Dziś, miesiąc po premierze In Cauda Venenum Opeth rozpoczyna trasę promującą to wydawnictwo. Uważam, że ten pierwszy koncert w Norwich będzie bardzo istotnym momentem jeśli chodzi o odbiór zespołu przez fanów ze względu na ogromnie dobrą okazję na zmianę setlisty. Okaże się czy Opeth jest już kompletnie leniwy w tej kwestii, czy jednak może zaskoczą i zagrają (poza rzeczami z nowej płyty) coś czego dawno na żywo usłyszeć nie mogliśmy

Przypominam o 20 leciu Still Life, szkoda by było żeby nie wykorzystali okazji do zagrania jakiegoś Moonlapse Vertigo czy Serenity Painted Death

Jako że ICV jest z nami już miesiąc i kilka odsłuchów można było dokonać, emocje opadły to wydaje mi się, że można się zmierzyć z napisaniem paru słów na temat tej świeżynki.
Nie zmieniam zdania o tym, że płyta jest dosyć dziwna jak na Szwedów. Trochę nie widzę tego materiału granego na koncertach. Płyta różnorodna, mamy monumentalne, epickie momenty, patosu dodają wszechobecne orkiestracje. Czuć potęgę - tego oczekujemy. Lubimy to. Niestety, trzeba zwrócić uwagę na bardzo słabą produkcję płyty. W studiu chłopaki pracowali z panem Stefanem Bomanem, który nie ma zbyt wielkiego doświadczenia w pracy z zespołami metalowymi (choć pracował m.in. z Soenem nad Lykaią, choć brzmieniowo to nie wyszło tej płycie też na dobre) \m/ Mam wrażenie, że blachy wprowadzają bardzo dużo szumu i nie brzmi to wszystko zbyt selektywnie. Płytę zaczyna elektroniczne intro, czegoś takiego u Opeth jeszcze nie było, to dość fajne urozmaicenie.
Dignity, który znaliśmy z singla jest jednym z lepszych numerów na albumie ze świetną solówką Fredrika w intrze (ogólnie solówki tego pana na ICV są jednym z wielu baaardzo jasnych punktów płyty).
Heart in Hand już mam trochę za mocno osłuchane i mi się znudził - choć dalej uwielbiam refren i bas Mendeza w tym numerze.
Next of Kin to kolejny numer z epickimi riffami i klimatem, bardzo lubię tekst do tego utworu. Mikael nie starał się przekazać jakiś nowych prawd, napisać tekstów które by miały pouczać czy moralizować, napisał to co w głowie miał i to co po prostu czuł, to dobrze wpłynęło na warstwę liryczną krążka.
Lovelorn Crime z początku mnie nudził, ale jest fajnym momentem odpoczynku od epickości i monumentalności i wyciszeniem przed walcem zwanym
Charletan. Uważam, że to najgorszy numer na płycie, choć bawi mnie wybijanie rytmu razem z trzema basami wbitymi na tym utworze, rytmicznie to najbardziej ciekawy moment płyty.
Universal Truth to jeden z lepszych utworów ICV. Mikael śpiewa tu dosyć wysoko jak na niego. Pierwsza część utworu to dosyć wolne akustyczne partie z subtelnymi bębnami Axa. To w tym numerze są chyba najbardziej epickie AAAAAAAAAAA na ICV. W okolicach 2:14 wchodzi miażdżący czaszkę riff, który wspaniale podbija marszowy bassline Mendeza. Tuż po tym przejściu mamy krótki moment z naprawdę fajną grą orkiestry i wokalami Mike'a. Potem numer już staje się stonowany w klimacie początkowej części, aż do wyciszenia.
The Garroter zaczyna się intrem zagranym na gitarze klasycznej bardzo przypominającym muzykę hiszpańską. Następnie Mikael zdradza nam swoje nietypowe dla metalowca muzyczne inspiracje, gdyż Dusiciel jest przepełniony jazzowym vibem. Traktuję ten numer raczej jako ciekawostkę i wyjątek w muzycznym katalogu Szwedów, mimo że jest całkiem przyjemny, niestety, nie dzieje się w nim za wiele. Przechodzimy do mojej ukochanej części płyty. Dwa ostatnie numery umieszczone na stronie D winylowej wersji ICV przyprawiają mnie o ciarki. Mikael śpiewa przejmująco, akustyczne partie zagrane są z uczuciem, a sekcja potęguje wrażenie raz subtelności, raz potęgi prezentowanych riffów.
Continuum po cudownej końcówce przechodzi płynnie w zamykające krążek
All Thing Will Pass. Numer jest budowany od pojedynczego riffu granego przez gitarę, której towarzyszą pojedyncze dźwięki grane na klawiszu, po to aby zaraz przerodzić się w monument napędzany marszową sekcją. Ten numer po prostu płynie, nigdzie się nie spieszy, rozpieszcza znakomitymi akustycznymi zwrotkami przerywanymi momentami cięższych riffów i naprzesterowanych gitar. Około 6 minuty zaczyna się kolejny motyw, gdzie wokal Mikaela wybija się na absolutnie pierwszy plan, zbliżamy się do końca krążka z powolnym riffem, który trwa aż do wyciszenia.
Z tej krótkie recenzji, którą należy traktować nieco z przymrużeniem oka może wynikać, że ICV to wręcz doskonały album. Same świetne riffy, epickie momenty, coś się dzieje. Tak nie jest. Riffy są przewidywalne, niektóre momenty mogą się dłużyć, w sumie nie dzieje się tyle ile by się wydawało, ale co z tego? Płyta na bardzo wysokim poziomie, słuchanie jej sprawia mi ogromną frajdę i ciężko mi było wytrzymać dwutygodniową przerwę jaką sobie zrobiłem od tego krążka. Wydanie tej płyty to dość dziwny zabieg ze strony Szwedów, którzy po raz kolejny udowadniają, że robią to co żywnie im się podoba i nie będą oczekiwać poklasku i uznania lwiej części ich fanów, takie podejście bardzo mi odpowiada. W momencie, gdy wiele osób wiesza na Opeth psy, ci wydają najdłuższą swoją płytę i to jeszcze w języku, którego nie rozumie raczej ogromna część ich słuchaczy. Odwaga czy głupota? Ze względów czysto marketingowych na pewno to drugie, ale najważniejsze jest to, że Mikael i spółka są pewni tego, że zrobili rzecz dobrą, nie wybitną, ale dobrą.
Największymi plusami krążka są: solówki oraz niesamowity śpiew Mikaela, który nie śpiewał w ten sposób chyba nigdy, widać że odkrywa dla siebie nowe horyzonty i możliwości ekspresji, między innymi na nieco wyższych rejestrach, w których raczej nigdy nie "grzebał" na dłuższą metę.
Czas też na umieszczenie ICV wśród poprzedniczek w rankingu. Uważam, że to najlepsza ich płyta, która ukazała się w tej prog rockowej erze. Wolę ją na pewno też od Watershed, MAYH, czy też Deliverance, do którego wracam dosyć rzadko. Oczywiście to kwestia danego okresu i upodobań chwilowych, na razie wygląda to w ten sposób. Cieszy, że Szwedzi wydali solidny album.
Miejmy nadzieję (bo tylko ona już pozostała), że zaskoczą nas setlistą... Chociaż... czy ktoś w to w ogóle wierzy?
