Co do edycji, mogli sobie darować takie "limited" z jakimiś bonusami mało namacalnymi. Wrzucili by coś w to blaszane pudełeczko, np jakiś plakat, kostkę do gitary albo jakąś frotkę (a la epka No more lies).
Co do zawartości... Właśnie jak dla mnie najlepszą częścią albumu jest jego pierwsza część (odwrotnie co do gadania dziennikarzyn, że właśnie ona jest dziwna). Krótkie, zwarte kawałki, jedynie Alchemist trochę już kaszaniarzy, ale i tak jest dobrze. Druga część to każdy kawałek jest do siebie podobny, jedynie może "When the wild wind blows" trochę się różni.
Jestem załamany tym, że chłopakom już się tak wkręciła ta progresywna jazda. Brzmi to wszystko jak jakieś Marillion na koksie. Płyta jednak lepsza niż poprzedniczka, lżejsza brzmieniowo, bardziej przestrzenna. Jednak do wywalenia jest na pewno "Isle Of Avalon" i "The Man Who Would Be King" (ten drugi jest kalką poprzednich - intro i dam dam dam, od razu przełączony).
"When The Wild Wind Blows" to obok pierwszych 4 kawałków najjaśniejszy punkt płyty i raczej maidenowe granie.
Wiadomo - stara gwardia zwyzywa ten album ("Talisman" he he he) ale dla młodych to pewno pozycja obowiązkowa, od razu gniotąca takie killery jak "Killers" czy "Powerslave".
A tak na marginesie - ten wiatr z początku ostaniego kawałka nawet nie umywa się do tego z genialnego "Alexander The Great"...




