Hehehe

bawią mnie takie podsumowania, więc trochę się rozpisałem. A nawet przygotowałem do napisania tego świństwa, przypominając sobie niektóre płyty.... czego efektem jest to, że na nowo je zacząłem odkrywać i troszkę się pozmieniało
U mnie brak jakiegoś szczególnego faworyta na płytę roku. Zwycięzcą w końcu wybrałem znakomity „Memorial” Moonspella... ale to nie zmienia faktu, że nie było w tym roku płyty, która by mnie tak naprawdę poruszyła.
Faworyci, w kolejności, chyba:
1. Moonspell- Memorial
Od tej płyty zaczynałem słuchać Moonspell. Zaczęło się od tego, że w marcu Wrath i Arur
postanowili na każdej stronie NP wklejać jej okładkę, a że wcześniej często płyty których te dwa typki słuchały, mi się również podobały, postanowiłem spróbować.
Na początku było nieźle, ale jednak po paru przesłuchaniach stwierdziłem, że owszem fajne, ale nie jakieś super. Powiedziałbym, że płyta jest troszkę za długa- na początku strasznie mi się wszystko zlewało. Zacząłem słuchać Irreligious i The Antidote (który w tamtych czasach mnie usypiał

). Po jakimś czasie przeszło mi z Moonspellem.
Triumfalny powrót był chyba w czerwcu i właśnie po przesłuchaniu Memorial naprawdę wzięło mnie na Moonspell, choć po zapoznaniu się z całą dyskografią stwierdziłem, że Memorial na tle innych płyt wypada dość blado. Teraz umieściłbym ją na pewno za Antidote, Irreligious, Wolfheart, Sin/Pecado, co nie zmienia faktu, że Memorial jest świetnym albumem- po prostu Moonspell za dobre płytki wydaje. Ostatnio, gdy przypominałem sobie tegoroczne płyty, znów mnie wzięło na ten album, coś niewątpliwe w nim siedzi. Całość tworzy genialny klimat. Moje typy to Finiserra, Once It Was Ours, Blood Tells, Luna... chociaż... jak tak się zastanowić, to wszystko trzyma równy poziom. Kawał porządnego grania. W Moonspell bardzo podoba mi się, to, że praktycznie każda płyta jest inna od poprzedniej. Niby Memorial jakoś tam przypomina The Antidote, ale tam większy nacisk był położony na klimat, (choć tu również go nie brakuje), na najnowszym albumie Moonspell pokazał, że potrafi też porządnie przypierdzielić.
8,5 /10
2. Samael- Era One/Lesson In The Magic #1
Samael okrojony z gitar, na początku było to dla mnie nie do przyjęcia... teraz zupełnie nie rozumiem dlaczego... Samael po raz kolejny nagrał płytę nie podobną do swych poprzednich wydawnictw. Świetny wokal Vorpha, który tym razem udowodnił, że potrafi także całkiem nieźle śpiewać. Universal Soul stał się jednym z moich ulubionych kawałków S. Drugiej części albumu- Lesson In The Magic#1 nie słuchałem prawie wcale. Może czas zacząć...
8/10
3. Stone Sour- Come What (Ever) May
Świetna płyta. Po jej premierze wciągnąłem się w SS, lepsza od debiutu. 12 niesamowitych kawałków3 cudowne ballady, wyśmienity wokal Correya. Szkoda, że teraz będziemy musieli czekać na nową płytę pewnie kupę czasu, przez macierzysty zespół wokalisty, Slipknot, którego nie lubię. Może się rozpadną...
8/10
...i reszta chłamu, bez ocen, bez kolejności.... ale chyba widać, które płyty są mi bliższe
4. Ancient Rites- Rubicon
Płyta polecona zdaje się przez Slayera- i chwała mu za to. Bardzo mi siadł ten album, starożytny klimat dosłownie się z niego wylewa, oprócz tego bardzo słoneczny ten album mi się wydaje...no w sumie o Egipcie, ale na to dziwne skojarzenie pewnie ma również znaczenie fakt, że słuchałem go podczas lipcowych upałów. A teraz za oknem ciemno zimno i w ogóle do dupy

Chyba będę go stosował w zimie, jako zalecana przez lekarzy dzienna dawka słonecznego świtała.

Ale głupoty pieprzę. Dobra... dodam jeszcze, że wokal jest wy-śmie-ni-ty, doskonale się komponuje z muzyką, (jak dla mnie o niebo lepszy niż na wychwalanej Dim Carcosie), wpleciony gdzieniegdzie głos kobiecy ma również niemałe znaczenie w budowaniu mistycznego klimatu. Brzmienie miażdży. Uwielbiam takie riffowanie. Kawałki takie jak Templar, Rubicon, czy Invictus rozpierdzielają. Album przeżywa aktualnie u mnie swoją drugą młodość... a może raczej pierwszą, bo w lipcu zbyt długo go nie posłuchałem. Świetnie mi się wróciło do niego.
5. Trivium- Crusade
Dla mnie najlepsza płyta Trivium, wokal wreszcie strawny, muzyka też bardziej mi leży. Posłuchałem troszkę i odłożyłem. Fajne, ale na krótką metę raczej.
6. Motorhead- Kiss Of Death
Po prostu kolejna kopiąca tyłek płyta Motorhead. Nie powiem, żebym padł trupem z wrażenia, ale miło mi się jej słucha.
7. Jon Oliva’s Pain- Maniacal Renderings
Album poznałem zupełnie niedawno, na fali zachwytu Savatage i z ogromną przyjemnością stwierdzam, że dziadzio Oliva daje radę. Wokalnie nie postarzał się za bardzo, w zasadzie to zdradzają go tylko górki, których na szczęście nie ma za dużo. Ja bym wywalił wszystkie, ale widocznie wokaliści, którzy za młodu „piali” nie potrafią z tego tak łatwo zrezygnować. Znam gorsze przypadki.
Troszkę zalatuje Savatage, np. pierwszy kawałek mocno mi się kojarzy z Hall Of The Mounain King. Charakterystyczna przerwa przed refrenem, automatycznie spodziewam się usłyszeć refren z płyty Savatage, a tu niespodzianka- słyszę To the eyes of the king. Nawet słowo king się powtarza

Ogólnie kompozycje są super, jestem naprawdę mile zaskoczony. Taki tytułowy Maniacal Rendernigs wgniata w fotel. Brzmienie cięższe, niż kiedykolwiek miało Savatage, nawet podwójna stopka się pojawia, co nie znaczy, że Oliva przestał śpiewać ballady- refleksyjnych momentów jest tu także sporo.
W sumie nie ma co żałować, że Savatage nie wydaje już płyt, Jon Oliva’s Pain znakomicie wypełnia tą lukę, musze poznać resztę jego solowych albumów- chyba nie ma tego za dużo?
8. Communic- Waves Of Visual Decay
Na początku byłem szczerze zachwycony, przez tydzień słuchania jej miałem wrażenie, że to jest coś wielkiego

Pomyliłem się
Dobra płyta, kawał porządnego powermetalu z domieszkami innych różności.
9. Evergrey- Monday Morning Apocalypse
No taki sobie Evergrey

Posłuchałem trochę i szybko zapomniałem, jak o całym Evergrey zresztą

Ale wrócę do nich, na pewno.
10. Coma- Zaprzepaszczenie Wielkiej blably blablablablablów
Ciężka sprawa. Niewątpliwie świetna płyta, ale słucha mi się jej wyśmienicie raczej tylko, gdy mam odpowiedni nastrój... chociaż nie zawsze.

Lubię, nawet bardzo, ale nie rozumiem wychwalania pod niebiosa tego zespołu i tej płyty. I nie mam tu na myśli tylko forum, bo w moim środowisku też wybuchła comomania po jej wyjściu.
11. Iron Maiden- AMOLAD
Rozczarowanie roku. Nie będę się rozwodził, bo już było to wałkowane setki razy. Smutno.
No i koncertówki

Tylko dwie, oceniam tylko audio, bo niestety żadnego z tych koncertów nie widziałem na dvd.
Dream Theater- Score
Pierwsza koncertówka DT z porządnym wokalem

Fenomanalnie zagrany i zaśpiewany na początku Root Of All Evil, uwielbiam też Six Deegres Of Inner Turbulence, LaBrie poradził sobie wyśmienicie, orkiestra też robi swoje, chyba nawet lepiej wyszło niż w studiu. Do przedłużonego wstępu do Octavarium już jakby przywykłem, a reszta utworu wypada wyśmienicie.
Tylko set bym lekko zmodyfikował- wywaliłbym pare ballad, bo za dużo tego tam nawłaziło. Zamiast tego dałbym jakikolwiek kawałek z Train Of Thought....oprócz vakant, który jest na albumie
Jedna z lepszych premier tego roku, o ile nie najlepsza.
Rammstein- Volkerball
Fajne, fajne no ale jak to Rammstein- szybko się nudzi

Po wyjściu tej koncertówki, wzięło mnie znowu na ten zespół, już myślałem, że „potrzyma” mnie dłużej... ale jak zwykle po tygodniu przeszła mi wszelka ochota na słuchanie szwabów

Koncertówka bardzo udana, świetne brzmienie, niezły set. Jedynie można się niekiedy przyczepić do wokalu Tilla... a szkoda, bo to mi psuje tylko przyjemność ze słuchania.. chociaż psuje, to chyba za duże słowo, nie jest w końcu tak źle. : P mam zastrzeżenia głównie do mojego ulubionego „sonne” . Nie dość, że na wstępie nie ma szwabskiej odliczanki, to w środku tez nie jest porywająco, głownie chodzi mi o refren- za mało w nim niemieckiej dokładności.. zwrotki Links też są jakieś dziwne. Ale ogólnie super materiał. Fajne przedłużone wersje Main Teil i Reise Reise.