Re: TOP 25 koncertówek wyzwanie - Schizoid
: sob lip 05, 2025 12:50 pm
15. Saxon – St. George’s Day - Live in Manchester

"Kolejny album koncertowy Saxon" - chciałoby się rzec. Tak, kolejny - ale jaki! Zarejestrowano go podczas trasy promującej Sacrifice, a więc naprawdę bardzo solidnego krążka i na pewno jednego z najlepszych spośród tych, które Brytyjczycy wydali w XXI wieku (IMO jednego z najlepszych w całej dyskografii). Dobrze się stało, że zdecydowali się na uwzględnienie dość wielu (ówcześnie) nowych kompozycji w setliście, bowiem to właśnie one w dużej mierze czynią ten krążek tak udanym. Całość trwa jednak 2h, więc na samym repertuarze z Sacrifice nie mogło się skończyć. Poza nim dostajemy także całkiem przyjemną porcję hitów, które brzmią... Jak zawsze. Saxon to po prostu bardzo konsekwentny zespół i tyczy się to również ich formy. Moimi faworytami jest jednak świetny wykon Ride Like the Wind i I've Got to Rock (to Stay Alive), czyli numery znane, ale jednak półka-dwie niżej od Wheels of Steel i Power & the Glory. To, co wyróżnia Manchester na tle pozostałych koncertówek Saxon, to energia bijąca z zespołu, a także zaangażowanie publiki. Tutaj naprawdę czuć koncertową atmosferę. Fajnie, że gadki Biffa zostawiono niepoprzycinane (a jeśli już, to cięto je nieznacznie), bo zawsze lubię słuchać, jak przemawia do angielskiej publiczności. Najbardziej znanym wydawnictwem koncertowym Saxon jest oczywiście The Eagle Has Landed, natomiast osobiście twierdzę, że mają nawet lepsze wydawnictwa, zaś Dzień św. Jerzego można z pewnością uznać za wspaniałą wizytówkę kapeli.
14. Mayhem – Live in Leipzig

Jest to wydawnictwo legendarne. Zasłużenie, choć nie bez powodu jest tu także tło historyczne. Nie mam zamiaru bawić się tutaj w historyka Mayhem, ograniczę się więc do truizmu, że jest to jedyna płyta, na której słychać ówczesnego wokalistę zespołu, Deada. Norwedzy grają tutaj rzeczy z wydanej wcześniej EPki Deathcrush, jak i niewydanego jeszcze debiutu De Mysteriis Dom Sathanas. Czas miał pokazać, że do jego urzeczywistnienia dojdzie już w znacznie innym składzie. Przyznam, że nie wiem czy Dead był najlepszym gardłowym Mayhem – każdy z wokalistów pokazał coś interesującego i generalnie pasował do swojego materiału. Dead natomiast był i jest ikoną black metalu, w ogromnej mierze dzięki koncertówce z Lipska. Za sprawą tego wydawnictwa stał się niejako archetypem wokalisty parającego się najbardziej radykalną odmianą metalu. Jego krótkie, acz charakterystyczne zwroty do niemieckiej publiczności przeszły do historii. No i ten wokal… Można tylko gdybać, jak DMDS brzmiałoby z nim za mikrofonem, ale na Live in Leipzig otrzymujemy pewną zajawkę tego alternatywnego scenariusza. O ile nie jestem zwolennikiem wczesnych wyczynów Mayhem, tak tutaj – na tym surowym, bootlegowym wręcz wydawnictwie – rzeczy te wypadają znacznie lepiej niż się tego spodziewałem, znając Deathcrush w wersji studyjnej. Jest to dość paradoksalne, bo sam koncert wykonawczo raczej nie jest wybitny, a i jakość nagrań nie powala (przed oficjalnym wydaniem był doskonale znany ówczesnej scenie, bo miał służyć jako swego rodzaju demówka, którą Euronymous rozsyłał znajomym; przez to obrósł kultem zaraz po fakcie). Natomiast o ile po Deathcrush praktycznie nie sięgam, tak do Lipska przenoszę się w miarę regularnie i bardzo chętnie. Co ciekawe, sam występ nie został odebrany z jakimś wielkim entuzjazmem: niekiedy słychać nawoływania ze sceny, aby publiczność zaczęła coś robić. Kwestia niezrozumienia muzyki? Ambiwalentne odczucia co do formy zespołu? Niemiecka mentalność? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że o ile Live in Leipzig nie jest najlepszą koncertówką w gatunku, to na pewno jest najważniejszą. Ta płyta to black metal.
13. Ghost – Rite Here Rite Now

Wydawnictwo świeże, ale kręciło się u mnie wieeele razy. Pierwszy live album Ghosta, Ceremony and Devotion, był... Dziwny. Publiczność brzmiała beznadziejnie, tracklista była do bólu przewidywalna i jasne było, że wokale dogrywano w studiu. To ostatnie nie raziłoby mnie, gdyby nie fakt, że ów zabieg jest doskonale słyszalny dla każdego, kto wie, jak Tobias Forge brzmiał na trasie Popestar 2016/17
Na domiar złego istnieje świetny bootleg ze Sztokholmu 2015, który bije Ceremony and Devotion na łeb. Przed Rite Here Rite Now stanęło więc duże wyzwanie. Nie tylko oczekiwałem płyty lepszej od Ceremony, ale dodatkowo od wydania pierwszej koncertówki minęło już sporo czasu i dyskografia kapeli poszerzyła się o dwa długograje i parę wydawnictw pobocznych. Tutaj wspomnę tylko, że oceniam wersję audio tego wydawnictwa, zaraz tę myśl rozwinę. RHRN jest czymś w rodzaju Alive II KISS - skupia się na materiale właśnie z trzech nowszych płyt Ghost, więc na Prequelle i Impera. Trzeba przyznać, że krążki te otrzymały naprawdę dobrą reprezentację. Nie zostały co prawda odegrane w całości, ale wybrano z nich mocne numery. Wykonania te - w dużej mierze za sprawą muzyków koncertowych - wypadają lepiej od swoich studyjnych odpowiedników. Wskazać tu należy przede wszystkim Spillways, Watcher in the Sky i Dance Macabre. Ponadto dostaliśmy ultymatywną wersję wielkiego przeboju Square Hammer i bardzo dobrą wersję Mary on a Cross. If You Have Ghosts ujmuje nową, intymną aranżacją. Naprawdę nie mam w tym zakresie żadnych zarzutów. To rozbuchana, bogata ilustracja obecnego wcielenia zespołu. Natomiast wersja video zawiera także kilka starszych utworów (na audio trafiły jedynie wspomniane Square Hammer, Absolution i Cirice) i są to świetne wykonania, obiegające od tego, co było na Ceremony and Devotion. Dlaczego nie uwzględniono ich na CD/LP? Nie mam pojęcia, uważam to za bardzo złą decyzję, która osłabia wrażenie końcowe. No bo jak to tak - koncert Ghosta bez Year Zero? Niestety, w tym przypadku tak jest. Mogło być genialnie, ale jest tylko świetnie. A szkoda. Liczę na to, że kolejne wydawnictwo koncertowe Ghosta (oby już z obecnie trwającej trasy) będzie bardziej kompletne.

"Kolejny album koncertowy Saxon" - chciałoby się rzec. Tak, kolejny - ale jaki! Zarejestrowano go podczas trasy promującej Sacrifice, a więc naprawdę bardzo solidnego krążka i na pewno jednego z najlepszych spośród tych, które Brytyjczycy wydali w XXI wieku (IMO jednego z najlepszych w całej dyskografii). Dobrze się stało, że zdecydowali się na uwzględnienie dość wielu (ówcześnie) nowych kompozycji w setliście, bowiem to właśnie one w dużej mierze czynią ten krążek tak udanym. Całość trwa jednak 2h, więc na samym repertuarze z Sacrifice nie mogło się skończyć. Poza nim dostajemy także całkiem przyjemną porcję hitów, które brzmią... Jak zawsze. Saxon to po prostu bardzo konsekwentny zespół i tyczy się to również ich formy. Moimi faworytami jest jednak świetny wykon Ride Like the Wind i I've Got to Rock (to Stay Alive), czyli numery znane, ale jednak półka-dwie niżej od Wheels of Steel i Power & the Glory. To, co wyróżnia Manchester na tle pozostałych koncertówek Saxon, to energia bijąca z zespołu, a także zaangażowanie publiki. Tutaj naprawdę czuć koncertową atmosferę. Fajnie, że gadki Biffa zostawiono niepoprzycinane (a jeśli już, to cięto je nieznacznie), bo zawsze lubię słuchać, jak przemawia do angielskiej publiczności. Najbardziej znanym wydawnictwem koncertowym Saxon jest oczywiście The Eagle Has Landed, natomiast osobiście twierdzę, że mają nawet lepsze wydawnictwa, zaś Dzień św. Jerzego można z pewnością uznać za wspaniałą wizytówkę kapeli.
14. Mayhem – Live in Leipzig

Jest to wydawnictwo legendarne. Zasłużenie, choć nie bez powodu jest tu także tło historyczne. Nie mam zamiaru bawić się tutaj w historyka Mayhem, ograniczę się więc do truizmu, że jest to jedyna płyta, na której słychać ówczesnego wokalistę zespołu, Deada. Norwedzy grają tutaj rzeczy z wydanej wcześniej EPki Deathcrush, jak i niewydanego jeszcze debiutu De Mysteriis Dom Sathanas. Czas miał pokazać, że do jego urzeczywistnienia dojdzie już w znacznie innym składzie. Przyznam, że nie wiem czy Dead był najlepszym gardłowym Mayhem – każdy z wokalistów pokazał coś interesującego i generalnie pasował do swojego materiału. Dead natomiast był i jest ikoną black metalu, w ogromnej mierze dzięki koncertówce z Lipska. Za sprawą tego wydawnictwa stał się niejako archetypem wokalisty parającego się najbardziej radykalną odmianą metalu. Jego krótkie, acz charakterystyczne zwroty do niemieckiej publiczności przeszły do historii. No i ten wokal… Można tylko gdybać, jak DMDS brzmiałoby z nim za mikrofonem, ale na Live in Leipzig otrzymujemy pewną zajawkę tego alternatywnego scenariusza. O ile nie jestem zwolennikiem wczesnych wyczynów Mayhem, tak tutaj – na tym surowym, bootlegowym wręcz wydawnictwie – rzeczy te wypadają znacznie lepiej niż się tego spodziewałem, znając Deathcrush w wersji studyjnej. Jest to dość paradoksalne, bo sam koncert wykonawczo raczej nie jest wybitny, a i jakość nagrań nie powala (przed oficjalnym wydaniem był doskonale znany ówczesnej scenie, bo miał służyć jako swego rodzaju demówka, którą Euronymous rozsyłał znajomym; przez to obrósł kultem zaraz po fakcie). Natomiast o ile po Deathcrush praktycznie nie sięgam, tak do Lipska przenoszę się w miarę regularnie i bardzo chętnie. Co ciekawe, sam występ nie został odebrany z jakimś wielkim entuzjazmem: niekiedy słychać nawoływania ze sceny, aby publiczność zaczęła coś robić. Kwestia niezrozumienia muzyki? Ambiwalentne odczucia co do formy zespołu? Niemiecka mentalność? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że o ile Live in Leipzig nie jest najlepszą koncertówką w gatunku, to na pewno jest najważniejszą. Ta płyta to black metal.
13. Ghost – Rite Here Rite Now

Wydawnictwo świeże, ale kręciło się u mnie wieeele razy. Pierwszy live album Ghosta, Ceremony and Devotion, był... Dziwny. Publiczność brzmiała beznadziejnie, tracklista była do bólu przewidywalna i jasne było, że wokale dogrywano w studiu. To ostatnie nie raziłoby mnie, gdyby nie fakt, że ów zabieg jest doskonale słyszalny dla każdego, kto wie, jak Tobias Forge brzmiał na trasie Popestar 2016/17













