Mam bardzo bogatę historię wybierania się na Mystic Festival. Sięga ona ona 2007 roku, kiedy na ówczesnej edycji występiwał Celtic Frost, a mnie kusiło. Niestety, wtedy jeszcze nie byłem aktywny koncertowo i na rozmyślaniu się skończyło. Potem festiwal powrócił już w wersji soft-rebootu w Krakowie w 2019, a mnie znówi kusiło... i tak właściwie co roku od tamtej pory. Umówmy się, jak człowiek słucha metalu, ma styczność z jakąkolwiek jego formą, to na Mysticu zawsze pojawiają się jakieś zespoły, które by zobaczył. No ale u mnie zawsze się tak dziwnie składało, że koniec końców odpuszczałem ten festiwal.
Myślałem, że po przenosinach do Gdańska to już it's over & kaplica, bo w mojej głowie Trójmiasto to jakaś odległa kraina, gdzieś tam dalej niż Czechy czy Niemcy, tam to wyprawa xD Chyba pokutują tu moje pierwsze doświadczenia z wyprawy w tamte strony, gdzieś 15-20 lat temu, kiedy jechało się tam cały dzień. Wyjeżdżasz rano, dojeżdżasz wieczorem i padasz. Tyle, że od tamtego czasu dużo się zmieniło, i niby człowiek wiedzioł ale jednak wiedzieć, a doświadczyć to dwie różne rzeczy. Twójmiasto odczarowała mi zeszłoroczna wyprawa do Gdyni na Asurę, gdzie odkrylem, że pociągiem obecnie to z Wrocławia 4 godziny, a więc prędzej niż niejeden mój powrót z Warszawy czy Krakowa xDD
W tym roku mocno przyglądałem się lineupowi (no, jak co roku, więc to jeszcze nic nie znaczy); okazja żeby zobaczyć POTĘŻNY ELECTRIC WIZARD to nie byle co. A tu się tak pięknie złożyło, że organizatorzy zbudowali interesujący dzień pełen stonerowego mułu. Nie dość, że to klimaty do których mam ogromny sentyment, to pojawiły się tam nazwy których albo nie widziałem, a się czaję już całe lata (Down!!!, Corrosion of Conformity), albo takie które bardo chętnie powtórzę (POTĘŻNY ELECTRIC WIZARD, Eyehategod, BLS w sumie też, z innej bajki też np. Carpenter Brut). To solidny, równy lineup, w którym tak - brakowało obiektywnego headlinera (bo subiektywnie, tu Was zaskoczę... POTĘŻNY ELECTRIC WIZARD), ale było na tyle syto, że po ogłoszeniu podziału na dni przestałem się wahać i nastąpił zakup biletu. Co, patrząc na moją historię z tym festiwalem, jeszcze niewiele znaczyło, bo zawsze mogłewm znowu złamać nogę czy odstawić coś równie spektakularnego. Ale się udało.
Co się nie udało, to pogoda. Może niektórych to niezbyt rusza (widziałem zresztą wśród publiki ludzi totalnie niewzruszonych pogodą), no ale na n i e n a w i d z ę deszczu, a tu przecież lało non stop odkąd przyjechałem do Gdańska (15:30) do 23.
Gdzieś już w czasie mojej podróży pociągiem opublikowano rozpiskę Signing Sessions, gdzie okazało się, że muszę się pospieszyć, bo już o 16:30 podpisywać będą chłopaki z Corrosion of Conformity. Zatem poległy plany na kebabika po drodze, zamiast tego była szybka dzida na teren festiwalu, gdzie pierwszym celem był namiot z merchem. Na signing sessions pojawiły się trzy zespoły, które mnie interesowały: CoC, Rotting Christ i Down. Trochę szok, że Anselmo zgodził się na podpisy, z tego co widziałem po tych SS to pojawiały się tam głównie zespoły z godziny 16:00 albo scen na które rzadko się docierało xD No i na stanowisku z merchem - trochę zwycięstwo, trochę klops. Kupiłem płytkę Rotting Christ, kupiłem CoC (ostatnią xD) i nie kupiłem Down, bo już się wyprzedały. Szkoda. Podpis Anselmo to coś, na czym by mi mocno zależało. Ale też ten żal jest mocno złagodzony faktem, że podpisywanie było o 22:00, czyli żeby je ogarnąć, musiałbym odpuścić część... samego Down, plus z POTĘŻNEGO ELECTRIC WIZARD. Bardzo wysoka cena. Więc nie płaczę jakoś specjalnie.
Przechodząc już do meritum. Zakupiłem płytki i udałem się do hali z signing sessions. Tam poświęciłem chwilę na ogarnięcie bohaterki dnia (pelerynki), przepakowanie itd. W końcu pod dachem była chwilka gdy nie padał jebany deszcz. Kolejka do CoC była nie za wielka, o 16:30 panowie przyszli, 20 minut później już miałem podpisaną płytę. I w sam raz, chwila na dotarcie na maina na Eyehategod. I tu taka obserwacja: jaki ten festiwal jest... malutki! Taki kompaktowy. Tyci tyci, słodziusi. Adzidzidzi malusi kochany festiwalik. To było fajne - chwila i jesteś przy innej scenie, chwila i jesteś w gastro, chwila i... itd. Żadnego pokonywania kilometrów, żadnych Konfliktów Tragicznych typu "na scenie X gra Y ale ja już nie mam siły tam dojść".
Eyehategod zagrali tak jak mieli, czyli dostaliśmy 40 minut pysznego żul metalu. Dobrze to weszło i fajnie otworzyło mi festiwal. Potem... znowu wróciłem do hali z Signing Sessions, bo zbliżała się pora Rotting Christ. A znając miłośc do RC w narodzie, spodziewałem się, że kolejka będzie dłuższa niż do CoC. No i była. Stałem tak z 5x dalej niż na CoC, przy stoisku z pizzą xD Z początku szło wolno, ale potem przyspieszyło, zdążyłem, chłopaki podpisały i wyszedłem na Black Tusk (i jebany deszcz). Zagrali OK, bez więszych fajerwerków ale też nie znam jakoś mocno ich twórczości. Potem zaszedłem na Coronera i tu miałem zdziwko, bo myślałem że to jakieś stonero-sludge, a na miejscu okazało się że to ostra łupanina. No w sumie gdyby to były stonero-sludge to bym ich znał, a że to łupanina, to tłumaczy czemu jednak nie znam xD Posłuchałem z kwadrans i podarowałem sobie, to mi cały czas brzmiało tak samo i raczej męczyło. Do Corrosion of Conformity była jeszcze chwila, więc przeszedłem się po terenie poszukać jedzenia, bo ostatnio jadłem rano we Wrocławiu. Ceny niestety kosmiczne, 45-50 za niezbyt imponujących rozmiarów porcję z food trucka, esencja tego czego nie lubię w gastro. No ale znalażłem stoisko grillowe z frytkami za dychę, to się tam poratowałem. I poszedłem na CoC. Kolejny fajny występ, dobrze było ich w końcu zobaczyć. Szkoda, że padał jebany deszcz. Zahaczyłem o kawałek Benediction, ale to też za ostra łupanina dla mnie, nie moja bajka. No i już kiedyś widziałem. Na Parku grało już Death to All. Szczerze mówiąc, nie znałem Death dopóki nie zaczęliście o nich pisać na forum, nigdy też nie słuchałem ich muzyki. Więc i koncert to była dla mnie kolejna łupanina, takie generyczne [wygeneruj mocne granie]. Trochę posłuchałem i stwierdziłem, że wolałbym porobić coś innego, tylko co? Na signing sessions podpisywali akurat Black Tusk. 0 ciśnienia, ale jeśli na merchu będą płytki, i to tanie... okazało się, że były i to za 40 zł. No to poszedłem, w kolejce było z 5 osób, więc podpisali szybko i poszedłem zająć miejscówkę na Down, bo kończył się już czas łupanin i przechodziliśmy do najważniejszego dla mnie rozdziału imprezy. Stanąłem sobie blisko sceny, ale troszkę z boku, gdzie na szczęście nie dotarła do mnie super zabawa wspaniałej polskiej publiki. Tak, byli crowdsurferzy i pogo na Down. Down było SUPER. I nawet miło skończyli chwilę przed czasem, dzięki czemu nic nie straciłem z występu, a mogłem się już ewakuować na POTĘŻNY ELECTRIC WIZARD. Stanąłem blisko sceny, na środku, bo przecież wspaniała zabawa polskiej publiczności wspaniałą zabawą polskiej publiczności, ale na POTĘZNYM ELECTRIC WIZARD nie będzie crowdsurferów i pogo, nie? (BYLI).
Zaczęli... tak że oooo kuuuurwaaaaa. Wjechało dziesięciominutowe "Witchcult Today" i nie wiem, czy to nie był najlepszy moment występu, ale rozwalcowali mnie totalnie. Euforia. Ja pierdolę, chłopy. Potem uytrzymanie tempa "Black Masses" i niespodzianka, niegrane od 10 lat "Dunwich". A Wizardzi, choć są wspaniali i cudowni, to w setlistach są raczej mocno leniwi. Combo "Satanic Rites of Drugula" i "Time to Die" to było coś morderczego, a potem kolejna niespodzianka - "We Hate You". No i na zakończenie nieśmiertelne "Funeralopolis". Majty pełne. Koncert idealne. Warto było moknąć, warto było przyjechać choćby dla tego koncertu. Niesamowici są.
Po tym combo byłem już właściwie człowiekiem spełnionym, ale festiwal jeszcze się nie skończył. Poszedłem obejrzeć trochę Today Is the Day i Arð - oba były OK, nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Black Label Society było takie... nijakie, bez pazura, trochę nudziło. Zahaczyłem o kawałek Primordial, ale kolejny generic metal, nie chciało mi się tego słuchać. Carpenter Brut zrobili jak zwykle świetną dyskotekę, ale urwałem się na nich żeby zobaczyć zamykających dzień Eihwar. Gdzieś czytałem komentarz, że to taki Heilung z Temu i zdecydowanie coś w tym jest xD ale też niesprawiedliwie byłoby patrzeć na nich przez taki pryzmat, bo oni nawet nie usiłują grać w tej samej lidze dco Heilung. Ot, dziewczyna zakłada masko-czapkę imitującą jakąś czaszkę i zaczyna skakać po scenie do okołowikingowskich klimatów. Nie jest to top sztuka, ale bawiłem się nieźle, spoko zamknięcie. Potem już tylko spacer na dworzec (w końcu nie padał jebany deszcz!) i śpiączka na ławce w oczekiwaniu na pociąg o 4:30. Tu odczytałem wiadomość od moderation teamu, przykro mi że nie wyszło ale też uczciwie patrząc ani nie było warunków (jebany deszcz wyssał ze mnie wszelki entuzjazm życiowy), ani czasu. I tak płynnie przejdę do podsumowania.
To był bardzo udany dzień festiwalowy, odkąd przyszedłem do końca nie było chwili nudy. Wiadomo, bywały momenty gdzie słuchałem zespołów nie do końca z mojej parafii, ale też spoko, że miałem okazję je zobaczyć i się przekonać na własne oczy. Było warto.
Co do samej stoczni - bardzo fajne miejsce, udało się upchnąć 5 scen i całą resztę rzeczy na niewielkim terenie, nie było nigdzie daleko, spoko się przechodziło. W peaku dnia były niezłe tłumki, ale płacze Dzozefa o tym, jak to nie można przejść ze sceny na scenę można wsadzić między bajki.
Klimat stoczni też jest naprawdę spoko, ale to nieistotne. Dla mnie w festiwalu jest ważny lineup, lineup a potem lineup. Reszta to tylko miłe dodatki. Jak jest świetny lineup, to na niego jeżdżę. Jak jest fajny klimat, to tym lepiej. Ale klimat bez lineupu nie wystarczy, żeby mnie ściągnąć na miejsce.
Mam dość słuchania o zespołach "za dużych na Mystica", a kwieciste opowieści o tym, jaki to w stoczni był klimat a teraz będzie betonowa patelnia zbywam wzruszeniem ramion. Szkoda fajnego venue, ale jeśli dzięki temu będzie jeszcze lepszy lineup to jestem za. Ten dzień był bardzo dobry, ale jednak solidny headliner by nie zaszkodził, a np. w czwartek znalazłbym już dla siebie niewiele. W obecnych realiach festiwalowych wydaje mi się, że mamy zasadę "kto się nie rozwija, ten się zwija", ceny rosną, możliwości orgów maleją i z biegiem czasu pula "za dużych na Mystica" mogłaby już być tak wielka, że byśmy mieli za head... za zamykającego scenę main

jakiś, nie wiem, Vader ze specjalnym setem. No tego bym nie chciał.
Zatem - stocznia jest bardzo fajna, ale nie będę za nią płakał. Trzeba ufać Knockoutom i spółce, że dostarczą równie dobrze, a może i lepiej.
Fajna to była przygoda, chętnie ją powtórzę.
Z minusów: nie napiłem się SPECJALa, ale jak zobaczyłem że piwo za 20 zł... plus kaucja... plus jebany deszcz... rozumiecie. A jak nie, to biorę warna na klatę z pokorą.