Ten rok taki lekko sentymentalny się robi przez różne daty oraz, trochę z nudów, przez własne resentymenty

W każdym razie, w październiku mamy 25 rocznicę wydania tego albumu.
Przez starszego brata kolegi, kojarzyłem już wcześniej okładkę Fear Of The Dark, natomiast całkiem nieźle pamiętam chwilę premeiry tej płyty, również przez okładkę, jak i plakaty wiszące u kolegi w mieszkaniu. Niestety do słuchania IM musiałem jeszcze dojrzeć przez kolejne 6 lat, ale kojarzę jak ów starszy brat ze swoimi kolegami, w 1995 r. zaczęli chodzić w koszulkach z X Factora (zapewne kupionymi na straganach pod PKiN). Nie do końca mogę się wypowiedzieć o tym czy rzeczywiście słuchali albumu tak często jak czegoś innego, bo jeszcze nie zwracałem aż takiej uwagi na metal i jedyne co kojarzyłem, to kilka kawałków Metallicy. Później, po latach, kiedy pożyczałem od niego całą dyskografię IM, zanim nabyłem swoje egzemplarze, to on mówił, że bardzo lubi tę płytę i jest ona w jego ścisłej czołówce, więc w przypadku tego 14-15 letniego wówczas fana, album chyba był dobrze przyjęty i doceniony w czasie premiery

.
Ja, będąc już w tej komfortowej sytuacji, gdzie ukochany przez wszystkich Dickinson wrócił do zespołu i rysowała się przed nami świetlana przyszłość, poznawałem tę płytę już z innym nastawieniem. Zespołu zacząłem słuchać od BNW a kolejną płytą była nie do końca legalna składanka, pozyskana na Stadionie X Lecia, gdzie było kilka utworów śpiewanych prze Di'anno i Bayleya. Oczywiście nie do końca pasowały mi oba wokale, w porównaniu do Bruce'a, więc do X Factora podchodziłem troszkę sceptycznie, ale bez większych uprzedzeń. Jak pisałem, świadomość ponownej obecności Dickinsona w zespole, zdejmowała pewien ciężar z odsłuchu. W ogólnym rozrachunku płyta mi się spodobała i nawet dosyć często do niej wracałem.
Tydzień temu jakoś naszło mnie na ponowne przesłuchanie i w zasadzie od tygodnia katuję prawie całą płytę. Pomijam Sign Of the Cross, które mi się przejadło przez rozmaite wersje live, poza tym jednak jest to trochę nudny kawałek oraz chyba najbardziej sztampowy z całego zestawienia (z dzisiejszej perspektywy). Do tego raczej przełączam Man on the Edge, który to uważam, że jest najsłabszy na krążku. Natomiast od Fortunes of War jestem zakochany we wszystkim. Wydaje mi się, że w wersji zremasterowanej z 2015, bardziej podbite są ścieżki basu i perkusji, które zawsze uważałem za wyróżniające się na tym albumie. Moim zdaniem Nicko zagrał tutaj najlepiej w swojej karierze. Dodatkowo uważam też, że duet Murray i Gers też wypadają najlepiej ze wszystkich wspólnych wydawnictw lat 90. Co do basu można mieć zarzuty, że słychać typowe, harrisowe patatajki, ale ja uważam,że te patatajki jednak nie są takie do końca typowe i również skłaniam się do przekonania, że Harris miał tutaj dosyć oryginalne podejście, jak na siebie, którego chyba już nigdy nie powtórzył.
Jeżeli chodzi o 3 kawałki, które ostatecznie nie znalazły się na oficjalnym wydawnictwie, to uważam, że zespół podjął bardzo dobrą decyzję, ponieważ wszystkie raczej są powieleniem typowych historycznie zagrań, nie wnoszą nic oryginalnego oraz są po prostu średnie, więc byłyby wypełniaczami pokroju dowolnego wypełniacza z każdego, kolejnego albumu.
Kwestia Blaze'a. Wydaje mi się, że oprócz Man on the Edge, to nie można mu nic zarzucić w pozostałych kawałkach. Jeżeli chodzi o koncerty, to imho zespół popełnił błąd, który obecnie powiela z Brucem. Koncertowali ponad możliwości regeneracji instrumentu wokalisty, stąd po pierwsze Blaze brzmi gorzej nawet w "swoich" kawałkach, a po drugie, co jest sutkiem pierwszego i nie powinno dziwić, miał ogólne problemy pod koniec trasy. Doskonałym dowodem na to, że Bayley potrafi śpiewać, są jego późniejsze trasy. Na takim Alive in Poland brzmi bardzo dobrze, ale obstawiam, że jak już koncertował we własnym zakresie, to po pierwsze śpiewał utwory z własnych możliwośći wokalnych oraz odbywał koncerty, w dostosowanej do jego formy, częstotliwośći.
W YT pod nagraniami live z X Factour, pojawiają się dyskusje na temat czy Blaze miał jaja i wykazał się dużą odwagą dołączając do Maiden, czy jednak był totalnie głupi, wierząc, że to mu się uda. Ja uważam, że miał jaja i na jego miejscu też bym wykonał ten skok na głęboką wodę. Jeżeli ktoś tu miał być głupi, to raczej Steve i Rod, licząc na to, że Blaze podoła katorżniczej trasie, nie tylko ze względu na ew. brak formy wokalnej ale również na braki we własnym rejestrze, które dodatkowo go wykańczały przy śpiewaniu utworów z ery Bruce'a. Nie wiem na ile zajęcia z emisji głosu by tu pomogły, nie wiem czy w ogóle załatwili Bayleyowi takie lekcje/treningi, czy on sam wpadł na to, że może warto byłoby skorzystać z usług jakiegoś vocal coacha, ale choćby nie wiem, jak miał trenować, to ograniczeń własnego organizmu nie mógł przeskoczyć. No ale jak już wspominałem, ekipa IM lubi powtarzać własne błędy. Osobiście trochę się cieszę z obecnej sytuacji i tego, że jest roczna przerwa w koncertowaniu, bo głęboko wierzę właśnie w to, że Bruce regularnie ćwiczy swój głos i mam jakąś nadzieję, że jak wrócą z koncertowaniem, to "dziadek" miło nas zaskoczy swoimi możliwościami.A wracając do Blaze'a, to czuję do niego ogromną sympatię. Wydaje się on być naprawdę spoko gościem, przyjaźnie nastawionym do świata. Do tego myślę, że nie wielu by podźwignęło ciężar, jaki na nim ciążył od samego początku tej historii i jaki prawdopodobnie ciążył jeszcze długo po odejściu z zespołu.