TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Moderator: Administracja i Moderacja SanktuariuM
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
To jak zrobisz swoją listę, dasz tę płytę wyżej.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
24. Mekong Delta - Dances of Death (and Other Walking Shadows) (1990)

Pierwszy odsłuch odbył się na szkolnej wycieczce w liceum i w tamtych warunkach (wiadomo jakich, nie będę się nad tym rozwodził) to nie był dobry pomysł na taką muzykę. Chociaż znałem już najdziwniejszy jak mi się wtedy wydawało zespół świata, czyli Voivod, do Mekongu musiałem podejść jeszcze kilka razy. Dances of Death to moim zdaniem ich najlepsze i kompletne osiągnięcie, zbudowane w ten sam sposób co Hemispheres Rush, czyli na początek długa 19 minutowa suita, dalej dwa krótsze utwory i na sam koniec 10 minutowy utwór instrumentalny. Oczywiście muzyka jest tu inna, to po prostu progresywny thrash metal, dość oryginalny i z pewnością wyróżniający się na niemieckiej scenie thrashowej. Podobnie jak Emerson, Lake & Palmer, zespół sięga do kompozycji Modesta Musorgskiego i proponuje własną adaptację Night on Bald Mountain tutaj nazwaną Night on a Bare Mountain. Voivod dla odmiany sięgnęli do Strawińskiego. Tak czy owak obok Voivod Mekong Delta w progresywnym thrashu byli moim zdaniem najlepsi.
Highlights: Cała płyta.
23. Judas Priest – Painkiller (1990)

Judas Priest w 1990 roku postanowili pójść ostro, najostrzej w karierze do tamtego momentu i wydać płytę, która momentami ociera się o thrash metal (a już z pewnością jest speed metalem). To był trudny okres dla zespołu, a wydanie Painkillera zostało odłożone o kilka miesięcy, po tym jak Judasi latem stawili się w sądzie w Reno (Nevada) i musieli odpowiadać na absurdalne zarzuty dotyczące samobójstwa nastolatka, rzekomo spowodowanego ich twórczością. Z tego wydarzenia powstał film dokumentalny Dream Deceivers, który przy okazji polecam, a Painkiller to krążek o takim ładunku energii, że grając go na żywo musieli wyrzucić wszystkie negatywne emocje jakie się w nich nagromadziły podczas pamiętnego procesu. Niespełna dwa lata po ukazaniu się dzisiaj już klasyka, Rob opuścił Judas Priest na dekadę podczas której bez sukcesów próbował zdefiniować na nowo siebie. I mimo, iż od niemal dwóch dekad znów jest z zespołem, do takiej formy jak na Painkiller nigdy już nie wrócił i nie wróci.
Highlights: Painkiller, Hell Patrol, Leather Rebel, Night Crawler, Between the Hammer and the Anvil, A Touch of Evil, One Shot at Glory

Pierwszy odsłuch odbył się na szkolnej wycieczce w liceum i w tamtych warunkach (wiadomo jakich, nie będę się nad tym rozwodził) to nie był dobry pomysł na taką muzykę. Chociaż znałem już najdziwniejszy jak mi się wtedy wydawało zespół świata, czyli Voivod, do Mekongu musiałem podejść jeszcze kilka razy. Dances of Death to moim zdaniem ich najlepsze i kompletne osiągnięcie, zbudowane w ten sam sposób co Hemispheres Rush, czyli na początek długa 19 minutowa suita, dalej dwa krótsze utwory i na sam koniec 10 minutowy utwór instrumentalny. Oczywiście muzyka jest tu inna, to po prostu progresywny thrash metal, dość oryginalny i z pewnością wyróżniający się na niemieckiej scenie thrashowej. Podobnie jak Emerson, Lake & Palmer, zespół sięga do kompozycji Modesta Musorgskiego i proponuje własną adaptację Night on Bald Mountain tutaj nazwaną Night on a Bare Mountain. Voivod dla odmiany sięgnęli do Strawińskiego. Tak czy owak obok Voivod Mekong Delta w progresywnym thrashu byli moim zdaniem najlepsi.
Highlights: Cała płyta.
23. Judas Priest – Painkiller (1990)
Judas Priest w 1990 roku postanowili pójść ostro, najostrzej w karierze do tamtego momentu i wydać płytę, która momentami ociera się o thrash metal (a już z pewnością jest speed metalem). To był trudny okres dla zespołu, a wydanie Painkillera zostało odłożone o kilka miesięcy, po tym jak Judasi latem stawili się w sądzie w Reno (Nevada) i musieli odpowiadać na absurdalne zarzuty dotyczące samobójstwa nastolatka, rzekomo spowodowanego ich twórczością. Z tego wydarzenia powstał film dokumentalny Dream Deceivers, który przy okazji polecam, a Painkiller to krążek o takim ładunku energii, że grając go na żywo musieli wyrzucić wszystkie negatywne emocje jakie się w nich nagromadziły podczas pamiętnego procesu. Niespełna dwa lata po ukazaniu się dzisiaj już klasyka, Rob opuścił Judas Priest na dekadę podczas której bez sukcesów próbował zdefiniować na nowo siebie. I mimo, iż od niemal dwóch dekad znów jest z zespołem, do takiej formy jak na Painkiller nigdy już nie wrócił i nie wróci.
Highlights: Painkiller, Hell Patrol, Leather Rebel, Night Crawler, Between the Hammer and the Anvil, A Touch of Evil, One Shot at Glory
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Ta okładkę Delta widziałem w Twoim top 50, albo to było HM. Super płyta Judas Priest, nic dodac wiecej nie trzeba.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Mekong było w zestawieniu top 50.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Takie strzały jak Symbolic, Dirt, Individual, Seasons czy Painkiller poza TOP20, aż strach pomyśleć, co się będzie działo dalej :-)
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
22. Anthrax – Persistence of Time (1990)

Ten album kojarzy mi się z zimą. Nieodłącznie. No w każdym razie z zimnem. Poznałem go niemal dokładnie 30 lat temu w okolicznościach zimnej aury i tak zwanego przedświątecznego klimatu. Słuchałem przez całą zimę bardzo dużo, na przemian z moim ulubionym wówczas Seasons in the Abyss. Inne rzeczy też były, ale te dwie płyty plus jeszcze Show No Mercy, stanowiły nieodłączny repertuar budzący mnie ze snu zimowego. Persistence of Time to album wyrastający z tych samych korzeni co poprzednik. Płyty są do siebie podobne (niektóre riffy wręcz identyczne), ale różni je brzmienie i trochę więcej przebojowych momentów (choć bez przesady). Dzięki temu brzmieniu jest ostrzej i jednak lepiej niż na Euforii. Teledysk do Got the Time miałem na VHS, to quasi punkowy cover, który rzecz jasna mocno odbiega od poważnej całości, ale jakimś dziwnym trafem tu pasuje. Do In My World też zrobiono klipa, ale ja go wtedy nie widziałem, natomiast parę lat później utwór pojawił się w odcinku serialu Married With Children, gdzie gościnnie wystąpili Anthrax. Teledysk do Belly of the Beast ma wartość historyczną, pokazuje mur berliński na niedługo przed jego zburzeniem. Bardzo lubię ten krążek, chociaż jest dość długi. Wciąż jednak poniżej długości płyty, jaką raczył nas zespół na M. w dodatku prezentując dużo gorsze brzmienie niż 5 kolesi w trampkach z Queens.
Highlights: Time, Keep It in the Family, In My World, Belly of the Beast, Got the Time, H8 Red, One Man Stands
21. Suicidal Tendencies – Lights...Camera...Revolution! (1990)

Pierwszy album Suicidal Tendencies jaki mi się spodobał. Debiut to po prostu hard core punk, a następny jaki pożyczyłem od kolegi, to właśnie ta płyta. Mamy tu przede wszystkim thrash metal, ale na tyle oryginalnie potraktowany, że nie znajdziemy drugiego podobnego zespołu. Nawet jeśli DRI, też próbowali w tę stronę (Thrash Zone), to gdzie im tam do Suicidali. Co jest najważniejsze na tym albumie, to nawet nie to, że są oryginalni, chociaż to też ważne. Po prostu te kawałki tak doskonale zapadają w pamięć, że nie trzeba nawet się zastanawiać do czego je porównać. W dodatku gitarzysta prowadzący Rocky George ma tendencje do urozmaicania utworów solówkami w różnych miejscach, niekoniecznie tylko tam, gdzie jest zwyczajowe miejsce na solo. Idealnym przykładem jest Emotion No. 13, mój faworyt na płycie. Krążek w przeciwieństwie do płyty Anthrax kojarzy mi się z letnią aurą i moim kolegą zapieprzającym na deskorolce. Ja próbowałem, ale to jest określony styl życia, mnie wystarcza ta muzyka.
Highlights: Lost Again, Alone, Give It Revolution, Get Whacked, Emotion No. 13

Ten album kojarzy mi się z zimą. Nieodłącznie. No w każdym razie z zimnem. Poznałem go niemal dokładnie 30 lat temu w okolicznościach zimnej aury i tak zwanego przedświątecznego klimatu. Słuchałem przez całą zimę bardzo dużo, na przemian z moim ulubionym wówczas Seasons in the Abyss. Inne rzeczy też były, ale te dwie płyty plus jeszcze Show No Mercy, stanowiły nieodłączny repertuar budzący mnie ze snu zimowego. Persistence of Time to album wyrastający z tych samych korzeni co poprzednik. Płyty są do siebie podobne (niektóre riffy wręcz identyczne), ale różni je brzmienie i trochę więcej przebojowych momentów (choć bez przesady). Dzięki temu brzmieniu jest ostrzej i jednak lepiej niż na Euforii. Teledysk do Got the Time miałem na VHS, to quasi punkowy cover, który rzecz jasna mocno odbiega od poważnej całości, ale jakimś dziwnym trafem tu pasuje. Do In My World też zrobiono klipa, ale ja go wtedy nie widziałem, natomiast parę lat później utwór pojawił się w odcinku serialu Married With Children, gdzie gościnnie wystąpili Anthrax. Teledysk do Belly of the Beast ma wartość historyczną, pokazuje mur berliński na niedługo przed jego zburzeniem. Bardzo lubię ten krążek, chociaż jest dość długi. Wciąż jednak poniżej długości płyty, jaką raczył nas zespół na M. w dodatku prezentując dużo gorsze brzmienie niż 5 kolesi w trampkach z Queens.
Highlights: Time, Keep It in the Family, In My World, Belly of the Beast, Got the Time, H8 Red, One Man Stands
21. Suicidal Tendencies – Lights...Camera...Revolution! (1990)
Pierwszy album Suicidal Tendencies jaki mi się spodobał. Debiut to po prostu hard core punk, a następny jaki pożyczyłem od kolegi, to właśnie ta płyta. Mamy tu przede wszystkim thrash metal, ale na tyle oryginalnie potraktowany, że nie znajdziemy drugiego podobnego zespołu. Nawet jeśli DRI, też próbowali w tę stronę (Thrash Zone), to gdzie im tam do Suicidali. Co jest najważniejsze na tym albumie, to nawet nie to, że są oryginalni, chociaż to też ważne. Po prostu te kawałki tak doskonale zapadają w pamięć, że nie trzeba nawet się zastanawiać do czego je porównać. W dodatku gitarzysta prowadzący Rocky George ma tendencje do urozmaicania utworów solówkami w różnych miejscach, niekoniecznie tylko tam, gdzie jest zwyczajowe miejsce na solo. Idealnym przykładem jest Emotion No. 13, mój faworyt na płycie. Krążek w przeciwieństwie do płyty Anthrax kojarzy mi się z letnią aurą i moim kolegą zapieprzającym na deskorolce. Ja próbowałem, ale to jest określony styl życia, mnie wystarcza ta muzyka.
Highlights: Lost Again, Alone, Give It Revolution, Get Whacked, Emotion No. 13
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Chyba najlepszy ST
Choć największa miłość to jedynka 
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Tak, najlepsze ST, zapomniałem dodać
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
A! I Rocky George to jest prawdziwy as gitary. Jego solówki i zagrywki to małe cudeńko 
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Ha, ha... No jak to co dalej. Przecież są w latach 90. chyba trzy Kissy, dwie Alicje i ze trzy albo cztery Voivody.
Choć uczciwie przyznać można, że taki Angel Rat, Hey Stoopid czy "Zemsta" na miejsce w Top 20 zasługiwać mogą.
-
Deleted User 2259
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Weź nie gadaj, King Diamond musi być, może strach przed Darkiem, więcej metalu bedzie bankowo. AiC już nie będzie.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Powstaje jakieś dziwne wrażenie, że pozycja poza 20 to jakaś niska ocena. Tymczasem do konkursu oryginalnie startowały 124 płyty, z których najpierw wydobyłem 70, a później drogą bolesnych eliminacji osiągnąłem 50. A prawdę mówiąc 54. Więc 4 płyty które tu powinny być nie są. Nie dało się inaczej.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Wiadoma sprawa, lata 90-te przyniosły mnóstwo świetnej muzy, TOP30 czy nawet TOP40 to muszą być zajebiste płyty. Na pewno cięzko było wybrać.Vorgel pisze: ↑pt lis 27, 2020 10:06 pm Powstaje jakieś dziwne wrażenie, że pozycja poza 20 to jakaś niska ocena. Tymczasem do konkursu oryginalnie startowały 124 płyty, z których najpierw wydobyłem 70, a później drogą bolesnych eliminacji osiągnąłem 50. A prawdę mówiąc 54. Więc 4 płyty które tu powinny być nie są. Nie dało się inaczej.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Polecam też wcześniejszy album The Principle of Doubt, prawie tak samo dobry. I następny po Dances Kaleidoscope. Te trzy dla mnie stanowią kanon takiego grania.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
20. Obituary – Cause of Death (1990)

Pierwszy album Obituary z jakim się zetknąłem i oczywiście najlepszy. Tutaj to wygląda w ten sposób, że ten album jest dużo lepszy niż inne, również dobre ich płyty jak debiut czy The End Complete. Nie wiem, czy to kwestia tego, że to jedyny album zespołu z Jamesem Murphym w roli gitarzysty, czy po prostu akurat trafiły się tak dobre utwory. Podejrzewam, że jest to zbiór wielu czynników. Tak czy owak, same kompozycje, ich klimat, a także okładka idealnie oddają to, czym powinien być prawdziwy death metal. Album ten jest definicją gatunku, także pod względem brzmienia wygenerowanego w Morrisound Recording, gdzie nagrywał się cały najlepszy death metal.
Highlights: Cała płyta
19. Skid Row – Slave to the Grind (1991)

Ten album pokrył się podwójną platyną w USA, mimo iż nie ma tutaj ballady pokroju I Remember You. No ale może dlatego nie sprzedał się w nakładzie 5 milionów. Tak czy owak to bez znaczenia, bowiem Skid Row w 1991 roku postanowili skopać wszystkim tyłki heavy rockową płytą jaka była potrzebna w tamtym czasie. W momencie kiedy metal przestawał być metalem, a stawał się Bon Jovi z producentem Bon Joviego, hard rock stał się parodią siebie samego z facetem w spódniczce skrzeczącym coś do mikrofonu, zaś niejaki Geffen starał się nam wmówić, że to grunge jest nową rebelią, Skid Row nagrali album jaki nagrałby każdy szanujący się rockowy/metalowy wykonawca gdyby wtedy jeszcze były czasy. Ale czasów już nie było, a przynajmniej się kończyły. Oni jednak nie oglądali się na to co modne, a z drugiej strony nie szukali sobie bezpiecznego lądowania jakie zapewne dałaby im kolejna tkliwa ballada. Na Slave to the Grind są ballady, żadna jednak nie miała potencjału komercyjnego, bo nie taki był zamysł. Po kłótni Basa z Bon Jovim, wściekły wokalista Skid Row napisał Monkey Business, a dalej już poszło. Dużo tu agresji, ale są też spokojniejsze momenty. Tak powinien był wyglądać hard rock w czasach grungowych dołów.
Highlights: Cała płyta, najlepszym utworem Skid Row w ogóle jest moim zdaniem The Threat.

Pierwszy album Obituary z jakim się zetknąłem i oczywiście najlepszy. Tutaj to wygląda w ten sposób, że ten album jest dużo lepszy niż inne, również dobre ich płyty jak debiut czy The End Complete. Nie wiem, czy to kwestia tego, że to jedyny album zespołu z Jamesem Murphym w roli gitarzysty, czy po prostu akurat trafiły się tak dobre utwory. Podejrzewam, że jest to zbiór wielu czynników. Tak czy owak, same kompozycje, ich klimat, a także okładka idealnie oddają to, czym powinien być prawdziwy death metal. Album ten jest definicją gatunku, także pod względem brzmienia wygenerowanego w Morrisound Recording, gdzie nagrywał się cały najlepszy death metal.
Highlights: Cała płyta
19. Skid Row – Slave to the Grind (1991)

Ten album pokrył się podwójną platyną w USA, mimo iż nie ma tutaj ballady pokroju I Remember You. No ale może dlatego nie sprzedał się w nakładzie 5 milionów. Tak czy owak to bez znaczenia, bowiem Skid Row w 1991 roku postanowili skopać wszystkim tyłki heavy rockową płytą jaka była potrzebna w tamtym czasie. W momencie kiedy metal przestawał być metalem, a stawał się Bon Jovi z producentem Bon Joviego, hard rock stał się parodią siebie samego z facetem w spódniczce skrzeczącym coś do mikrofonu, zaś niejaki Geffen starał się nam wmówić, że to grunge jest nową rebelią, Skid Row nagrali album jaki nagrałby każdy szanujący się rockowy/metalowy wykonawca gdyby wtedy jeszcze były czasy. Ale czasów już nie było, a przynajmniej się kończyły. Oni jednak nie oglądali się na to co modne, a z drugiej strony nie szukali sobie bezpiecznego lądowania jakie zapewne dałaby im kolejna tkliwa ballada. Na Slave to the Grind są ballady, żadna jednak nie miała potencjału komercyjnego, bo nie taki był zamysł. Po kłótni Basa z Bon Jovim, wściekły wokalista Skid Row napisał Monkey Business, a dalej już poszło. Dużo tu agresji, ale są też spokojniejsze momenty. Tak powinien był wyglądać hard rock w czasach grungowych dołów.
Highlights: Cała płyta, najlepszym utworem Skid Row w ogóle jest moim zdaniem The Threat.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
Ah! Najlepszy album Skid Row. Tytułowy to absolutny zabójca.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
18. Death – Spiritual Healing (1990)

Klasycznie death metalowa płyta z wyjątkowo przebojowymi jak na ten gatunek utworami. Ze Spiritual Healing pamięta się wszystko. W tamtym okresie Schuldiner w wywiadach mówił, iż najbardziej inspirujący jest dla niego klasyczny heavy metal i nie słucha dużo death metalu. Rzeczywiście nie ma tutaj ścigania się z kolegami na bycie najbardziej ponurą i bezkompromisową deathową formacją. Są świetne utwory, które się pamięta, co uważam za główny atut wydawnictwa. Płyta pojawiła się na liście Metal Hammera, a Dziubiński szczególnie upodobał sobie utwór Genetic Reconstruction i prezentował na radiowej antenie. To jest kawałek ponadczasowy, a zwłaszcza pasuje do czasów obecnych. W ogóle na płycie sporo pokręconych historii, które niekoniecznie przystają do tego o czym śpiewały w tamtym czasie inne death metalowe załogi. Chuck już wtedy bawił się w psychologa (nie filozofa).
Highlights: Living Monstrosity, Altering The Future, Within The Mind, Spiritual Healing, Low Life, Genetic Reconstruction
17. Iron Maiden – Fear of the Dark (1992)

Trochę mnie ten album ożywił w maju 1992 roku i od lata tego samego roku proporcje w metalu jakiego słuchałem się zmieniły. Przez lekko liczą półtora roku 90% to czego słuchałem to był thrash albo death, a przed wszystkim death metal. Po wakacjach było powiedzmy 50/50 między ekstremą, a klasycznym metalem i hard rockiem. Później to dalej uległo zmianie, ale i death metal złagodniał. Fear of the Dark to ostatni album z Brucem przed jego odejściem z zespołu i ostatnia świetna płyta Iron Maiden. Krążek kontynuuje filozofię poprzednika, ale poprawiła się produkcja, a same utwory stały się bardziej różnorodne. Harris był bardzo zadowolony z rezultatu, ale Dickinson niekoniecznie. Nieco rok po ukazaniu się krążka opuści grupę na 6 lat. Tutaj pokazał się z jak najlepszej strony, lecz po śmierci Freddiego, skończyła się pewna epoka i w dodatku świat zainfekowało grunge. Komu były potrzebne tak genialne utwory jak Wasting Love czy Judas Be My Guide? Co do Freddiego, jego odejście z łez padołu wstrząsnęło fanami i muzykami rocka na całym świecie. Na Fear of the Dark jest utwór, który powstał na bazie tego wydarzenia, mowa oczywiście o mrocznym Fear is the Key, moim faworycie z albumu. Rzecz jasna Harris dalej potrafi marudzić na swoje ulubione tematy, na to nie zwracam uwagi, natomiast wokalnie Bruce jest moim zdaniem w najlepszej formie od czasu kiedy przyłączył się do zespołu. I wtedy paradoksalnie zespół opuszcza.
Highlights: Wszystkie oprócz tytułowego, który jest tu siarą nie do obronienia.

Klasycznie death metalowa płyta z wyjątkowo przebojowymi jak na ten gatunek utworami. Ze Spiritual Healing pamięta się wszystko. W tamtym okresie Schuldiner w wywiadach mówił, iż najbardziej inspirujący jest dla niego klasyczny heavy metal i nie słucha dużo death metalu. Rzeczywiście nie ma tutaj ścigania się z kolegami na bycie najbardziej ponurą i bezkompromisową deathową formacją. Są świetne utwory, które się pamięta, co uważam za główny atut wydawnictwa. Płyta pojawiła się na liście Metal Hammera, a Dziubiński szczególnie upodobał sobie utwór Genetic Reconstruction i prezentował na radiowej antenie. To jest kawałek ponadczasowy, a zwłaszcza pasuje do czasów obecnych. W ogóle na płycie sporo pokręconych historii, które niekoniecznie przystają do tego o czym śpiewały w tamtym czasie inne death metalowe załogi. Chuck już wtedy bawił się w psychologa (nie filozofa).
Highlights: Living Monstrosity, Altering The Future, Within The Mind, Spiritual Healing, Low Life, Genetic Reconstruction
17. Iron Maiden – Fear of the Dark (1992)

Trochę mnie ten album ożywił w maju 1992 roku i od lata tego samego roku proporcje w metalu jakiego słuchałem się zmieniły. Przez lekko liczą półtora roku 90% to czego słuchałem to był thrash albo death, a przed wszystkim death metal. Po wakacjach było powiedzmy 50/50 między ekstremą, a klasycznym metalem i hard rockiem. Później to dalej uległo zmianie, ale i death metal złagodniał. Fear of the Dark to ostatni album z Brucem przed jego odejściem z zespołu i ostatnia świetna płyta Iron Maiden. Krążek kontynuuje filozofię poprzednika, ale poprawiła się produkcja, a same utwory stały się bardziej różnorodne. Harris był bardzo zadowolony z rezultatu, ale Dickinson niekoniecznie. Nieco rok po ukazaniu się krążka opuści grupę na 6 lat. Tutaj pokazał się z jak najlepszej strony, lecz po śmierci Freddiego, skończyła się pewna epoka i w dodatku świat zainfekowało grunge. Komu były potrzebne tak genialne utwory jak Wasting Love czy Judas Be My Guide? Co do Freddiego, jego odejście z łez padołu wstrząsnęło fanami i muzykami rocka na całym świecie. Na Fear of the Dark jest utwór, który powstał na bazie tego wydarzenia, mowa oczywiście o mrocznym Fear is the Key, moim faworycie z albumu. Rzecz jasna Harris dalej potrafi marudzić na swoje ulubione tematy, na to nie zwracam uwagi, natomiast wokalnie Bruce jest moim zdaniem w najlepszej formie od czasu kiedy przyłączył się do zespołu. I wtedy paradoksalnie zespół opuszcza.
Highlights: Wszystkie oprócz tytułowego, który jest tu siarą nie do obronienia.
Re: TOP 50 płyt lata 90 - Vorgel
16. Megadeth – Rust in Peace (1990)

Zaangażowanie Martyego Friedmana przez Mustaine'a w 1989 roku okazało się strzałem w dziesiątkę. Friedman był już w tamtym czasie dość znanym, a co ważniejsze uznanym wirtuozem gitary, z dwoma albumami z Cacophony i jednym solowym na koncie. W Megadeth miał grać przede wszystkim solówki i nie było od niego wymagane komponowanie utworów. Znana jest historia, opisana przez samego gitarzystę, jak Mustaine wszedł do studia, odsłuchał solo do Tornado of Souls, po czym bez słowa odwrócił się w stronę Martyego i uścisnął mu dłoń. Od tamtego momentu poczuł, że to jest zespół dla niego. I wytrzymał w nim dekadę, podczas której grupa dorobiła się sporych sukcesów. Oba teledyski zrealizowane do płyty to małe arcydzieła, wtedy wszystko było jak należy, a lider zamiast heroiny polubił skoki ze spadochronem (wykorzystał ujęcie z takiego skoku w teledysku do Holy Wars). Rust in Peace można śmiało nazwać wirtuozerskim thrashem.
Highlights: Holy Wars...The Punishment Due, Hangar 18, Poison Was the Cure, Tornado of Souls, Rust in Peace... Polaris
15. Ozzy Osbourne – No More Tears (1991)

Album ten miał wieńczyć karierę Ozzyego, a trasa No More Tours miała być tą pożegnalną. Ale co wokalista robiłby z wolnym czasem? Ponoć wrócił, gdyż po którymś wypadzie do Vegas zdał sobie sprawę, iż jest na szybkiej drodze do zakończenia żywota z przedawkowania narkotyków. Potrzebował grać i jeździć w trasy. To trzymało go wtedy przy życiu. Inna sprawa, że No More Tears pokryło się w USA poczwórną platyną, a po takim sukcesie nie schodzi się ze sceny i nie gasi światła. Jego koledzy z Black Sabbath wzięli ponownie Dio na wokal, ale nie dali rady sprostać konkurencji. Czasem zastanawiam się, czy osiągnęliby w latach 70 sukces bez Ozzyego i dochodzę do wniosku, że raczej na pewno nie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Ozzy był lokomotywą tej formacji i nawet po karierze w Sabbath potrafił spokojnie się odnaleźć w heavy metalu. No More Tears to ostatni tak świetny album wokalisty. I ostatni tak duży sukces komercyjny.
Highlights: Mr. Tinkertrain, I Don't Want to Change the World, Desire, S.I.N., Hellraiser, Zombie Stomp

Zaangażowanie Martyego Friedmana przez Mustaine'a w 1989 roku okazało się strzałem w dziesiątkę. Friedman był już w tamtym czasie dość znanym, a co ważniejsze uznanym wirtuozem gitary, z dwoma albumami z Cacophony i jednym solowym na koncie. W Megadeth miał grać przede wszystkim solówki i nie było od niego wymagane komponowanie utworów. Znana jest historia, opisana przez samego gitarzystę, jak Mustaine wszedł do studia, odsłuchał solo do Tornado of Souls, po czym bez słowa odwrócił się w stronę Martyego i uścisnął mu dłoń. Od tamtego momentu poczuł, że to jest zespół dla niego. I wytrzymał w nim dekadę, podczas której grupa dorobiła się sporych sukcesów. Oba teledyski zrealizowane do płyty to małe arcydzieła, wtedy wszystko było jak należy, a lider zamiast heroiny polubił skoki ze spadochronem (wykorzystał ujęcie z takiego skoku w teledysku do Holy Wars). Rust in Peace można śmiało nazwać wirtuozerskim thrashem.
Highlights: Holy Wars...The Punishment Due, Hangar 18, Poison Was the Cure, Tornado of Souls, Rust in Peace... Polaris
15. Ozzy Osbourne – No More Tears (1991)
Album ten miał wieńczyć karierę Ozzyego, a trasa No More Tours miała być tą pożegnalną. Ale co wokalista robiłby z wolnym czasem? Ponoć wrócił, gdyż po którymś wypadzie do Vegas zdał sobie sprawę, iż jest na szybkiej drodze do zakończenia żywota z przedawkowania narkotyków. Potrzebował grać i jeździć w trasy. To trzymało go wtedy przy życiu. Inna sprawa, że No More Tears pokryło się w USA poczwórną platyną, a po takim sukcesie nie schodzi się ze sceny i nie gasi światła. Jego koledzy z Black Sabbath wzięli ponownie Dio na wokal, ale nie dali rady sprostać konkurencji. Czasem zastanawiam się, czy osiągnęliby w latach 70 sukces bez Ozzyego i dochodzę do wniosku, że raczej na pewno nie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Ozzy był lokomotywą tej formacji i nawet po karierze w Sabbath potrafił spokojnie się odnaleźć w heavy metalu. No More Tears to ostatni tak świetny album wokalisty. I ostatni tak duży sukces komercyjny.
Highlights: Mr. Tinkertrain, I Don't Want to Change the World, Desire, S.I.N., Hellraiser, Zombie Stomp

