RECENZJA Z BILDA
Przepraszam od razu za takie ogólne tłumaczenie, ale jakimś orłem z niemca nie jestem

czasami w nawiasie ze znakami zapytania (...???) dopisywałem moje wątpliwości lub drugie znaczenie.
W końcu Maiden!
Po swym zachorowaniu na raka Bruce Dickinson wraz ze swoim zespołem (ponad 90 mln sprzedanych albumów) znów atakuje.4 września ukaże się 5 lat po "The Final Frontier" (w 23 krajach na pierwszym miejscu list) nowy album. BILD mógł już posłuchać "Book of Souls".
Świat Metalu budzi się! "Scream for me!"
Album numer 16 jest pierwszym podwójnym w historii zespołu i zawiera najdłuższe piosenki zagrane kiedykolwiek przez Maiden. Ale ilość dorównuje jakości. Z powodów!
„If Eternity Should Fail“: Kiczowate dźwięki syntezatorów (???) otwierają album numer 16. „Here is a soul of a man“ śpiewa(???) Bruce Dickinson – no proszę! Po przydługim(???) wstępie (z wmiksowaną grzechotką) mogą już zacząć brać udział gitary . Już sam przestrzenny refren zwycięża nad całym poprzednim albumem. Potężny, epicki, wzniosły. Najlepszy opener od wielu, wielu lat.
„Speed Of Light“: Pierwsze sekundy brzmią jak lata 70-te. I jak Stonesi – i jak Guns'n Roses z lat 80tych. Potem przypomina nam Bruce, gdzie się znajdujeny. Refren nie jest tak luźny jak w openerze, ale dobrze strawny – wyciąga go spora szybkość.
„The Great Unknown“: Po wyluzowanym brzdąkającym(???) początku Bruce przejmuje majestatycznie. Przed okiem duszy rozpościera się ognisko, przy którym Bruce śpiewa cały wieczór. Z upływem minut piosenka staje się coraz szybsza i solówki coraz lepsze. Nawet gdy się wycisza, Maiden punktuje!
„The Red And The Black“: Po raz pierwszy będzie długo. Prawie 14 minut. Najpierw wcześnie gitary brzdąkają lekko z tyłu. (Potem???) zamiast hiszpańskiej gitary, wyją gitary elektryczne. Brzmi jak Maiden na festynie (w dobrym tego słowa znaczeniu). Od połowy utworu gitarzyści mogą się już wyładować. Później solówki gitarowe, będące czystym złotem. Świetne!
„When The River Runs Deep“: Krótki oddech – Bruce przejmuje pałeczkę, zanim klasyczny Up-Tempo-numer zabrzmi. Tempo uderzenia jest wysokie, bez sypania wielkimi melodiami. Wymyślny, ozdobny – a nadal (pędzący???) w przód. Dopasowany!
„The Book Of Souls“: Znów długi (więcej niż 10 minut), znów zaczynający się lekkimi tonami. Czas to złoto, a Maiden mają go pod dostatkiem, zanim zostanie wyciągnięty potężny młot. Ciężkie riffy Led-Zeppelin budują groźny nastrój. Bruce to Maestro i dyryguje posępną Metalową Armią. Gęsto, po prostu gęsto (dobrze, po prostu dobrze???)
„Death Or Glory“: Opener drugiego CD kopie od razu w rzyć. Szybki numer, który równie szybko dobiega końca. Prosty refren. W porównaniu do reszty zbyt prosty.
„Shadows Of The Valley“: Niebezpiecznie! Bruce stoi na ambonie – wygłaszając Metal. Potem galopuje jak samotny kowboj przez pustynię. Działa jak opowiadacz historii – gdyż zbyt dużo śpiewa. Na szczęście są potem znów porządne solówki – i znów właściwa moc.
„Tears Of A Clown“: Najkrótszy utwór podwójnego krążka (jedyna piosenka poniżej 5 minut) stawia na melodię zamiast na wielkie "zawijasy". I dobrze! Mogłaby się znaleźć na wcześniejszych płytach solowych Dickinsona.
„The Man Of Sorrows“: „I’m a man without a home...“ Bruce śpiewa, ale nie bójcie się. To żadna ballada – a właściwie to szkoda! Jednakże najdelikatniejszy utwór albumu. Dickinson-Solo „Accident Of Birth“ jest jednak lepszy.
„Empire Of The Clouds“: Szczyt. 18 minut Iron Maiden w najlepszej formie. Pianino otwiera korowód – pojawiają się skrzypce. Natępuje osławiona kolejka górska (możliwe że chodzi o sterowiec???) – liniowiec z piosenki. Ten utwór sam w sobie jest warty złota.
Wnioski: Kto był rozczarowany „The Final Frontier“ (2010), może się znów cieszyć. „The Book Of Souls“ jest mimo swej długości być może najlepszym albumem Maiden z ostatnich 20 lat. Basta!
W końcu Bruce Dickinson może wnieść dwie piosenki. Przypadkiem opener i przełomowy epos kończący są również najlepszymi utworami.
... samodzielne przesłuchanie jest dlatego obowiązkiem!