Jako że zakończyłem bieżącą trasę z Priest, to również mogę się pokusić o małe podsumowanie. Po ogłoszeniu trasy w grę wchodziły w zasadzie 3 koncerty: Halle, Warszawa i Ostrawa. Halle mieliśmy już przećwiczone 4 lata temu, Warszawa wiadomo, a do Ostrawy też nie jest specjalnie daleko, a droga dobra. Ostatecznie skończyło się na dwóch pierwszych.
Na samo Halle zdecydowaliśmy ok. półtora tygodnia przed koncertem. Było trochę wahania, ale poprzedni koncert pod Lipskiem dobrze wpominaliśmy, a że dzieci na obozie, to decyzja mogła być tylko jedna. Na szczęście Niemcy tym razem dawali e-tickety, więc nie było problemu z zakupem. Pobudka w niedzielę o 7 rano, o 8 ruszyliśmy z Warszawy. Po drodze zgarnęliśmy @barsiarza i już ok. 16 byliśmy pod halą. Pomijajać 40 minutowy korekt na granicy (spowodowany faszystowskimi kontrolami granicznymi), który obejchaliśmy bocznym przejściem, droga upłynęła raczej spokojnie. Może nawet zbyt spokojnie, bo po dotarciu na miejsce miałem sporą ochotę na drzemkę. Kolejka pod wejściem nie duża, zajęliśmy miejsce na jej końcu i zaczęliśmy się zastanawiać, o której otwarcie bram. W necie brak informacji, ale okazało się, że takowa jest nadrukowana na bilecie. 17. Szybko, fajnie. Opóźniło się ok. 20 minut, ale zdażyliśmy wejść przed nadchodzącym deszczem. W środku zajęliśmy miejsce przed Ryśkiem, drugi rząd. Po parunastu minutach dołączył do nas @caracalized i w ten sposób sformowała się najaktywniejsza grupa fanów na sali

Niemcy oczywiście spokojni. Najważniejsze na takich imprezach jest piwko i wurst, więc stali, pili i żarli. Tuż za mną stał stary Niemiec wpiedzielający bułkę z wurstem i musztardą. Gdy na scenie pojawił się U.D.O., skubaniec pierdzielnął resztki pod nogi. Na musztardzie się mało co nie wyglebiłem, a resztkę kiełby kopałem pół koncertu. Sam występ Dirkschneidera całkiem spoko. Acceptowe kotlety, U.D.O. głos wciaż niezły, więc nie mogło być inaczej. Zdziwił mnie brak basu na scenie (nie wiedziałem o wypadku Baltesa), a brzmiało wszystko bardzo dobrze. Publika pośpiewała, pofałszowała na różnych "oooooo" (chóru z Niemców nie zrobimy). Po godzinie U.D.O. podziękował i poszedł. Szybka przekładka i nadszedł czas na danie główne. Od razu zaznaczę, że nie znaliśmy (ja i @barsiarz) setlisty. Żona coś zerknęła, @caracalized oczywiście znał, bo był dzień wcześniej, ale dla nas dwóch to była niespodzianka (dopiero pod koniec zobaczyłem na ziemi setlistę kamerzysty, więc końcówka nie była już tajemnicą). YGATC na start wypadło bardzo fajnie. Spokojniejszy numer, ale bujający dobrze wprowadził publikę we flow koncertu. Metal Gods też dobrze siadło, chociaż jak pisali przedmówcy tutaj można było już pograć mocnie. Sam flow przypadł mi do gustu. Wszedłem raczej spokojnie, a potem się rozkręcało. Dźwięk super. Wyjąłem stopery i poziom był optymalny. Do tego bardzo selektywnie. Ogólnie pod tym względem lepiej niż dwa dni później w Warszawie. W połowie koncertu dwie laski postanowiły opuścić barierkę, więc @barsiarz i żona zajęli ich miejsce, a my z @caracalized przesunęliśmy się do drugiego rzędu. W hali było koszmarnie duszno. Publika spokojna, przez cały koncert praktycznie nikt mnie nie doknął, miałem przestrzeń, a i tak byłem cały mokry (jak w Warszawie po zabawie pół koncertu w kotle). Ręce na barierce się ślizgały. Masakra pod tym względem. Pamiętam, że 4 lata temu było podobnie, ale wtedy otworzyli boczne drzwi hali i zrobił się przewiem. Ochroniarze mega sympatyczni. Uśmiechnięci, uczynni. Podawali kostki, jeden nawet szukał jej na ziemi jak laska na barierce zamist złapać, gdzieś ją odbiła. Muzycznie bardzo dobrze. Były drobne wyjebki, ale praktycznie niezauważalne. Rob brzmiał bardzo fajnie i był świetnie słyszalny. Cała czwórka złapała jakieś artefakty, więc można uznać, że koncert w 100% udany. O 21:45 było już po wszystkim. Szybki kibelek, umycie rąk, twarzy, coś do picia, pożegnaliśmy się z @caracalized i zaraz 22:15 ruszyliśmy w do domu. Podobała mi się ta czasówka. O 5 wysiadłem pod biurem, prysznic w szatni i zasiadłem do roboty

Ależ byłem zjebany. Zrobiłem jeszcze 15 minut drzemki zanim pierwszy kumpel dotarł do biura

Wieczorem czułem mocne zmęczenie, ale spać się udało iść dopiero koło 22.
Na koncert na Torwarze na się nie spieszyło. Raz, że to blisko (poszliśmy na piechotę - godzinka spaceru). Dwa, że Bastard Sons, których nie chcieliśmy słuchać. Po wejściu na Towar spokojnie udałem się do kibelka i... spotkałem tam @Sardiego (co za przypadek

), który zaprowadził nas na halę w miejsce, gdzie stał już kolega @manichean. Po jakimś czasie pojawił się koło nas @dzosef i postanowiliśmy przemieścić się do przodu. Idąc spotkaliśmy kolegę @puszkę, a niedługo potem w naszą okolicę dotarł jeszcze @barsiarz. W ten sposób, nie planując tego, rozpoczęliśmy koncert w licznym sanatoryjnym gronie. Bastard Sons-y zdecydowanie lepiej niż poprzednio. Ten nowy wokalista robi robotę, ale jak zauważył (chyba) @schizoid "coverband coverbandu to przesada". Można było się pobujać, ale zdecydowanie wolałbym coś innego. O samych Priest wiele nie będę pisał. Nie odbiegał ten koncert jakoś znacznie od tego w Halle. Dźwięk był słabszy (bas mocniej wyciągnięty, czasem trochę buczało, bez stoperów średnio), a publiczność bardziej żywiołowa. Podczas Panic Attack uznałem, że tego dnia też mam ochotę się spocić, a że wentylacja na Torwarze była kilka klas lepsza niż w Niemczech, uderzyłem w kocioł. Już na koniec PA mogłem wyrzymać koszulkę. Ostatecznie zostałem tam do końca, kończąc w drugim rzędzie na środku na LaM.
Porównując te koncerty zdecydowanie nie żałuję wycieczki do Halle (mimo koszmarnego zmęczenie, które trzymało mnie do wtorku). Wiek robi swoje i te komfortowe niemieckie warunki w przednich rzędach jednak bardziej mi odpowiadają. Do tego dźwięk był tam lepszy. Priest jak zwykle dowiozło, aż chciałby się iść na kolejną sztukę.
