Dobra, bo pokrywa się z TwojąNomad pisze:bardzo dobra ,stonowana opinia ,nic dodać ,nic ująć
Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
- Mr.Hankey
- -#Lord of the flies

- Posty: 3001
- Rejestracja: śr mar 08, 2006 8:13 pm
- Skąd: Hoooowdy Hoooow
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
nie rozumiesz chyba, ta opinia jest przejrzysta, dobrze napisana i przede wszystkim konstruktywna, czyli ma to, czego nie mają opinie:
'super album, uwielbiam go!!!'
ale tak samo te:
'ale dno, głupia płyta'
a takie tu w większości
'super album, uwielbiam go!!!'
ale tak samo te:
'ale dno, głupia płyta'
a takie tu w większości
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
Nie chce mi sie cztytac całego tematu . AMOLAD jest płyta dobrą. Nie jest bardzo dobra ani wybitna nie jest tez złą . Niektóre utwoy jak np lord of light czy legacy są bardzo dobre . Mój ulubiony kawałek to jednak these colours don`t run .
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
Chciałem jeszcze dodać, że nie uważam AMOLAD za jakieś gówno czy coś podobnego. Z jednej strony ten album wpisuje sie w schemat maidenowskich krążków, z drugiej widać też jakąś inność ( tak jak każda ich płyta, która różni sie od poprzednich mniej, lub bardziej). Nie uważam go za kupe, ale też sie nim nie podniecam.
Rozumiem ludzi którym sie album podoba i troche im zazdroszcze, bo też bym tak chciał
Komuś może sie podobać taki granie; mi troche brakuje tych melodii. Taki BWN też z długimi kompozycjami, ma chyba nawet mniej "inności" niż AMOLAD, są tam jednak pyszne, harmonijne melodie. W nowej płycie mi tego brakuje, jest za wolna i za dużo tam riff-ów.
Tzn pewnie te rzeczy stałyby na drugim planie gdyby nie styl śpiewania Bruce'a, którego jakoś nie moge zrozumieć.
Na pierwszych 4 albumach uważam, że śpiewał rewelacyjnie ( tak kalsycznie ), potem na 3 kolejnych mniej już "wyciągał" górne partie, ale za to śpiewał drapieżniej, co było kontunuowane na BNW. Potem na DOD znowu jakby zapragnął śpiewać jak dawniej, ale już nie ma tej barwy i te wysokie rejestry tez nie dla niego.
Lord Of Light tylko w miare ciekawie zaśpiewał
Na koniec dadam, że jakby jadnak grali u nas to byłbym na 100% i pewnie cieszyłbym sie jak jasna cholera
Rozumiem ludzi którym sie album podoba i troche im zazdroszcze, bo też bym tak chciał
Tzn pewnie te rzeczy stałyby na drugim planie gdyby nie styl śpiewania Bruce'a, którego jakoś nie moge zrozumieć.
Na pierwszych 4 albumach uważam, że śpiewał rewelacyjnie ( tak kalsycznie ), potem na 3 kolejnych mniej już "wyciągał" górne partie, ale za to śpiewał drapieżniej, co było kontunuowane na BNW. Potem na DOD znowu jakby zapragnął śpiewać jak dawniej, ale już nie ma tej barwy i te wysokie rejestry tez nie dla niego.
Lord Of Light tylko w miare ciekawie zaśpiewał
Na koniec dadam, że jakby jadnak grali u nas to byłbym na 100% i pewnie cieszyłbym sie jak jasna cholera
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
pozwolę sobie na odrobinę polemiki z powyższą konstruktywną i jakże potrzebną niektórym forumowiczom wypowiedzią panirona...
dla mnie AMOLAD to jak najbardziej potrzebna płyta. dlaczego? chociażby dlatego, że pokazuje fanom zasłuchanym w galopadach z lat 80-tych, że zespół stać na częściowe oderwanie się od swojego typowego grania, na spóbowanie czegoś innego. to nie jest wybitna płyta... to jest nieco odmienna ale zadziwiająco dobrze brzmiąca muzyka w ich wykonaniu i mnie osobiście to odpowiada. czy zwolnienie tempa i wprowadzenie kilku 'mięsistych' riffów to już powód to wiecznego potępienia i pogrzebania żywcem?
znajduję na tej płycie ze 4-5 b.dobre kawałki - w pozostałych jest sporo świetnych pomysłów muzycznych oprawionych (to prawda) w oklepane schematy.
to i tak o niebo lepiej niż na Dance Of Death i porównywalnie ze sławionym tu Brave New World (w całości mogę przesłuchać ze 3-4 numery) - a pod względem brzmienia i produkcji obie płyty mogą się schować...
wspomniana przez panirona poprzeczka obniżała się w zasadzie od FOTD gdzie heavy metal ustąpił miejsca bluesowo-rockowym eksperymentom rodem z AC/DC poprzeplatanym 'kompozycjami' w stylu 'Judas My Guide'... 'No Prayer...' nie był więc podwaliną pod świetny album - sam w sobie jest dużo ciekawszy.
później mieliśmy chwilowy zryw w postaci 'The X Factor' - po czym poprzeczka niebezpiecznie 'zadzwoniła' o dno przy Virtual XI.
IM to spory kawał mojego życia i to co niektórzy z Was przeżywają teraz, czyli rozczarowanie, ja przeżywałem swego czasu przy FOTD (prawie nie słucham), VXI (w ogóle nie słucham) i ostatnio DOD (sporadycznie, wybrane 3 numery).
rozumiem tych, którym AMOLAD nie przypadł do gustu, jednak głoszenie i wmawianie muzycznej agonii zespołu (bo nie grają tego co grali) jest odrobinę niepoważne - podobnie wieszano psy na Paradise Lost po 'One Second', Tiamacie po 'Wildhoney' czy Metallicy po 'St.Anger' - ale nie przejmujcie się - z czasem się z takich 'recenzji' wyrasta...
cheers
dla mnie AMOLAD to jak najbardziej potrzebna płyta. dlaczego? chociażby dlatego, że pokazuje fanom zasłuchanym w galopadach z lat 80-tych, że zespół stać na częściowe oderwanie się od swojego typowego grania, na spóbowanie czegoś innego. to nie jest wybitna płyta... to jest nieco odmienna ale zadziwiająco dobrze brzmiąca muzyka w ich wykonaniu i mnie osobiście to odpowiada. czy zwolnienie tempa i wprowadzenie kilku 'mięsistych' riffów to już powód to wiecznego potępienia i pogrzebania żywcem?
znajduję na tej płycie ze 4-5 b.dobre kawałki - w pozostałych jest sporo świetnych pomysłów muzycznych oprawionych (to prawda) w oklepane schematy.
to i tak o niebo lepiej niż na Dance Of Death i porównywalnie ze sławionym tu Brave New World (w całości mogę przesłuchać ze 3-4 numery) - a pod względem brzmienia i produkcji obie płyty mogą się schować...
wspomniana przez panirona poprzeczka obniżała się w zasadzie od FOTD gdzie heavy metal ustąpił miejsca bluesowo-rockowym eksperymentom rodem z AC/DC poprzeplatanym 'kompozycjami' w stylu 'Judas My Guide'... 'No Prayer...' nie był więc podwaliną pod świetny album - sam w sobie jest dużo ciekawszy.
później mieliśmy chwilowy zryw w postaci 'The X Factor' - po czym poprzeczka niebezpiecznie 'zadzwoniła' o dno przy Virtual XI.
IM to spory kawał mojego życia i to co niektórzy z Was przeżywają teraz, czyli rozczarowanie, ja przeżywałem swego czasu przy FOTD (prawie nie słucham), VXI (w ogóle nie słucham) i ostatnio DOD (sporadycznie, wybrane 3 numery).
rozumiem tych, którym AMOLAD nie przypadł do gustu, jednak głoszenie i wmawianie muzycznej agonii zespołu (bo nie grają tego co grali) jest odrobinę niepoważne - podobnie wieszano psy na Paradise Lost po 'One Second', Tiamacie po 'Wildhoney' czy Metallicy po 'St.Anger' - ale nie przejmujcie się - z czasem się z takich 'recenzji' wyrasta...
cheers
If 50 million people say a stupid thing, it's still a stupid thing.
- likipiki
- -#Lord of the flies

- Posty: 3214
- Rejestracja: pt kwie 11, 2003 9:05 pm
- Skąd: Racibórz / Kraków
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
no, wyrasta się. szczególnie że tu większość osób krytykuje najnowszy album za chamską wtórność, odcinanie kuponów i zjadanie własnego ogona. pzdrnurni pisze:rozumiem tych, którym AMOLAD nie przypadł do gustu, jednak głoszenie i wmawianie muzycznej agonii zespołu (bo nie grają tego co grali) jest odrobinę niepoważne - podobnie wieszano psy na Paradise Lost po 'One Second', Tiamacie po 'Wildhoney' czy Metallicy po 'St.Anger' - ale nie przejmujcie się - z czasem się z takich 'recenzji' wyrasta...
Ostatnio zmieniony wt gru 12, 2006 12:15 am przez likipiki, łącznie zmieniany 1 raz.
And it's a dirty job but someone's gotta do it...
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
Taka krytyka była już obecna chyba przy poprzednich płytach? Nie bronię nikomu krytykować, stwierdzam jedynie fakt.
Jak wielokrotnie mówiłem, jestem dość bezkrytyczny w stosunku do IM, tym niemniej nie rzucam się bezmyślnie na wszystko co wypuszczą. Słuchanie zacząłem od 1 płyty, która mnie zauroczyła, kolejne były równie dobre, choć nie wszystkie od razu polubiłem. Do X Factora podchodziłem ostrożnie bo była dość trudna w odbiorze, a teraz uważam ją, za jedną z najlepszych (pierwsza ulubiona płytka - Powerslave). Później udało mi się zdobyć twórczość "po-reunijną", BNW zauroczyło mnie od 1 przesłuchania i przez długi, długi czas słuchałem jej niemal co dzień. Jakiś czas później dostałem DoD, który niezbyt przypadł mi do gustu. Bynajmniej nie był tragedią, ale to już nie było BNW. Tym niemniej po pewnym czasie również ją polubiłem, gdyż jest na niej kilka wybitnych kompozycji. No i przyszło oczekiwanie na AMOLAD. Kiedy pierwszy raz ją przesłuchałem wrażenie było piorunujące. I nie jest to efekt żadnej propagandy i nagonki mediów, bo niewiele sobie robię z recenzji prasowych. Za bezguście muzyczne również się raczej nie uważam. AMOLAD zachwycił mnie przy pierwszym przesłuchaniu bardziej niż BNW i odtąd ta płytka stale mi towarzyszy. Od dnia premiery.
Co dla mnie stanowi o jej wielkości?
1)Równy poziom utwórów - gdy próbowałem układać setlistę nie potrafiłem wyrzucić żadnego z utworów.
2)Bardzo ciekawa tematyka utworów.
3)Mocne riffy (Brighter!), ciekawe kompozycje (Legacy!) i aranżacje (For the greater...!)
4)Swoboda i radość grania (tak, tak!), połączone z forma muzyków (Nicko, Bruce)
5)Produkcja - wyraźny Harris, zaakcentowane gitary, doskonałe brzmienie.
6)Duch Maiden, który towarzyszy przez całą płytę. To charakterystyczne połączenie krytyki, opisywania rzeczy przykrych (śmierć, wojna) z obecną nutą optymizmu i nadziei. Nie żadna wesołkowatość, tylko tematy poważne, ale posiadające ten podnoszący na duchu aspekt. Np. TCDR- żołnierze pierwszej linii, uczestnicy krwawych starć, dumnie wymachują flagą w obliczu zagrożenia. Poświęcenie, odwaga, nutka patosu. Tak, to są typowe dla Maiden teksty z rodzaju tych z lat '80, jak Aces High, Trooper, lub Flash Of The Blade. To zawsze ceniłem w Maiden, brak epatowania anty-religijnością i agresją, to dobre dla innych kapel, ale nie dla IM. Nie twierdzę, że jest to beznadziejne, bo ja też lubię posłuchać cięższych kapel (jacyś fani Quorthona?) różnego rodzaju, ale to jest to co sobie cenię w Maiden. Optymizm, nadzieja.
Jak wielokrotnie mówiłem, jestem dość bezkrytyczny w stosunku do IM, tym niemniej nie rzucam się bezmyślnie na wszystko co wypuszczą. Słuchanie zacząłem od 1 płyty, która mnie zauroczyła, kolejne były równie dobre, choć nie wszystkie od razu polubiłem. Do X Factora podchodziłem ostrożnie bo była dość trudna w odbiorze, a teraz uważam ją, za jedną z najlepszych (pierwsza ulubiona płytka - Powerslave). Później udało mi się zdobyć twórczość "po-reunijną", BNW zauroczyło mnie od 1 przesłuchania i przez długi, długi czas słuchałem jej niemal co dzień. Jakiś czas później dostałem DoD, który niezbyt przypadł mi do gustu. Bynajmniej nie był tragedią, ale to już nie było BNW. Tym niemniej po pewnym czasie również ją polubiłem, gdyż jest na niej kilka wybitnych kompozycji. No i przyszło oczekiwanie na AMOLAD. Kiedy pierwszy raz ją przesłuchałem wrażenie było piorunujące. I nie jest to efekt żadnej propagandy i nagonki mediów, bo niewiele sobie robię z recenzji prasowych. Za bezguście muzyczne również się raczej nie uważam. AMOLAD zachwycił mnie przy pierwszym przesłuchaniu bardziej niż BNW i odtąd ta płytka stale mi towarzyszy. Od dnia premiery.
Co dla mnie stanowi o jej wielkości?
1)Równy poziom utwórów - gdy próbowałem układać setlistę nie potrafiłem wyrzucić żadnego z utworów.
2)Bardzo ciekawa tematyka utworów.
3)Mocne riffy (Brighter!), ciekawe kompozycje (Legacy!) i aranżacje (For the greater...!)
4)Swoboda i radość grania (tak, tak!), połączone z forma muzyków (Nicko, Bruce)
5)Produkcja - wyraźny Harris, zaakcentowane gitary, doskonałe brzmienie.
6)Duch Maiden, który towarzyszy przez całą płytę. To charakterystyczne połączenie krytyki, opisywania rzeczy przykrych (śmierć, wojna) z obecną nutą optymizmu i nadziei. Nie żadna wesołkowatość, tylko tematy poważne, ale posiadające ten podnoszący na duchu aspekt. Np. TCDR- żołnierze pierwszej linii, uczestnicy krwawych starć, dumnie wymachują flagą w obliczu zagrożenia. Poświęcenie, odwaga, nutka patosu. Tak, to są typowe dla Maiden teksty z rodzaju tych z lat '80, jak Aces High, Trooper, lub Flash Of The Blade. To zawsze ceniłem w Maiden, brak epatowania anty-religijnością i agresją, to dobre dla innych kapel, ale nie dla IM. Nie twierdzę, że jest to beznadziejne, bo ja też lubię posłuchać cięższych kapel (jacyś fani Quorthona?) różnego rodzaju, ale to jest to co sobie cenię w Maiden. Optymizm, nadzieja.
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
likipiki pisze:szczególnie że tu większość osób krytykuje najnowszy album za chamską wtórność, odcinanie kuponów i zjadanie własnego ogona
to na wypadek gdybyś nie doczytał...nurni pisze:znajduję na tej płycie ze 4-5 b.dobre kawałki - w pozostałych jest sporo świetnych pomysłów muzycznych oprawionych (to prawda) w oklepane schematy.
pozdr
If 50 million people say a stupid thing, it's still a stupid thing.
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
aha, tak jak Twoj awatar - dobry pomysł oprawiony w oklepany schemat, dobrym pomysłem jest inny link niż pozostałe takie same na tym forum.
to na wypadek, gdybyś nie rozumiał
to na wypadek, gdybyś nie rozumiał
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
u Ciebie ciągle jedno i to samo... kto nie z nami ten przeciwko nam
bez komentarzamiki pisze:aha, tak jak Twoj awatar - dobry pomysł oprawiony w oklepany schemat, dobrym pomysłem jest inny link niż pozostałe takie same na tym forum.
to na wypadek, gdybyś nie rozumiał
If 50 million people say a stupid thing, it's still a stupid thing.
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
miki pisze:rozchmurz się
If 50 million people say a stupid thing, it's still a stupid thing.
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
przecież ja nie chciałem być niemiły.
- likipiki
- -#Lord of the flies

- Posty: 3214
- Rejestracja: pt kwie 11, 2003 9:05 pm
- Skąd: Racibórz / Kraków
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
nurni, to co napisałem odnosiło się bezpośrednio do zacytowanego fragmentu.
And it's a dirty job but someone's gotta do it...
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
ok, ja tylko zwróciłem uwagę, że tej wtórności nie negujęlikipiki pisze:nurni, to co napisałem odnosiło się bezpośrednio do zacytowanego fragmentu.
If 50 million people say a stupid thing, it's still a stupid thing.
- likipiki
- -#Lord of the flies

- Posty: 3214
- Rejestracja: pt kwie 11, 2003 9:05 pm
- Skąd: Racibórz / Kraków
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
a ja nie zarzucałem Tobie, że jej nie widzisz. chciałem tylko stwierdzić, że nie spotkałem się z głosem krytyki, który zarzucałby AMOLAD zbytnią inność 
And it's a dirty job but someone's gotta do it...
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
proste pytanie i odpowiedź równie prosta NIE. nagrali już gorsze np. NPftD i FotD.
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
likipiki pisze:chciałem tylko stwierdzić, że nie spotkałem się z głosem krytyki, który zarzucałby AMOLAD zbytnią inność
to przykład pierwszy z brzegu...paniron pisze:AMOLAD na pewno bardzo sie różni od każej innej płyty ironów, szkoda tylko że srednio mi sie to podoba
ale można do tego dopiąć również opinie np autora tematu
If 50 million people say a stupid thing, it's still a stupid thing.
Re: Czy A Matter of Life and Death jest najgorszą płytą IM?
Ej no kurna, ja nie mówie że AMOLAD jest zbyt "inna" tylko, że tak jak na każdej płycie znaleść można oklepane schematy, tak samo jak można doszukać sie nowych rzeczy. Ale to jest drugi plan.
Tak jak pisałem najbardziej drażni wycie Dickinsona.
To jest chyba najbardziej nierówna płyta pod względam wokalu. Nie czepiam sie tylko "Lord Of Light". Jest też kilka fajnych momentów wśród innych kawałków, ale to za mało. Brzmienie całości mi sie jak najbardziej podoba.
Gdyby Dick śpiewał inaczej, albo śpiewał kto inny
to mysle że AMOLAD bardzo by mi sie podobał.
Tak jak pisałem najbardziej drażni wycie Dickinsona.
To jest chyba najbardziej nierówna płyta pod względam wokalu. Nie czepiam sie tylko "Lord Of Light". Jest też kilka fajnych momentów wśród innych kawałków, ale to za mało. Brzmienie całości mi sie jak najbardziej podoba.
Gdyby Dick śpiewał inaczej, albo śpiewał kto inny


