100 ulubionych utworów - Vorgel
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
100 ulubionych utworów - Vorgel
Nie było łatwo wybrać, sugerowałem się więc zarówno sentymentem jak i obecnym rankingiem moich ulubionych wykonawców, z których część też oczywiście darzę sentymentem z dawnych lat.
101. Love Gun (KISS). Bonus. Moi znajomi kojarzą mnie z tym utworem, jest mi niemal przypisany. Wczoraj się o tym ostatecznie przekonałem.
100. I'll See the Light Tonight (Yngwie Malmsteen). Utwór pochodzi albumu Marching Out, to był mój pierwszy kontakt z tym wykonawcą. Ponieważ już wcześniej znałem King Diamond zadziwiło mnie jak koleś gra podobnie do Andyego LaRocque'a, którego już wówczas uwielbiałem. No ale tutaj inspiracja szła w drugą stronę.
99. Leprosy (Death). Mój pierwszy kontakt z death metalem. Nawet nie tyle ten niski strój gitar zwrócił moją uwagę, co niski i głęboki głos Schuldinera. Ten numer zawsze będzie dla mnie wizytówką całego death metalu.
98. Pleasures of the Flesh (Exodus). Drugi po Master of Puppets thrashowy album jaki usłyszałem. Numer tytułowy, jako że był pierwszy na stronie B, przewijałem i słuchałem non stop. Dopiero nieco później doceniłem też inne kawałki. Ale ten pozostanie dla mnie zawsze pierwszym tak brutalnym numerem jaki polubiłem.
97. Practice What You Preach (Testament). Nie jest to moja ulubiona płyta Testamentu, chociaż oczywiście bardzo ją lubię. Ten jednak numer uczynił mnie ich fanem, a szczególnie killerska solówka Alexa Skolnicka. Przewijałem i słuchałem w nieskończoność wiedząc, że nigdy tak nie zagram. Inna sprawa, że wówczas jeszcze nie grałem.
96. More than Meets the Eye (Europe). Tego zespołu nie mogło zabraknąć, od niego zaczęła się moja przygoda z muzyką rockową. Oczywiście najpierw był The Final Countdown, ale to Out of This World zostało przeze mnie zajechane. Pamiętam jak dostałem płytę winylową od rodziny z Holandii. Nowiusieńka, tuż po premierze. Być może byłem pierwszym posiadaczem tego krążka w oryginale w naszym kraju. Tak czy owak solówka jaką zagrał Kee Marcello w tym numerze powala na kolana.
95. Armed and Dangerous (Anthrax). Jeden z pierwszych ich numerów z jakimi się zetknąłem. To była EPka pod tym samym tytułem. Jest on też oczywiście na drugiej płycie zespołu Spreading the Disease, ale o tym dowiedziałem się nieco później. Balladowy początek z tym głosem Joeya sugeruje coś w stylu Journey, ale dalej zespół rusza z thrashowym impetem. Jak dla mnie nigdy później nie połączyli takiej melodyki z takim powerem. Chociaż następne krążki z Joeyem też bardzo lubię.
94. The Years of Decay (Overkill). Jeden z najbardziej przygnębiających utworów ever. Też nieco balladowy, ale nie brakuje w nim powera. Długi, epicki, ale nie to co u Metalliki. Overkill byli po prostu dużo lepsi. Emocjonalny głos Blitza idealnie wpasowuje się w klimat.
93. Love Me Forever (Motorhead). Jedna z dwóch ballad na 1916, ta cięższa. Nie wiem czy nie jest jeszcze bardziej przygnębiająca niż utwór Overkill, niemniej jednak zawsze uważałem ją za szczytowe osiągnięcie Lemmyego, raczej nie w jego typowym stylu. Tej płyty słuchałem w dniu premiery, raczej rzadkość w tamtych czasach.
92. Death Valley Nights (Blue Oyster Cult). Po nieudanym Agents of Fortune, zespół powrócił do formy płytą Spectres. Jest tam ten utwór. Zaczyna się niewinnie, ale w refrenie zespół gra już hard rockowo. W sumie trochę podobny eksperyment zrobią dwa lata później KISS na płycie Dynasty. Cóż, najważniejsze to zaskoczyć słuchacza.
91. Rain When I Die (Alice In Chains). W zasadzie jedyny zespół z całego tego ruchu zwanego grunge jaki akceptowałem. Ale oni od początku grali najbardziej metalowo z całego towarzystwa. Dirt to kopalnia genialnych utworów. Stonerowa zwrotka i melodyjny refren. To w zasadzie wizytówka wczesnych Aliców.
101. Love Gun (KISS). Bonus. Moi znajomi kojarzą mnie z tym utworem, jest mi niemal przypisany. Wczoraj się o tym ostatecznie przekonałem.
100. I'll See the Light Tonight (Yngwie Malmsteen). Utwór pochodzi albumu Marching Out, to był mój pierwszy kontakt z tym wykonawcą. Ponieważ już wcześniej znałem King Diamond zadziwiło mnie jak koleś gra podobnie do Andyego LaRocque'a, którego już wówczas uwielbiałem. No ale tutaj inspiracja szła w drugą stronę.
99. Leprosy (Death). Mój pierwszy kontakt z death metalem. Nawet nie tyle ten niski strój gitar zwrócił moją uwagę, co niski i głęboki głos Schuldinera. Ten numer zawsze będzie dla mnie wizytówką całego death metalu.
98. Pleasures of the Flesh (Exodus). Drugi po Master of Puppets thrashowy album jaki usłyszałem. Numer tytułowy, jako że był pierwszy na stronie B, przewijałem i słuchałem non stop. Dopiero nieco później doceniłem też inne kawałki. Ale ten pozostanie dla mnie zawsze pierwszym tak brutalnym numerem jaki polubiłem.
97. Practice What You Preach (Testament). Nie jest to moja ulubiona płyta Testamentu, chociaż oczywiście bardzo ją lubię. Ten jednak numer uczynił mnie ich fanem, a szczególnie killerska solówka Alexa Skolnicka. Przewijałem i słuchałem w nieskończoność wiedząc, że nigdy tak nie zagram. Inna sprawa, że wówczas jeszcze nie grałem.
96. More than Meets the Eye (Europe). Tego zespołu nie mogło zabraknąć, od niego zaczęła się moja przygoda z muzyką rockową. Oczywiście najpierw był The Final Countdown, ale to Out of This World zostało przeze mnie zajechane. Pamiętam jak dostałem płytę winylową od rodziny z Holandii. Nowiusieńka, tuż po premierze. Być może byłem pierwszym posiadaczem tego krążka w oryginale w naszym kraju. Tak czy owak solówka jaką zagrał Kee Marcello w tym numerze powala na kolana.
95. Armed and Dangerous (Anthrax). Jeden z pierwszych ich numerów z jakimi się zetknąłem. To była EPka pod tym samym tytułem. Jest on też oczywiście na drugiej płycie zespołu Spreading the Disease, ale o tym dowiedziałem się nieco później. Balladowy początek z tym głosem Joeya sugeruje coś w stylu Journey, ale dalej zespół rusza z thrashowym impetem. Jak dla mnie nigdy później nie połączyli takiej melodyki z takim powerem. Chociaż następne krążki z Joeyem też bardzo lubię.
94. The Years of Decay (Overkill). Jeden z najbardziej przygnębiających utworów ever. Też nieco balladowy, ale nie brakuje w nim powera. Długi, epicki, ale nie to co u Metalliki. Overkill byli po prostu dużo lepsi. Emocjonalny głos Blitza idealnie wpasowuje się w klimat.
93. Love Me Forever (Motorhead). Jedna z dwóch ballad na 1916, ta cięższa. Nie wiem czy nie jest jeszcze bardziej przygnębiająca niż utwór Overkill, niemniej jednak zawsze uważałem ją za szczytowe osiągnięcie Lemmyego, raczej nie w jego typowym stylu. Tej płyty słuchałem w dniu premiery, raczej rzadkość w tamtych czasach.
92. Death Valley Nights (Blue Oyster Cult). Po nieudanym Agents of Fortune, zespół powrócił do formy płytą Spectres. Jest tam ten utwór. Zaczyna się niewinnie, ale w refrenie zespół gra już hard rockowo. W sumie trochę podobny eksperyment zrobią dwa lata później KISS na płycie Dynasty. Cóż, najważniejsze to zaskoczyć słuchacza.
91. Rain When I Die (Alice In Chains). W zasadzie jedyny zespół z całego tego ruchu zwanego grunge jaki akceptowałem. Ale oni od początku grali najbardziej metalowo z całego towarzystwa. Dirt to kopalnia genialnych utworów. Stonerowa zwrotka i melodyjny refren. To w zasadzie wizytówka wczesnych Aliców.
Ostatnio zmieniony sob lip 06, 2019 5:55 pm przez Vorgel, łącznie zmieniany 1 raz.
-
Deleted User 2259
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Z tego zestawu to na razie tylko AiC słucham, znakomity krążek i album. Niektórych nie słuchałem, albo nie pamiętam.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
To polecam posłuchać. To utwory bądź co bądź znanych zespołów.
- blackcocker
- -#Moderator

- Posty: 12642
- Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
- Skąd: HerbacianePolaBatumi
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Malmsteen ma wiele lepszych numerów, ale rozumiem sentyment. Ciekawe czy pojawi się coś jeszcze od niego 
#blackcocker2023
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
90. Dances of Death (Mekong Delta). 19 minutowa prog metalowa suita zrobiona z niesamowitym rozmachem. To był pierwszy album Mekongu z jakim się zetknąłem. Nie powalił mnie na kolana na początku, po prostu musiałem do niego dojrzeć. Z progresywnego metalu niewiele jest rzeczy trwających ponad 10 minut, które mnie przekonują.
89. Bent Cold Sidewalk (Tangerine Dream). Jedna z niewiele prób tego zespołu w kierunku grania muzyki rockowej. Oczywiście chodzi o rock progresywny. No i jedna z niewielu kompozycji z tekstem. Niewątpliwie wyjątkowa, gdyż oni podeszli do tego rodzaju twórczości na swój sposób, więc nie wszystko jest takie oczywiste jak w rocku brytyjskim.
88. The Real Thing (Faith No More). Zdecydowanie mój ulubiony kawałek tej formacji, zrobiony z progresywnym rozmachem. Tekst jeden z najlepszych w ogóle, pewnie nawet do top 10 by się załapał (może taką listę też zrobię), stopniowanie emocji i genialna praca perkusisty Mike'a Bordina. Palce lizać.
87. Angel Rat (Voivod). Utwór zainspirowany twórczością Tove Jansson albo kimś takim. W każdym razie jego psychodeliczna aura połączona z baśniowym wymiarem tekstu robi niesamowite wrażenie. Niewątpliwie wizytówka płyty o tym samym tytule.
86. Hand in Hand (Dire Straits). Jestem fanem dwóch płyt tego zespołu, ten numer pochodzi z albumu Making Movies, jest on też moim ulubionym utworem grupy. Oczywiście niedoceniony, gdyż nikt go specjalnie nigdy nie promował i w zasadzie tylko ludzie zainteresowani czymś więcej niż best of Dire Straits go znają. Mogę słuchać na okręta.
85. The Threat (Skid Row). Mocny, bezkompromisowy hard rock. Tak się powinno było grać muzykę w 1991 roku. Skid Row postawili tak wysoko poprzeczkę, że jej już później nie mogli przeskoczyć i w zasadzie słuch po nich zaginął, choć wydali jeszcze jakieś płyty.
84. Out with a Bang (Faster Pussycat). Prowokacyjny, mocny tekst, bardzo agresywny numer. Zamyka album Whipped z 1992 i chyba idealnie nadaje się na podsumowanie twórczości fasterów. Wrócą po latach, ale po to tylko żeby zżynać z Mansona. I jeszcze najzabawniejszy fragment tekstu "nazwij mnie staroświeckim, ale zaliczę cię na pierwszej randce".
83. Calico Jack (Running Wild). Zastanawiałem się czy nie dać The Battle of Waterloo. Oba utwory cenię w zasadzie tak samo. To był jednak swego czasu mój ulubiony metalowy utwór w ogóle. Co się tu dzieje to przechodzi ludzkie pojęcie. Wymiana zdań między sędzią, a skazanym Jackiem jest epicka i kto, co i gdzie sobie może wetknąć...
82. Chainsaw Charlie (Murders in the New Morgue) (W.A.S.P.). Kiedy ukazał się The Crimson Idol byłem akurat pochłonięty debiutem zespołu. Z jednej strony rock opera zrobiona z rozmachem jak u The Who, z drugiej wbrew pozorom nie różniło się to bardzo od wczesnego WASP, bo WASP grali trochę jak Running Wild i zasadniczo trzymali się sprawdzonych wzorców. Chainsaw Charlie spodobał mi się najbardziej od pierwszego odsłuchu i tak już pozostało do dzisiaj.
81. Rock Hard Ride Free (Judas Priest). Hedonistyczne Judas Priest z połowy lat 80. Myślę, że oni wówczas interesowali się głównie tym, czym interesowały się inne zespoły grające szeroko pojęty metal. Ale takie to były czasy. Utwór ma klimat tamtych lat. Jest nimi przesiąknięty.
89. Bent Cold Sidewalk (Tangerine Dream). Jedna z niewiele prób tego zespołu w kierunku grania muzyki rockowej. Oczywiście chodzi o rock progresywny. No i jedna z niewielu kompozycji z tekstem. Niewątpliwie wyjątkowa, gdyż oni podeszli do tego rodzaju twórczości na swój sposób, więc nie wszystko jest takie oczywiste jak w rocku brytyjskim.
88. The Real Thing (Faith No More). Zdecydowanie mój ulubiony kawałek tej formacji, zrobiony z progresywnym rozmachem. Tekst jeden z najlepszych w ogóle, pewnie nawet do top 10 by się załapał (może taką listę też zrobię), stopniowanie emocji i genialna praca perkusisty Mike'a Bordina. Palce lizać.
87. Angel Rat (Voivod). Utwór zainspirowany twórczością Tove Jansson albo kimś takim. W każdym razie jego psychodeliczna aura połączona z baśniowym wymiarem tekstu robi niesamowite wrażenie. Niewątpliwie wizytówka płyty o tym samym tytule.
86. Hand in Hand (Dire Straits). Jestem fanem dwóch płyt tego zespołu, ten numer pochodzi z albumu Making Movies, jest on też moim ulubionym utworem grupy. Oczywiście niedoceniony, gdyż nikt go specjalnie nigdy nie promował i w zasadzie tylko ludzie zainteresowani czymś więcej niż best of Dire Straits go znają. Mogę słuchać na okręta.
85. The Threat (Skid Row). Mocny, bezkompromisowy hard rock. Tak się powinno było grać muzykę w 1991 roku. Skid Row postawili tak wysoko poprzeczkę, że jej już później nie mogli przeskoczyć i w zasadzie słuch po nich zaginął, choć wydali jeszcze jakieś płyty.
84. Out with a Bang (Faster Pussycat). Prowokacyjny, mocny tekst, bardzo agresywny numer. Zamyka album Whipped z 1992 i chyba idealnie nadaje się na podsumowanie twórczości fasterów. Wrócą po latach, ale po to tylko żeby zżynać z Mansona. I jeszcze najzabawniejszy fragment tekstu "nazwij mnie staroświeckim, ale zaliczę cię na pierwszej randce".
83. Calico Jack (Running Wild). Zastanawiałem się czy nie dać The Battle of Waterloo. Oba utwory cenię w zasadzie tak samo. To był jednak swego czasu mój ulubiony metalowy utwór w ogóle. Co się tu dzieje to przechodzi ludzkie pojęcie. Wymiana zdań między sędzią, a skazanym Jackiem jest epicka i kto, co i gdzie sobie może wetknąć...
82. Chainsaw Charlie (Murders in the New Morgue) (W.A.S.P.). Kiedy ukazał się The Crimson Idol byłem akurat pochłonięty debiutem zespołu. Z jednej strony rock opera zrobiona z rozmachem jak u The Who, z drugiej wbrew pozorom nie różniło się to bardzo od wczesnego WASP, bo WASP grali trochę jak Running Wild i zasadniczo trzymali się sprawdzonych wzorców. Chainsaw Charlie spodobał mi się najbardziej od pierwszego odsłuchu i tak już pozostało do dzisiaj.
81. Rock Hard Ride Free (Judas Priest). Hedonistyczne Judas Priest z połowy lat 80. Myślę, że oni wówczas interesowali się głównie tym, czym interesowały się inne zespoły grające szeroko pojęty metal. Ale takie to były czasy. Utwór ma klimat tamtych lat. Jest nimi przesiąknięty.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Dla mnie ten jest najlepszy, chociaż owszem, w sumie I am a Viking czy Queen in Love niewiele mu ustępują.blackmailer pisze: ↑sob cze 22, 2019 6:51 pm Malmsteen ma wiele lepszych numerów, ale rozumiem sentyment. Ciekawe czy pojawi się coś jeszcze od niego![]()
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
80. Pedigree Butchery (Carcass). Lubienie tego zespołu zaczęło się dla mnie od numeru Incarnated Solvent Abuse. Brzmieli kompletnie inaczej niż wszyscy inni w tym gatunku. Pamiętam, że w wywiadach mówili o sobie jako o zespole heavy metalowym. Nie pasowała im etykietka death metalu. No w każdym razie solówki mieli heavy metalowe. Pedigree Butchery jest tego idealnym przykładem. PS. Wszystkim solówkom nadali tytuły, ta o którą mi chodzi nazywa się : Firm meaty chunks (twarde kawałki mięsa).
79. Buried Alive (Mercyful Fate). Kto by pomyślał, że w 1999 roku Mercyful Fate nagrają taki album z takim utworem. Piekielne dobre i melodyjne solówki przypominające lata 80 i taki też mastering płyty. Niestety album "9" nie został należycie doceniony.
78. Once Bitten (Samson). To co w tym kawałku wyprawia młody Bruce Bruce to jest kosmos możliwości wokalnych. Był młody i niewyżyty. Shock Tactics to jest taki właśnie album, bardzo narwany, jak dekadę wcześniej krążki Deep Purple. Ale lepiej, mocniej, z większym powerem. No cóż, inne czasy.
77. Somewhere Far Beyond (Blind Guardian). Chyba żaden inny album nie kopnął mnie tak w wieku 16 lat. A nawet jeśli, na palcach jednej ręki policzyć. Utwór tytułowy powinien zamykać wydawnictwo, ale w wersji kasetowej wciśnięto jeszcze parę kawałków i tak samo mam na CD. Jednak pierwszy i ostatni właściwy utwór na tej płycie to najlepsze co Guardiani nagrali.
76. Slow Down (Ozzy Osbourne). Właściwie o miejsce szalonego rockera biło się kilka numerów Ozza, You Can't Kill Rock and Roll, Crazy Train no i oczywiście Slow Down, druga część Crazy Train. Aż dziw bierze, że pominięto ten numer w brytyjskim wydaniu Bark at the Moon.
75. Army of the Immortals (Manowar). Prawdziwy hymn Królów Metalu. Właściwie jeden z wielu, ale ten jakoś zawsze lubiłem najbardziej. No i dobrze się do niego grało na gitarze, bo te riffy są wyjątkowo proste. Chwyta za serce.
74. Zorro's Ascent (Alice Cooper). Z Blackout Trilogy musiałem dać przynajmniej jeden numer, ale tak naprawdę to od tego utworu zaczęło się moje lubienie starego Alice'a. Nie tak znów bardzo starego, bo z 1982 roku (Zipper Catches Skin), ale jednak Alice'a z dawnymi nawykami, wiadomo jakimi. Utwór uwielbiam od dawien dawna, wydaje się zabawny, ale tak naprawdę to ponura historia niejakiego Zorro. A zaczyna się słowami "Leży Zorro umierający w hiszpańskim słońcu...".
73. Rainbow Eyes (Rainbow). Jedna z najlepszy ballad kiedykolwiek napisanych, nagranych i zaśpiewanych. Dio i Blackmore w najlepszej formie. Szkoda, że po tej płycie wszystko się posypało. Ponoć Dio nie chciał śpiewać o romansach. Blackmore miał 5 żon, a może i więcej, nie wiem czy była to zwykła złośliwość w stosunku do gitarzysty, ale najlepszy skład poszedł w zapomnienie i tęcza straciła blask.
72. Crime of the Century (Supertramp). W tym niezwykle krótkim tekście zawiera się wszystko co należy powiedzieć o dzisiejszym świecie, a przecież numer powstał w 1974 roku. To dalej jest aktualne. Zaś instrumentalna końcówka stanowi chyba idealny podkład do Apokalipsy. Tak czy owak małe arcydzieło.
71. The Turn of a Friendly Card (Alan Parsons Project). Chodzi mi o całą 16 minutową suitę, ja wiem, że ona została podzielona na 5 części, ale one stanowią całość. Utwór niby o hazardzie w kasynach, ale tak naprawdę tyczy wyborów życiowych, życie to ruletka i te sprawy. Z Beatlesowsko Floydowskim rozmachem zostało to zrobione, co nie może dziwić, w końcu Parsons współpracował z oboma zespołami.
79. Buried Alive (Mercyful Fate). Kto by pomyślał, że w 1999 roku Mercyful Fate nagrają taki album z takim utworem. Piekielne dobre i melodyjne solówki przypominające lata 80 i taki też mastering płyty. Niestety album "9" nie został należycie doceniony.
78. Once Bitten (Samson). To co w tym kawałku wyprawia młody Bruce Bruce to jest kosmos możliwości wokalnych. Był młody i niewyżyty. Shock Tactics to jest taki właśnie album, bardzo narwany, jak dekadę wcześniej krążki Deep Purple. Ale lepiej, mocniej, z większym powerem. No cóż, inne czasy.
77. Somewhere Far Beyond (Blind Guardian). Chyba żaden inny album nie kopnął mnie tak w wieku 16 lat. A nawet jeśli, na palcach jednej ręki policzyć. Utwór tytułowy powinien zamykać wydawnictwo, ale w wersji kasetowej wciśnięto jeszcze parę kawałków i tak samo mam na CD. Jednak pierwszy i ostatni właściwy utwór na tej płycie to najlepsze co Guardiani nagrali.
76. Slow Down (Ozzy Osbourne). Właściwie o miejsce szalonego rockera biło się kilka numerów Ozza, You Can't Kill Rock and Roll, Crazy Train no i oczywiście Slow Down, druga część Crazy Train. Aż dziw bierze, że pominięto ten numer w brytyjskim wydaniu Bark at the Moon.
75. Army of the Immortals (Manowar). Prawdziwy hymn Królów Metalu. Właściwie jeden z wielu, ale ten jakoś zawsze lubiłem najbardziej. No i dobrze się do niego grało na gitarze, bo te riffy są wyjątkowo proste. Chwyta za serce.
74. Zorro's Ascent (Alice Cooper). Z Blackout Trilogy musiałem dać przynajmniej jeden numer, ale tak naprawdę to od tego utworu zaczęło się moje lubienie starego Alice'a. Nie tak znów bardzo starego, bo z 1982 roku (Zipper Catches Skin), ale jednak Alice'a z dawnymi nawykami, wiadomo jakimi. Utwór uwielbiam od dawien dawna, wydaje się zabawny, ale tak naprawdę to ponura historia niejakiego Zorro. A zaczyna się słowami "Leży Zorro umierający w hiszpańskim słońcu...".
73. Rainbow Eyes (Rainbow). Jedna z najlepszy ballad kiedykolwiek napisanych, nagranych i zaśpiewanych. Dio i Blackmore w najlepszej formie. Szkoda, że po tej płycie wszystko się posypało. Ponoć Dio nie chciał śpiewać o romansach. Blackmore miał 5 żon, a może i więcej, nie wiem czy była to zwykła złośliwość w stosunku do gitarzysty, ale najlepszy skład poszedł w zapomnienie i tęcza straciła blask.
72. Crime of the Century (Supertramp). W tym niezwykle krótkim tekście zawiera się wszystko co należy powiedzieć o dzisiejszym świecie, a przecież numer powstał w 1974 roku. To dalej jest aktualne. Zaś instrumentalna końcówka stanowi chyba idealny podkład do Apokalipsy. Tak czy owak małe arcydzieło.
71. The Turn of a Friendly Card (Alan Parsons Project). Chodzi mi o całą 16 minutową suitę, ja wiem, że ona została podzielona na 5 części, ale one stanowią całość. Utwór niby o hazardzie w kasynach, ale tak naprawdę tyczy wyborów życiowych, życie to ruletka i te sprawy. Z Beatlesowsko Floydowskim rozmachem zostało to zrobione, co nie może dziwić, w końcu Parsons współpracował z oboma zespołami.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
70. Black Magic (Slayer). Od razu na debiucie pokazali o co im chodzi. Ma być siarka, ten rodzaj riffu oparty na trytonie to wizytówka Slayer. Ponadto, wykonanie wirtuozerskie jeśli porównać z ich herosami z Venom (też lubię).
69. Fugazi (Marillion). Utwór rozwija się w sposób progresywny jak na rock progresywny przystało. Ma dość złożoną fakturę, ale z drugiej strony prosty, niemalże new wave'owy beat. Jednak jest ostro jak na takie granie. To w ogóle najostrzejszy album Marillion. A te wszystkie słowne gierki "She turned the harpoon and it pierced my heart. She hung herself around my neck" (we wkładce zamiast hung jest crucified, ale pewnie to się źle śpiewało ze względu na ilość sylab). Tak czy owak, klasyka.
68. Time What is Time (Blind Guardian). To złożony numer jak na 6 minut trwania i to bardziej niż Bohemian Rhapsody zamknięte w tym samym czasie. Wszystkie niuanse, tu akustycznie, tam szybko i ostro, tam znowu wolno i harmonijnie i znów akustycznie. Solówki powalają, zestawienie słów z muzyką wgniata w glebę. Najlepsze Guardian.
67. Stargazer (Rainbow). O tym utworze napisano już chyba wszystko. Pewnie każdy też wie, że jego riff powstał na wiolonczeli, bo tym instrumentem fascynował się w połowie lat 70 Blackmore. O gitarze mówił, że go brzydzi i mdli go jak słyszy innych gitarzystów. I co? I nagrał najlepsze płyty w swojej karierze. Stargazer to oczywiści jedno z arcydzieł muzyki rockowej w ogóle.
66. Pre-Ignition (Voivod). Nie będę się rozpisywał, mógłbym dać dowolny numer z Nothingface, Pre-Ignition od samego początku bardzo mnie intrygował, choć nie był wówczas najlepszy. Ale ten środek wydawał mi się kompletnie popieprzony. Tymczasem to przerobiony na metalowo fragment The Rite of Spring Strawińskiego. Inna sprawa, że w podobne dysharmonie szli i Van Der Graafi i Yes (Na Oceanach, bo na ogół grali harmonicznie) i King Crimson. A to przecież idole Piggyego.
65. (No More) The Sub-Mariner (Peter Hammill). W kategorii najbardziej przygnębiający utwór wszech czasów daję mu zaszczytne pierwsze miejsce. Absolutna rozpacz zarówno tekstowo jak i muzycznie. "W młodości bawiłem się pociągami, teraz cała para uleciała". Młodość nie jest wieczna.
64. Touch Too Much (AC/DC). Bon Scott w formie. Ale kiedy on nie był w formie? Jak można nie lubić tego histeryka? Ten jego wokal, ta maniera, nawet sposób w jaki się porusza w teledysku do tego utworu. Od pierwszego odsłuchu wiedziałem, że to mój ulubiony utwór AC/DC, a przecież nie znałem nawet całej ówczesnej dyskografii. To się już nigdy nie zmieni.
63. Halloween (Helloween). Ten numer przez 13 minut trzyma w napięciu. Podobnie jak podobny czasowo Keeper of the Seven Keys z części drugiej. Nagrać coś takiego, żeby przez pieprzonych 13 minut człowiek czekał co będzie dalej prawie nie oddychając, a nie ziewał bo jakiś Skynyrd gra 20 minutowe solo w Freebird. Mistrzowie. W ogóle Kai Hansen moim zdaniem komponował nieco lepiej niż Weikath. Ale cenię obu.
62. March for Revenge (By the Soldiers of Death) (Manowar). Jedzie jak walec po pozerach. Bez litości obnaża kto jest prawdziwym metalem, a kto niech lepiej słucha utworów z Klubu Myszki Miki
61. Mary Jane (Megadeth). Dwa moje ulubione numery Megadeth pochodzą z tej samej płyty. Nie jest ona moją ulubioną płytą zespołu (dopiero 3 miejsce), ale tak się składa, że zawiera Mary Jane i Darkest Hour. Po dziś dzień nie wiem o czym jest ten numer, bo że to o jakiejś czarownicy mnie nie przekonuje. Kiedy go słucham zawsze widzę czołgi i dziewczynę w hełmie z karabinem. Tekst jest całkiem bez sensu, muzyka powala na kolana.
69. Fugazi (Marillion). Utwór rozwija się w sposób progresywny jak na rock progresywny przystało. Ma dość złożoną fakturę, ale z drugiej strony prosty, niemalże new wave'owy beat. Jednak jest ostro jak na takie granie. To w ogóle najostrzejszy album Marillion. A te wszystkie słowne gierki "She turned the harpoon and it pierced my heart. She hung herself around my neck" (we wkładce zamiast hung jest crucified, ale pewnie to się źle śpiewało ze względu na ilość sylab). Tak czy owak, klasyka.
68. Time What is Time (Blind Guardian). To złożony numer jak na 6 minut trwania i to bardziej niż Bohemian Rhapsody zamknięte w tym samym czasie. Wszystkie niuanse, tu akustycznie, tam szybko i ostro, tam znowu wolno i harmonijnie i znów akustycznie. Solówki powalają, zestawienie słów z muzyką wgniata w glebę. Najlepsze Guardian.
67. Stargazer (Rainbow). O tym utworze napisano już chyba wszystko. Pewnie każdy też wie, że jego riff powstał na wiolonczeli, bo tym instrumentem fascynował się w połowie lat 70 Blackmore. O gitarze mówił, że go brzydzi i mdli go jak słyszy innych gitarzystów. I co? I nagrał najlepsze płyty w swojej karierze. Stargazer to oczywiści jedno z arcydzieł muzyki rockowej w ogóle.
66. Pre-Ignition (Voivod). Nie będę się rozpisywał, mógłbym dać dowolny numer z Nothingface, Pre-Ignition od samego początku bardzo mnie intrygował, choć nie był wówczas najlepszy. Ale ten środek wydawał mi się kompletnie popieprzony. Tymczasem to przerobiony na metalowo fragment The Rite of Spring Strawińskiego. Inna sprawa, że w podobne dysharmonie szli i Van Der Graafi i Yes (Na Oceanach, bo na ogół grali harmonicznie) i King Crimson. A to przecież idole Piggyego.
65. (No More) The Sub-Mariner (Peter Hammill). W kategorii najbardziej przygnębiający utwór wszech czasów daję mu zaszczytne pierwsze miejsce. Absolutna rozpacz zarówno tekstowo jak i muzycznie. "W młodości bawiłem się pociągami, teraz cała para uleciała". Młodość nie jest wieczna.
64. Touch Too Much (AC/DC). Bon Scott w formie. Ale kiedy on nie był w formie? Jak można nie lubić tego histeryka? Ten jego wokal, ta maniera, nawet sposób w jaki się porusza w teledysku do tego utworu. Od pierwszego odsłuchu wiedziałem, że to mój ulubiony utwór AC/DC, a przecież nie znałem nawet całej ówczesnej dyskografii. To się już nigdy nie zmieni.
63. Halloween (Helloween). Ten numer przez 13 minut trzyma w napięciu. Podobnie jak podobny czasowo Keeper of the Seven Keys z części drugiej. Nagrać coś takiego, żeby przez pieprzonych 13 minut człowiek czekał co będzie dalej prawie nie oddychając, a nie ziewał bo jakiś Skynyrd gra 20 minutowe solo w Freebird. Mistrzowie. W ogóle Kai Hansen moim zdaniem komponował nieco lepiej niż Weikath. Ale cenię obu.
62. March for Revenge (By the Soldiers of Death) (Manowar). Jedzie jak walec po pozerach. Bez litości obnaża kto jest prawdziwym metalem, a kto niech lepiej słucha utworów z Klubu Myszki Miki
61. Mary Jane (Megadeth). Dwa moje ulubione numery Megadeth pochodzą z tej samej płyty. Nie jest ona moją ulubioną płytą zespołu (dopiero 3 miejsce), ale tak się składa, że zawiera Mary Jane i Darkest Hour. Po dziś dzień nie wiem o czym jest ten numer, bo że to o jakiejś czarownicy mnie nie przekonuje. Kiedy go słucham zawsze widzę czołgi i dziewczynę w hełmie z karabinem. Tekst jest całkiem bez sensu, muzyka powala na kolana.
- blackcocker
- -#Moderator

- Posty: 12642
- Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
- Skąd: HerbacianePolaBatumi
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Oj jak ja wielbię Mary Jane, a Black Magic to mój ulubiony numer Slayera razem z Dead Skin Mask 
#blackcocker2023
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Ze Slayer to mam tak, że 3 moje ulubione to Black Magic, Hell Awaits i South of Heaven. Ale z Seasons pewnie też wybrałbym Dead Skin Mask.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
60. Sure Know Something (KISS). Podoba mi się jak zwrotka kontrastuje z refrenem. Tuż przed tym masywnym power chordem zwiastującym refren mamy narastające napięcie, które zupełnie zmienia poetykę numeru. Coś jakby połączyć Beatlesów (wokalnie) i Bee Gees (rytmicznie) ze starym hard rockowym KISSem, tyle, że z bardziej podrasowaną gitarą rytmiczną. Uwielbiam to połączenie, na coś takiego stać było wyłącznie profesjonalistów największej światowej klasy.
59. Without a Trace (Fates Warning). Kiedy usłyszałem Spectre Within od razu stwierdziłem, że najlepsze utwory na tej płycie nie ustępują najlepszym utworom Iron Maiden i tylko byłem na siebie zły, że wcześniej po nich nie sięgnąłem. Ale nie byli u nas aż tak znani, stąd prawie dekada opóźnienia w stosunku do pierwszej przygody z Maiden. Without a Trace lubię najbardziej, ale na krążku są równie udane utwory.
58. Hell Bent for Leather (Judas Priest). I tak to się wszystko zaczęło. Mam na myśli heavy metal. Co tu dużo pisać, jeśli powiedzmy piosenka Rock Around the Clock Billa Haleya jest szlagierem rock and rollowym, tak Hell Bent for Leather stanowi jej metalowy odpowiednik.
57. Chelsea Monday (Marillion). Na pewno nie tylko ze względu na solówkę, chociaż ona stanowi niewątpliwie najlepszy moment utworu. Tekst nie jest jednoznaczny, ale prawie na pewno opowiada o pracownicy przybytku przyjemności dla panów, która marzy o zostaniu gwiazdą filmową. Chelsea to zarówno dzielnica Londynu jak i imię żeńskie, co podejrzewam nie było zupełnym przypadkiem przy pisaniu tego tekstu. Dzielnica ta słynęła swego czasu z bycia centrum artystycznej bohemy Londynu.
56. Welcome to My Nightmare (Alice Cooper). Utwór otwiera album pod tym samym tytułem. Pierwsze wejście solowego Alice'a, ale można się było czegoś podobnego po nim spodziewać. Alice nie siedział bowiem jedynie w pudełku z napisem 'hard rock' czy 'rock and roll' nawet za czasu zespołu Alice Cooper (o co koledzy mieli do niego pretensje). Klimatyczny numer, który naprawdę ciężko zaszufladkować. Płyta okazała się sukcesem. Alice miał rację.
55. Hello, I Love You (The Doors). "Cześć, kocham cię, zdradzisz mi swoje imię?" Humor typowy dla Jamesa Douglasa Morrisona. Morrison był fanem bluesa, nie przepadał za rock and rollem i wykpiwał proste teksty o miłości. Dwie minuty orgazmu i humoru zarazem. W rock and rollowym stylu ma się rozumieć.
54. White Lightning (Def Leppard). Utwór poświęcony zmarłemu rok przed wydaniem Adrenalize Steve'owi Clarkowi. Najlepszy kawałek Leppsów. Ma klimat, ma ten specyficzny rodzaj riffu, którego patent opiera się na wymieszaniu tonacji molowej z durową. Takie zabiegi nie były niczym nowym w rocku, tym bardziej w latach 90, jednak oni mieli swój patent, oryginalny. Bo podobne rzeczy można usłyszeć i w Gods of War z Hysterii. Na moment wkrada się tam jakaś nutka psychodelii. Niebanalny, z dużą ilością nietypowych zmian w tonacji, a jednak melodyjny i powala na kolana.
53. Revelation (Mother Earth) (Ozzy Osbourne). Najbardziej z płyt Ozzyego lubię debiut, za eklektyzm. Revelation prowadzone w tonacji molowej kojarzy się momentami z poetyką stosowaną przez Alice'a Coopera. Ta atonalność, no i zakręcona końcówka. Palce lizać.
52. Bye, Bye Missy (King Diamond). Niezwykła dramaturgia tego numeru stanowi opus magnum płyty Them. Oczywiście dramaturgii nie brakuje też w The Accusation Chair, jednak uważam, że walka Missy z babcią o czajnik zasługuje na Oscara. Jakby ktoś chciał nakręcić do tego film, a warto.
51. Suite Sister Mary (Queensryche). Najdłuższy utwór na Operation: Mindcrime, być może także najlepszy. Sentymentalnie pewnie obstawiłbym inne, ale ten też uwielbiam no i wokal Pameli Moore....Ja generalnie jestem zdania, że kobiety do śpiewania metalu się nie nadają. Nie ta dynamika wokalu. Ale Pameli się udało, dostosowała się do stylu Geoffa. Normalnie ciary.
59. Without a Trace (Fates Warning). Kiedy usłyszałem Spectre Within od razu stwierdziłem, że najlepsze utwory na tej płycie nie ustępują najlepszym utworom Iron Maiden i tylko byłem na siebie zły, że wcześniej po nich nie sięgnąłem. Ale nie byli u nas aż tak znani, stąd prawie dekada opóźnienia w stosunku do pierwszej przygody z Maiden. Without a Trace lubię najbardziej, ale na krążku są równie udane utwory.
58. Hell Bent for Leather (Judas Priest). I tak to się wszystko zaczęło. Mam na myśli heavy metal. Co tu dużo pisać, jeśli powiedzmy piosenka Rock Around the Clock Billa Haleya jest szlagierem rock and rollowym, tak Hell Bent for Leather stanowi jej metalowy odpowiednik.
57. Chelsea Monday (Marillion). Na pewno nie tylko ze względu na solówkę, chociaż ona stanowi niewątpliwie najlepszy moment utworu. Tekst nie jest jednoznaczny, ale prawie na pewno opowiada o pracownicy przybytku przyjemności dla panów, która marzy o zostaniu gwiazdą filmową. Chelsea to zarówno dzielnica Londynu jak i imię żeńskie, co podejrzewam nie było zupełnym przypadkiem przy pisaniu tego tekstu. Dzielnica ta słynęła swego czasu z bycia centrum artystycznej bohemy Londynu.
56. Welcome to My Nightmare (Alice Cooper). Utwór otwiera album pod tym samym tytułem. Pierwsze wejście solowego Alice'a, ale można się było czegoś podobnego po nim spodziewać. Alice nie siedział bowiem jedynie w pudełku z napisem 'hard rock' czy 'rock and roll' nawet za czasu zespołu Alice Cooper (o co koledzy mieli do niego pretensje). Klimatyczny numer, który naprawdę ciężko zaszufladkować. Płyta okazała się sukcesem. Alice miał rację.
55. Hello, I Love You (The Doors). "Cześć, kocham cię, zdradzisz mi swoje imię?" Humor typowy dla Jamesa Douglasa Morrisona. Morrison był fanem bluesa, nie przepadał za rock and rollem i wykpiwał proste teksty o miłości. Dwie minuty orgazmu i humoru zarazem. W rock and rollowym stylu ma się rozumieć.
54. White Lightning (Def Leppard). Utwór poświęcony zmarłemu rok przed wydaniem Adrenalize Steve'owi Clarkowi. Najlepszy kawałek Leppsów. Ma klimat, ma ten specyficzny rodzaj riffu, którego patent opiera się na wymieszaniu tonacji molowej z durową. Takie zabiegi nie były niczym nowym w rocku, tym bardziej w latach 90, jednak oni mieli swój patent, oryginalny. Bo podobne rzeczy można usłyszeć i w Gods of War z Hysterii. Na moment wkrada się tam jakaś nutka psychodelii. Niebanalny, z dużą ilością nietypowych zmian w tonacji, a jednak melodyjny i powala na kolana.
53. Revelation (Mother Earth) (Ozzy Osbourne). Najbardziej z płyt Ozzyego lubię debiut, za eklektyzm. Revelation prowadzone w tonacji molowej kojarzy się momentami z poetyką stosowaną przez Alice'a Coopera. Ta atonalność, no i zakręcona końcówka. Palce lizać.
52. Bye, Bye Missy (King Diamond). Niezwykła dramaturgia tego numeru stanowi opus magnum płyty Them. Oczywiście dramaturgii nie brakuje też w The Accusation Chair, jednak uważam, że walka Missy z babcią o czajnik zasługuje na Oscara. Jakby ktoś chciał nakręcić do tego film, a warto.
51. Suite Sister Mary (Queensryche). Najdłuższy utwór na Operation: Mindcrime, być może także najlepszy. Sentymentalnie pewnie obstawiłbym inne, ale ten też uwielbiam no i wokal Pameli Moore....Ja generalnie jestem zdania, że kobiety do śpiewania metalu się nie nadają. Nie ta dynamika wokalu. Ale Pameli się udało, dostosowała się do stylu Geoffa. Normalnie ciary.
- blackcocker
- -#Moderator

- Posty: 12642
- Rejestracja: czw cze 14, 2018 9:04 pm
- Skąd: HerbacianePolaBatumi
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Identyczne odczucia co do Suite Sister Mary. Jeden z topowych kawałków QR ogólnie według mnie.
#blackcocker2023
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Najlepszą prozę pisze życie.
Ostatni jest wtedy, kiedy idziesz rzygać.
Nic nas nie zatrzyma.
Jak się ma dupę, to trzeba powiedzieć "dupa".
Twoje jebie, ale że śmierdzi.
07: Opeth, Opeth
08: Judas Priest, Savatage
09: Antimatter(?)
***OFFICIAL PAULINA DAMASKE FANKLUB***
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
50. When the Music's Over (The Doors). Klasyczny utwór z drugiej płyt zespołu wydanej podobnie jak debiut w 1967 roku. Wolę ten numer od The End, który jak dla mnie jest trochę przeceniany. Bardzo lubię pierwszą płytę legendy amerykańskiego rocka lat 60, może nawet bardziej niż Strange Days, jednak to ten tasiemiec przemawia do mnie mocniej niż kultowy "Koniec".
49. Sea of Madness (Iron Maiden). Z mojej ulubionej płyty Ironów, trochę niedoceniony utwór. Podoba mi się ta spokojna wstawka w środku, w stylu Yes. Buduje odpowiedni klimat. Naturalnie na płycie są też takie killery jak tytułowy, Stranger in a Strange Land czy Alexander. Sea of Madness wybieram jednak z morza wspaniałych utworów Maiden.
48. Luney Tune (Alice Cooper). "Wślizgnąłem się w jeansy, wyglądam fatalnie i czuję się podle". Tak zaczyna się ten numer. Alice w wywiadach opisywał tamten okres. "Budziłem się rano i od razu sięgałem po piwo, później oglądałem kreskówki, wyrzygałem się no i pora wstawać". Straszne. Dobrze, że z tego wyszedł. No ale utwory w tamtym czasie nagrywał naprawdę doskonałe.
47. Shine On You Crazy Diamond (Pink Floyd). Floydowy klasyk o Sydzie Barrecie. Ponoć nie do końca, ale już zawsze chyba będzie z nim kojarzony. Chociaż Syd nie zagrał tu ani nuty. Nie był zresztą wówczas członkiem zespołu, choć Waters twierdzi, że jak się tylko pojawił w studio kiedy nad tym pracowali, zapytał kiedy ma dograć swoje partie. Niesamowita historia. Co do samej kompozycji nie ma się co rozpisywać, każdy zna.
46. Still Life (Van Der Graaf Generator). Kawałek o tym, że wieczną ekstazą można się jednak znudzić. Mam nadzieję, że nie. Hammill to facet, który potrafił pisać skrajnie pesymistyczne teksty i dopatrywać się we wszystkim czegoś negatywnego. Nie można mu jednak odmówić logiki argumentacji. Przynajmniej na tym ziemskim, całkowicie materialnym poziomie.
45. Heavy Horses (Jethro Tull). Sentymentalne wyznanie starego chłopa, że konia trza na traktor zamienić. Wszystko tutaj jest tak opisane, że słuchając tego numeru można przenieść się w wyobraźni w pradawne plenery. "Daj mi koło z dębowego drewna, wodze z wypolerowanej skóry, konia pociągowego i pochmurne niebo, niosące burzową pogodę." Idealne na jesień (kiedyś była u nas taka pora roku).
44. L'America (The Doors). Drugi raz The Doors w tej dyszce. Wiadomo skąd inspirację do albumu Killer czerpał Alice Cooper. Należałoby jednak spytać Kinga Diamonda, czy i on tego nie słuchał przed stworzeniem intra do Them. Mrok.
43. The Ancient – Giants Under the Sun (Yes). Najkrótszy utwór na Oceanach i najlepszy, chociaż i tak trwa ponad 18 minut. Wyraźnie słychać czego słuchali Voivodzi i to już jest wystarczającą rekomendacją. Oczywiście ja też bardzo lubię ten numer.
42. Devil's Food/The Black Widow (Alice Cooper). Te utwory są połączone ze sobą. Jakby co wybieram Black Widow, ale ze speechem Vincenta Price'a, który nie wiedzieć czemu został podpięty pod końcówkę Devil's Food (też świetny numer). Utwór niby opowiada o jadowitym pająku, ale tak naprawdę Alice (a właściwie to Vincent) snuje teorię, że mężczyzna zbyt długo rządził światem i teraz powinna rządzić kobieta. Np. taka "czarna wdowa".
41. Xanadu (Rush). Ten utwór sprawił, że stałem się fanem Rush. Bardzo ładnie się rozwija, spokojnie przez 5 minut. Po czym zespół rusha z impetem i robi się z tego prawie heavy metal. Geddy rozpływa się nad rajskimi krajobrazami krainy Czyngis-Chana. Wszystko to okraszone genialnie brzmiącą gitarą Alexa.
49. Sea of Madness (Iron Maiden). Z mojej ulubionej płyty Ironów, trochę niedoceniony utwór. Podoba mi się ta spokojna wstawka w środku, w stylu Yes. Buduje odpowiedni klimat. Naturalnie na płycie są też takie killery jak tytułowy, Stranger in a Strange Land czy Alexander. Sea of Madness wybieram jednak z morza wspaniałych utworów Maiden.
48. Luney Tune (Alice Cooper). "Wślizgnąłem się w jeansy, wyglądam fatalnie i czuję się podle". Tak zaczyna się ten numer. Alice w wywiadach opisywał tamten okres. "Budziłem się rano i od razu sięgałem po piwo, później oglądałem kreskówki, wyrzygałem się no i pora wstawać". Straszne. Dobrze, że z tego wyszedł. No ale utwory w tamtym czasie nagrywał naprawdę doskonałe.
47. Shine On You Crazy Diamond (Pink Floyd). Floydowy klasyk o Sydzie Barrecie. Ponoć nie do końca, ale już zawsze chyba będzie z nim kojarzony. Chociaż Syd nie zagrał tu ani nuty. Nie był zresztą wówczas członkiem zespołu, choć Waters twierdzi, że jak się tylko pojawił w studio kiedy nad tym pracowali, zapytał kiedy ma dograć swoje partie. Niesamowita historia. Co do samej kompozycji nie ma się co rozpisywać, każdy zna.
46. Still Life (Van Der Graaf Generator). Kawałek o tym, że wieczną ekstazą można się jednak znudzić. Mam nadzieję, że nie. Hammill to facet, który potrafił pisać skrajnie pesymistyczne teksty i dopatrywać się we wszystkim czegoś negatywnego. Nie można mu jednak odmówić logiki argumentacji. Przynajmniej na tym ziemskim, całkowicie materialnym poziomie.
45. Heavy Horses (Jethro Tull). Sentymentalne wyznanie starego chłopa, że konia trza na traktor zamienić. Wszystko tutaj jest tak opisane, że słuchając tego numeru można przenieść się w wyobraźni w pradawne plenery. "Daj mi koło z dębowego drewna, wodze z wypolerowanej skóry, konia pociągowego i pochmurne niebo, niosące burzową pogodę." Idealne na jesień (kiedyś była u nas taka pora roku).
44. L'America (The Doors). Drugi raz The Doors w tej dyszce. Wiadomo skąd inspirację do albumu Killer czerpał Alice Cooper. Należałoby jednak spytać Kinga Diamonda, czy i on tego nie słuchał przed stworzeniem intra do Them. Mrok.
43. The Ancient – Giants Under the Sun (Yes). Najkrótszy utwór na Oceanach i najlepszy, chociaż i tak trwa ponad 18 minut. Wyraźnie słychać czego słuchali Voivodzi i to już jest wystarczającą rekomendacją. Oczywiście ja też bardzo lubię ten numer.
42. Devil's Food/The Black Widow (Alice Cooper). Te utwory są połączone ze sobą. Jakby co wybieram Black Widow, ale ze speechem Vincenta Price'a, który nie wiedzieć czemu został podpięty pod końcówkę Devil's Food (też świetny numer). Utwór niby opowiada o jadowitym pająku, ale tak naprawdę Alice (a właściwie to Vincent) snuje teorię, że mężczyzna zbyt długo rządził światem i teraz powinna rządzić kobieta. Np. taka "czarna wdowa".
41. Xanadu (Rush). Ten utwór sprawił, że stałem się fanem Rush. Bardzo ładnie się rozwija, spokojnie przez 5 minut. Po czym zespół rusha z impetem i robi się z tego prawie heavy metal. Geddy rozpływa się nad rajskimi krajobrazami krainy Czyngis-Chana. Wszystko to okraszone genialnie brzmiącą gitarą Alexa.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
40. Pioneers Over C (Van Der Graaf Generator). W filmie "Niekończąca się Opowieść" pada tekst o podróżowaniu z prędkością ciemności, która jest szybsza niż prędkość światła. I o to chyba chodzi w tym utworze. Wylecieli poza horyzont wrażeń, znaczy się zdarzeń. Tak czy owak genialny utwór.
39. Dogs (Pink Floyd). Jest tutaj oczywiście to genialne solo Gilmoura, najlepsze, ale cały numer robi wrażenie. Już nawet mniejsza o tekst Watersa, dla mnie utwór ma klimat post industrialny. Dość posępny, ale kompozycja prowadzona jest w tonacji molowej, zaś okładka albumu też odpowiednio nastraja.
38. I Love the Dead (Alice Cooper). Wcielanie się w rolę fikcyjnego monstrum zwanego Alice Cooperem pozwoliło Vince'owi Furnierowi na pisanie utworów naprawdę szokujących. W końcu to jest Alice, postać fikcyjna i funkcjonuje w fikcyjnym świecie. Sam mówił w wywiadach, że nie rozumie protestów przeciw jego twórczości jako makabrycznej. To co pisze bowiem, nie jest potworniejsze od Makbeta. Nie wiem, sami oceńcie. Ja oceniam przede wszystkim muzykę. Wyborny kawałek.
37. Revelations (Iron Maiden). "Bo ten, który będzie królem, jest obserwatorem na arenie. Ty nim jesteś". I wtedy pokazał paluchem na publikę zgromadzoną na Long Beach Arena. To jest mistrz. I to jest mistrzowska muzyka. Ten kawałek pod koniec 1999 roku sklasyfikowałem jako "Utwór XX wieku". Dzisiaj pewnie wybrałbym inny, ale tamto się liczy.
36. Wind Up (Jethro Tull). Uwielbiam Aqualunga i oczywiście to jeden z moich albumów wszech czasów. Wind Up poznałem jako pierwszy z tej płyty, chociaż jest ostatni na albumie. Zadziwiło mnie, że taki zespół jak Jethro Tull gra punk rocka. Tak czy owak "kiedy byłem młody i wysłano mnie do szkoły...". Ian Anderson to geniusz.
35. 2112 (Rush). Podróż do roku 2112 w heavy rockowej oprawie. Tekst inspirowany twórczością Ayn Rand w doskonały sposób oddaje absurd pewnego ustroju zawartego w dokumencie, który taki jeden pan z wielką brodą spisał po nocnych majakach. 2112 z rockiem progresywnym ma tyle wspólnego, że jest długi, bo oczywiście stricte muzycznie bliżej mu do hard rocka. Power trio w akcji.
34. Nothing to Say (Jethro Tull). Ponownie Jethro, tym razem z moim ulubionym tekstem Iana, ale i samą muzykę też uwielbiam. Pierwszy numer jaki poznałem z płyty Benefit i od razu powalił mnie na kolana (grywałem go później w plenerach na gitarze akustycznej). Ponoć obok Sossity You're a Woman to ulubiony kawałek JT gitarzysty Martina Barre'a. "Szedłem twą drogą 10 lat temu, więc nie mam nic do powiedzenia..."
33. Echoes (Pink Floyd). Wielu tych artystów na mojej liście się powtarza, nic na to nie poradzę. Mam określonych faworytów i nie szukam wśród młodych "gwiazd" pokroju Greta Von Fick czy jakiegoś Mastodonu. Echoes to piękny numer, nikt takiego już oczywiście nie nagra łącznie z Pink Floyd nawet gdyby się reaktywowali.
32. You Never Give Me Your Money (The Beatles). Wyróżniam ten utwór z Abbey Road, ale on tak naprawdę rozpoczyna 16 minutową suitę, która wypełnia większość strony B krążka. Oczywiście jest on moim ulubionym fragmentem tej sprytnie skleconej całości, a partie gitar wyprzedziły swoją epokę. Pamiętajmy, był rok 1969, molowo - durowe akcenty należały do rzadkości, w zasadzie wówczas stosowali je tylko Beatlesi z tych wielkich. No chyba, że coś przeoczyłem. Ostatnio moja znajoma z USA, także wielka fanka czwórki z Liverpoolu napisała mi wiadomość "Oh, that magic feeling. Nowhere to go". Ona ten album stawia najwyżej w ich twórczości. U mnie jest na miejscu trzecim.
31. Starship Trooper (Yes). To było ich pierwsze poważne wejście. Tzn może nie pierwsze sensu stricto, bo przecież wcześniej na płycie jest Your's is No Disgrace, no ale chodzi mi o ten album. The Yes Album, wejście wielkiego Steve'a Howe'a. Przyszedł i od razu został najlepszym gitarzystą świata. A to był dopiero rok 1971.
39. Dogs (Pink Floyd). Jest tutaj oczywiście to genialne solo Gilmoura, najlepsze, ale cały numer robi wrażenie. Już nawet mniejsza o tekst Watersa, dla mnie utwór ma klimat post industrialny. Dość posępny, ale kompozycja prowadzona jest w tonacji molowej, zaś okładka albumu też odpowiednio nastraja.
38. I Love the Dead (Alice Cooper). Wcielanie się w rolę fikcyjnego monstrum zwanego Alice Cooperem pozwoliło Vince'owi Furnierowi na pisanie utworów naprawdę szokujących. W końcu to jest Alice, postać fikcyjna i funkcjonuje w fikcyjnym świecie. Sam mówił w wywiadach, że nie rozumie protestów przeciw jego twórczości jako makabrycznej. To co pisze bowiem, nie jest potworniejsze od Makbeta. Nie wiem, sami oceńcie. Ja oceniam przede wszystkim muzykę. Wyborny kawałek.
37. Revelations (Iron Maiden). "Bo ten, który będzie królem, jest obserwatorem na arenie. Ty nim jesteś". I wtedy pokazał paluchem na publikę zgromadzoną na Long Beach Arena. To jest mistrz. I to jest mistrzowska muzyka. Ten kawałek pod koniec 1999 roku sklasyfikowałem jako "Utwór XX wieku". Dzisiaj pewnie wybrałbym inny, ale tamto się liczy.
36. Wind Up (Jethro Tull). Uwielbiam Aqualunga i oczywiście to jeden z moich albumów wszech czasów. Wind Up poznałem jako pierwszy z tej płyty, chociaż jest ostatni na albumie. Zadziwiło mnie, że taki zespół jak Jethro Tull gra punk rocka. Tak czy owak "kiedy byłem młody i wysłano mnie do szkoły...". Ian Anderson to geniusz.
35. 2112 (Rush). Podróż do roku 2112 w heavy rockowej oprawie. Tekst inspirowany twórczością Ayn Rand w doskonały sposób oddaje absurd pewnego ustroju zawartego w dokumencie, który taki jeden pan z wielką brodą spisał po nocnych majakach. 2112 z rockiem progresywnym ma tyle wspólnego, że jest długi, bo oczywiście stricte muzycznie bliżej mu do hard rocka. Power trio w akcji.
34. Nothing to Say (Jethro Tull). Ponownie Jethro, tym razem z moim ulubionym tekstem Iana, ale i samą muzykę też uwielbiam. Pierwszy numer jaki poznałem z płyty Benefit i od razu powalił mnie na kolana (grywałem go później w plenerach na gitarze akustycznej). Ponoć obok Sossity You're a Woman to ulubiony kawałek JT gitarzysty Martina Barre'a. "Szedłem twą drogą 10 lat temu, więc nie mam nic do powiedzenia..."
33. Echoes (Pink Floyd). Wielu tych artystów na mojej liście się powtarza, nic na to nie poradzę. Mam określonych faworytów i nie szukam wśród młodych "gwiazd" pokroju Greta Von Fick czy jakiegoś Mastodonu. Echoes to piękny numer, nikt takiego już oczywiście nie nagra łącznie z Pink Floyd nawet gdyby się reaktywowali.
32. You Never Give Me Your Money (The Beatles). Wyróżniam ten utwór z Abbey Road, ale on tak naprawdę rozpoczyna 16 minutową suitę, która wypełnia większość strony B krążka. Oczywiście jest on moim ulubionym fragmentem tej sprytnie skleconej całości, a partie gitar wyprzedziły swoją epokę. Pamiętajmy, był rok 1969, molowo - durowe akcenty należały do rzadkości, w zasadzie wówczas stosowali je tylko Beatlesi z tych wielkich. No chyba, że coś przeoczyłem. Ostatnio moja znajoma z USA, także wielka fanka czwórki z Liverpoolu napisała mi wiadomość "Oh, that magic feeling. Nowhere to go". Ona ten album stawia najwyżej w ich twórczości. U mnie jest na miejscu trzecim.
31. Starship Trooper (Yes). To było ich pierwsze poważne wejście. Tzn może nie pierwsze sensu stricto, bo przecież wcześniej na płycie jest Your's is No Disgrace, no ale chodzi mi o ten album. The Yes Album, wejście wielkiego Steve'a Howe'a. Przyszedł i od razu został najlepszym gitarzystą świata. A to był dopiero rok 1971.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
30. A Passion Play (Jethro Tull). Kiedyś mój ulubiony album wszech czasów. Jest to oczywiście koncept album, opowiada historię niejakiego Ronniego Pilgrima, który umiera i trafia do piekła. W tekście są nawiązania do Biblii, trochę typowego Andersonowskiego humoru, muzyka nie ma takiego nerwa jak Thick, ale co tu dużo mówić jest równie ciekawa. Nieco mroczniejsza po prostu. "Oto jestem odsuńcie kamień". Tak to się jakoś kończy znajomo.
29. Cold Ethyl (Alice Cooper). Humorystyczny horror. Nie będę się zagłębiał w tematykę utworu, jest dość szokująca (Należy jednak pamiętać, że Welcome to My Nightmare to podróż przez koszmary Stevena, więc wszystko to dzieje się we śnie). Natomiast muzycznie to po prostu rock and roll w najlepszym wydaniu. Coś a la KISS, ale w pierwszym refrenie pojechano beatlesowską melodyką (następne zajechano ostrym riffem). Zresztą Alice nie potrzebował się inspirować KISS bo to prędzej oni się nim inspirowali, zaś do inspiracji Beatlesami się owszem przyznawał.
28. At the Graves (King Diamond). "Missy tak tęsknię za tobą, mała siostrzyczko, chciałbym byś do mnie wróciła i usiadła obok...". Młody King śpiewa do swojej zmarłej siostry stojąc nad jej grobem. Oczywiście to opowiadanie to fikcja, początek drugiej części słynnego Them. "Duchy wstają z grobów, płonące cienie w głuchą noc. Lodowate palce łapią mnie za rękę, próbują mi uświadomić, że w końcu powróciliśmy....wszyscy". I tak dalej i tak dalej. W Sleepless Nights King zawiera pakt z NIMI, by pozwolili mu widywać zmarłą siostrę. To najlepsza historia jaką mistrz horroru (drugi po Alice) napisał.
27. Awaken (Yes). Stefek zagrał tutaj najlepsze solo. Moim zdaniem. Oczywiście te 15 minut to o wiele więcej niż tylko to solo. Utwór zrobiony z dużym rozmachem jak to u Yesów, ale kończył też pewną epokę. Ostatni tak długi utwór Yes gdzie grali razem w składzie Howe i Wakeman (Do czasu Keys to Ascension, ale wiadomo, że tamto było już siódmą wodą po ósmym kisielu).
26. Baker St. Muse (Jethro Tull). A to z kolei ostatni epos Jethro Tull, 16 minut progresywnego rocka z roku 1975 zakończyło pewien etap w historii zespołu. Odszedł co prawda Jeffrey Hammond, ale przede wszystkim Ian rozczarowany Londynem i generalnie współczesną Anglią postanowił spróbować życia wiejskiego i nagrał parę płyt folk rockowych, nawiązujących do pradawnych zwyczajów rasowych anglików. Baker St. Muse jak i utwór tytułowy z Minstrel in the Gallery, to druzgocąca krytyka Anglii lat 70. Zespół w tamtym czasie nie koncertował nawet w kraju, objechał Francję i parę innych państw, ale Zjednoczone Królestwo sobie odpuścił. "Nie mam domu w kraju, nie mam samochodu", śpiewa Ian. Niektórzy mają gorzej.
25. Karn Evil 9 (Emerson, Lake & Palmer). Półgodzinna apokalipsa podzielona na 3 części, a jedna dodatkowo na dwie (z racji, że to się przecież najpierw ukazało na winylu), okazała się szczytowym osiągnięciem zespołu, po którym nie tylko nie wrócili choćby do formy sprzed tego albumu, ale całkowicie zatracili się w indywidualistycznych pochodach, zaś kiedy w końcu zebrali się jako zespół, nie potrafili się dogadać. Ale Karn Evil 9 wyszło wybornie. Czego tu nie ma. Pierwsza impresja to żywiołowy rock z wieloma elementami, które wówczas stanowiły novum w świecie rocka (np. zagrywki gitarowe za które wziął się Lake, brzmią jak coś z następnej dekady), druga to klawiszowe zapędy Emersona, jak dla mnie największy jego popis i to nie tylko od strony technicznej, ale wszechstronność jaką pokazał naprawdę zachwyca. Część trzecia, to typowe podniosłe ELP, Lake śpiewa, że współczesny człowiek przyczepia linę do drzewa i wiesza wszechświat, co jest dość grubą przenośnią. Generalnie przesłanie numeru jest takie, że za chwilę nad człowiekiem władzę przejmą roboty. Czas pokazał, że to raczej ludzie stali się robotami.
24. Dancing With the Moonlit Knight (Genesis). Początek Selling England by the Pound wchodzi bezkompromisowo. W latach 70 faktycznie nastąpił regres gospodarczy, za sprawą różnej maści dziwaków lewaków oczywiście wybranych do władzy na fali tzw. rewolucji lat 60. Zanim Thatcher zrobiła porządek, można było trochę ponarzekać (oczywiście na wielkie koncerny, a jakże). Całkiem dobre płyty wtedy się ukazały. Pamiętam, że nawet w czasach kiedy nie przepadałem za tym albumem, ten pierwszy utwór uwielbiałem. Teraz uwielbiam całą płytę.
23. Dead Babies (Alice Cooper). Co się stanie jak połączyć The Beatles z The Doors? Np. taki numer jak ten klasyk Coopera z płyty Killer. Oczywiście zespół Alice'a gra ostrzej, bo takie też były wymogi 1971 roku, gdzie królowali Black Sabbath i wyznaczali pewne trendy, przynajmniej w ciężkim brzmieniu.
22. A Plague of Lighthouse Keepers (Van Der Graaf Generator). Van Der Graafi do swojego szaleństwa muzycznego dochodzili powoli. Debiut łagodny i psychodeliczny, drugi album zawierał już pewne charakterystyczne dla późniejszej twórczości elementy, wciąż jednak bez większych wygibasów, na 'trójce' już się działo, już zakręty i tak dalej, ale dopiero na Pawn Hearts poszli na całość i to był koniec pewnego etapu. Powrócą w nieco wygładzonej, choć równie ciekawej wersji w 1975 roku. Ale to co pokazali w 1971 przejdzie do historii muzycznego wariactwa doprowadzonego do skrajności.
21. Heart of the Sunrise (Yes). To ciekawy numer o tyle, że brzmieniowo wyprzedził całą epokę, zaś nie brakło w nim dość typowego rock and rolla 4/4. I to jest naprawdę fenomenalne, bo zagrać coś podobnego to prawdziwa sztuka. Oczywiście dla nich to zapewne było całkowicie naturalne. Tutaj rock, tam jazz, dalej jeszcze jakaś klasyka. Przewagą tego zespołu nad takim powiedzmy Dream Theater, którzy także wszystko potrafią zagrać jest to, że Yes potrafili też komponować.
29. Cold Ethyl (Alice Cooper). Humorystyczny horror. Nie będę się zagłębiał w tematykę utworu, jest dość szokująca (Należy jednak pamiętać, że Welcome to My Nightmare to podróż przez koszmary Stevena, więc wszystko to dzieje się we śnie). Natomiast muzycznie to po prostu rock and roll w najlepszym wydaniu. Coś a la KISS, ale w pierwszym refrenie pojechano beatlesowską melodyką (następne zajechano ostrym riffem). Zresztą Alice nie potrzebował się inspirować KISS bo to prędzej oni się nim inspirowali, zaś do inspiracji Beatlesami się owszem przyznawał.
28. At the Graves (King Diamond). "Missy tak tęsknię za tobą, mała siostrzyczko, chciałbym byś do mnie wróciła i usiadła obok...". Młody King śpiewa do swojej zmarłej siostry stojąc nad jej grobem. Oczywiście to opowiadanie to fikcja, początek drugiej części słynnego Them. "Duchy wstają z grobów, płonące cienie w głuchą noc. Lodowate palce łapią mnie za rękę, próbują mi uświadomić, że w końcu powróciliśmy....wszyscy". I tak dalej i tak dalej. W Sleepless Nights King zawiera pakt z NIMI, by pozwolili mu widywać zmarłą siostrę. To najlepsza historia jaką mistrz horroru (drugi po Alice) napisał.
27. Awaken (Yes). Stefek zagrał tutaj najlepsze solo. Moim zdaniem. Oczywiście te 15 minut to o wiele więcej niż tylko to solo. Utwór zrobiony z dużym rozmachem jak to u Yesów, ale kończył też pewną epokę. Ostatni tak długi utwór Yes gdzie grali razem w składzie Howe i Wakeman (Do czasu Keys to Ascension, ale wiadomo, że tamto było już siódmą wodą po ósmym kisielu).
26. Baker St. Muse (Jethro Tull). A to z kolei ostatni epos Jethro Tull, 16 minut progresywnego rocka z roku 1975 zakończyło pewien etap w historii zespołu. Odszedł co prawda Jeffrey Hammond, ale przede wszystkim Ian rozczarowany Londynem i generalnie współczesną Anglią postanowił spróbować życia wiejskiego i nagrał parę płyt folk rockowych, nawiązujących do pradawnych zwyczajów rasowych anglików. Baker St. Muse jak i utwór tytułowy z Minstrel in the Gallery, to druzgocąca krytyka Anglii lat 70. Zespół w tamtym czasie nie koncertował nawet w kraju, objechał Francję i parę innych państw, ale Zjednoczone Królestwo sobie odpuścił. "Nie mam domu w kraju, nie mam samochodu", śpiewa Ian. Niektórzy mają gorzej.
25. Karn Evil 9 (Emerson, Lake & Palmer). Półgodzinna apokalipsa podzielona na 3 części, a jedna dodatkowo na dwie (z racji, że to się przecież najpierw ukazało na winylu), okazała się szczytowym osiągnięciem zespołu, po którym nie tylko nie wrócili choćby do formy sprzed tego albumu, ale całkowicie zatracili się w indywidualistycznych pochodach, zaś kiedy w końcu zebrali się jako zespół, nie potrafili się dogadać. Ale Karn Evil 9 wyszło wybornie. Czego tu nie ma. Pierwsza impresja to żywiołowy rock z wieloma elementami, które wówczas stanowiły novum w świecie rocka (np. zagrywki gitarowe za które wziął się Lake, brzmią jak coś z następnej dekady), druga to klawiszowe zapędy Emersona, jak dla mnie największy jego popis i to nie tylko od strony technicznej, ale wszechstronność jaką pokazał naprawdę zachwyca. Część trzecia, to typowe podniosłe ELP, Lake śpiewa, że współczesny człowiek przyczepia linę do drzewa i wiesza wszechświat, co jest dość grubą przenośnią. Generalnie przesłanie numeru jest takie, że za chwilę nad człowiekiem władzę przejmą roboty. Czas pokazał, że to raczej ludzie stali się robotami.
24. Dancing With the Moonlit Knight (Genesis). Początek Selling England by the Pound wchodzi bezkompromisowo. W latach 70 faktycznie nastąpił regres gospodarczy, za sprawą różnej maści dziwaków lewaków oczywiście wybranych do władzy na fali tzw. rewolucji lat 60. Zanim Thatcher zrobiła porządek, można było trochę ponarzekać (oczywiście na wielkie koncerny, a jakże). Całkiem dobre płyty wtedy się ukazały. Pamiętam, że nawet w czasach kiedy nie przepadałem za tym albumem, ten pierwszy utwór uwielbiałem. Teraz uwielbiam całą płytę.
23. Dead Babies (Alice Cooper). Co się stanie jak połączyć The Beatles z The Doors? Np. taki numer jak ten klasyk Coopera z płyty Killer. Oczywiście zespół Alice'a gra ostrzej, bo takie też były wymogi 1971 roku, gdzie królowali Black Sabbath i wyznaczali pewne trendy, przynajmniej w ciężkim brzmieniu.
22. A Plague of Lighthouse Keepers (Van Der Graaf Generator). Van Der Graafi do swojego szaleństwa muzycznego dochodzili powoli. Debiut łagodny i psychodeliczny, drugi album zawierał już pewne charakterystyczne dla późniejszej twórczości elementy, wciąż jednak bez większych wygibasów, na 'trójce' już się działo, już zakręty i tak dalej, ale dopiero na Pawn Hearts poszli na całość i to był koniec pewnego etapu. Powrócą w nieco wygładzonej, choć równie ciekawej wersji w 1975 roku. Ale to co pokazali w 1971 przejdzie do historii muzycznego wariactwa doprowadzonego do skrajności.
21. Heart of the Sunrise (Yes). To ciekawy numer o tyle, że brzmieniowo wyprzedził całą epokę, zaś nie brakło w nim dość typowego rock and rolla 4/4. I to jest naprawdę fenomenalne, bo zagrać coś podobnego to prawdziwa sztuka. Oczywiście dla nich to zapewne było całkowicie naturalne. Tutaj rock, tam jazz, dalej jeszcze jakaś klasyka. Przewagą tego zespołu nad takim powiedzmy Dream Theater, którzy także wszystko potrafią zagrać jest to, że Yes potrafili też komponować.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Mary Jane to może o jaraniu? Bo na marihuane się tak mówi.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Ponoć właśnie nie o tym. Czytałem kiedyś wywiad z Mustainem i zaprzeczył, że to o maryśce. Mówił, że to o jakiejś czarownicy, która została spalona na stosie. Coś w tym rodzaju, nie pamiętam bo to z 20 lat temu było albo i lepiej. Ale ten tekst jest zupełnie pokręcony.
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
"Mary Jane" tells a story about a young witch buried alive by her father near the Loon Lake cemetery in Minnesota. According to the legend, anyone who dared to disturb her grave was doomed to a prompt death.The song features descending guitar lines and begins with Mustaine summoning her spirit during the introduction.
Also,David Ellefson took a picture near her grave.
Also,David Ellefson took a picture near her grave.
-
Deleted User 2259
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Ja bym nie dał rady zrobic top 100 wałków, jednego zespołu wiadome, ze tak. Ale z tylu wykonawców nie ma szans. Najlepiej mam z Genesis top 4 zespołów wszech czasów, a chyba żaden album nie będzie w top 50 albumów <gdybym teraz robił listę>. Za to koncertowo Genesis to najwyższa liga, i może dlatego są u mnie tak wysoko.
Re: 100 ulubionych utworów - Vorgel
Znaczy ja wiem, że u Ciebie byłyby prawie same utwory DT, może jakaś dyszka na pozostałe by się znalazła.
