TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Zbiór ankiet i Waszych opinii dotyczących innych zespołów.

Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM

Zdan
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 9895
Rejestracja: wt sty 29, 2019 12:29 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Zdan »

Po prostu nie kumam odbicia się od tej płyty ale ja jestem prosty chłopak uznający kult dwóch pierwszych MF ;)
Deleted User 2259

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Deleted User 2259 »

Schizoid, będziesz jeszcze dawać pozostałe HM? bo dałeś tylko 5 pozycji chyba.
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Schizoid »

Zapomniałem, że w HM ma być więcej płyt. Szczerze mówiąc, to nie planowałem 10, może uzupełnię to grono po dokończeniu właściwej listy, aczkolwiek byłyby to pewnie same koncertówki, więc nie wiem, czy jest w tym jakikolwiek sens.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Schizoid »

8. Sun Ra - Omniverse
Obrazek

Wcześniej zachwycałem się Bitches Brew, ale to właśnie Omniverse jest moją ulubioną płytą jazzową. Dlaczego? Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia. To chyba nawet nie był mój pierwszy krążek Sun Ra, ale głowy nie dam. Po prostu wszystko mi tu pięknie współgra. Nie jest to zbyt ekstrawagancka płyta, a raczej przyjemne granie, którego mogę słuchać niezależnie od nastroju. Smuci mnie, że to także raczej niezbyt popularna pozycja z katalogu tego przybysza z kosmosu. W wersji fizycznej ukazała się tylko w 1979 i 1991, jak można się domyślać, krążek jest obecnie bardzo drogi, więc liczę na to, że za jakiś czas zostanie wznowiony. Nie lubię się rozpisywać o jazzie, więc po prostu zachęcam do odsłuchu.

Ulubione numery: Dark Lights In A White Forest, West End Side Of Magic City

7. Emperor - Anthems To The Welkin At Dusk
Obrazek

Dwójka Cysorza to dla mnie idealny album blackmetalowy. W tym gatunku, zwłaszcza wykonując go w bardziej majestatyczny sposób, łatwo popaść w śmieszność, ale Anthems to ewenement. Dla mnie brzmi śmiertelnie poważnie. Jest przepych, ale kontrolowany. Emperor już na debiucie pokazał, że nie jest po prostu kolejną hordą ze Skandynawii, a na swoim drugim krążku tylko to potwierdził. Czego tu nie ma? Albo raczej: co jest? Jest tu całkiem sporo. Poczynając od skrzeku Ihsahna, który miejscami zamienia się w recytacje oraz łagodniejsze partie, mamy tu black metal doprowadzony do perfekcji. Riffy z ATTWAT są dla mnie niekwestionowanym przejawem geniuszu zespołu, bo takie The Loss & Curse Of Reverence za każdym razem rozkłada mnie na łopatki. Bębny, za którymi zaszła mała rotacja, sieją niemałe zniszczenie przy akompaniamencie dołów podbijanych przez bas, który co prawda jest bardziej schowany, ale odczuwalny. W końcu są też same kompozycje, połączenie tych wszystkich składników. Słowo "anthems" idealnie oddaje ich charakter, bo brzmią niezwykle potężnie. With Strength I Burn to chyba mój ulubiony kawałek Emperora i zawsze, kiedy słyszę fragment po charakterystycznym zwolnieniu, jestem nim skrajnie zachwycony. Grzechem byłoby też pominąć przedni klimat tej płyty. Rozpoczyna ją łagodne intro, w którym pod koniec muzyka staje się swoistym wezwaniem do bitwy. Zaś za swoistą klamrę można uznać outro, przy którym jedynym, co pojawia mi się w głowie, jest obraz pola walki po jej stoczeniu. Walki bezdyskusyjnie wygranej przez Emperora. Cudo!

Ulubione numery: With Strength I Burn, Thus Spake the Nightspirit, The Loss and Curse of Reverence

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12450
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Bon Dzosef »

Jak ta twoja ewolucja dalej tak pójdzie to będziesz za trzy lata biegał po lesie w corpse paintcie, ale w kaszkiecie
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Schizoid »

Preferuję kapelusze :lol:

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Schizoid »

6. David Bowie - Station To Station
Obrazek

W okolicach płyty Young Americans, David Bowie wpadł w głęboki nałóg narkotykowy. Jego pobyt w USA, poczucie alienacji, ale również pewnie i rola zagubionego kosmity w filmie The Man Who Fell To Earth, sprawiły że artysta zupełnie odkleił się od rzeczywistości. Coraz bardziej interesował się szeroko pojętym ezoteryzmem, nihilizmem, a także III Rzeszą. Glenn Hughes wspomniał kiedyś, iż każda ówczesna rozmowa z Bowie'm w pewnym momencie skręcała w stronę nazizmu, oczywiście za sprawą twórcy Ziggy'ego Stardusta. A to i tak nie oddaje stanu psychicznego, w którym znajdował się wtedy David. Zainteresowanie magią doprowadziło go do zupełnej paranoi. Swój mocz i spermę zaczął składować w słoikach, które trzymał w lodówce, bo bał się, że wiedźmy i Jimmy Page mogą je użyć w złym celu. Raz uznał, że w basenie obok domu znajduje się demon i niezbędne były egzorcyzmy. Dodatkowo był przekonany o tym, iż na zewnątrz znajdują się duchy, od których bronią go palące się w domu świeczki. Dodajmy do tego jeszcze kilogramy kokainy, które regularnie wciągał i dostaniemy niezły obraz tego, co działo się wtedy w głowie brytyjskiego muzyka. Przy takich okolicznościach jego kolejny album nie mógł być dobry. A okazał się być największym arcydziełem w dyskografii Davida. Station To Station jest niewątpliwie nasączone jego ówczesnym samopoczuciem. To płyta na wskroś zimna, łącząca funk Young Americans z chłodem Low. Nowa postać, w którą wciela się tu Bowie - Thin White Duke - to aryjski arystokrata pozbawiony emocji, śpiewający sztuczne piosenki o miłości, a w wywiadach chętnie mówiący na temat Hitlera. Trudno powiedzieć, na ile był to kolejny performance, a na ile sposób wyrażenia siebie samego. Tak czy siak najważniejsza jest tu muzyka. Station To Station otwiera numer tytułowy, który lirycznie sam w sobie jest bardziej zaawansowany, niż niejeden album koncepcyjny. Ilość aluzji, nawiązań (Crowley, Kabała, Szekspir, kokaina - to wszystko pojawia się w jednym utworze) i fajnych zabiegów językowych jest tu wprost powalająca. A i muzycznie Station To Station jest jednym z najciekawszych kompozycji Bowiego. W tym 10-minutowym numerze dzieje się całkiem sporo, bo długi, leniwy wstęp nagle zamienia się w coś, co Wikipedia określa jako "prog-disco", wtedy na pewno nie było to oczywistym posunięciem ze strony Bowiego. Dalej mamy bardziej zachowawcze kompozycje pokroju Golden Years, stojącego jeszcze jedną nogą w stylistyce Young Americans, wesołe i skoczne TVC 15, czy najsłabsze na płycie Word On A Wing, ale warto zatrzymać się przy urzekającym coverze Wild Is The Wind. Na potrzeby swojej interpretacji klasyka, Bowie nagrał jedne ze swoich najlepszych ścieżek wokalnych, a sam utwór należy do jednego z topowych z całej jego kariery. Jak widać dieta oparta na mleku i papryce przyniosła zaskakujące rezultaty i choć okoliczności, w których powstawało Station To Station zapowiadały tragedię, to artysta w jakiś sposób wyszedł na swoje. Szkoda tylko, że nie pamiętał nic z samych sesji nagraniowych, ale biorąc pod uwagę jego ówczesny tryb życia, trudno się temu dziwić. Station To Station jest dla mnie prawdziwym początkiem "trylogii berlińskiej" (która nigdy nie istniała), bo przypisywanie do niej późniejszego Lodgera jest w mojej opinii poważnym błędem.

Ulubione numery: Wild Is The Wind, Stay, Station To Station

5. Mercyful Fate - Melissa
Obrazek

Mercyful Fate od początku kariery nie było po prostu kolejnym zespołem wykonującym heavy metal. Duńczycy byli wprost zakochani w muzyce lat 70-tych, z naciskiem na Judas Priest i Uriah Heep, których echa w różny sposób co chwilę słychać na debiutanckiej Melissie. Ciekawe jest to, że w 1983, kiedy to wyszedł ich debiutancki album, stawiano już na dość uproszczone schematy, ale Mercyfulom przez myśl nie przeszło uleganie tym trendom. Hank Shermann i Michael Denner zawsze powtarzali, że punktem wyjścia dla zespołu były wczesne płyty Priest i to ewidentnie można wychwycić, z tym że wczesne Fate to jakby Judasi z lat 70-tych na sterydach. Grupa w rewelacyjny sposób wyrwała starsze patenty kompozytorskie i przeniosła je na grunt lat 80-tych, dzięki czemu dostaliśmy bardzo charakterystyczny materiał, a do tego wręcz genialny. Nie ma sensu doszukiwać się tu słabych kompozycji, bo zwyczajnie ich tu nie ma. To zestaw niesamowicie mocarnych hymnów, które pięknie przetrwały próbę czasu. Uwielbiam Melissę za to, że reprezentuje jeszcze nieokrzesane Mercyful Fate, choć niezbyt różni się od Don't Break The Oath (kompozycje z tych płyt powstawały w bardzo podobnym czasie). Brzmienie Melissy mocno nawiązuje do niemodnych już wtedy lat 70-tych, przez co dziś może wydawać się mało metalowe, ale dla mnie wykorzystanie go było przejawem geniuszu, bo nadaje tym utworom niesamowity charakter. Jest tu cała masa osobliwych pomysłów, jak choćby intro w Into The Coven, które zawsze odrobinę kojarzy mi się z jakimiś średniowiecznymi melodiami. W gruncie rzeczy najbardziej charakterystycznym pomysłem jest tu epickie Satan's Fall, czyli 11-minutowy klasyk, w którym riffy zmieniają się bardzo szybko, a jedynym powtarzającym się motywem, jest początek i koniec utworu. Za to w środku znajdziemy całą masę porywających momentów, z których moim faworytem jest ten, kiedy to King śpiewa "Innocent lovers, it's a lie...". No właśnie, King. Ta postać to bez wątpienia kluczowy składnik Mercyful Fate, z którym ten zespół jest kojarzony. Tutaj jest jeszcze stosunkowo nieśmiały, nie opanował jeszcze swego głosu w takim stopniu, jak na późniejszych solowych płytach, a pisane przez niego teksty brzmią miejscami wręcz naiwnie, ale cóż z tego, skoro to wszystko idealnie ze sobą koresponduje? Zresztą co do tekstów, to przy pierwszym odsłuchu mocno mnie odrzuciły od tego zespołu. Czytając słowa z Black Masses (które dorzucono do Melissy w postaci bonusowego kawałka), kolokwialnie mówiąc obesrałem zbroję i odstawiłem Mercyful Fate na jakiś czas. Na chłopaku wychowanym w konserwatywnym światopoglądzie, zrobiły bardzo duże wrażenie. Na szczęście jakiś czas potem przestały stanowić dla mnie problem i pokochałem ten album całym sercem. Zresztą mam na jego punkcie małą obsesję, gdyż posiadam chyba 5 różnych wydań tego materiału, to jedyny taki przypadek w moim zbiorze płyt.

Ulubione numery: Evil, Satan's Fall, Into The Coven

4. Ghost - Opus Eponymous
Obrazek

Ten krążek bardzo namieszał w moim życiu. Debiut Ghosta to piękny list miłosny zaadresowany do muzyki lat 70-tych, szczególnie z ich wczesnego etapu. Tobias Forge umiejętnie połączył tu skrajnie różne brzmienia, czego efektem stał się album, który zapoczątkował renesans occult rocka na dużą skalę. Opus Eponymous postrzegam jako marzenie osoby wychowanej na klasykach, która dostała szansę wyrażenia swojej miłości do nich. Tym sposobem mamy tutaj ukłony w stronę Uriah Heep (wówczas największa inspiracja dla Forge'a), Black Sabbath (powolne Death Knell i Stand By Him), Mercyful Fate (Elizabeth), czy Pink Floyd (jestem przekonany, że inspiracją dla końcowego Genesis było One Of These Days). Jednocześnie w żadnym wypadku nie jest to tanie retro, które żeruje na nostalgii odbiorcy i wysługuje się powtarzaniem w skali 1:1 tego, co zagrano już kiedyś. Ghost co prawda jawnie odwołuje się do złotej ery rocka, ale robi to na swój sposób: polewa wszystko to sosem melodii, która jest w tym zespole bardzo ważna. To dzięki temu skutecznie uchyla się od łatki kapeli metalowej i jest charakterystycznym tworem. Melodii jest tu całkiem sporo, spośród których najbardziej znane są te z pierwszego hitu grupy, Ritual, nad którym (podobno nieintencjonalnie) według wielu unosi się duch Blue Oyster Cult. Natomiast takie Satan Prayer to w zasadzie po prostu demoniczne disco. Podziwiam pomysłowość twórcy, bo wpaść na tak szalony pomysł i spróbować odnieść z nich sukces to w metalowym świecie raczej ciężka do zrealizowania idea. A jednak odniosła sukces i to taki, że najpewniej przewyższył on marzenia Ghosta kilkukrotnie. Zespół stał się rozchwytywaną marką głównie za sprawą późniejszych przebojów, jednakże to właśnie Opus Eponymous rozpoczęło wędrówkę satanistycznego papieża na sceny aren. Wspomniałem, że ta płyta nieźle namieszala w moim życiu. Otóż to właśnie Ghost skłonił mnie do głębszego zapoznawania się z dinozaurami muzyki, z których grupa czerpie pomysły. Oczywiście wielu wykonawców znałem już wcześniej, ale przykładowym Pink Flod głębiej zainteresowałem się dopiero po osłuchaniu tego materiału. Na pewno spore znaczenie ma tu fakt, iż Ghost poznałem na bardzo wczesnym etapie poznawania muzyki rockowej i tego typu artystów poznałbym prędzej czy później w inny sposób, jednakże moja muzyczna podróż potoczyła się w sposób, w którym Ghost odegrał znaczącą rolę. Opus Eponymous to dla mnie absolutnie najlepszy krążek Ducha i wątpię, by Forge przeskoczył kiedyś poprzeczkę zawieszoną te 10 lat temu (czego jednak oczywiście mu życzę).

Ulubione numery: Satan Prayer, Ritual, Con Clavi Con Dio
Ostatnio zmieniony ndz lis 22, 2020 7:48 pm przez Schizoid, łącznie zmieniany 1 raz.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Deleted User 2259

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Deleted User 2259 »

Ciekawie, absolutnie nie mam pojęcia co będzie w top 3.
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12450
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Bon Dzosef »

Bez zaskoczeń
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
pz
-#Administrator
-#Administrator
Posty: 21960
Rejestracja: śr maja 07, 2014 12:56 am
Skąd: z Sanatorium

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: pz »

Myślałem, że Melissa będzie w top-3

02: Turbo (Kutno, Warszawa, Kraków) Wishbone Ash (Warszawa) Monstrum (Rzeszów) Soen (Kopenhaga)
03: Villagers of Ioannina City, Lady Pank, Zalewski, Icon, Turbo (Łódź)
05: Paul Quinn, Defenders of Steel, Hellhaim, Linkin Park (Sztokholm), Omen (Kraków?)
06: Omen (Warszawa), Mystic Festiwal, Metallica (Budapeszt), Iron Maiden (Hradec Kralove), MnC (SK, Łódź)
07: MnC (Pionki), Skunk Anansie, Judas Priest
08: Castle Rat, Soen
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Schizoid »

Jak wspominałem na początku, kolejność nie ma tu aż tak dużego znaczenia w przypadku płyt, które leżą blisko siebie. Przy całym swoim uwielbieniu dla tej płyty, są krążki, które uznałem za ciut ważniejsze dla mojej przygody z muzyką. Melissę poznałem tak naprawdę dopiero po dobrym osłuchaniu Don't Break The Oath, więc nie załapała się do top 3, choć to jedna z niewielu płyt metalowych, którym daję ocenę 10/10.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Awatar użytkownika
Vorgel
-#Lord of light
-#Lord of light
Posty: 8097
Rejestracja: śr sty 27, 2016 5:26 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Vorgel »

Też mnie zaskoczyło, że Ghost jest wyżej od MF.
Deleted User 2259

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Deleted User 2259 »

Myślę, że w top 3 może być JP <bo nic jeszcze nie było, moze nawet 2 albumy> Nie było wiadomej płyty PF, oraz ewentualnie coś Kinga Diamonda.
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12450
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Bon Dzosef »

1. Painkiller 2. Screaming 3. Them

Tak typuje. Chociaz moze byc jakis Bowie, nie znam twórczosci chłopa
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12450
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Bon Dzosef »

Wild Is The Wind
Dobry numer, podoba mi się.
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Deleted User 2259

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Deleted User 2259 »

To ja zamiast them stawiam The Eye
Awatar użytkownika
Bon Dzosef
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 12450
Rejestracja: wt kwie 05, 2016 5:28 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Bon Dzosef »

W sumie masz rację z tym The Eye.
Lubie Iron Maiden i Megadeth

pz = shakin stevens

oddawac długie podpisy
johnny_o pisze: wt sie 18, 2026 9:50 pm Jebać czarnuchów
Awatar użytkownika
Sardi
-#Moderator
-#Moderator
Posty: 7692
Rejestracja: sob sty 23, 2016 11:06 pm
Skąd: Born in the BZ Land

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Sardi »

a ja wiem, ja wiem :D
BRUCE SPRINGSTEEN, JAN BO I RICHIE FAULKNER PONAD WSZYSTKO
https://www.last.fm/pl/user/sardynex
setlist.fm/user/matt01
Awatar użytkownika
Schizoid
-#The Alchemist
-#The Alchemist
Posty: 13294
Rejestracja: śr cze 25, 2014 3:01 pm

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Schizoid »

3. King Diamond - The Eye
Obrazek

Moje pierwsze spotkanie z Królem, zdecydowanie bardzo udane. Pewnego letniego dnia po prostu odpaliłem The Eye z Youtube'a. Padło na ten album z bardzo prozaicznego powodu, zwyczajnie lubię kolor fioletowy, którego na okładce jest sporo. Z miejsca zafascynowałem się twórczością i postacią Kinga Diamonda. To, co robił, uznałem za niezwykłe. Szczególnie wrażenie zrobiła na mnie teatralność towarzysząca jego muzyce, którą na The Eye najlepiej słychać chyba w ponurym i makabrycznym The Trial. Praktycznie zaraz po odsłuchu udałem się do sklepu w celu kupna jakiegoś CD geniusza horroru, to były czasy, kiedy The Eye i Abigail wyszły z powszechnego obiegu, więc nabyłem Abigail II, które przez długi czas nie opuszczało moich głośników. Oko na jakiś czas poszło w odstawkę, bo nie lubiłem słuchać z YT, a mój zbiór płyt Kinga sukcesywnie powiększał się o klasyczne krążki, jednakże jakieś pół roku później cudem udało mi się kupić nowiutkie The Eye i ponownie powaliła mnie jakość tego materiału. Jego charakter jest inny, niż ten z wcześniejszych albumów, ale według mnie w nim tkwi siła płyty. Kompozycje są nieco bardziej piosenkowe, dzięki czemu niemalże każdy numer można uznać za hit. W rzeczywistości Oko nie doczekało się przebojów na miarę Welcome Home ze względu na brak odpowiedniej promocji (w tym trasy koncertowej), jednakże to niczego nie zmienia - mocarne Burn, piękne The Meetings...Melodie zawarte w tych utworach mam wyryte na pamięć, zresztą nie potrzebowałem wiele czasu, by zagnieździły się w moim umyśle. Jednocześnie uproszczenie struktur kompozycji nie wpłynęło na jakość materiału, to jakby ciut inne oblicze Kinga, które jest klasą samą w sobie. Poza bębnami wszystko jest tu na najwyższym poziomie - jestem zdania, iż Conspiracy razem z The Eye to najlepszy okres dla w pełni ukształtowanego i opanowanego wokalu Kinga, co słychać tak naprawdę w każdej piosence. Oczywiście jest to też kopalnia wspaniałych riffów, bo na te u Diamonda zawsze można liczyć. Dla mnie jest to płyta perfekcyjna, ogromnie ważna dla tego, jaki kierunek obrały moje zainteresowania muzyczne. Po latach te numery wciąż przyprawiają mnie o gęsią skórkę, a Insanity, choć krótki, jest jednym z moich ulubionych utworów instrumentalnych w całej muzyce. Słysząc Behind These Walls na żywo, poczułem, że zainteresowanie się twórczością pana Petersena było jedną z najlepszych rzeczy, jakie mi się trafiły w życiu. The Eye rozpoczęło u mnie kult tej muzyki, który do dziś ma się wyśmienicie.

Ulubione numery: Behind These Walls, 1642 Imprisonment, Burn

2. Judas Priest - Painkiller
Obrazek

Ta płyta musiała się tu znaleźć z prostej przyczyny: uznaję ją za najlepsze wydawnictwo metalowe, z jakim miałem styczność. W zasadzie dla Judas Priest nie jest to płyta rewolucyjna, od dawna postrzegam ją jako rozwinięcie pomysłów, które pokazywali już wcześniej, opakowane w bardziej bezpośrednie brzmienie. Przecież Night Crawler to tak naprawdę młodszy brat The Sentinel, a w utworze tytułowym gdzieś tam pobrzmiewa przykurzony Exciter. To jednak nie ma większego znaczenia, gdyż to zwyczajnie kapitalny materiał, który był potrzebny po kontrowersyjnym Turbo i stojącym w rozkroku Ram It Down. 1990 przyniósł fanom Priest płytę, która de facto mogłaby być kontynuacją Defenders Of The Faith. Powrócił heavy metal w ujęciu Priest, jednakże bardziej agresywny i ostrzejszy, niż wcześniej. Na szczęście trudno tu mówić o graniu na jedno kopyto, bo praktycznie każdy utwór charakteryzuje się czymś innym. Wszystkie łączy wspólny mianownik: bardzo wysoka forma wykonawcza. Tipton i Downing brzmią tu absolutnie dziko, solo Glenna w All Guns Blazing należy do grona jego najbardziej wymagających dzieł (z drugiej strony nagrał tu piękną i zachowawczą solówkę do A Touch Of Evil), Scott Travis już na wstępie zapowiedział, że jako nowy bębniarz nie zamierza oszczędzać swoich bębnów, natomiast Halford dostarczył kolejne świetne wokalizy, spośród których część jest prawdopodobnie nie do odtworzenia na żywo. Słyszałem tylko jeden cover Painkillera, który w dobry sposób oddawałby oryginał (wykonanie Stu Blocka sprzed kilku lat). Ale Rob błyszczy tu w niemalże każdym możliwym momencie, by wspomnieć choćby rozbuchane Metal Meltdown. Jest ostro, jednocześnie wciąż melodyjnie, co uznaję za spory plus tego wydawnictwa. Jednocześnie uważam, że razem z The Eye zamknęło erę heavy metalu, w którym po 1990 roku nie wyszło zbyt wiele krążków, które uznałbym za znakomite. Oczywiście trafiły się pozycje z późniejszych lat, które bardzo sobie cenię, ale sądzę, iż te dwie płyty zakończyły najlepszy okres historii gatunku.

Ulubione numery: Between The Hammer And The Anvil, A Touch Of Evil, Night Crawler

1. Judas Priest - Defenders Of The Faith
Obrazek

Jak wskazuje mój wywód na temat Painkillera, uznaję Defendersów za minimalnie gorszy krążek. Skąd więc pierwsze miejsce na liście? To po prostu moja ulubiona płyta Priest. Gdy zaczynałem zagłębiać się w ich twórczość (a co za tym idzie w metal), nie słuchałem całych płyt. Moim pierwszym zakupem była składanka Judasów, z której szalenie podobały mi się dwie kompozycje: Jawbreaker i Love Bites. Stwierdziłem wówczas, że płyta, z której pochodzą te kawałki, musi być cholernie dobra i najbliższa temu, jak rozumiem termin "heavy metal". Miałem nosa, bo gdy w moje łapska wpadło CD, byłem całkowicie zaabsorbowany tą muzyką. DOTF stało się dla mnie swoistym wyznacznikiem jakości, wszystko mi tu idealnie do siebie pasowało. To był świetny wybór na pierwszego longplaya Priestów, bo z jednej strony jest to materiał stosunkowo ciężki, ale z drugiej obfitujący w rozpoznawalne dla zespołu rozwiązania artystyczne, dzięki czemu stanowi najbardziej reprezentatywny krążek w dyskografii grupy. Na dobrą sprawę Defendersi nie różnią się zbytnio od wcześniejszego Screaming For Vengeance, to wciąż melodyjne heavy, tym razem z nieco ostrzejszym zacięciem. Szczęśliwie się składa, że wszystko jest tu odpowiednio wyważone: z jednej strony mamy tu bardzo szybkie otwarcie w postaci Freewheel Burning, ale przecież ostatnim "właściwym" kawałkiem jest przejmująca, emocjonalna ballada Night Comes Down. Utwory pomiędzy nimi idealnie wykorzystują proporcje ciężaru i melodii, dzięki czemu bardzo łatwo wpadają w pamięć i kiedy zaczynałem swoją przygodę z tą muzyką, stanowiły bezpieczne wprowadzenie w jej klimat. DOTF to Priest w niezwykłej formie kompozytorskiej i wykonawczej. Uwielbiany przeze mnie Painkiller czerpie z tej płyty garściami, zresztą nie tylko on. Sądzę, że kapele uprawiające retro heavy metal, masowo inspirują się właśnie tym krążkiem. Trudno się temu dziwić, skoro to istna kopalnia świetnych pomysłów (które rzecz jasna tracą będąc branym na warsztat po raz n-ty). Sądzę też, że to bardzo reprezentatywny dla heavy metalu materiał, który idealnie wpasował się w estetykę stylu, poniekąd samemu ją tworząc. Wbrew pozorom, osobiście nie sięgam po płyty Priest tak często, jak mogłoby się niektórym wydawać, jednakże DOTF to jeden z tych albumów, które zawsze gwarantują mi przednią zabawę i nie straciły nic względem tego, za co uważałem je lata temu. To dla mnie najlepszy argument za ich jakością.

Ulubione numery: The Sentinel, Night Comes Down, Rock Hard Ride Free


Dzięki za uwagę :) Być może jutro wrzucę listę płyt, które wypadły z rankingu, a miały się w nim znaleźć/znalazły się rok temu.

As mankind hurled itself forever downwards into the bottomless pit of eternal chaos, the remnants of civilization screamed out for salvation - redemption roared across the burning sky... The Painkiller
Deleted User 2259

Re: TOP 50 płyt - wyzwanie Schizoid (edycja 2020)

Post autor: Deleted User 2259 »

Świetne top 3. Nawet nie wiedziałem, że oko nie miało trasy promującej, a wiesz dlaczego? :o

No i tak jak obstawiłem 2 albumy JP i jeden KD :D, czekam na resztę albumów, które chcesz wrzucić.
ODPOWIEDZ