, Hey Stoopid czy Billion Dollar Babies, a jeszcze lepiej mi zrobiły utwory z Love It To Death, które jest być może i nawet moim ulubionym albumem Coopera, zagrano z niego cztery utwory, tylko Second Coming, podczas którego główny bohater tego występu został zgilotynowany zaraz przed School's Out, było bez wokalu, ale i tak świetnie było usłyszeć przynajmniej główny motyw z tego kawałka. Podoba mi się też to, że Cooper nie zapomniał o swoim blackoutowym okresie, bo na początek zaraz po wstępie z Hello, Hooray poleciało Who Do You Think We Are ze Special Forces, i nie wiem czy to nie była jakaś połowa tego utworu może, bo naprawdę szybko po bodajże zaledwie jednym refrenie przemienił się w Spark in the Dark. Nie wiedziałem czego spodziewać się po tym secie, bo pojęcia nie mam jak wygląda typowy set Alice'a, na Zorro's Ascent, Black Juju czy Dead Babies nie liczyłem, ale jak kiedyś przeglądałem jakieś setlisty to bardzo często pojawiało się w nich Black Widow, a we wtorek niestety zabrakło tego utworu i szkoda trochę, że nie usłyszałem Bed of Nails, bo ten utwór też uwielbiam i niemożliwością raczej nie był, chyba w zeszłym roku go nawet wykonywali, ale cóż... nie można niestety mieć wszystkiego, a dobór tych piosenek i tak mi się podobał i do nich wiadomo, że dodatkowo jeszcze było cooperowe show, w czasie którego na scenie przechadzało się wielkie monstrum frankensteina podczas, wydaje mi się, wiadomego utworu (Feed My Frankenstein), goście w maskach przypominających te Jasona z piątku trzynastego, córka Coopera prezentująca jakieś choreograficzne ruchy (spadła z podestów i coś tańczyła) podczas Only Women Bleed czy wspomniana wcześniej gilotyna. Fajnie się to wszystko oglądało, i jak wokal Coopera był bardziej słyszalny to było słychać, że jak na swoje 78 lat jest w naprawdę świetnej formie. Czy coś mnie jeszcze zaskoczyło? Smells Like Teen Spirit. Nie mam pojęcia czemu zespół ten utwór ostatnio wykonuje na koncertach, ale nie spodziewałem się go kompletnie. Wykonanie było bardzo energiczne i Cooper wokalnie poradził sobie nie gorzej od Cobaina, aranżacyjnie zupełnie nic tu nie zmieniono. Co prawda w miejsce coveru wolałbym jakiś utwór samego bohatera tej relacji, no ale dobrze się tego słuchało i tak. I jak już jestem przy coverowych kwestiach, to od dłuższego czasu chyba standardem jest na koncertach Alice'a, że School's Out jest jeszcze wydłużane o fragment Another Brick in the Wall, Part 2, tematycznie dosyć fajnie się to właściwie ze sobą łączy i aranżacyjnie też sprawnie ze sobą połączono te kawałki.
I wspomnę o jeszcze innej rzeczy, która raczej nie jest standardem, bo na tyle koncertów, na jakich byłem, nie przypominam sobie, aby w przerwie między występami czy w ogóle po wejściu do obiektu z głośników była puszczana tylko i wyłącznie muzyka głównego wykonawcy - Ba! Przed koncertem Judas Priest nie usłyszysz utworu Judas Priest czy przed koncertem Iron Maiden żadnego utworu Iron Maiden (a przynajmniej nie przypominam sobie bym słyszał przed koncertami, na których byłem), za to przed koncertem Coopera można nacieszyć swoje uszy kilkoma czy kilkunastoma utworami, których danego wieczoru nie zagra, jak Enough's Enough, Freedom, Teenage Frankenstein czy Inmates (We're All Crazy). Próbowałem sobie przypomnieć i do tej pory próbuję czy przy okazji innego wydarzenia tak się zdarzyło, ale nie, nadal nic mi nie przychodzi do głowy, więc Alice pewnie specjalnie puszcza swoje utwory, aby ten cooperowy experience był jeszcze pełniejszy, tylko szkoda, że nie zadbał przy okazji też o to, by nie było żadnego supportu

Chociaż jakby Cooper zaczął o 20:00 zamiast 21:00 to byłoby trochę jasno na jego występ, tak, ten koncert był wewnątrz, ale jednak wpadało trochę światła przez halowe okna i jak Alice zaczynał to właściwie nadal było dosyć jasno.
Podsumowując, poza paroma przykrymi sytuacjami, a przynajmniej jedną takową, nie żałuję tego wypadu i zważając na wiek Coopera, ciężko powiedzieć czy kolejna okazja na jego solowy występ się nadarzy, więc cieszę się, że z tej jednej skorzystałem. Jak w przyszłości znowu będzie gdzieś w pobliżu, szczególnie w jakiejś Pradze czy Ostrawie, generalnie tam dokąd nie byłoby jakiejś skomplikowanej logistyki, o komunikatywnej Polsce (Kraków, Warszawa, Katowice) już w ogóle nie wspominając (chyba, że dadzą go do Hali Stulecia, to odpuszczę xD), to znowu chętnie się wybiorę, a przynajmniej chętnie rozważę kolejną możliwość zobaczenia jego show.
Bardzo sporo rzucano ze sceny, jak nie kostki, to poleciało też i parę diamentowych naszyjników podczas Dirty Diamonds, dosyć daleko potrafiły polecieć, lecz niestety, ja miałem pecha i do mnie nic nie trafiło. Jak na złość, jedna kostka gdzieś za mnie poleciała, inna ze dwa rzędy przede mną. Będę zaskoczony jak do końca roku uda mi się cokolwiek wynieść z jakiegoś koncertu poza wspomnieniami i ewentualnymi biletami kolekcjonerskimi z Knock Outu albo rzeczami zakupionymi na merchu
