Dzięki Paulek, sprawdzę sobie Crippled Black Phenix. God is an Astronaut znam i dość lubię.
Jest oczywiście Sigur Ros ale jak dla mnie upadli baaaardzo nisko odkąd Jonsi zaczął obnosic sie ze swoim pedalstwem....
CBP jest świetne chociaż to muza troszkę bardziej rockowa, progresywna, wielowątkowa...
Jak dla mnie I Vigilante , przedostatnia, ostatnia oraz koncerty ze Szwajcarii to jest megapoziom!!!!!
paulek pisze: Jest oczywiście Sigur Ros ale jak dla mnie upadli baaaardzo nisko odkąd Jonsi zaczął obnosic sie ze swoim pedalstwem....
Ja tam się prywatnym życiem muzyków nie interesuje, więc o ile jego prywatne upodobania nie wywołują u mnie żadnych emocji, to jego wokal jest dla mnie kompletnie niestrawny. Instrumentalnie - bardzo przyjemne ale wokal kompletnie nie w moim guście
insp. Liki pisze:Moim zdaniem Tides From Nebulla najbardziej rżną z Explosions In The sky i Red Sparowes.
Dzięki. Słucham sobie właśnie Explosions In The Sky - Take Care Take Care Take Care i czegoś takiego szukałem
Jak wyżej. Ale dla naprawdę zakręconego maniaka thrashu liczy się przede wszystkim "Pleasure To Kill". Najbardziej bezkompromisowe dzieło zespołu. Zatem: od tego rozpocząć - lub - na tym skończyć.
tomek665 pisze:Faith no more? od czego z nimi zacząć?
Według mnie najbardziej reprezentatywny album to "Angel Dust" później "The Real Thing" i "King for a Day... Fool for a Lifetime" - to taka pigułka FNM jak to Ci się spodoba to możesz się brać za następne
Close to the Edge ich najlepszy album od niego możesz zacząć, ale też Fragile, Yes Album albo genialny Going for the One, choć ku temu ostatniemu bym się skłaniał najmniej, chronologicznie też możesz zacząć, nie zaczynaj od od kilku ostatnich albumow, bo sie zrazisz raczej.
A ja bym zaczął być może trochę kontrowersyjnie od Relayer, ewentualnie od Fragile. Zresztą zależy czego się szuka w Yes. Można też zacząć od 90125, bardzo dobra płyta, a że reprezentuje zupełnie inny gatunek muzyki niż te z lat 70, to inna bajka. Na pewno nie ma sensu zaczynać od początku, bo dwie pierwsze płyty są "piosenkowe" - takie w stylu lat 60, coś w podobieństwie do pierwszego Genesis, troszeczkę do pierwszych Pink Floyd. Dopiera na The Yes album (trzecia płyta) zaczęli kombinować, ale brzmieniowo jeszcze było to surowe. A z nowszych zdecydowanie Magnification. Natomiast jeśli ktoś szuka mocniejszych brzmień (oczywiście w porównaniu do innych nagrań Yes), to polecam Drama - mimo, że bez Andersona, jest to bardzo dobry album (Machine Messiah).