TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Ten "koncert" Halforda jest świetny. Bardzo dobry dobór numerów - do tego strzały od np. takiego Fight które są znakomite.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Oj tak, Nailed To The Gun tnie aż miło
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
10. King Diamond - Abigail

Wiadomo było, że obecność Kinga Diamonda na mojej liście to oczywista oczywistość. Nie ma zbyt wielu wykonawców, których twórczość zapewnia mi taką frajdę, jak dorobek pana Petersena. Abigail to szczególny album króla muzycznego horroru. To właśnie Abigail rozpoczęło serię albumów koncepcyjnych, z których znany jest Diamond. Wcześniejszy krążek, Fatal Portrait, nie był jeszcze spójnym lirycznie dziełem. Drugim powodem, dla którego Abigail wyróżnia się spośród dyskografii zespołu, jest styl, w jakim utrzymano zawarte na płycie kompozycje. O ile na debiucie echa Mercyful Fate są mocno odczuwalne (co nie jest dziwne, skoro część materiału miała trafić na trzeci album tej grupy), tak tutaj zawartość Kinga w Kingu wynosi 100%. Niby jest to heavy metal, ale z niezaprzeczalną nutką finezji, która co jakiś czas pojawia się w przejściach, czy narracji wokalnej naszego mistrza ceremonii. Lubię określać ten styl mianem "art metalu". Tak czy siak, Abigail jest wielkim albumem, na który składają się same co najmniej dorbe kompozycje. Już rozpoczynające całość intro Funeral wprowadza nas w tajemniczy nastrój, który nie opuści nas już do końca. Ale zanim do niego dotrzemy, czeka nas spotkanie z siedmioma jeźdzcami (Arrival), odwiedziny w nawiedzonej posiadłości (A Mansion In Darkness), czy opętanie (Abigail). Ilość nieziemskich riffów, mocarnych partii perkusyjnych, czy wspaniałych, choć dla wielu odrzucających partii wokalnych, jest tu ogromna. To wszystko składa się na legendę Abigail, która wciąż ma się całkiem dobrze. Myślę, że zespół był tu niemalże szczytu możliwości technicznych. Świetny duet LaRoque/Denner, gęsta sekcja w postaci bębnów Mikkey'a Dee oraz nieodżałowanego Timiego Hansena, świdrujący, ale wciąż rozwijający się głos Kinga...Trudno się tu do czegokolwiek doczepić. Każdemu miłośnikowi jakiejkolwiek muzyki życzę tego, aby podczas koncertu lubianego przez siebie artysty przeżył to, czego ja doświadczyłem zderzając się z A Mansion In Darkness oraz Black Horsemen na żywo. Nie do opisania.
Ulubione numery: Arrival, A Mansion In Darkness, Black Horsemen
9. Mercyful Fate - Don't Break The Oath

Znowu King, tym razem w innym wydaniu. Bardziej demonicznym i bezpośrednim. Don't Break The Oath to kolejna klasyczna pozycja w jego dorobku, dla wielu najlepsza. Nie zgadzam się z tym twierdzeniem, ale rozumiem taki wybór. Drugi krążek Mercyfuli to zestaw samych hymnów. Jest niepokojąco, miejscami bardzo mrocznie, ale również cholernie intrygująco. Wczesne Mercyful Fate było bardzo ambitne i rewelacyjnie wykorzystywało dorobek zespołów z lat 70-tych, jednocześnie grając muzykę, która pasowała do lat 80-tych. Nie interesowały ich proste kompozycje oparte na schemacie refren/zwrotka/refre (choć takie rzecz jasna również się pojawiają), oni chcieli czegoś więcej. To przejawiało się w numerach pokroju rozbudowanego The Oath - chyba najbardziej diabelskiego utworu, jaki słyszałem w życiu. Oczywiście w 2020 roku teksty Kinga mogą trącić myszką i kiczem, między innymi przez niedoszlifowany angielski, którym posługiwał się wówczas wokalista, ale swego czasu zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Diamond nie był jedynie frontmanem grupy. Dla 14-latka poznającego Don't Break The Oath, jawił się jako szalony mag, czciciel sił ciemności, maksymalnie oddany swoim wierzeniom. Rzecz jasna wiedziałem, że to tylko muzyka i image, ale Mercyful Fate stworzyło tutaj wyborny klimat, którego ze świecą szukać na wielu blackowych krążkach. A mowa o roku 1984! Po niezliczonej ilości odsłuchów wciąż wielbię ten materiał. Już nie przeraża, ale wciąż fascyuje.
Ulubione numery: Desecration Of Souls, A Dangerous Meeting, The Oath

Wiadomo było, że obecność Kinga Diamonda na mojej liście to oczywista oczywistość. Nie ma zbyt wielu wykonawców, których twórczość zapewnia mi taką frajdę, jak dorobek pana Petersena. Abigail to szczególny album króla muzycznego horroru. To właśnie Abigail rozpoczęło serię albumów koncepcyjnych, z których znany jest Diamond. Wcześniejszy krążek, Fatal Portrait, nie był jeszcze spójnym lirycznie dziełem. Drugim powodem, dla którego Abigail wyróżnia się spośród dyskografii zespołu, jest styl, w jakim utrzymano zawarte na płycie kompozycje. O ile na debiucie echa Mercyful Fate są mocno odczuwalne (co nie jest dziwne, skoro część materiału miała trafić na trzeci album tej grupy), tak tutaj zawartość Kinga w Kingu wynosi 100%. Niby jest to heavy metal, ale z niezaprzeczalną nutką finezji, która co jakiś czas pojawia się w przejściach, czy narracji wokalnej naszego mistrza ceremonii. Lubię określać ten styl mianem "art metalu". Tak czy siak, Abigail jest wielkim albumem, na który składają się same co najmniej dorbe kompozycje. Już rozpoczynające całość intro Funeral wprowadza nas w tajemniczy nastrój, który nie opuści nas już do końca. Ale zanim do niego dotrzemy, czeka nas spotkanie z siedmioma jeźdzcami (Arrival), odwiedziny w nawiedzonej posiadłości (A Mansion In Darkness), czy opętanie (Abigail). Ilość nieziemskich riffów, mocarnych partii perkusyjnych, czy wspaniałych, choć dla wielu odrzucających partii wokalnych, jest tu ogromna. To wszystko składa się na legendę Abigail, która wciąż ma się całkiem dobrze. Myślę, że zespół był tu niemalże szczytu możliwości technicznych. Świetny duet LaRoque/Denner, gęsta sekcja w postaci bębnów Mikkey'a Dee oraz nieodżałowanego Timiego Hansena, świdrujący, ale wciąż rozwijający się głos Kinga...Trudno się tu do czegokolwiek doczepić. Każdemu miłośnikowi jakiejkolwiek muzyki życzę tego, aby podczas koncertu lubianego przez siebie artysty przeżył to, czego ja doświadczyłem zderzając się z A Mansion In Darkness oraz Black Horsemen na żywo. Nie do opisania.
Ulubione numery: Arrival, A Mansion In Darkness, Black Horsemen
9. Mercyful Fate - Don't Break The Oath

Znowu King, tym razem w innym wydaniu. Bardziej demonicznym i bezpośrednim. Don't Break The Oath to kolejna klasyczna pozycja w jego dorobku, dla wielu najlepsza. Nie zgadzam się z tym twierdzeniem, ale rozumiem taki wybór. Drugi krążek Mercyfuli to zestaw samych hymnów. Jest niepokojąco, miejscami bardzo mrocznie, ale również cholernie intrygująco. Wczesne Mercyful Fate było bardzo ambitne i rewelacyjnie wykorzystywało dorobek zespołów z lat 70-tych, jednocześnie grając muzykę, która pasowała do lat 80-tych. Nie interesowały ich proste kompozycje oparte na schemacie refren/zwrotka/refre (choć takie rzecz jasna również się pojawiają), oni chcieli czegoś więcej. To przejawiało się w numerach pokroju rozbudowanego The Oath - chyba najbardziej diabelskiego utworu, jaki słyszałem w życiu. Oczywiście w 2020 roku teksty Kinga mogą trącić myszką i kiczem, między innymi przez niedoszlifowany angielski, którym posługiwał się wówczas wokalista, ale swego czasu zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Diamond nie był jedynie frontmanem grupy. Dla 14-latka poznającego Don't Break The Oath, jawił się jako szalony mag, czciciel sił ciemności, maksymalnie oddany swoim wierzeniom. Rzecz jasna wiedziałem, że to tylko muzyka i image, ale Mercyful Fate stworzyło tutaj wyborny klimat, którego ze świecą szukać na wielu blackowych krążkach. A mowa o roku 1984! Po niezliczonej ilości odsłuchów wciąż wielbię ten materiał. Już nie przeraża, ale wciąż fascyuje.
Ulubione numery: Desecration Of Souls, A Dangerous Meeting, The Oath
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Ten Mercyful Fate to jest w dziedzinie "heavy metal" temat z samego podium.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Tej płyty to należy słuchać w całości
A jak nie chwyta, to po ciemku i w skupieniu. Natomiast jeśli ani debiut, ani DBTO nie siądzie, to raczej nie ma co drążyć tematu, bo kolejne krążki są bardziej zachowawcze. Dobre, ale nie wyróżniają się na tle sceny heavy aż tak, jak dwa pierwsze.
As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Źle się wyraziłem. Ten album z diabłem z nutelli nie chwycił, może polecicie jakiś inny, dobry na start? 
Maidenów też zaczynałem od przystępnego BNW, zamiast, wiecie, od Piece Of Mind
Maidenów też zaczynałem od przystępnego BNW, zamiast, wiecie, od Piece Of Mind
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Ja bym wziął 9, ewentualnie Time. Wydają się być najbardziej przystępne wokalnie, jeżeli to Ci przeszkadza.
02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
To w takim razie może bym spróbował jedynkę czyli "Melissę". Jak to nie chwyci to jak mówił Schizoid odpuścić temat bo te dwie to najwybitniejsze osiągnięcia tego zespołu.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Dzięki chłopaki, obczaję!
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Proponuję płytę In the Shadows na początek. Zdecydowanie.
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
2 świetne krążki. A Mansion In Darkness i Black Horsemen to moje 2 ulubione z tego albumu.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Black Horsemen to też mój faworyt.
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Black Horsemen, ulubiony wszystkich.
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Zaczynanie z Melissa jak nie podszedł Oath jest bez sensu. Lepiej In The Shadows tak jak Vorgel powiedział
- Bon Dzosef
- -#The Alchemist

- Posty: 12450
- Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm
Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)
Potem grają już bardziej metalowo, więc jak najbardziej późniejsze płyty mogą podejść. Oath ma trochę hardrockowych zagrywek, a Melissa to już w ogóle co pół minuty słychać stare Judas Priest

