Zniknął z ich muzyki ten nużący nastrój, który powodował, że od czasów „Dance of Death” nie byłem w stanie zaakceptować w całości żadnego albumu kapeli. I gdybym miał tutaj się do czegoś przyczepić, skróciłbym o połowę te trwające ponad dziesięć minut kawałki, a z „Empire of the Clouds” wyrzuciłbym nawet trzy czwarte, przede wszystkim te nic niewnoszące, kiczowate elementy symfoniczne.
W sumie wycinamy jakieś 25 minut muzyki, czyli 1/4 płyty




